Bartosz Orlewski

Starcze dłonie, rogate pięści

Przednie światła chevroleta impali ścigają noc. Siedzę za kierownicą. Z moich ust zwisa tlący się pet. W głośnikach wrze muzyka. W przednim lusterku widzę ojca kiwającego głową. W bocznych – łunę ognia na szczycie wzgórza, z którego zjeżdżamy wyboistą drogą.  Pedał gazu jest w połowie drogi do dechy, a silnik molestuje rykiem przednią maskę. Amortyzatory dają z siebie wszystko. Staruszka zaraz rozboli kark, myślę i sięgam po kolejnego papierosa. Noc zmyka w podskokach.

 

*

 

Armadillo II

Szósta rano.

Telefon od Dawida.

Wyrwał mnie z mikrokosmosu krzywizn i westchnień słodkiej-rudowłosej. Wyszłam bez pożegnania. Ze wzrokiem utkwionym w zobojętniałej na wszystko tarczy srebrnego zegarka.

Windą na samo dno piekła codzienności. Potem bieg na drugą stronę jezdni, na zaśnieżony parking.

Nie żałowałam gazu. Samochód mknął pustymi ulicami przez szarą zawiesinę smogu.

Kwadrans.

I byłam na miejscu. W porcie. Przed magazynem numer 66.

Sama. Bez żadnego wsparcia w drodze.

Armadillo

Armadillo było perłą wśród przyszłych ghost towns Dzikiego Zachodu.

Świątynia zagłady

Nie przybyliśmy tutaj dla smoka ani skarbów. Zeszliśmy do podziemi, aby uratować świat. I chyba przegraliśmy.

Dwa dni temu opuściliśmy słynące ze złotych dachów miasto Alkmahar i w towarzystwie księcia Harkona oraz trzynastu ponurych kapłanów pomknęliśmy przez surowy krajobraz ku dolinie, której trzewia skrywały broń zdolną powstrzymać inwazję. Poszarzałe niebo, ośnieżone góry i step rozległy jak nieskończoność były świadkami naszej szalonej galopady.

Chata

W chacie było gorąco, ale nie tak bardzo, jak we wnętrznościach mężczyzny, który leżał na łóżku, całkiem nagi, oddychając tak płytko i powoli, że w pierwszej chwili, gdy wszedłem do środka, wziąłem go za zmarłego. Nie chciał zdradzić mi swojego imienia, ale poprosił, nie raz, nie dwa, abym został.

All-inclusive

Siedzę w pokoju bez okien, oświetlonym lampą zwisającą z popękanego sufitu i drugą, która stoi na biurku, obok pliku kartek, kompletu ołówków i zegara odmierzającego ostatnie minuty mojego drugiego życia. Za drzwiami słychać szum fal i hawajską muzyczkę. Wiem, że niedługo znajdę się po drugiej stronie, gdzie ujrzę turkusowe morze, plażę, palmy i błękitne niebo. Jestem więc spokojny o moją przyszłość. To przeszłość mnie martwi. Spoglądam na zapisaną do połowy kartkę, powtarzam w myślach pierwsze zdanie, potem ostatnie, i zastanawiam, co jeszcze powinienem napisać.

Atlas

Powiedziała, że znajdę go w czwartym utworze. Będzie zajęty snem bądź przekąską. Skinąłem głową i wrzuciłem torbę z bronią na tylne siedzenie kabrioletu.Linia zmierzchu znów przesunęła się o kilka metrów, pochłaniając lewe skrzydło motelu i fragment opustoszałego parkingu. Nie zdążę, pomyślałem wsiadając.

Życzyła mi szczęścia. W sennym miasteczku, którego kontury falowały w ciemnościach za nami, zostały jej dzieci. I babcia. Albo jeszcze żyli, albo... Nie zdążę, powtórzyłem w myślach. Nie tym razem. Było mi jej żal. Ale zapłaciła. Hojnie. Więc postanowiłem spróbować.

Prawda

I.

Mój przyjaciel poszukiwał Prawdy.

I to nie byle jakiej. Mierzył wysoko. Prawdy z ludzkich ust spływające, dające się łączyć za pomocą koniunkcji, alternatywy, implikacji i równoważności nie obchodziły go zanadto. Nie o prawdę rozumianą jako atrybut zdań czynionych prawdziwymi przez różnego rodzaju fakty, chodziło mu w poszukiwaniach.

Zombie blues

Dzień jest młody, słoneczny, powietrze rześkie, a ja idę sobie środkiem ulicy, środkiem poranka, środkiem mieściny, może nawet świata, dłoń trzymając na kolbie dyndającej u pasa broni, i mówię wam, tu i teraz, w tym miejscu wymarłym, że Daryl, ten drań, złotousty szuler, to miał naprawdę przejebane życie. Hej-ho!

Subskrybuj RSS - Bartosz Orlewski