Izabela Balińska-Lech

Kiedy szeptałeś

zapomniałam jak to było
być trzymaną w twych ramionach
zapomniałam jak smakował
pocałunek twoich ust
zapomniałam jak rozmawiać
o czymś więcej niż sprawunkach

zapomniałam
jak tuliłeś
jak pieściłeś
jak szeptałeś…

teraz tylko się unosisz
zamykasz przede mną
albo wychodzisz
gniewnie patrzysz każdego ranka
popychasz w drzwiach
by przejść niezauważenie

Pedantka

Dziś miałam przeczucie. Wstałam wcześnie rano, umyłam okna, odkurzyłam i zmieniłam pościel. Zdezynfekowałam łazienkę. Udało mi się doszorować zlewozmywak i wyniosłam na śmietnik wszystkie butelki po wódce, jakie znalazłam w domu.

Założyłam najlepsze ubranie i starannie wykonałam makijaż. Wyszłam do najlepszego klubu w mieście. Nim zdążyłam kupić pierwszego drinka, poczułam ogromny wstrząs. Tunel pokopalniany znajdujący się pod budynkiem runął, a ja razem z nim. Ostatni raz spojrzałam na półki pełne alkoholu.

Aż po grób

pokażę ci świat oczami Platona

świat bytów niematerialnych

pokażę ci iskrę nierozerwaną

łudząco podobną do złotego strzału

 

pokażę ci wszystko

 

nikczemność podłość i zdrada

naiwność i plugawa mowa

będą – nie będą nam obce

choć nieraz i prawdziwe

 

nieraz cię zranię

nieraz przychylę ci nieba bram

nieraz cię skrzywdzę

a nieraz na skrzydłach pegaza zabiorę tam

 

gdzie nikt nie mówi nic przykrego

gdzie nikt nie walczy na słowa

Abyś umarł

zakradłam się do ciebie przypadkiem

by w sercu zasiać spustoszenie

zakradłam się jak można było najdelikatniej

byś nie rozpoznał że to tylko zauroczenie

byś nie myślał

byś nie zasnął

abyś cierpiał

 

wydrążyłam w sercu dziurę

tak szeroką na całą przestrzeń

wydrążyłam jak bardzo cienką rurę

tak namiętnie że czujesz wciąż dreszcze

ekscytację

zapomnienie

ból

i nigdy nie nadchodzące wybawienie

 

byś zrozumiał

byś nie zapomniał

abyś umarł

Zabiłam

Zabiłam je. Moje szczęście. Moje życie. Moje wszystko.

Zabiłam je. Moje dziecko. Jego dziecko. Nasze dziecko.

Zabiłam je, bo chciałam kolejny raz ujrzeć blask swego odbicia w lustrze.

Zabiłam je, bo nie obejrzałam się do tyłu.

Zabiłam. Bo chciałam żyć.

Zabiłam.

Nie rozglądałam się na innych, bo myślałam tylko o swej osobie.

Nie zerknęłam na ciebie, gdy mijałeś mnie na dworcu. Nie obejrzałam się.

Nie łypnęłam na ciebie, gdy jako mistrz drugiego planu ukryłeś się w mym lustrze do poprawy makijażu.

Ważne pytanie

pamiętam tamtą chwilę

rzuconą słowem na wiatr

ulotną

niczym

serca odbicia blask

 

wówczas mną zakołysało

jak na morzu łajbą starą

tak przypadkiem

ocuciło

na niby, naprawdę?

nie pamiętam, jak to było….

 

słońce powoli żywot już kończyło

na kołowrotku skończyła się nić

niczym przyśpiewka stara

- taka to była podła mara

 

zatrzepotał skrzydłami ptak

tornado gdzieś się osunęło

a ty

jak gdyby nigdy nic

zapytałeś

Na haju

Leżałem na haju, tak mi się przynajmniej zdawało, gdy do pokoju weszła moja żona. Patrzyłem w jej niewyraźne już oczy, rozmazujące się raczej z jej przepracowania niż od jakości mojego towaru, i zacząłem się zastanawiać, gdzie podziała się ta jej legendarna uroda.

Wszyscy w kraju podobno tak ją podziwiali, grała w najlepszych filmach, zaliczyła kilka wybiegów, a taka jest dla mnie stara i brzydka. Włos już zmierzwiony, kokardki jakieś takie sprane, pazury krzywo przycięte i do tego ten nieświeży oddech.

Posłuszna Marysia

Niemowlę leżało już piątą godzinę pod krzakiem w miejscowym parku. Każdy z mijających je do tej pory przechodniów albo miał na uszach słuchawki, albo był zbyt zajęty rozmową, albo, o zgrozo, udawał, że nie słyszy jego wrzasku. Wreszcie usłyszała go mała dziewczynka. Podeszła, podniosła i przytuliła dziecko niczym szmacianą kukiełkę.

– Mamo, mamo, jaka piękna lalka tu leży. Mogę ją zatrzymać?

– Wiesz, kochanie, że nie bierzemy do domu rzeczy z podwórka.

Bez niej nie wyjdę

– No Elka, rusz się wreszcie! – krzyczałam stojąc na progu jej mieszkania.

– Idę już, idę… – odpowiedziała chyba po raz pięćdziesiąty tego wieczoru i weszła ponownie do łazienki.

– Zostaw już ten dziób w spokoju – powiedziałam, delikatnie rzecz ujmując, lekko już zirytowana.

– Baśka, wiesz, że ja bez konturówki… – nagły, głośny huk uniemożliwił jej dokończenie zdania.

Rachunek sumienia

Nienawidziłam swojego męża. Tak po prostu.

Miałam niemal wszystko: najmodniejsze sukienki, najdroższe wczasy, idealnie wysprzątany dom. I sto centymetrów w pasie. Moja ostatnia zachcianka, dziecko, również została spełniona. To było modne w małżeństwach po trzydziestce.

Déjà vu

Beatka znów kichnęła.

No tak – pomyślałam – trzeba będzie pójść do lekarza. Ma przecież tylko kilka miesięcy.

Ubrałam ją zatem, co przy półrocznym niemowlęciu jest nie lada wyzwaniem. Wciąż tylko przekręca się na brzuszek i wyrywa mi z rąk każde ubranko, jakie tylko próbuję jej założyć. Starsza córka była dziś na szczęście u dziadków, więc nie musiałam się siłować z ubieraniem kolejnego dziecka.

Przynajmniej się nie zarazi – przeszło mi przez myśl.

Ogarnęłam naprędce swoje niesforne loki, na szybko musnęłam tuszem rzęsy. 

Subskrybuj RSS - Izabela Balińska-Lech