Antoni Nowakowski

Niespełnieni

– Ostatnio ciągle rozmyślam nad naszymi imionami. – Pierwszy na chwilę przerwał szczotkowanie sierści swojego rumaka. Jej wygląd jeszcze go nie zadowalał. Nie lśniła tak, jak lubił. – Jesteśmy sobie równi, a jednak nasze imiona nas szeregują. Może nawet wyznaczają ważność każdego z nas. Dziwne…

Czwarty  potrząsnął głową i szeroko rozłożył ramiona, dając znak, że nie zna odpowiedzi. Zwykle mało się odzywał, może z tego powodu, że wtedy, gdy razem podejmowali swoje zajęcia, najwięcej się trudził. Wolne chwile, a było ich niewiele, przeznaczał na odpoczynek.

On i Tamten

Rękojeści radła mocno drgały, gdy ostrze rozrywało ziemię. Wbijały się w dłonie, i tak już obolałe od całodziennej pracy. Kamienista ziemia z trudem poddawała się jego wysiłkom.

Chciał dzisiaj przygotować glebę do siewu, a potem wsypać ziarno do długich rowków i zabronować rozległe pole. Za jakiś czas zbierze plon i widmo głodu znowu odejdzie w nicość. Powtarzał te czynności rok w rok, od tak dawna, że już nie pamiętał, jak długo. Każdej wiosny i jesieni harował przy orce, a potem czekały na niego inne zajęcia.

Imiona i nazwiska

Wspaniały gabinet – pomyślał John. – Budzi zaufanie.

Zanotował w pamięci, aby zapytać, gdzie szef firmy nabył garnitur. Wyglądał w nim wspaniale. John poczuł w sercu ukłucie zazdrości, gdy wszedł do wielkiego pomieszczenia. Zwykle to on przyciągał uwagę dystyngowanymi i drogim strojami, jednak ten ubiór przyćmiewał wszystko, co do tej pory widział. Materiał, krój, guziki, wykończenie mówiły jedno – jestem miliarderem, ale i człowiekiem o wyrafinowanym guście, umiejętnie wykorzystującym zebraną fortunę.

Ostatni w szeregu

Nigdy nie narzekał, chociaż coraz częściej miał poczucie, że nikt nie zwraca na niego uwagi. Że w nieprzebranej rzeszy bezcielesnych bytów jest ostatnim w szeregu.

Starał się, naprawdę starał… Odwodził od grzechu, prowadził drogą cnoty. Mówił sobie, że brakuje mu czasu, żeby nadmienić o swoich zasługach. Przypomnieć, że istnieje. Że nie ma nawet imienia…

 Poczucie goryczy jednak narastało – chociaż w końcu pogodził się z tym, że ciągle zajmuje najpośledniejsze miejsce.

Niespodziewanie poczuł mocny uścisk. 

Końcowe rozstrzygnięcie

– Chyba ulokowano tutaj centralę dowodzenia. – Fenrir rozejrzał się uważnie. Pokręcił głową. – Warto zajmować się tym złomem? Mam wrażenie – kontynuował z niesmakiem – że ten zakichany krążownik zaraz pójdzie na dno. Razem z nami.

– Przecież doskonale pływamy. – Zachs z uwagą studiował plany okrętu. Ocalały w budynku położonym na przedmieściach.  – Basen portowy jest płytki – ciągnął. – Kadłub osiądzie na dnie. Wspaniała jednostka!

Mocno postukał w nisko zwieszoną metalową powałę. Odpowiedziało dźwięczne echo, poprzedzone tumanem kurzu. 

Zmierzch

Już po raz niepamiętny z rozkoszą układał się do snu. Wykonywał najbardziej lubianą, może nawet kochaną, czynność dnia. Szykowanie się do spoczynku, wyciąganie na posłaniu, rozluźnianie mięśni, poruszanie palcami stóp... Wysmarkiwanie nosa, ziewanie, zamykanie ciążących powiek.

Ciągle nieumarły bóg władał teraz tylko zmierzchem. Powolne przenoszenie się w niebyt spania powodowało, że nadchodziła ciemność.

Czerwona poświata

– Chryste, jak ich kawa pachnie! – Frist oblizał wargi. – Nie jak nasza lura, cholera wie, z czego robiona.

