Paweł Kwiatek

Wędrująca Dziura

Stali tuż nad krawędzią, wpatrując się nerwowo w mroczną otchłań.

– Wiecie, co to jest? – spytał ktoś.

– Wędrująca Dziura, ani chybi – padła odpowiedź gdzieś z tylnego szeregu, a przez cały zebrany tłum przeszedł szmer przerażenia.

Na czoło zgromadzenia przecisnął się wątły jegomość w przekrzywionych okularach.

Przebudzenie

Magister Skwarek uśmiechał się pogardliwie. Stojąca przy okienku starsza kobieta po raz kolejny odłożyła trzymaną w dłoni butelkę syropu na kaszel i sięgnęła po wcześniej odstawioną.

- Ale mówi pan, panie magistrze, że ten niemiecki lepszy? - zapytała. Trzeci raz.

Magister przytaknął.

- Tak, proszę pani. Jest o wiele skuteczniejszy.

- To ja wezmę nasz, polski - zdecydowała w końcu kobieta. - W reklamie mówili, że nie ma sobie równych.

Sklep jedyny w swoim rodzaju

W całym Londynie próżno było szukać podobnego lokalu. Napis na szyldzie głosił: „Podróże dalekie i bliskie”, a najrozmaitsze krążące po mieście plotki mówiły, że nawet królowa Wiktoria życzliwym okiem spoglądała na tę zaskakującą inicjatywę. I nie przeszkadzał temu fakt, że właścicielem był Francuz.

Źródło

Do wioski dotarli przed zmrokiem. Schowane w niewielkiej dolince skupisko krytych trawą chat łatwo mogli przegapić w ciemności.  Mężczyźni stanęli nad krawędzią.

Jeden z nich kucnął, oparł strzelbę o kolano i wyciągnął zza pazuchy mapę. W gasnącym świetle dnia niewiele zdołał odczytać. Po chwili skinął na stojącego z boku przewodnika.

- Jesteś pewny, że to tu, Maundu?

Murzyn skinął głową.

- Tak, bwana Burns. Tu mieszka.

Mężczyzna spojrzał na leżącą poniżej wioskę.

- Wygląda na opuszczone miejsce. Wymarłe.

Dotyk deszczu

Wicher szalał wokół klifu. Przeganiał siekące deszczem stalowe chmury i szalejące w dole morskie fale, naginał do ziemi wątłe trawy rosnące na szczycie, zawodził potępieńczo w szczelinach skał.

Tuż przy krawędzi urwiska stało dwóch mężczyzn.

- Nie pozwolę ci skoczyć, Ignis - postawny czarnobrody mężczyzna bez trudu przekrzyczał huczący wiatr. Deszcz ściekający z brunatnego płaszcza tworzył wielką błotnistą kałużę.

Drugi, młodzieniec z płomiennorudą czupryną, zaśmiał się w głos. Mimo siekącej ulewy wydawał się być suchy. Rudych loków nie dosięgła ani jedna kropla.

Audiencja

„Historia ze mnie kpi” pomyślał Rzepecki, chowając twarz w dłoniach. „Nie do mnie powinna należeć ta decyzja”.

Przez brudne okno wpadał poblask łuny płonącego miasta. Gdzieś w oddali dzwon bił na alarm, ale pożarów było więcej, niż rąk zdolnych je ugasić. Nie mieli wody, nie mieli broni. Nic nie mieli. Zostawiono ich na pastwę maszerującej armii. Król ich zostawił. Opiekun, psia jego mać.

Skrzypnęły drzwi, a chwilę potem stuknęły obcasy. Rzepecki podniósł głowę.

- Przybyli, panie pułkowniku. Czekają w Sali Poselskiej... - Adiutant zawahał się.

- I?

Opowieść o dwóch braciach

Być może znacie już tę historię. Słyszeliście ją wiele razy, w wielu wersjach, ale główna nić pozostaje niezmienna. Posłuchajcie, jak to było...

Działo się to dawno, dawno temu, w czasach niepewności i mroku, w czasach zarazy i śmierci. W czasach wielkich wojen, które niszczyły jedne narody, a inne wynosiły na szczyt. Tuż pod lasem, w gospodarstwie jakich wiele, żyła biedna wdowa wraz z dwoma synami: młodszym jasnowłosym i starszym, z czupryną czarną jak noc. Młodzieńcy to byli, jak marzenie - silni, pracowici i przystojni.

Kryzys niewiary

Jak świt nastaje po nocy, jak wiosna po zimie, tak i ten dzień musiał w końcu nadejść. Wampir Mieczysław zwątpił w swoją niewiarę i zakwestionował nieobecność Boga. W dość bezpośredniej konfrontacji.

