Tomasz Zawada

Siała baba mak

Kobieta siedziała przy jedynym oświetlonym stoliku w głębi opustoszałej sali. Ze starej szafy grającej płynął uwodzicielski głos saksofonu. Przyglądała się kostkom lodu powoli topniejącym w szklance whisky.

Nagle poczuła, że miękka ciemność gdzieś przed nią rozstąpiła się na moment.

– Zawsze zastanawiałam się, czy będę sama, gdy ta chwila nadejdzie – powiedziała, nie podnosząc wzroku. – Nie ma już nikogo. Czas zamykać. Przybysz w milczeniu zajął miejsce naprzeciwko.

Pedofil

Zaczęło się od zgłoszenia zbulwersowanej matki. Potem potoczyło się już szybko. Sprawca został aresztowany, niezwłocznie osądzony i skazany na dobrych parę lat odsiadki. Na nic nie pomogły tłumaczenia, że nie znał wieku trzynastolatki, że sama go zachęcała, a gdy przyszło co do czego, podała cennik usług. Z każdym słowem pogrążał się coraz bardziej, co znalazło wyraz w uzasadnieniu sądu, ociekającym obrzydzeniem wobec tak plugawego czynu.

Wolność

Jan, jako praworządny obywatel, wielką wagę przykładał do tego, by nikogo nie urazić lub, co gorsza, nie złamać przepisów. A o to było nietrudno, odkąd ustawodawca w szale prawotwórczym, ochrzczonym nazwą „Musimy być niewolnikami praw, abyśmy byli wolni”, wprowadził piątą generację praw człowieka.

Po mieszkaniu krążył na palcach, nie chcąc naruszyć prawa sąsiadów do spokoju. Ściany pomalował zgodnie z normą do życia w estetycznym otoczeniu. W dyskusji nie zajmował żadnego stanowiska, by nikogo nie dyskryminować.

Prawa, dla dobra ogółu, mnożyły się jak grzyby po deszczu.

Niszczycielka światów

Monitor–okno–ściana–regał–drzwi–monitor. I tak w kółko.

Zygmunt kręcił się na krześle obrotowym, a pokój przewijał się przed jego oczami raz po raz. Pomysł wciąż nie nadchodził, ale mężczyzna czuł, że objawienie jest tylko kwestią czasu. Świerzbiły go palce. Nie mógł doczekać się, gdy stukot klawiszy wypełni ciszę.  

Nagle zdał sobie sprawę, że popełnił poważny błąd.

Zahaczył nogą o biurko i zatrzymał ruch wirowy. Powinien kręcić się w drugą stronę. Najpierw jednak chwila przerwy. Sięgnął po kubek i napił się herbaty, która zdążyła już całkiem wystygnąć.

Hierarchia

Krzyk bólu rozdarł panującą w parku ciszę.

Marek i Agata popatrzyli po sobie niepewnie. Romantyczny nastrój popołudniowego spaceru ulotnił się bezpowrotnie. Pomimo że minęła ledwie godzina siedemnasta, parkowe alejki świeciły pustkami. Lekki wietrzyk poruszał nieśmiało liśćmi, łagodząc trochę sierpniowy żar.

Gdy odgłos powtórzył się, chłopak pociągnął dziewczynę w stronę źródła dźwięku.

– Chodź! – powiedział.

Zagubieni

Czy niewinność może boleć?

Wypisana bliznami na ciele Agatki kronika stanowiła wystarczającą odpowiedź. Dziewczynka pamiętała bardzo długą drogę w dół, wykutym w skale tunelem. Ciemność powitała ją serdecznie, opatulając lepkimi ramionami, i towarzyszyła aż do samego końca ścieżki, która wychodziła na ogromną pieczarę. Tam mrok rozpraszało blade, bijące z niewiadomego źródła światło.

Zboczuch

– Czy ty mnie w ogóle słuchasz? – Henryk zbył milczeniem pytanie Marty, udając pochłoniętego artykułem w porannej gazecie.

