Adrian Zwoliński

Żeby czerwy zjadły jajka

–  Panie! O, panie, hie, hie. Na tej ziemi, to wi pan. Nic nie urośnie.

–  Może jednak urośnie. Kolega geolog mówił, że to ziemie brunatne. Marchewka, może kalafior nawet, ale przy nim trzeba ponoć mieć doświadczenie. Chyba nie jest tak źle, bo…

–  Brunatne, nie brunatne – przerwał pan Tadek, spluwając na chodnik – mówię, że tu nawet rzeżucha nie porośnie, hie, hie. Taka moc, no. Taka moc.

–  Jaka moc?

Piękno, a życie

Jednorożec był olśniewająco piękny.

Na dobrą sprawę, ani sformułowanie ,,olśniewająco piękny”, ani żadne inne słowo nie mogą oddać aury wspaniałości, jaką roztaczało bajkowe zwierzę. Długi, mlecznobiały róg wydawał się być wykonany z pereł. Ostry i skręcony wyrastał spod tęczowej grzywy, delikatnie falującej na wietrze. Z szafirowych oczu zwierzęcia biły mądrość i duma. Istota unosiła ku górze smukły pysk, szczerząc rząd równych  zębów. Jednorożec poruszał się z gracją, niemalże płynął nad ziemią.

Klątwa

Tomka wychowywała babcia. Nigdy starowinki nie lubił, nigdy nie szanował - miał szesnaście lat i wiedział, że nie potrzebuje czapki, kiedy hula zima za oknem, miał też gdzieś krupniki, co to są dobre na żołądek i chodzenie spać o dwudziestej pierwszej. Coś z tym trzeba było zrobić.

- Chcę klątwę, na babcię. Dobrze zapłacę – powiedział Tomek do wróżki, patrzącej mętnym wzrokiem znad kryształowej kuli.

- To dobrze – odpowiedziała starucha – bo to kosztuje. Sto złotych i klątwa jest twoja. Ale trza poczekać, na klątwę trza czasu.

Subskrybuj RSS - Adrian Zwoliński