Sławomir Ambroziak

Sen wampira

Księżyc sączył srebrzystą poświatę przez wąskie okienko krypty. Wieko trumny drgnęło, skrzypnęło, runęło na posadzkę. Dominik usiadł, przeciągnął się i ziewnął.

– Kru-cy-fiks! Ale pospałem... Już dobrze po północy? Co wali ta dzisiejsza młodzież?! Dawniej trafiałem na spiryt, laudanum. A, czasem na mandragorę. Oooo, po niej bywały jazdy! Dzisiaj to nie wiadomo, co struje potępionego... Spałem jak zabity. Jeść!

Dzień wampira

– Blada i osłabiona? Pewnie jakiś wirus, mamy jesień. Dwa ukłucia na szyi? Pluskwy. Roi się od tego w starych deskach – zawyrokował doktor. Nikt nie wierzył w jego diagnozę.

Gdy tylko lekarz zniknął za progiem, gospodarz pogonił babę do komórki, po czosnek. Girlandami wianków obwiesił okna i drzwi. Utarł jedną główkę z solą, ukroił kilka kromek chleba, teraz smarował je grubo smalcem:

– Zje? – burknął na Andrei.

– Dobre to? – Andrei przełknął ślinę.

– Sam świnię chowałem, sam topiłem słoninę.

Subskrybuj RSS - Sławomir Ambroziak