Subiektywnie

Kocia kołyska – Kurt Vonnegut

Hubert Przybylski

Houston, mam problem. Normalny zdrowy problem. Przeczytałem „Kocią kołyskę” Kurta Vonneguta i mam wątpliwości, czy to naprawdę aż taka dobra książka, warta tych wszystkich ochów i achów, jakie widzę wszędzie dookoła. Mało tego, żeby sprawdzić, jak bardzo różnię się od tych wszystkich ocho- i achowiczów, zdecydowałem się na to, na co bardzo wyjątkowo się decyduję*. A mianowicie przeczytałem kilka spośród najbardziej wychwalających tę książkę recenzji, jakie znalazłem w Internecie, i parę omówień. Co z tego wyszło? O tym za momencik.

Albowiem najsampierw tradycji musi stać się zadość, znaczy, wypada przybliżyć treść książki. A wszystko zaczyna się tak – młody pisarz zbiera materiały do pracy o twórcy bomby atomowej, fikcyjnym geniuszu Feliksie Hoennikerze. W końcu ląduje na równie jak ów naukowiec fikcyjnej wyspie San Lorenzo, gdzie jest świadkiem końca świata. Ale zanim to się stanie, spotka szereg groteskowo przerysowanych, często wręcz karykaturalnie skrzywionych postaci, które wywrą na niego niebagatelny wpływ.

Zdaniem innych recenzentów, w pierwszej kolejności powieść jest satyrą na naukowców i prowadzący do niechybnej zagłady ludzkości wyścig zbrojeń. To wydaje się oczywiste. Felix Hoenniker jest przedstawiony jako zatrudniony w pracującym dla rządu USA ośrodku badań prawdziwie genialny naukowiec, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych, a jednocześnie jest totalnie oderwany od rzeczywistości, aspołeczny do granic możliwości i nie zastanawia się nad możliwymi następstwami swoich czynów. Co ciekawe, niezbyt wielu internetowych recenzentów zauważa podobieństwo jego do Roberta Oppenheimera, jednego z rzeczywistych twórców bomby atomowej, który wraz z kilkoma kolegami po fachu udostępnił ZSRS plany budowy A-bomby, wierząc, że dzięki temu na świecie zapanuje pokój i dobrobyt. Oni też okazali się ździebko oderwani od rzeczywistości oraz popisali się totalną nieznajomością ludzkiej natury i przy całym swoim geniuszu tego, że tym czynem przyspieszą możliwość atomowej zagłady ludzkości, już nie przewidzieli…

Conan. Miasto złodziei. Tom 2 – Mike Mignola, Kurt Busiek, Timothy Truman, Cary Nord, Michael Wm. Kaluta, Tomás Giorello

Conan contra cywilizacja

Jagoda Wochlik

Kiedy Robert Howard zaczął pisać swoje opowiadania o Conanie Barbarzyńcy, nie przypuszczał pewnie nawet, że właśnie kładzie podwaliny pod rozwój nowego gatunku, a jego światy rozwijać będą kolejni twórcy. Nie miał świadomości, że stanie się wzorem dla dalszych pokoleń naśladowców. Conan szturmem zdobył literaturę, film, a nawet komiks, czego doskonałym dowodem jest wydany właśnie przez Egmont zbiór przygód Cymeryjczyka.

Tym razem Conan uda się do Miasta Złodziei, gdzie postanowi spróbować łupieżczego fachu. To przyniesie mu nie tylko nowe znajomości, ale też i kłopoty. Niektóre całkiem niemałe.

Niektóre z zeszytów „Miasta złodziei” oparte są o oryginalne opowiadania Roberta Howarda. Znajdziemy tu chociażby komiksową adaptację historii o klejnocie nazywanym Sercem Słonia. Komiksowa seria o Conanie wiernie oddaje klimat opowiadań Howarda i barwny świat klasyki literatury fantasy. Conan jest więc w tych historiach niemal herosem równym bogom, którego nic i nikt nie pokona. Posiada prawie nadludzką siłę, za to za grosz rozumu. Nie ma dla niego nic lepszego, niż sprać kogoś po mordzie, a dopiero potem zadawać pytania (albo i nie). Kolejne strony komiksu wypełnione są więc bijatykami, opowieściami o kradzieżach Cymeryjczyka czy jego podbojach miłosnych.

W przeciwieństwie do poprzedniego tomu tutaj da się wyróżnić pewien motyw przewodni. Jest to konfrontacja Conana,  prostego człowieka gór, z cywilizacją i kulturą. Zdaniem barbarzyńcy mieszkańcy cywilizowanych krain zawsze są zakłamani, próbują kogoś oszukać i choć politykują i filozofują, tak naprawdę na niczym się nie znają.

