Piotr A. Kaczmarczyk (Piotr Ka)

Drzewo życia

Czterdzieści osiem stopni Celsjusza rozpościerało się nad pustynią. Gęste powietrze przecinały chwiejnym krokiem dwie postacie. Gołe, spieczone słońcem plecy i ramiona, głowy owinięte bawełnianymi koszulkami, przesuszone na proch lniane spodnie, a na stopach pożółkłe od piachu, niegdyś śnieżnobiałe, adidasy.
Kobieta zatrzymała się.
– Nie dam rady – powiedziała i opadła na kolana.
Z trudem sięgnęła po przypięty do paska spodni bidon i przystawiła do ust, desperacko próbując wycisnąć z niego chociaż jedną kroplę.
– Ach! – krzyknęła i zakasłała.

Poranny gość

– Ej! – Rauszu szturchnął go w ramię.

– Oczy mi się kleją – odparł Mózgu.

– Wiesz, że jak uśniesz, to ja nie ręczę za siebie. Pamiętasz, co nawywijałem ostatnio?

– Wszystko mi jedno.

Mózgu wychylił kolejny kieliszek i zamknął oczy.

Kiedy je otworzył, był ranek, a on leżał na podłodze. Już miał wdrapać się na łóżko, kiedy z przerażeniem spostrzegł, że śpi w nim Ból Głowy. Jego lepiej nie budzić.

Karuzela

– Polej, Robek – mówię, ale on nie słucha.

Oparty o ścianę, wydaje się taki wytworny, w tym swoim garniturze Vistuli za półtora tysiąca i nieodłącznym papierosem elektronicznym w dłoni.

– Pamiętajcie – zawsze powtarza. – Ja paliłem e-fajki, zanim to się stało modne.

Szturcham go lekko, ale mimo to Robert chwieje się i przewraca. Twarzą na zimne panele.

– Zawsze odpada pierwszy – słyszę głos Marcina.

Szlachetny rycerz

–  Mało.

–  Co mało?

–  Umawialiśmy się na więcej.

–  Umawialiśmy się, że przyniesiesz głowę smoka, a  to tu, to co to ma być?

–  Nie moja wina, że przy takim wielkim cielsku bestia miała taki malutki łebek.

–  To czegoś nie przywlókł ze sobą tego cielska?

–  Bo jest trochę za duże, ale leży tam nadal koło jaskini. Zapewniam, że nikt go stamtąd nie ruszy. Możecie, panie, jechać i  zobaczyć na własne oczy.

Subskrybuj RSS - Piotr A. Kaczmarczyk (Piotr Ka)