Zapach świeżo parzonej kawy z obozowiska konfederatów dochodził aż tutaj, na przeciwległy brzeg rzeki.

Sierżant Frist lubił kawę. Wszyscy z oddziału Wagnera uwielbiali konfederacką kawę. Kubek czarnego napoju był rozkoszą dla podniebienia.

Dream Team Polska

– Członkowie rad nadzorczych tych spółek zostaną wymienieni. – Prezes Dream Teamu Polska podniósł palec. – Dobierzmy zaufanych fachowców, a nie specjalistów od prawienia banałów!

Człowiek w pięknie skrojonym garniturze położył na stole gruby plik gęsto zadrukowanych kartek.

– Przygotowaliśmy listę, wraz z propozycjami odpowiednich wynagrodzeń. – Zatarł dłonie. – W ciągu tygodnia wszystkie spółki skarbowe staną się nasze. Wykorzystajmy sukces…

Zza drzwi dobiegał gwar podnieconych głosów. Dziennikarze niecierpliwili się, oczekując na konferencję prasową.

Cudowny bieg

Nieposkromionym pędem wracał do siebie, do ukochanego miejsca odpoczynku. Rozkoszował się biegiem, jego lekkością, swoją mocą, niebywałą szybkością. Uwielbiał przemierzać dalekie szlaki, poznawać nowe krainy, zadziwiać ludzi. Każda taka wyprawa przedstawiała się inaczej, jednak każda była niezwykła.

Już widział kotlinę pełną soczystej trawy i wspaniałych kwiatów.

W tym cudownym biegu Pegaz nie zauważył nisko zwisającego konaru potężnego dębu. Nadgryziona przez korniki gałąź opuściła się. Skrzydlaty koń roztrzaskał wspaniale uformowany łeb o sękate odrośle drzewa.

Lekkoduch

– Cholernie przesadziłeś z kosztami… – W głosie kobiety zabrzmiała irytacja. – Rachuba alarmuje, że nie zgadzają się rachunki, o dużą kwotę… Przerżnąłeś pieniądze w pokera! Szastasz groszem!

– Błahostka, brakuje trzystu tysięcy funtów... – Mężczyzna wzruszył ramionami. – Otrzymałem wolną rękę w załatwieniu sprawy. Pozwoliłem wygrać temu gnojowi… – ciągnął rozbawionym tonem. – Zajęty liczeniem potężnej puli nie zauważył, gdy strzeliłem mu w łeb. Jeden członek obstawy terrorysty przeżył. Uciekł, zabierając sporo plików banknotów.

Właściwe proporcje

Terencja wlewała do amfory kolejny składnik – samogon, pędzony przez rzymskich proletariuszy. Potem dodawała ściśle wyliczoną porcję wina palmowego, o smaku wywołującym ból zębów. Faską starannie odmierzała ilość płynu. I najważniejszy element – cudownie pachnącą wódkę z Rodos.

Kobieta westchnęła.

Całkowita automatyzacja

– Moja stara pieprzy się na okrągło! – Postać, zmierzająca do wyniosłej bramy, wyraźnie się zatoczyła. – Dlatego właśnie chlam wódę. Tylko gorzałkę trunkuję, bo piwskiem gardzę.

Kilkoro oczekujących odwróciło się w stronę przybysza. Stali w długim szeregu i cierpliwie czekali, bo kolejka przesuwała się naprawdę wolno. Wyglądało, że oprócz prowadzonych ściszonymi głosami pogaduszek nie mają nic do roboty, więc przepity baryton wywołał spore zainteresowanie.

Drzwi

Przeczekiwali skwar wczesnego popołudnia w cieniu oliwnego gaju. Po obiedzie i krótkiej sjeście znowu mieli zabrać się do pracy przy zbiorze fasoli.

– W tym roku łodygi pełne strąków. – Jon wsadził łyżkę do garnka. – Doskonały plon. Zasługa nawodnienia i dobrej pogody – nieboskłon od miesięcy bez chmurek… Łaska Boga.

Po brodzie pociekł sos z wkładanego do ust sztućca. Jon wytarł ją dłonią, a potem starannie wylizał palce.

Ostateczna odpowiedź

Patrzył na nią w milczeniu. Jeszcze niedawno przepełniała go pewność sukcesu…

Zapytał z tłumioną furią:

– Dlaczegóż nie chcesz zaznać tej przyjemności? Poznać wszystkiego do końca?