Drugi tom przygód Conana nie jest tak dobry i emocjonujący ani też różnorodny, jak pierwszy. Jednak nadal czyta się go z przyjemnością. Akcja galopuje do przodu na złamanie karku. Nie ma dłużyzn ani przestojów, co w niemal pięćsetstronicowym tomie jest niewątpliwym plusem.

Trzy duchy Tesli tom 2. Spisek prawdziwych ludzi – Richard Marazano, Guilhem

Spisek prawdziwych ludzi

Jagoda Wochlik

W grudniu nakładem wydawnictwa Egmont ukazał się drugi tom cyklu „Trzy duchy Tesli”. Po lekturze pierwszego byłam przekonana, że mamy do czynienia z serią raczej dla młodszych czytelników, bardziej zbliżonych wiekiem do głównego bohatera. Tymczasem okazuje się, że wypadki potoczyły się w zupełnie innym, nieoczekiwanym kierunku. Nie jestem przekonana czy obrana przez twórców droga wyjdzie serii na dobre. „Trzy duchu Tesli” to wspólny projekt scenarzysty Richarda Marazano, który do tej pory dał się poznać polskiemu czytelnikowi jako autor rysunków do powieści graficznej „Syndrom Abla” oraz Guilhema, dla którego seria jest debiutem na naszym rynku.

Travis coraz bardziej angażuje się w sprawy Nikoli Tesli. Choć ciało genialnego naukowca umiera, jego duch przenosi się do specjalnej machiny, którą nastolatek ma się zaopiekować. Chłopiec pomaga duchowi uczonego dostać się do jego tajnego laboratorium i spotkać z innymi wybitnymi naukowcami. Zainteresowani jego poczynaniami będą pewien dociekliwy agent FBI oraz główny rywal Tesli, a zarazem sojusznik nazistów, Thomas Edison. Oprócz wątku osnutego wokół Tesli otrzymamy także wątek amerykańskich żołnierzy, który nieoczekiwanie połączy się z losami uciskanego japońskiego naukowca, poznamy także perypetie  dziennikarza prowadzącego śledztwo w sprawie zaginięć bezdomnych.

Mocno zadziwia mnie kierunek, w którym podążyła ta seria. To, co zaczęło się jako niewinna opowieść dla nastolatków, z tajemnicą, może nieco inspirowaną Vernem czy Wellsem, stało się opowieścią łączącą w sobie wątki kryminalne, sensacyjne, przygodowe i szpiegowskie. Na dodatek wszystkie przeplatają się, a nawet na siebie nachodzą. Wyraźnie czuć klimat kina noir i filmów z Humphreyem Bogartem. Wszyscy się tu podejrzewają, szpiegują, okłamują, coś ukrywają. Na dodatek w drugim tomie seria stała się mroczniejsza i poważniejsza, przez co zaczęłam się zastanawiać czy nie jest może zbyt poważną lekturą dla dwunastoletniego czytelnika.

Thorgal. Aniel. Tom 36 – Yann le Pennetier, Grzegorz Rosiński

Thorgal. Aniel. Tom 36

Jagoda Wochlik

„Thorgal” jest wspólną inicjatywą belgijskiego scenarzysty komiksowego Jeana Van Hamme’a i polskiego rysownika Grzegorza Rosińskiego. Pierwszy numer z 1978 roku ukazał się pierwotnie w belgijskim czasopiśmie „Tintin” i polskim „Relaksie”. Od 1980 roku seria wychodzi jako zeszyty komiksowe. Scenariusz do wydanego ostatnio nakładem Egmontu trzydziestego szóstego tomu napisał Yann le Pennetier, autorem rysunków pozostał Rosiński. „Thorgal” doczekał się także kilku serii pobocznych. Jedna z nich, dzieje czarodziejki Kriss de Valnor, jest szczególnie istotna w kontekście recenzowanego tomu, gdyż opowiada o losach Kriss pragnącej odzyskać syna. Losy tego chłopca stały się także kanwą dla trzydziestego szóstego tomu serii.

Thorgal zrobi wszystko, by uratować swojego syna – Aniela. W tym celu chce odwiedzić dawnego przyjaciela, czarodzieja. Liczy, że ten znajdzie lek na przypadłość jego dziecka. W trakcie swojej wędrówki wplącze się w walkę królestwa Zhar, znanego nam z poprzednich tomów, z najeżdżającymi je wojowniczkami z piękną i niebezpieczną królową na czele. By uratować chłopca, wiking będzie musiał podjąć kilka trudnych decyzji.

