Wywiady

Sylwia Błach

Młoda autorka historii grozy.
Zadebiutowała zbiorem opowiadań "Strach", a następnie przyszedł czas na jej pierwszą powieść "Bo śmierć to dopiero początek".
Interesuje się literaturą, wampiryzmem, kryminologią, modą i wizażem. W wolnym czasie studiuje informatykę na Politechnice Poznańskiej.
Pasjonatka życia.
Beznadziejna czarna romantyczka wciąż wierząca w swe marzenia...

Źródło opisu: http://sylwiablach.blogspot.com/










Pytanie pierwsze: Jesteś kojarzona z grozą, horrorem, opowieściami wampirycznymi, dlatego też pytanie będzie z gatunku strasznych. Czy Sylwia Błach bałaby się o czymś napisać? Jakiego tematu nigdy nie poruszysz w swoich opowieściach?

Sylwia Błach: To trudne pytanie. Podobne usłyszałam na Polconie, w trakcie spotkania autorskiego. Wtedy stwierdziłam, że nie przychodzi mi do głowy żaden temat tabu. Wydaje mi się, że najgorsze zwyrodnienia można przedstawić ze smakiem, jeśli miałoby to jakieś literackie uzasadnienie lub komuś pomóc – tym bardziej nie powinno się ograniczać. I tej opinii się trzymam, z jednym małym zastrzeżeniem, które dotarło do mnie jakiś czas później, przy okazji pewnej współpracy... Nie chciałabym pisać o sobie, w sensie dzielenia się moim życiem, tym jak sobie radzę i funkcjonuję. Nie wyobrażam sobie swojej autobiografii. To zabawne, bo jednocześnie uważam, że taka pozycja podbiłaby rynek (śmiech)! Tak samo nie lubię sytuacji, w których ludzie myślą, że kreowana przeze mnie postać to ja. Nazwijmy więc tę tematykę moim osobistym tabu. Choć nie jest to absolutne nigdy przenigdy.

Pytanie drugie: Dajmy na to, że nagle jedna z Twoich historii staje się rzeczywistością, na dodatek Ty sama znajdujesz się w tej rzeczywistości. No i razem z Tobą my. Na którą z Twoich historii byś nas nie skazała? Inaczej mówiąc, która z Twoich opowieści jest zbyt straszna, by mogła okazać się prawdziwa.

Marcin Podlewski

Trzy dni temu miała miejsce premiera pierwszego tomu space opery Marcina Podlewskiego, pt. "Głębia. Skokowiec". My mamy przyjemność zaprosić szortalowiczów do przeczytania wywiadu z autorem, który mówi o sobie, że...

         ...miał zostać operatorem obrabiarek skrawających. Po kilku miesiącach zakrętu życiowego złapał się jednak za głowę i zdał na filozofię by wreszcie wylądować na dziennikarskich studiach. Nadal czuje jednak sentyment do smarów, zgrzebnych drelichów i noży kątowych tnących stal na śrubki.

Debiutował sto lat temu na łamach magazynu „LAMPA” Pawła Dunina-Wąsowicza, by zapaść na kilka lat na twórczy stupor. Jak sam mówi, reset przeżył w trakcie pisania „Happy END” — swojej debiutanckiej powieści, mieszaniny horroru, fantastyki i postapo wydanej w 2013 roku przez wydawnictwo Studio Truso. Tak zakończył się jego zakręt życiowy numer dwa, po którym udało mu się wygrać konkurs na XXX-lecie „Nowej Fantastyki” opowiadaniem „Edmund po drugiej stronie lustra”, nominowanym później do Zajdla.

Pisze dla „Nowej Fantastyki”, pojawił się też w popularnej „Zombiefilii”, a także w „Księdze Wampirów” Studia Truso i w zbiorze „Halloween 31.10”. Dzięki wygranym konkursom opublikowano go też w antologiach „Po drugiej stronie lustra” i w „Science Fiction po polsku 2. Lubi mieszać gatunki: pisze horrory, science fiction, fantasy i steampunk. Napisał nawet bajki, choć dość mroczne — można je przeczytać w zbiorze „Szklana Góra” pełnym kruków, żelaznych zębów i nakręcanych księżniczek. 

Do space opery przymierzał się długo. Przygotowanie pełnego researchu książki zajęło mu sporo czasu: poczynając od realnie istniejących galaktycznych map, przez całą strukturę opisywanego świata, po zagadnienia astronautyki kończąc. Tak powstała „Głębia” — pierwsza część planowanej trylogii o świecie, w którym opanowana niegdyś przez ludzi Droga Mleczna została zniszczona niemal w stu procentach przez serię potwornych wojen, a nadprzestrzenne skoki przez tytułową Głębię mogą prowadzić do zgubnego w skutkach szaleństwa.

Michael Crummey

Na dobry początek wylądowaliśmy na Nowej Fundlandii, bowiem na pierwsze 7 pytań odpowiedział nam Michael Crummey, autor powieści „Dostatek” wydanej przed gdańskie wydawnictwo „Wiatr od morza”.

Michael Crummey to urodzony właśnie na Nowej Fundlandii kanadyjski autor kilku tomików poetyckich i trzech powieści, z których jak na razie tylko „ Dostatek” został przetłumaczony na język polski.

Książka doczekała się nominacji do International IMPAC Dublin Literary Award 2011 oraz nagród: Commonwealth Writers' Prize dla regionu Karaibów i Kanady 2010 oraz Canadian Authors' Association Literary Award for Fiction 2010.

Pytanie pierwsze. Dzieła jakich autorów mógłby Pan wskazać jako swoją inspirację?

M. C. Z początku interesowali mnie głównie poeci, zwłaszcza kanadyjscy. Na studiach skończyłem sporo kursów z literatury kanadyjskiej. Kiedy byłem młodszy, ogromy wpływ miał na mnie Al Purdy. To był zły wpływ. Nikt nie pisze tak, jak Al. To nie przypadek. Przed trzydziestką napisałem sporo beznadziejnych wierszy w stylu Ala Purdy.

Z poetów jeszcze... Irving Layton, Leonard Cohen. Z miejscowych: Nowofundlandczyk John Steffler. Urodził się w Ontario, ale co tam. Świetny poeta. Oczywiście, ogromny wpływ wywarła na mnie Margaret Atwood. Również Don McKay, Bronwen Wallace.

A co beletrystyki, to na przykład... Bardzo ważny był dla mnie David Adams Richards. Dalej: Mavis Gallant, Alice Munro.

Oczywiście Michael Ondaatje. Jego The Collected Works of Billy the Kid to dla mnie jedna z książek wszech czasów.

Twórcy, którzy wywierają na mnie wpływ, ciągle się zmieniają.

Ostatnio bardzo ważny jest dla mnie Cormac McCarthy. Pod pewnymi względami ma na mnie zły wpływ, trochę jak niegdyś Al Purdy.

Oczywiście Márquez. „Dostatek” by nie powstał, gdyby nie „Sto lat samotności”. Sporo motywów podkradłem prosto z tej powieści.

Pytanie drugie. Ile czasu zajęło Panu pisanie „Dostatku”?