Krzysztof Baranowski

…i po świętach

„Dobrze wrócić do domu.” – myślał, człapiąc powolutku ulicami miasteczka. – „Nawet jeśli ten dom znajduje się w zapyziałym, nudnym Betlejem. W Betlejem, w którym nigdy nic się działo, nic się nie dzieje i nigdy, przenigdy nie wydarzy się nic godnego uwagi.”

Owszem – marudził. Ale lubił marudzić. Taką już miał naturę. Zresztą, kiedy tak narzekał, czas zdawał się płynąć wolniej, było jeszcze nudniej i więcej było powodów do narzekań, a on utwierdzał się w przekonaniu, że ma rację. Niektórzy tak mają. On miał.

Linia obrony

Dionizy wrócił z działki dziwnie zamyślony. Długo modlił się przed obrazem Matki Boskiej. Wreszcie wstał, wziął młotek i zabił żonę. Potem zadzwonił po policję, usiadł obok stygnącego ciała i cierpliwie czekał.

Nie odpowiadał na pytania przybyłych policjantów. Milczał, czekając w areszcie na rozprawę. Odezwał się dopiero w sądzie.

Opowiedział, jak Bóg objawił mu się pod postacią płonącego krzaka porzeczki. Jak, chcąc wypróbować jego wiarę, dokładnie opisał mu, co ma zrobić. I jak obiecał, że wszystko skończy się szczęśliwie.

Koło przyjaciół

Zebranie Koła Przyjaciół Zwierząt miało się ku końcowi.

Omówiono już szczegółowo program dokarmiania zwierzyny leśnej. Wyznaczono grupę do odnowienia mocno już uszkodzonych przez czas paśników. Wysłano maile do zaprzyjaźnionych rolników z prośbami o coroczne dary w postaci wszelakich pasz. Wszystko poszło zgrabnie i szybko. Jak co roku.

W samo południe

Koniec kasy. Szybko dzisiaj poszło. Trzeba wracać do domu.

Dźwiga dupsko z barowego stołka i zataczając się rusza ku drzwiom.

Znowu będzie baba szurać. Chociaż, może zmilczy przy święcie? A jak nie zmilczy? Znowu trzeba będzie michę sklepać. Chociaż, może jej odpuścić przy święcie?

Wychodzi. Podciąga zarzygane spodnie i zygzakiem wędruje do domu.

Zegar na ratuszowej wieży wybija południe, kiedy zatrzymuje się przed drzwiami mieszkania.

Zaraz, zaraz… Ja przecież gdzieś tu miałem…

Przeszukuje kieszenie wymiętego płaszcza.

Jest.

Spacer

To, panie aspirancie, było tak…

Poszliśmy z Reksiem na wieczorny spacerek. Do parku. Pewnie, że ciemno, przecież to park.

Spacerujemy sobie… Nagle w krzakach coś zaszurało. A potem usłyszałem jakby szprej. I jakby mi kto pieprzem w oczy sypnął. Boli jak cholera i tchu złapać nie mogę. Padłem na ziemię i leżę. Reksio piszczy. Wtedy ktoś mnie kopnął w brzuch. Tak ze dwa razy. A potem w plecy. Kilka razy. Wreszcie chyba w głowę jeszcze, bo film mi się urwał.

Trypciak, czyli tryptyk króciakowy pod niekonwencjonalnym językowo tytułem: „Rząd rulez!!!”

Część druga: NA PĘTLI

 

Gwar w autobusie narastał. Początkowy szmerek i nerwowe pokasływania, powoli zamieniały się w głośne utyskiwania i coraz bardziej kwieciste wiązanki. I nic w sumie dziwnego. Mieliśmy ruszyć o szóstej trzydzieści pięć, tymczasem dochodziła siódma, a my wciąż tkwiliśmy na pętli.

W końcu spóźnić się do pracy czy do szkoły, szczególnie w poniedziałek, to żadna frajda. Ludzie się denerwowali.

Trypciak, czyli tryptyk króciakowy pod niekonwencjonalnym językowo tytułem: „Rząd rulez!!!”

Część pierwsza: W DOLE

           

W środę zaczął padać śnieg.

Kiedy w poniedziałek zgasł ogień pod wszystkimi kotłami, nikt się nawet specjalnie nie zdziwił. A bo to pierwszy raz? Wiadomo, dostęp do paliwa utrudniony, kotły, pamiętające jeszcze minioną epokę, drogie w eksploatacji, siła robocza słabo opłacana i równie słabo wydajna. Nic dziwnego, że kierownictwo podejmowało od czasu do czasu decyzję o krótkich, w pełni kontrolowanych przerwach.

Z cyklu „Jak zdobywano Dziki Zachód” - Gorączka

Jack powtarzał, że nie musimy spisywać umowy, przyjaciołom wystarczy uścisk dłoni.

Jack mówił, że za pożyczone od mojego brata pieniądze powinniśmy kupić sprzęt górniczy i ruszyć ku naszemu własnemu Klondike.

Jack twierdził, że na zachód od Goldtown nie ma wrogich Indian.

Posłuchałem.

Łatwowierność? Tak. Naiwność? Jasne. Głupota? Owszem.