Gdyby seria o „Thorgalu” została zekranizowana, byłby to zaiste piękny popcorniak. Sensu bowiem w tych historyjkach za grosz, ale jeśli zawiesić niewiarę na kołku, czyta się całkiem przyjemnie. Akcja jest wartka, pozbawiona dłużyzn, cały czas coś się dzieje. Charaktery bohaterów są płaskie jak deska, próżno szukać w nich jakiejkolwiek głębi. Mam jednak pewną teorię. „Thorgala” nie czyta się dla fabuły. Czyta się go dla rysunków. Dla czystej przyjemności estetycznej. Bowiem sposób, w jaki historia wikinga została narysowana, zupełnie rekompensuje miałką treść.

Giant days. Tom 5. Jak nie teraz, to kiedy? – John Allison, Max Sarin

Jak nie teraz, to kiedy?

Jagoda Wochlik

„Giant days” to seria, która rozpoczęła się jako komiks internetowy w 2011 roku. Od roku 2015 przygody Esther, Daisy i Susan ukazują się jako zeszyty komiksowe. W Polsce tytuł, który otrzymał wiele prestiżowych nagród, w tym najważniejszą nagrodę świata komiksu – nagrodę Eisnera, wychodzi nakładem wydawnictwa „Non Stop Comics” od października 2017 roku. Obecnie oddano w nasze ręce piąty tom serii, zawierający zeszyty 17-20, zatytułowany „Jak nie teraz, to kiedy?”.

W najnowszym tomie przygód dzielnych angielskich studentek Esther, Daisy i Susan mierzą się z perspektywą końca pierwszego roku studiów. Przestają być „kotami”. Zgodnie ze zwyczajem, opuszczają domy akademickie, by zacząć żyć na własny rachunek. Obserwujemy je też podczas wakacji i w czasie rozpoczynania nowego semestru na drugim roku studiów.

Czytam „Giant days” od pierwszego tomu i z zadowoleniem stwierdzam, że seria cały czas trzyma bardzo wysoki poziom. Perypetie trzech studentek, zupełnie różnych, a mimo to mocno ze sobą związanych, nadal pozostają przezabawne. Seria ta ma się tak dobrze przede wszystkim ze względu na świetnie nakreślone charaktery postaci – każda z nich jest wyjątkowa i wnosi coś do całej historii, czy to ekscentryczna gotka Esther, czy przebojowa Susan, cicha Daisy, a nawet postaci drugoplanowe, jak McGraw, amator majsterkowania z dziwacznym wąsem. Ze względu na to, że bohaterami serii są młodzi ludzie, studenci, komiksy pełne są odwołań popkulturowych i nawiązań do portali społecznościowych.

Również rysunki, tak jak i w poprzednich tomach, zostały świetnie wykonane. Są bardzo miłe dla oka, wręcz skrzą się humorem. Każda postać potraktowana jest z sympatią i otrzymuje swój charakterystyczny rys. Rysownicy zadbali o detale, a kolory są ciepłe i przyjemne. Świat z rysunków w „Giant days” to miejsce, w którym aż chce się przebywać.

Nadchodząca rasa – Edward Bulwer-Lytton

„Urodził się, był szczęśliwy, umarł”

Marcin Knyszyński

Indiana Jones ciągle miał problemy z nazistami. Szukali Arki Przymierza albo Świętego Graala i chcieli zaprząc ciemne siły do walki po swojej stronie. Mit nazistowskiego okultyzmu do dziś pozostaje niepotwierdzonym historycznie domysłem, elektryzującym zwolenników teorii spiskowych – ale jednocześnie cały czas napędza popkulturę. Indiana Jones to chyba najpopularniejszy z przykładów – a znamy ich przecież o wiele więcej. Jedną z najważniejszych cegiełek budujących ów mit jest krótka powieść Edwarda Bulwera-Lyttona sprzed niemal stu pięćdziesięciu lat. Wydawnictwo IX po raz pierwszy w Polsce wydało „Nadchodzącą rasę”.