W rzeczywistości jego myśli krążyły wokół Małej Przyjemności. Już tak długo na niego czekała, ukryta w sekretnym pokoju w piwnicy. Oblizał mięsiste wargi, dając ponieść się skrzydłom fantazji.

– Dobrze się czujesz? Jakiś taki czerwony jesteś na twarzy. – Głos Marty brutalnie przywrócił go do rzeczywistości.

Topienie

Starzec ściągnął grube rękawice i schował je do obszernych kieszeni baraniego kożucha. Chuchnął kilka razy w zgrabiałe z zimna dłonie, a następnie potarł nimi energicznie o siebie, próbując rozgrzać skostniałe palce.

Obłoczek oddechu zamigotał srebrzyście, po czym rozpłynął się w powietrzu. Noc była widna i mroźna. Chociaż z księżyca pozostał zaledwie skrawek, który następnego dnia miał zniknąć zupełnie, to las wyławiało z mroku silne światło gwiazd, odbijające się od leżącego wszędzie śniegu.

Hołdy dla Boga Bezmyślności

Coś się zmieniło.

Michał z początku nie potrafił określić co takiego dokładnie. Godzinami krążył ulicami, przypatrywał się miastu i krążącym jego arteriami mieszkańcom. Pozornie wszystko było w porządku, ale jakiś szczegół zakłócał obrazek. Dopiero po paru dniach zauważył, że ludziom puchną głowy.

Dzień sądu

Mikrofon włączony. Mężczyzna poprawia jeszcze słuchawki na uszach i wbija wzrok w rząd ekranów, pokazujących obrazy z całego świata.

Ćma

Nie ma przebaczenia.

Gorący żwir parzy moje stopy, gdy powoli wspinam się pod górę. Robię kolejny krok. Spoconymi dłońmi napieram na ciemny głaz. Nie chce drgnąć. Zaklinował się. Jak zwykle zapomniałem o tej szczelinie. Opieram się całym ciałem o kamień. Pcham ze wszystkich sił. Z chrzęstem przesuwa się do przodu, ale ostra krawędź rozcina mi nogę. Czuję krew spływającą po udzie. Ignoruję ból. Zagoi się. Znowu.

Starając się nie pośliznąć, pcham dalej.

Cztery baśnie

1. Baśń o podłym klejnocie.

Pewnego razu był sobie książę, który mieszkał w zamku o dwunastu wieżach.

Co roku, w dzień urodzin księcia, na najwyższym balkonie jednej z wież pojawiał się sędziwy czarnoksiężnik i zrzucał w dół magiczne, fioletowe jajo. Skorupka w zetknięciu z brukiem pękała z sykiem, a z wnętrza wylewały się kaskady oślepiającego światła, przybierające ostatecznie formę zwierzęcia. Za każdym razem innego.

Pakt

Dziewięć za mną. Został jeszcze jeden.

Zawarłem pakt z diabłem. Oddałem duszę w zamian za sekret długowieczności. Problem w tym, że ten złośliwy skurwiel zapisał go pod którymś z moich paznokci. Zakrwawionymi szczypcami chwytam mały palec lewej ręki. To już ostatni, musi być tutaj.

Zrób to szybko, powtarzam sobie. Mniej zaboli.

Gówno prawda.

Świadomość odzyskuję kilka minut później. Leżę w kałuży krwi i szczyn. Pusty paznokieć znajduje się tuż obok. Z bezsilnej wściekłości zaciskam bryły mięcha, które niegdyś były dłońmi.

Skrobanie

Skrob, skrob.

Znienawidzony dźwięk wyrywa mnie ze snu. Podnoszę się i wbijam wzrok w kontur drzwi, majaczący w ciemnościach. Dłonie kurczowo zaciskają się na kołdrze.

W domu panuje cisza, ale po chwili znów rozlega się skrobanie. Gdy przybiera na sile, mimowolnie wstrzymuję oddech, a po plecach przebiega mi lodowaty dreszcz.

