Aleksandra Uruszczak

Ona

Nieznośna cisza zaraz zmiażdży mi bębenki. Siedzimy w kuchni, w półmroku, przy szarym, wieczorowym świetle. Ona. Zgarbiona, lekko kołysze się i milczy. Słyszę jej oddech, poświstujący przez wiecznie zatkany nos. Słyszę ruch ręki w powietrzu, gdy przytyka chustkę do twarzy. Przyszła kwadrans temu, jak zawsze bez zapowiedzi. Na zewnątrz nieznośne gorąco wyciska ostatnie krople potu. Tu, w mieszkaniu, gdzie szczelnie zamknięte okna bronią dostępu dla ukropu, jest całkiem przyjemnie. Z jej ciała bije nagromadzone przez cały dzień ciepło. Widzę, jak rozkoszuje się

Jutrzenka

Chciałem mieć to za sobą.

Z listopadowej mgły unoszącej się smętnie nad rzeką wyłoniła się szara kładka. Miejscowi zwali ją „Mostem Zakochanych”. Pary w miłosnych uniesieniach przyrzekały na niej wieczną miłość. Gwarantem uczucia były, przypinane do balustrady, metalowe kłódki, do których jedyne kluczyki ginęły w toni wody. Zapięcia rdzewiały na balustradach mostu, tak jak ta namiętność i pasja, przy których je zawieszano. „Żałosne” – pomyślałbym kiedyś, jednak teraz było mi wszystko jedno.

Wstydy

Mieszkałyśmy z mamą - tak, tylko z mamą bez taty – w kamienicy na przedmieściach. Mieszkanie było skromne: dwa pokoje, kuchnia, wspólna z sąsiadami wygódka na korytarzu. Pamiętam dobrze – było późne, jesienne popołudnie. Zachodzące słońce wlewało się do pokoju. Ciepłe barwy załamywały się na przybrudzonej szybie, a w jasnej strudze tańczyły drobinki kurzu. Promienie wydobywało dziwne szczegóły, oświetlały wzory na dywanie, zatrzymywały na meblach. Podstępnie kładły się na twarzy i trzeba było machać rękami, by je odegnać.

Subskrybuj RSS - Aleksandra Uruszczak