Druga połowa dziewiętnastego wieku w Europie była epoką narastającej okultystycznej obsesji. W wielu domach po kolacji wirowały stoliki i dochodziło do kontaktów z zaświatami. Popularność zdobywały śmiałe, zupełnie oderwane od naukowego dorobku cywilizacji, teorie oparte na swobodnej interpretacji wschodniego mistycyzmu, zapisów Starego Testamentu, czy nawet filozofii starożytnej Grecji. Jedną z nich była hipoteza zakładająca, że nasza planeta jest w środku pusta i że w okolicach biegunów mogą znajdować się wejścia do podziemnego królestwa. Miała je zamieszkiwać cywilizacja, która przed tysiącami lat zeszła pod ziemię, ratując się przed kataklizmami. Według niektórych teorii byli to uciekinierzy z zatopionej Atlantydy, którzy zdołali ocalić nie tylko samych siebie, ale i wysoko zaawansowaną technologię.

Runaways 2 – Brian K. Vaughan, Adrian Alphona

Runaways 2

Jagoda Wochlik

Niedawno na polskim rynku wydawniczym ukazały się „Paper girls”, historia grupki dziewczyn, która odbywa podróż w czasie. Z tamtą historią było mi zupełnie nie po drodze i gdybym, podejmując się recenzowania „Runaways”, wiedziała, kto jest scenarzystą, pewnie nie zdecydowałabym się na lekturę. I nie poznałabym jednej z moich ulubionych serii komiksowych, usytuowanej na zupełnie innym biegunie niż opowieść o gazeciarkach.

Alex ginie, giną również rodzice Nico, Molly, Karoliny, Gertrude i Chase’a. Nasi bohaterowie zmuszeni są nie tylko radzić sobie ze stratą, ale także z bałaganem, który powstał, gdy zabrakło Pride, grupy superłotrów trzęsących całym L.A. Na dodatek pojawia się także grupa byłych superbohaterów, która na zlecenie aminowego darczyńcy ma ich odnaleźć i sprowadzić na dobrą drogę.

Uwielbiam ten komiks. Jasne, nie jest żadnym arcydziełem, to po prostu opowiastka o grupie nastolatków, ale za to jaka! Skrząca się humorem, przezabawna, pełna odwołań do popkultury, z masą gościnnych występów innych superbohaterów (Spider-Man, Kapitan Ameryka, She Hulk, Wolverine, Cloak, Dagger) i nieoczekiwanymi zwrotami akcji. Pewnie, nie jest wolna od głupotek właściwych tylko komiksom (stąd te dzieciaki mają kasę? Jakim cudem dziewczyna, która widzi kogoś na oczy pierwszy raz, nawet się nie zastanowi, wsiadając z nim na statek kosmiczny i odlatując w nieznane?), ale jest przy tym tak przeurocza, a bohaterowie tak bardzo różnorodni i dający się lubić, że jestem jej skłonna to wybaczyć.

Ogromnym plusem jest także tłumaczenie Anny Tatarskiej, która sprawiła, że dialogi bohaterów i wymieniane przez nich cięte riposty brzmią tak, że co chwilę parska się śmiechem. Przede wszystkim ani przez chwilę nie wątpiłam, że to mogłaby być rozmowa prawdziwych nastolatków z krwi i kości.

Bardzo lubię też rysunki Adriana Alphony. Ilustrator doskonale oddał ten świat, nasycając go kolorami i humorem, czym wspomógł świetne dialogi i fabułę Vaughana.

Invincible. Tom 2 – Robert Kirkman, Ryan Ottley

Poszerzanie uniwersum

Marcin Knyszyński

Drugi zbiorczy tom serii „Invincible” ze scenariuszem Roberta Kirkmana i rysunkami Ryana Ottleya to chyba najlepszy obecnie przykład komiksu tworzonego z wielkim zapałem, radością i wręcz miłością do tego medium. Kirkman przyznał w wywiadzie, że stworzył komiks superbohaterski swoich marzeń, dokładnie taki, jaki od dzieciństwa chciał przeczytać. Pisał go głównie dla siebie, nieskrępowany żadnymi wymogami komiksowego konglomeratu w stylu Marvela czy DC, a jednocześnie trafił do bardzo szerokiego grona odbiorców – to niezaprzeczalny atut jego dzieła.

Na wstępie musimy zaznaczyć, że branie do ręki tomu drugiego bez znajomości pierwszego nie ma najmniejszego sensu. Całość historii „Invincible” to, zamknięta w dwunastu zbiorczych tomach, jedna długa opowieść, której nie można zacząć czytać w dowolnym miejscu. Z tego faktu wynika również podstawowe założenie recenzji „Invincible” – spojlerujemy minione wydarzenia, więc od tego momentu tekst powinny czytać te osoby, które miały do czynienia z tomem pierwszym.