To czyjeś paznokcie. Brudne, połamane, osadzone na grubych paluchach. Wiem, że to prawda. Po prostu wiem.

Uśmiechaj się szeroko

Od kiedy uderzyłem się w głowę, świat wygląda inaczej. Odkryłem, że miasta nie są prawdziwe, a po ulicach krążą potwory. 

Idąc chodnikiem, gapię się przed siebie i staram się ignorować istoty, które udają ludzi. Naciągnięte na koszmarne pyski twarze straszą karykaturalnymi uśmiechami.

Od tygodnia nie spotkałem prawdziwego człowieka. Jest nas coraz mniej i chyba tylko ja to zauważam. Staram się zachować spokój, choć to bardzo trudne. Szczerzę zęby do mijanych kreatur, udając, że wszystko w porządku. Szczęki zaciskam tak mocno, że z kącików oczu lecą łzy.

Twarz mordercy

Cześć.

Widzieliście kiedyś mordercę? Ale takiego prawdziwego? I nie mam tu na myśli żadnych filmowych Hannibalów Lecterów ani zamazanych twarzy bandziorów z migawek telewizyjnych.

Ja widziałem. Ba! Ja nawet znam paru morderców. Na przykład jednego takiego kolesia, który pewnego razu stracił nad sobą panowanie i zabił swoją narzeczoną w ciąży. Dostał dwadzieścia pięć latek, ale potem się zresocjalizował i go wypuścili. Znalazł sobie nową dziewczynę, ożenił się, ma dziecko. Życie jest dziwne.

Głowa

Jezusie, co oni mi zrobili?

Staram się nie myśleć o doszytej głowie, ale to trudne. Nieprzytomny czerep obija się o mój policzek prawie przy każdym kroku.

Labirynt wydaje się nie mieć końca. Odkąd się obudziłem nic tylko kamienny tunel, oświetlony regularnie rozmieszczonymi, słabymi żarówkami. Już dawno przestałem liczyć minięte rozgałęzienia.

Od wielogodzinnego marszu zaczęły krwawić mi stopy.

Cisza jest nie do zniesienia. Ciszą karmią się lęki.

Niechciane pytania wysuwają łby z zakamarków świadomości.

Lustro

Kupiłem je w zeszłym tygodniu i powiesiłem w salonie. Od tamtej pory niewiele ruszam się z domu.

Zauważyłem, że w moim fotelu ktoś siedzi.

Odbicie wyraźnie pokazuje czubek głowy, wystający zza oparcia i bladą dłoń położoną na podłokietniku.

Od lat mieszkam sam.

Boję się sprawdzić, boję się przestawić fotel i spojrzeć za siebie. Wiem, że jeśli zobaczę tę twarz znienacka, to umrę. Albo oszaleję.

Imię moje Legion

Pewnego razu był sobie bóg, który zapragnął stać się człowiekiem. Jak postanowił, tak też uczynił.

Adam Kruczyński nie wyróżniał się niczym szczególnym. Urodził się, poszedł do szkoły, potem na studia, a następnie od pracy do pracy lawirował przez życie, zarabiając przeciętne pieniądze i tak też egzystując. W międzyczasie poznał miłą dziewczynę o imieniu Ewelina, która została ostatecznie jego żoną i urodziła mu syna, małego Michałka.

Adam zmarł we śnie, w wieku siedemdziesięciu sześciu lat. Jego organizm po prostu przestał funkcjonować.

Gdy nastał raj

 Jestem szczęśliwa.

Słońce obmywa świat radosnym blaskiem, a delikatny wietrzyk pieści rozgrzaną skórę chłodnym, przynoszącym ulgę dotykiem. Leżę na trawie i wpatruję się w błękitne niebo.

Od kiedy nastał raj, życie składa się z samych wspaniałych dni.

Bogu niech będą dzięki!

Strony

Subskrybuj RSS - Tomasz Zawada