Było to całkiem przyjemne wiosenne popołudnie i nic nie zapowiadało nadchodzącej katastrofy. Ptaszki ćwierkały, drzewa kwitły, zakochani trzymali się za ręce, a wampir Miecio snuł się rozmarzony po rozgrzanych chodnikach.

„Jakie piękne te drzewka” pomyślał, a myślał niesepleniąco i jak najbardziej poprawną polszczyzną. „Jakie śliczne listki i piękne larwy je zżerające.”

Strażnik

Nie potrafił powiedzieć od jak dawna był sam. Pamięć o własnej przeszłości była, jak pył na wietrze, kolejne dni zlewały się ze sobą, bo w Labiryncie czas nie miał znaczenia. Podobnie jak sen. Labirynt nie pozwalał spać.

- Strażnik musi być zawsze czujny - szeptał wiatr hulający w pustych pomieszczeniach. - Musi trwać na posterunku.

Przysługa

Mogłem być świnią. Mogłem mu odmówić. Cholera, powinienem był odmówić. Ale byłem wtedy zbyt pijany, żeby sytuację oceniać racjonalnie. Gdzieś w połowie drugiej butelki poprosił mnie o przysługę.

„Przez wzgląd na dawne czasy, stary” powiedział.

Miał rację. Dawne czasy były niezłe, a ja byłem mu tę przysługę winny.

„Jest taka kobieta...”

Oczywiście. Zawsze jest jakaś kobieta.

***

Był beznadziejnie zakochany w dziewczynie z wyższych sfer. On - szarak, żyjący dniem dzisiejszym lekkoduch.

Bitwa

Przybyli w południe. Ich nadejście zwiastował niesłychany harmider i kocia muzyka telefonów komórkowych, grających różne melodie w tym samym czasie.

Pan Heniek, dorabiający stróżowaniem do renty, przybiegł zasapany do głównej kwatery.

- Idą... - wydyszał. - Dziesiątki ich są i mają trzy kserokopiarki.

Tancerz

Później mówiono, że człowiek ten nadjechał z zachodu, od gór. Czarna postać na czarnym koniu. Zwracał uwagę.

Gdy wszedł do jedynego saloonu w Nowym Jeruzalem, rozmowy ucichły, pianista przestał grać. Kilkanaście par oczu śledziło przybysza, gdy powoli podszedł do baru i zastukał w blat. Barman pospiesznie napełnił szklankę.

Skrzypnęło krzesło.

- Jestem Jimmy Hudson. - Młody chłopak podszedł do przybysza. - A ty jeździsz z Wielebnym Elliotem. Poznałem po zielonej chuście.

Niezwykły dzień Jana Nowaka

Jan Nowak był urzędnikiem niższego szczebla w miejskim ratuszu. Każdego ranka wstawał, golił się, ubierał, jadł skromne śniadanie i wychodził z domu, spokojnym krokiem zmierzając na przystanek, skąd o 6.54 zabierał go autobus linii 143. Wysiadał tuż pod urzędem, wchodził na trzecie piętro, do pokoju 302, gdzie siadał za biurkiem i rozpoczynał pracę. Punktualnie o 15.30 odkładał pióro, zakładał płaszcz i wracał do domu. Tak mijały kolejne dni urzędniczej kariery pana Nowaka.

Pewnej środy wszystko potoczyło się inaczej.

***

Etiuda

Drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem. Głowy obecnych obróciły się jednocześnie. W przejściu pojawił się jasnowłosy chłopiec, wystraszony, przygarbiony. Stojący za nim portier pchnął go naprzód.

Chłopiec utkwił wzrok w ogromnej, błyszczącej bryle stojącej na drugim końcu sali. Jej widok uspokajał skołatane nerwy, nie dopuszczał do uszu chłopca brzęczących wokół szeptów.

- Taki chudy. Nieforemny.

- Krowy mu pasać, a nie na salony.

- I ten nos…

Czarna skrzynia przyzywała. Obiecywała spokój, bezpieczeństwo.

Jedyny przyjaciel.

Siła woli

Czosnek zwisał z gałęzi. Piękny, nieskalany, ciasno spleciony warkocz dyndał sobie spokojnie na wietrze. Bronił się dzielnie, choć przeciwnik był nie lada. Wampir Miecio stał na parkowej ścieżce, otulony płaszczem od stóp do głów i próbował wzrokiem zmusić warkocz do spadnięcia na ziemię.

- A nief to dundef śfifnie! - zaskrzeczał zdenerwowany Miecio po kolejnej nieudanej próbie i pogroził wiszącej przyprawie. - Ja fi jefce pokafę!

Ułożył prawą brew w podręcznikowej pozycji Złego Oka i wysilił spojrzenie ponownie.

Subskrybuj RSS - Paweł Kwiatek