Trzy razy po sto plus jeden

„Sztuka jest zwierciadłem rzeczywistości. Ale to zwierciadło można ustawiać pod różnymi kątami”. To z Barei. Z filmu „Małżeństwo z rozsądku”. Tekst, podobnie jak sam film, niby banalny, może nawet trochę głupawy, ale coś w sobie ma.

Artysta obserwuje rzeczywistość i tak jakby łapie ją, wciąga w siebie. Jak owo wspomniane na początku zwierciadło. A następnie, że pozostanę już przy tym zwierciadle, odbija ją, przetwarza zależnie od kąta ustawienia i przedstawia publiczności.

Z Matejki…

Patrzę na was od prawie dwustu lat. Siedzę w wygodnym fotelu i patrzę. Staram się nie ruszać, choć po prawdzie, łokcie wsparte na poręczach fotela czasami drętwieją, a czerwone portki wpijają się w zadek. Patrzę, słucham, myślę. Nie mówię nic. Bo co niby miałbym wam powiedzieć? Tak bardzo staram się nie wydawać żadnych dźwięków, że momentami prawie nie oddycham.

Tylko czasami dzwoneczki przy mojej czapce podzwaniają cichutko, kiedy nie wytrzymuję i potrząsam lekko głową. Po trosze z rozbawienia, po trosze ze zdziwienia.

Ally N.

Obcy nie był duży, mierzył niewiele ponad metr. Ale był niewiarygodnie silny i niesamowicie szybki. Próbujący stawić mu czoła ludzie byli bez szans.

Pierwszych sześciu marines nie wiedziało nawet, że ginie. Pozostali z pewnością też woleliby nie wiedzieć. Nie widzieć ciał towarzyszy rozrywanych na strzępy. Nie słyszeć ich krótkich, urywających się nagle wrzasków. Nie czuć tej koszmarnej bezsilności, kiedy lufy karabinów bezskutecznie próbowały dogonić błyskawicznie poruszającego się przeciwnika.

Najpiękniejszy list miłosny

„Mario”

No, to początek już mam. Początek najważniejszy. Dalej powinno już być z górki.

„…dzień, w którym utonąłem w błękicie Twych oczu…”

Pewnie nawet tego nie pamiętasz. Mijaliśmy się na przejściu dla pieszych. To była chwila, przypadkowe skrzyżowanie spojrzeń. Ale to wystarczyło. Ty poszłaś dalej, ja zostałem jak idiota na środku ulicy.

„…kiedy po raz pierwszy ująłem Twoją dłoń…”

K+M+B 2012

I narodziło się Dzieciątko. W stajence, w małej wiosce pod Suwałkami. Z Dziewicy. Niesamowite, prawda? Skąd nagle dziewica pod Suwałkami?
A jednak!
Leżało na sianku i machało grubiutkimi nóżkami. Prawie pięć i pół kilo – kawał chłopa. Krowy, do których na co dzień należała stajenka, ogrzewały Go swoimi oddechami.
A może tylko zastawiały się co ten malec robi na ich wieczornym posiłku? I czy zasikane sianko będzie się jeszcze nadawało do zjedzenia? Nie wiadomo. Z krowami nigdy nic nie wiadomo.
W powietrzu śmigały aniołki.

Krew. Morze krwi

Refleks światła na stalowym ostrzu, zgrzyt metalu na kości i porażający ból. I krew, morze krwi. Bogowie! Dlaczego? Dlaczego właśnie ja? Podnoszę do oczu zakrwawione dłonie. Robi mi się słabo. Już? Przecież człowiek nie wykrwawia się tak szybko! Nie! Nie chcę jeszcze umierać! Jestem taki młody. Tak wiele mam jeszcze do zrobienia. Słabnę z każdą chwilą. Powoli osuwam się na kolana. Czuję, że za chwilę stracę przytomność.Tunel. Powinienem zobaczyć tunel. I światełko na jego końcu. Ale otacza mnie tylko coraz głębsza ciemność.

Czy fraszki

Sursum corda

Dalej bracia! W górę serca!

Rzekł do kumpli ludożerca.

###

Pecunia non olet

Tak mawiali Rzymianie, mieli rację jak sądzę,

Mnie jednakże przeraża to głównie,

Że czasami, niestety, żeby zdobyć pieniądze,

Aż po łokcie ubabrzesz się w gównie.

###

Errare humanum est

Błądzenie jest rzeczą ludzką,

Więc miła panienko,

Pozwól błądzić moim dłoniom

Pod twoją sukienką.

Nie ma dymu bez ognia

"Nie ma dymu bez ognia"

Palacza myśl przewodnia.

Prędzej wielbłąd...

Patrzyłem na pochylonych nad stołem operacyjnym lekarzy. Jeszcze się nie zorientowali. „Publiczna służba zdrowia” – pomyślałem i ruszyłem w stronę światła.

#

Falka o ogień

Miecio był smutny.

Czuł się strasznie samotny. Nie miał, jak to się mówi, do kogo gęby otworzyć. To znaczy, z powodu nadmiaru uzębienia, gębę miał otwartą cały czas, jednakże było to otwarcie zupełnie bezproduktywne. Przynajmniej z konwersacyjnego punktu widzenia.

O, z jakąż rozkoszą zamieniłby z kimś choć kilka słów!

Subskrybuj RSS - Krzysztof Baranowski