Jan Maszczyszyn

Nigdy nie bierz koszyczka

– Waldusiu, prędko! Jedźmy już, bo spóźnimy się na święcenia pokarmu.

– Mamo, musimy?

– Co ty gadasz, synku? To tradycja, bierz koszyczek – powiedziała, wtykając mu do ręki plecioną rączkę i poprawiając jednocześnie misterną serwetkę.

Popchnęła go stronę samochodu. Poszedł niechętnie. Ciągle zaglądał pod pokrywającą koszyk serwetę.

– Coś z tymi jajkami nie tak – powiedział niepewnie trzydziestolatek.

Sekciarze

Stanley Marbley z pietyzmem przeciągnął pędzelkiem po misternym rycie na rączce kamiennego kosza. To był setny egzemplarz skamieliny genialnie zachowany w skale osadowej. Ktoś delikatnie poklepał go po ramieniu. Paleontolog odwrócił się i zniecierpliwionym spojrzeniem dał do zrozumienia intruzowi…

– A, to ty, Robbie. – Oczy natychmiast mu zabłysły z niewypowiedzianego zachwytu. Nie panował nad podnieceniem.

Siedziołki z kosmosu

            –  Jasiu... Malinko, przynieście mi wędzonki, co wisi w sypialni wedle szafy. Prędziutko, będziem rychtować koszycki na święconkę!
            Dzieci zerwały się z miejsc i pobiegły do pokoju. Wróciły po chwili, przerażone.
             –  Mamuśko, tatuśku! Kura siedzi we koszycku od święconki.
             –  Olaboga, Bartłomiej –  zakrzyknęła kobieta –  bier no co ciężkiego i przegoń  gadzina!
           Stary dźwignął się z siedziska przy piecu. Złapał za siekierę. Wyszedł i po chwili

Sherlock Holmes i tajemnica deluńskich jajek

Na długim stole do święceń pokarmów pozostał tylko jeden koszyczek. Był jakiś ciemny, pełen starych pajęczyn i zbutwiałych liści. Nikt go nie dotykał. Wyglądało na to, że pozostawiono go tu przypadkowo.

Edward wyczuwał w nim setkę tajemnych pułapek. Rzecz niegodną we wnętrzu świątyni. Miał tu tylko posprzątać. Ale koszyczek nęcił. Ciekawość drażniła. Niespokojny duch zżerał męskie serce. Edward rozerzał się dookoła.

Koszyczek z pomyłkami

–  Mamo, mamo!... –  Krzyk dziecka był przejmujący. Dziewczynka biegła. Na jaskrawo żółtej sukience rosła wielka plama krwi. Pod rozciągliwym materiałem coś gwałtownie się poruszało. Dziki, stłumiony tkaniną syk podsycał wrzask i panikę dziecka.

Celebrant

Drzwi Petersburskiego Instytutu Historii Alternatywnych rozpoznały ją z daleka. Mechanizm postarał się nawet o gorący nawiew powitalny. Uśmiechnęła się szeroko. Na jej twarzy właściwie oznaczało to gwałtowny taniec szminki.

             – Dzień dobry, Olegu Wasilejewiczu – rzuciła machinalnie w kierunku skupionego ponad krzyżówką wartownika.

              – Dzień dobry, Iriono Mikołajewna.

Las

Planeta od wieków należała do Edimianidów. Przybyli tu w wielkim ziarnie o fantazyjnie pokręconym kształcie. Twardą skorupę roztopiła atmosfera. Białe, wewnętrzne mleko rozpuściły deszcze i cząsteczki porwał huraganowy wiatr. W przeciągu tygodnia mikroskopijne spory zagnieździły się wszędzie. W nieurodzajnych skałach Hamoloutu i Kinhaju, na szczytach Mo Bhoghar, Wewenti i Szuu.

Herbatka

Do  kawiarni  „Skintea” przychodziłem już od  jakiegoś roku. Podawali tu wyjątkową herbatę, serwowali ciasto domowej roboty i gorący budyń na życzenie. Oczywiście były i inne powody, może nazbyt przyziemne lub, jak kto woli, romantycznej natury. Podobała mi się kelnerka. Kobieta okoła trzydziestki, niezmiernie miła, zawsze upiększona wyrafinowanym, gotyckim makijażem, który uwielbiałem, i ponadto chętna do inteligentnej konwersacji. Często się przysiadała. Szturchała mnie

Subskrybuj RSS - Jan Maszczyszyn