Omni-Man, największy superbohater w historii ludzkości, okazał się wilkiem w owczej skórze – wysłannikiem kosmicznej rasy z planety Viltrum, której celem jest kontrolowanie wszystkich zamieszkałych światów w galaktyce. Po nieudanej próbie przeciągnięcia na swoją stronę swego syna, Marka Graysona alias „Invincible”, ucieka z Ziemi w nieznanym kierunku i słuch po nim ginie. Invincible, który ledwo przeżył „rozmowę” z ojcem, idzie na układ z rządem USA – w zamian za zapewnienie jemu i jego całkowicie załamanej matce środków do życia zostaje następcą Omni-Mana. Od tej pory musi godzić prywatne życie ucznia ostatniej klasy liceum z rolą najważniejszego obrońcy Ziemi.

Tajne Wojny. Thorowie – Jason Aaron, Chris Sprouse, Goran Sudžuka, Walter Simonson

Młotów ci u nas dostatek

Maciej Rybicki

Pisząc o „Tajnych Wojnach” Jonathana Hickmana, zwróciłem uwagę na to, że ich świat stanowi coś więcej niż tylko zlepek scenografii z najbardziej znanych komiksów Domu Pomysłów. Hickman wniósł do niego co najmniej kilka znakomitych autorskich koncepcji – jedną z nich była policja Dr. Dooma złożona z rozmaitych wcieleń Thora. Pomysł okazał się na tyle intrygujący, że tytułowi „Thorowie” dostali własną miniserię, którą powierzono Jasonowi Aaronowi. W momencie ukazania się eventu pisane przez Aarona serie poświęcone bogu gromu były jednymi z najbardziej uznanych w całym katalogu Marvela. Dziwnym więc nie jest, że pochodzący z Alabamy scenarzysta chętnie podniósł rękawicę. Rezultat jego pracy może jednak wprawić czytelników w lekkie zdumienie.

Aaron wyszedł z założenia, że skoro cały Bitewny Świat – planeta będąca areną wydarzeń „Tajnych Wojen” – stanowi swoisty zlepek różnych historii, scenografii i konwencji, to także w przypadku „Thorów” trzeba co nieco namieszać. Dostajemy więc do rąk nic innego, jak klasyczny policyjny kryminał proceduralny… tyle że z Thorami w roli głównej. Pomysł równie znakomity, co zaskakujący – tym bardziej, że bóg gromu nie należy przecież do postaci jednoznacznie kojarzących się z prawem i porządkiem. W tym przypadku dochodzi do serii morderstw, a policyjne siły Thorów starają się wyjaśnić sytuację. Gdy ginie jeden z nich, sprawy nabierają osobistego wymiaru.

Hal Jordan i Korpus Zielonych Latarni. Tom 4: Rozłam – Robert Venditti, Ethan van Sciver, Rafa Sandoval

Kto się czubi, ten się rozstaje

Marek Adamkiewicz

Jeszcze nieco ponad rok temu można było narzekać, że Zielone Latarnie są w Polsce ignorowane. Mimo tego, że ku końcowi zbliżała się inicjatywa „Nowe DC Comics”, która wprowadziła do naszego kraju wiele interesujących serii, jedyna obecność Hala Jordana to wielkie team-upy, które nie skupiały się bezpośrednio na perypetiach Korpusu Zielonych Latarni. Sytuacja uległa w końcu zmianie wraz ze startem „Odrodzenia”. Cykl, który zaczął się wtedy ukazywać od początku, był co najmniej dobry, choć trzeba też przyznać, że odrobinę nadęty. Z każdym kolejnym tomem ugruntowywał jednak swoją pozycję jako jedna z najciekawszych propozycji tej inicjatywy DC Comics, a czwarta odsłona nie zmienia tego stanu rzeczy.

Od czasu gdy dowódcy Zielonych Latarni i Korpusu Sinestro postanowili połączyć siły, obie formacje współpracują ze sobą i razem pilnują porządku we wszechświecie. Jednak „Zieloni” i „Żółci” zawsze się różnili i kwestią czasu było, kiedy porozumienie zacznie się sypać. Pretekst do rozłamu daje morderstwo dokonane przez członka jednej ze służb na przedstawicielu drugiej. I choć John Stewart nie chce pozbywać się potężnego sojusznika, najprawdopodobniej nie będzie miał w tej sprawie żadnego wyboru. Dodatkowym problemem dla Zielonych Latarni jest zaangażowanie się w konflikt między tak zwanymi Nowymi Bogami z siłą odpowiedzialną za ich stworzenie. Kosmiczni policjanci muszą stanąć po jednej ze stron, żeby zapobiec zniszczeniom na wielką skalę.

Strony