Hektor Sztych

Poranek

Coś wyrywa mnie ze snu. Szarpanie za ramię.

– …dasz radę… – słyszę. Głos jest bezbarwny i chrapliwy, jakby jego właściciel za dużo wypalił poprzedniej nocy.

Obracam się na drugi bok i próbuję ukryć twarz w poduszce. Iskra świadomości, która raczyła we mnie na chwilę rozbłysnąć, zgasła i zdecydowała się jednak spać dalej.

Potwory

Ciszę przerywa głośny okrzyk.

Unoszę ciężko głowę i spoglądam przed siebie. To mój pan. Pędzi galopem jak wicher, z opuszczoną przyłbicą. Wbija ostrogi w boki konia. Dolatują mnie jakieś słowa o bestiach, potworach, które trzeba pokonać.

Po plecach przebiega mi dreszcz, a zęby zaciskają się nerwowo. Znowu to samo.

Ruszam powoli za nim. Nie spieszę się. Nie zatrzymam go przecież i mu nie przeszkodzę. Zbyt wiele razy już próbowałem.

Joachim

Joachim nie był nikim ważnym. Na dobrą sprawę po prostu był nikim.

Wiódł bezbarwne i puste życie – problemy omijały go z daleka, a szczęście trzymało się w bezpiecznej odległości.

Subskrybuj RSS - Hektor Sztych