Mike Jansen

Opowieść grozy

Późna już noc

Gdy siedzisz i piszesz

Opowieść o strachu, zagrożeniu i fatum

Protagonista, antagonista, wioska, miasto, kontynent, świat

Wszystko to upadnie u stóp Przedwiecznego

To dobra opowieść, pochłaniająca

Wpadasz w to, czego pragniesz, w szał tworzenia

Gdy wyrazy wypływają spod twych palców

I niemalże słyszysz, jak wokół trzeszczy powietrze

Do momentu, gdy wystukasz KONIEC

Ziewniesz, przeciągniesz się,

przeczytasz ostatnie linijki i ułożysz się do snu.

Armia

‒ Dołącz do nas! ‒ powiedzieli, podekscytowani.

Zobacz świat, zachłyśnij się podróżami,

Zwalczaj wroga, strzelaj do rebeliantów.

Bombarduj cywili, torturuj niewinnych ludzi!

‒ Dzieci, ja już wyznaczyłem granicę.

Przełożyła Małgorzata Gwara

Jerycho, raj we Wszechświecie (z punktu widzenia statystyki)

Na pierwszy rzut oka Jerycho (Groombridge 1618b) było dla ludzi rajem. Planeta ta znajdowała się w środku mieszkalnej strefy gwiazdy. Szczyciła się przyjemnymi temperaturami, a także korzystną atmosferą. Rozwinęły się na niej proste formy życia, które nie zmuszały do rywalizacji, a więc nie stanowiły zagrożenia dla ludzi. W dodatku planeta miała równą powierzchnię z wieloma małymi i kilkoma większymi wyspami oraz ogromnym obszarem o umiarkowanym klimacie. Jerycho było dla wielu urlopowiczów wymarzonym miejscem na wakacje. Masa hoteli tuż przy białych subtropikalnych

Jednocząca koniunkcja

Słońca Tertia Trega zawsze wisiały nisko na niebie. Czyniło to dzień planetarny wyjątkowo ekstremalnym doświadczeniem, gdyż chłodne czerwone światło pierwszego ze słońc mieszało się z ciepłym blaskiem żółtego, a niekiedy z wielkiej niebieskiej gwiazdy spadał dodatkowo grad ultrafioletowych cząstek.

Karakum

Wydmy, które pochłonęły Karakum, miasto złotych dachów, mają barwę rdzawego brązu. Nadal wznoszą się na Wielkim Ergu — nieskończone rzędy wydm wysokich na setki stóp, ich szczyty rozmyte w podmuchach wiatru, który na tej wysokości gna jak szalony. Krążą plotki, że zaginione miasto pojawia się raz na sto lat, tylko na jedną noc. W tę jedną jedyną noc dżinny świętują i polują na możliwie najkrąglejsze dziewice, najwyraźniej pragnąc zaspokoić więcej niż jeden rodzaj głodu. Ale to tylko zabobonne opowiastki. Karakum to martwe, dawno utracone

W poszukiwaniu duszy

Zasłona mgły odznaczała się dziwnie ostro na ściółce amsterdamskiego lasu, jak gdyby stanowiła wyraźną linię demarkacyjną pomiędzy światem, który John Deependale znał, a światem ukrytym w białej, wzburzonej masie.
To była ta sama mgła, którą zobaczył dokładnie w tym samym miejscu wiele lat temu, tylko że wówczas nie zdawał sobie sprawy, iż stanowiła granicę, na której liczne rzeczywistości wchodziły ze sobą w interakcje. John pamiętał ten dzień bardzo dobrze, choć upłynęło tyle lat. To był dzień, w którym stracił duszę; dzień, w którym w jego sercu zamieszkał chłód.

Obietnica na jutro

Krótkie i uważne są moje kroki przez gruzy Indianapolis, śmietnisko pozostałe po milionie ludzi. Nie muszę szukać długo; odór rozkładu prowadzi mnie ku wejściu do mrocznej piwnicy, stromych schodów prowadzących w dół oraz ciemnej, płytkiej kałuży u ich podnóża. Daleko w dole lśniący nowością szlaban stoi pod rozsypującymi się konstrukcjami tak niegdyś dumnych wysokościowców. Zardzewiały znak oznajmia, iż ta kupa gruzu to Chase Tower.

Opowieści luster

Zaczęło się od lustra w sypialni. Czasami budziły go w nocy ciche szepty, zupełnie jakby ktoś próbował do niego mówić na granicy słyszalności. Ciche mruczenie kołysało go z powrotem do snu.

Pewnego dnia żona go przestraszył stuknięciem w ramię. Nie był świadomy tego, co dzieje się dookoła, zupełnie jakby opowieść snuta przez lustra go pochłonęła.

– To niezdrowe, skarbie – powiedziała. – Powinieneś iść do lekarza.

Jedna chwila

W jednej chwili niebo nieomal zlało się z morzem, a chmury zaczęły wirować w górę i w dół, jak gdyby niewidoczna boska ręka dotknęła horyzontu.

Patrzył z zachwytem w przestrzeń i podziwiał widok. Mimo nadziei czy wręcz oczekiwań, taka tranzycja była niezwykle rzadka i możliwa wyłącznie w bardzo szczególnych okolicznościach, przy odpowiednim położeniu słońca, księżyca i gwiazd, a do tego bogowie musieli być w dobrym humorze – dzięki tuzinowi młodych byków złożonych na krwawych ołtarzach.

Somnalizbona

W tej Lizbonie, która nigdy nie istniała, idę przez Praça do Comércio, podziwiając płynne formy pałaców i galerii zbudowanych przez szalonego architekta Corneta po jego ucieczce z secesji katalońskiej w 1899 roku. Jego posąg to patetyczne monstrum z brązu, przyciągające wielu turystów, ale też stanowiące ewidentny dysonans w otaczającej je harmonijnej spójności architektonicznej. Wpatruje się nieskończenie w centrum miasta, które zaprojektował z taką miłością, prawie jakby chciał oddać hołd swojemu nowemu domowi, nadając mu wykwintny, przesadny splendor i piękno.

Przycień

Miasto nocą stało się dla mnie nie do zniesienia. Światło dnia przynajmniej ujawnia jaśniejszą stronę człowieczeństwa, mojego człowieczeństwa. Jednak nawet to nie zmienia faktu, że inni ludzie przerażają mnie do szpiku kości.

Karma to dziwka

— Jesteś gotowa? — spytałem Sheilę.

Przeciągnęła swoje stare kości i wyszczerzyła się do mnie w uśmiechu. Zawsze się szczerzy.

— Oczywiście, że jestem. Jaki plan mamy na dzisiaj?

 — Mamy cztery zadania. Pierwszym z nich jest Jon Arons — powiedziałem, przeglądając listę w głowie. — Holly Road 12. Zabrał Bertramowi zegarek kieszonkowy i napluł mu na głowę.

— Sukinsyn — powiedziała Sheila. Syknęła. — Kiedy tu był?

— Czternaście lat temu — odparłem.

Subskrybuj RSS - Mike Jansen