Marta Komornicka

Kamienne myśli

Nad Felipolis, miastem tysiąca kolumn i tysiąca pomników, zapada zmierzch. Gorące powietrze jest przesycone zapachem dojrzałych moreli. Długie cienie budynków kładą się na białych, brukowanych wapiennymi kostkami ulicach. W parkach, w ogrodach, na placach, nad rzeką, na balustradach balkonów, na dachach, przy kamiennych ławkach, w zaułkach, wzdłuż platanowych alej stoją rzeźby. W dzień śpią, znużone upałem, ale teraz, jeśli usiądziesz i zamkniesz oczy, możesz je usłyszeć.

Echinemortch Purpurowy

Świtało. W brzoskwiniowym świetle poranka, drżąc nieco w rześkim powietrzu, stał rycerz w pełnej zbroi i wpatrywał się z napięciem w mroczne wnętrze jaskini. Ostrożnie, starając się nie brzęczeć zbyt głośno, uczynił krok do przodu. W tej samej chwili w ciemności rozbłysły dwa fioletowe ogniki. Z czeluści wychynął ogromny smoczy łeb, a za nim cała reszta bestii. Słońce zalśniło na cyklamenowym pysku, wznieciło amarantowe iskierki na pokrytym tysiącami drobniutkich łusek grzbiecie, błysnęło na delikatnych skrzydłach w odcieniu magenty.

Świt

W pokoju pachnie różami.

Kwiaty stoją w wazonie koło łóżka, gubiąc płatki na pościel – jedwabną, lśniącą złotem i oranżem, nieco zmiętą. Nic dziwnego, to była ciężka noc. A w każdym razie... intensywna. Sama myśl o tym przywołuje uśmiech na moją twarz.

Wysuwam się spod kołdry, przez chwilę patrzę na leżącą obok kobietę: jasne loki rozrzucone na poduszce, długie rzęsy rzucają cień na policzki. Oddycha spokojnie, pogrążona w głębokim śnie.

Pierwszy śnieg

Kiedy po wszystkim wstaje i podchodzi do okna, zamiast przytulić się i zasnąć, jeszcze niczego nie podejrzewam. Oddycham spokojnie, czując jak jego pot schnie mi na brzuchu i piersiach, i obserwuję ciemną sylwetkę obramowaną wieczornym światłem. W końcu, znudzona, wstaję i podchodzę, przytulając się do jego pleców i ciasno obejmując tors rękami. Patrzę, opierając mu brodę na ramieniu.

I już wiem, że znów go stracę.

Pada śnieg.

Opies magnum

- Mrs Stuart, pani pies zachowuje się niespokojnie... Chyba boi się zwierząt.

- Ależ Mr Smith, zatrudniliśmy pana jako przewodnika, nie prosiliśmy aby szkalował pan naszego towarzysza! Cheng pochodzi z najlepszej, arystokratycznej rodziny, jego krewnym jest Bully samej królowej Wiktorii, nie wyszkolono go na strachliwego pieska! Jakieś tam pasiaste konie nie zrobią na nim wrażenia! Sam cesarski bratanek, kiedy podarował go nam, gdy podróżowaliśmy po Azji zapewniał, że zachowuje spokój nawet w trakcie największej... Cheng, wracaj!

Odbicie

Zdaję sobie sprawę, że coś jest nie tak, kiedy staccato Twoich palców na barkach i plecach tego mężczyzny staje się coraz krótsze, coraz bardziej nerwowe, jakby wymuszone, udawane. Kiedy wychodzi, niespokojnie przeczesujesz włosy palcami i zapalasz papierosa.

Najpiękniejsza katastrofa

Biegnę najszybciej jak mogę i ledwo starcza mi tchu. Kamienie osuwają mi się spod nóg i grzechoczą, staczając się w rozpadliny. Powietrze jest ciężkie i wilgotne, w oddali słychać grzmot, echo przetacza się wśród skalnych ścian. Jestem zmęczona, ale widzę już szczyt, więc pędzę dalej, potykając się o własne stopy. Dobiegam i nie zwalniając - skaczę na kolejny wierch, majaczący w chmurach. Dopadam go jednym susem, odbijam się, szeroko rozpościerając ramiona; powietrze eksploduje tęczą, ląduję na barwnym łuku. Zapadam się po kostki w zielonej i

Kroki. Wszechświat to ja.

Wysiada z autobusu. Ostrożnie, tak by nie dotknąć stopą szpary między płytami chodnikowymi. Robi kilka niepewnych kroków, przepychając się przez tłum na przystanku, potem znajduje odpowiedni rytm: długi – krótki - krótki - długi. Wtedy przyspiesza. Stukot obcasów niesie się wśród starych kamienic. Noski butów są okrągłe, bardziej spiczaste mogłyby zawadzać o szczeliny. Idzie szybko. Garbi się lekko, w skupieniu patrzy pod nogi. Zwalnia przed przejściem dla pieszych, czerwone światło – zastyga w pół kroku, zielone – wyrywa się do

Inwazja

Trupioblada tarcza księżyca, naznaczona znamionami kraterów, wisiała na czarnym niebie. Jasny blask ześlizgiwał się po dwuspadowym dachu starego domostwa i ścianach porośniętych pędami bluszczu. Brzozy o nisko zwisających, powykrzywianych gałęziach i posępne, dziwaczne wierzby rzucały długie cienie na srebrzysty dywan trawnika. Rzędy wysokich ostróżek trwały w zatrwożonym milczeniu, sztywno wyprostowane; różane krzewy kuliły się na ciasnej rabacie w kłującym obramowaniu lawendy. W wilgotnym powietrzu wisiał smród gnijącej roślinności.

Subskrybuj RSS - Marta Komornicka