Aleksandra Brożek-Sala

Madame

Uciekaj.

„Uciekaj skoro świt”, waliło jej w skroniach. Uciekać? Dokąd? Nie, to pewnie tylko piosenka zasłyszana poprzedniego wieczora. Była tu, gdzie bywała od lat. Tu, gdzie chciała być. Pośród krzewów i drzew Skaryszewskiego Parku. Tu, gdzie już wkrótce miał pojawić się jej Horacio.

 

Epidemia

Stało się. Koszmar o żywych trupach w końcu się ziścił. Świat nie jest już taki jak dawniej. Nie można ufać najlepszemu przyjacielowi.

Kulę się pod wiatą na przystanku i ukradkiem wyszukuję zarażonych. Po ich czołach spływa pot. Nerwowo oblizują wargi, przestępują z nogi na nogę. Ich błędny wzrok zdradza postępującą infekcję, a ja mam coraz mniej odwagi, by wsiąść z nimi do autobusu.

Subtelność

            Siwiutka kobieta zażywająca relaksu na ławce przed chatą patrzyła na mnie ze spokojem. Jak zwykle moją uwagę w pierwszej kolejności przykuły jej lekko uniesione kąciki ust. Uśmiech Mona Lisy, pomyślałam. Spracowane dłonie wystające z rękawów znoszonego sweterka spoczywały na kolanach. Obok babuleńki siedział mężczyzna. Był tak mały i pokurczony, że dałabym mu co najmniej sto dwadzieścia lat. Można było odnieść wrażenie, że lada chwila się rozsypie. „Lubelskie typy” – widniało pod zdjęciem.

Ptasie radio

Wrona, jak to Wrona, przyleciała pierwsza.

            – Kra! A cóż to? Jeszcze nikogo nie ma?

Zdumiawszy się, przysiadła na seledynowej ławce.

            – Witaj, kumo! – Wnet Wróbel się pojawił. – Ćwir, ćwir, ćwir! Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje!

            – Zaiste, kra!

            – Gru, gru, gru, witam gołąbeczki. – Dołączył kolejny rozmówca.

            – Sam pan jesteś gołąbeczek.

            – Jestem, jestem. A jakże!

I tak razem, poufale, plotkowały ptaszki w upale.

– Ale dzisiaj słonko świeci!

Potwór

Zaczęło się tuż po północy.

Bała się strasznie. Zapowiedź niesamowitego bólu spędzała sen z powiek przez ostatnie kilka miesięcy. Ale czy powinna narzekać? Każda księżniczka musi się poświęcić dla plemienia. Dla społeczności, dla swojego ludu, dla ogółu. Święty rytuał. Mogło być gorzej. Mogli jej wyrwać serce na stole ofiarnym albo…

Hipoteka

– Jak to nadal będziemy dłużnikami?! – krzyknęła Basia, pospiesznie przeglądając przyniesione przez Jarka pismo.

Podrapał się po głowie. Jak by jej to wyjaśnić…

– Zabezpieczenie?! – przerwała mu natłok myśli.

– Normalnie. Pamiętasz umowę?

– Pamiętam, do cholery! Ale przecież zabierają mieszkanie? Jeszcze im mało?!

Tych państwa nie obsługujemy

Ledwie wszedł do ciemnej pieczary, uderzył go potworny smród. Mrużąc oczy, rozejrzał się z obawą. Kilka haków, ślady krwi... Baranek zadrżał z przerażenia.

– Czego?!

– Ja...

– Po osiemnastej jest!

– Czy dostanę...

– Nie ma!

– Aha. A może...

– Skończyły się!

– A co jest?

Niedojrzałość

W młodości uwielbiałam karuzelę. Diabelski młyn, młot, kolejka górska. Czując, jak pędzę ku ziemi głową w dół, traciłam kontakt z rzeczywistością. Swobodne spadanie. Lot ku nieuchronnemu. Leć, dziewczyno, leć. Szybuj wysoko, ku niebu.

***

Urwała się z ostatniego wykładu. Dziś był jej dyżur. Nie znosiła wtorków. Młodzi powinni się bawić, na obowiązki przyjdzie czas.

Winda

Nerwowo obracając w palcach długopis, wpatrywała się w czerwoną lampkę. Zaraz przyjedzie.

Zazwyczaj w takim wypadku zdejmowała z nóg szpilki i wbiegała pod górę.

– Niestety, proszę pani. Tu nie ma schodów. – Poinformował ją przed chwilą portier z ospowatą twarzą. – Proszę skorzystać z windy. Jest na końcu korytarza.

– Jak to? Macie tu chyba zejście ewakuacyjne?

Trylogia znad Tamizy

Zauroczenie

Oczarowałam go bez trudu. Bawiłam się i zwodziłam, dopóki nie ogłosił mnie damą swego serca i nie ślubował wierności. Nie zauważył, że mam przewrotną naturę niepoprawnej kokietki.

Dziś leżymy obok siebie, szczęśliwi i spełnieni. Rozszerzone źrenice kochanka znajdują się zaledwie kilka centymetrów od mojej twarzy. Słyszę stłumiony jęk, czuję gorący oddech, a dłonie gniotą nagrzany koc. W powietrzu unosi się słodki zapach jego skóry.

Udane rozdanie

Królowa zdumiała się, gdy Paź padł do jej stóp, by nucić rzewne pieśni o miłości.

Potem beztrosko stanął na głowie i poczęstował ją napojem swawoli.

„To na niego tak długo czekałam”. Przyjęła puchar - Asa Pucharów - po czym razem śmiało zakręcili Kołem Fortuny.

Usłyszeli pusty rechot Głupca, po którym zapadła głucha cisza. Paź okazał się figlarzem i nie zostawił jej nic prócz Dziewięciu Mieczy.

Normalnie

Koniec pracy.

Klik.

Karol ziewnął i pospiesznie dopił kawę.

„Która to godzina? Osiemnasta?!”, przestraszył się.

Trzeba coś przegryźć, kupić prezent i…

– Karol! – To był dziadek.

– Tak?

– Co robisz?

– Nic.

– Pójdziemy na spacer?

– Nie mogę. Dziś ślub kolegi.

– Masz garnitur?

– Nie, dziadku.

– Bój się Boga!

– Wyluzuj, dziadku. Świat się zmienia.

– Idziesz na ślub bez garnituru?

– Nikt nie zauważy, nie martw się.

– A więc wychodzisz z domu? Będę sam?

Absynt

Etienne spoglądał od niechcenia na żółte światło ulicznej latarni, której blask zdawał się tworzyć magiczną kulę lewitującą nad brukiem paryskiej ulicy.

Lecz jego myśli krążyły gdzie indziej.

Subskrybuj RSS - Aleksandra Brożek-Sala