Mariusz Stańczyk

Porzucona

Zachód słońca rozlał się po pokoju krwistoczerwonymi promieniami. Za oknami apartamentu toczyło się codzienne życie wielkiego miasta. Uliczny zgiełk nie przycichał ani odrobinę, mimo zbliżającej się nocy. Setki par butów, każda swoim rytmem, uderzały miarowo o chodnik, a mechaniczny warkot aut wznosił się pośród ton stali i betonu aż pod niebo, sięgając szczytów szklanych wieżowców, wokół których snuły się sennie stada gołębi.

Tam na zewnątrz czas płynął swoim stałym rytmem. Dla Cynthii postanowił się zatrzymać.

Zrozum to, już cię nie kocham.

Nie chcę patrzeć jak cierpisz

Cholerna burza.

Poruszające się w tę i we w tę wycieraczki piszczały cicho, jakby ze zmęczenia, walcząc bezowocnie z opadającą na przednią szybę kurtyną deszczu. Awaria prądu pogrążyła śpiące już przedmieście w gęstym jak smoła mroku, tylko gdzieniegdzie dostrzegałem – choć był to środek nocy – delikatną poświatę pozapalanych w mieszkaniach świec. Mimo długich świateł, poruszałem się niemalże na ślepo. Jechałem więc ostrożnie, nie za szybko.

No, może tylko trochę.

Subskrybuj RSS - Mariusz Stańczyk