Kobieta odęła wargi.

– Nie, nie i jeszcze raz nie… – Wspaniałe piersi zafalowały, gdy głęboko westchnęła. – Usłyszałeś ostateczną odpowiedź.

Przemyślane usiłowania nagle legły w gruzach.

– Wyjaśnij chociaż, czemu? – powtórzył, zgrzytając zębami.

Gra w kości

– Ustalmy stawkę… – Cavendish oblizał wargi. – Rozstrzygnijmy też, czy znowu gramy w kości. Zapewne zgodzisz się, że na partię szachów jest zdecydowanie za gorąco.

Z widoczną na twarzy satysfakcją pociągnął łyk zimnej whisky ze szklaneczki.

Wybierając się rankiem na plażę, on i Masterson zabierali metalowy kufereczek pełen lodu. W środku pojemnika, oprócz napojów chłodzących, tkwiła butelka Johnny'ego Walkera.

Cavendish dolał sobie alkoholu. Nagle rzucił z niespodziewanie brzmiącą w głosie irytacją:

Zbawiciel

– Istniejesz… – Podróżnik otarł pot z czoła. – Śmiali się ze mnie, mieli za wariata. A ja znalazłem twoje ustronie w amazońskiej dżungli. Legendy nie kłamały…

– Mój zbawicielu, osiągnąłeś cel, więc wyświadcz mi przysługę. Przez wieki istnienia nauczyłem się nawet mówić – coś trzeba robić… – Feniks nastroszył pióra. – Czekałem, aż ktoś mnie w końcu odszuka.

W miejscu tym żar słońca i duchota mieszały się z tamującym oddech smrodem spalonego mięsa.

Piknik

– Kiedy wrócimy do domu? – Mała Liz zmarszczyła nos. – Muszę utulić lalki do snu…

– Obejrzymy całe zaćmienie Słońca – aż do końca. – Sven odsunął przydymioną płytkę od oczu. – Dlatego zorganizowaliśmy piknik.

Dagny, jego żona, westchnęła. Nałożyła na grilla kolejną porcję kiełbasek.   

– Cholerny Księżyc nie chce się ruszyć – zauważyła z uśmiechem, nalewając piwo. –  Zadziwiająco długo stoi w miejscu. 

– Z ziemi wychodzą robaki... – Liz nakłuwała teraz patykiem grunt. – Pomogę im – zrobię dziurki!

Niespodziewany kłopot

– Poprzedni truposz nie ma głowy… – Jeden z grabarzy zmarszczył brwi. – Nie kończy się tak, jak trzeba. Nieporządek...  

– Cóż z tego? – Drugi wzruszył ramionami. – Inne ciało zajmie jego miejsce. Jakaś kobieta. Topielica… Jednakże masz rację – ciągnął – dobrze zapłacono za wyszykowanie grobu, a z niego pozostał niekompletny szkielet. Źle może to o nas świadczyć. Podrzućmy jakąś czaszkę...

Przyjacielska pogawędka

– Przyjacielu, świetny materiał badawczy! – Medyk uśmiechnął się szeroko. – Nasza znajomość rodzi wielkie korzyści dla nauki. Poznanie budowy ciała ludzkiego – ciągnął – posiada kardynalne znaczenie dla rozwoju chirurgii.

Rozmówca nieuważnie kiwnął głową. Niebawem miał znowu odegrać ważną rolę – nie tracił więc czasu i zajmował się przygotowaniami.

Pragnął zyskać poklask – a teraz zapłatę.

Zużycie

– Chyba się zepsuły… Niepojęte! Czyżbym straciła zajęcie? Tak je kochałam…  

Kobieta dokładnie obejrzała narzędzie codziennego trudu. Bezskutecznie spróbowała ponownie. 

– Nie troszczyłaś się o nie, i tyle. – Jej towarzyszka, pochłonięta robotą, nawet nie odwróciła głowy. – Ja dbam o swój warsztat – popatrz tylko, jak mi idzie!

Uśmiechnęła się z zadowoleniem.  

Nadzorczyni zacisnęła usta w grymasie niesmaku.

Strony

Subskrybuj RSS - Antoni Nowakowski