Agnieszka Szmatoła

Wspólna opieka

Jeszcze raz wszystko sprawdziła.

Pieczęć demona zdawała się jarzyć wewnątrz ochronnych, idealnie równych ścian pentagramu. Ochronne sigle i fioletowe świece strzegły kusząco rozwartych kątów.

Powoli zapaliła knoty, pilnując kolejności i starając się nie przekraczać granic pentagramu. Zaczerpnęła tchu i zaczęła recytować inkantację. Ledwo przebrzmiało ostatnie "…coram me", gdy ujrzała Kukufasa radośnie wskakującego do pentagramu.

– Kukufas! Nie! – krzyknęła. I bezsilnie patrzyła jak chmura dymu otacza jej ukochanego kota. – Kukus…

Kogut i lis

Ragnarök był dla niej zbyt odległy. Jej ramiona drżały, gdy wznosiła misę milimetr wyżej, trzymała ją sekundę dłużej.

– Musisz mi pomóc – wyszeptała, patrząc jedynie na misę. Kątem oka ujrzała rude futro. Część jej duszy, symbol tego, kim była, kim mogła być, gdyby Loki nie był jej całym światem. – Musisz zabić jedno z tych cholernych kurcząt.

Łarisa

Na delikatnym łańcuszku, ukryty między jej piersiami, wisiał kluczyk. Niewielki, bardzo brzydki i bardzo stary kluczyk.

Kiedyś lśniący i pokryty skomplikowanym wzorem, arabeską pnączy i kości, dawniej jeszcze przykuwający wzrok czerwienią emalii, zielenią i złotem krętych linii i obłych łuków. Czasem zaciskała na nim palce, czując jak drobne ząbki próbują wgryźć się w skórę, wyciągnąć na zewnątrz wspomnienia. Tak dawno. Za późno.

Bogini

Bezimienna Bogini wyprężyła ciało. Tu, pośród nicości i pośrodku wszystkiego, czuła wieczność bardziej namacalnie. Coś przykuło jej uwagę, pojedyncza modlitwa niczym ptak rozbijająca się o szybę umysłu. Na początku stworzenia jej dzieci bombardowały ją modlitwami nieustannie, samotne w świecie, który dla nich urodziła, niepewne pośród innych im podobnych, im odmiennych.

Czarne futro

Dla klanu nów i pełnia księżyca zawsze były nocami świętymi. Pełnia, gdy zwierzę uwięzione w ludzkim ciele wydostawało się i gnało przez tundrę, a łapy, kopyta, skrzydła śpiewały o wolności. Nów, gdy człowiek silniejszą był częścią duszy i gdy ludzkie głosy wznosiły się ku niebu, ku gwiazdom, i śpiewały o miłości.

Raz do roku, po Pełni Łowców, nadchodził nów oczekiwany przez wszystkie klany. Na ziemi jednego z nich zbierali się wszyscy, a święto trwało trzy noce. Tego roku wybór padł na klan Naqi i w wiosce panował obłęd.

Prawdziwa miłość

O Matyldzie Wirskiej można było powiedzieć wszystko. No dobrze, wszystko poza tym, że to „przemiła staruszka”. Od ponad 80 lat żyła w domku położonym tak bardzo na skraju wsi, że właściwie była już teraz Leśną Babą. Dzieciaki za plecami nazywały ją wiedźmą, a w twarz grzecznie mówiły „dzień dobry, pani Wirska”. Ot, życie.

Zbierała zioła, karmiła kozy, grała nocami w „Diablo”, a popołudnia spędzała na ganku z książką albo robótką.

Subskrybuj RSS - Agnieszka Szmatoła