Subiektywnie

Modyfikowany węgiel – Richard Morgan

Cybernoir

Marcin Knyszyński

Bardzo rzadko się zdarza, aby główny bohater ginął już w pierwszym rozdziale. A tu jednak ginie i nie jest to symulacja, sen czy prekognicja. Tak oto rozpoczyna się powieść Richarda Morgana, wznowiona właśnie przez wydawnictwo MAG. Takeshi Kovacs umiera podziurawiony pociskami, by w następnym rozdziale kontynuować swą opowieść. O co chodzi?

„Modyfikowany węgiel” to cyberpunk ze wszystkimi przynależnymi temu gatunkowi rekwizytami. Autor zbudował świat przyszłości, w której ludzkość zasiedliła już inne planety, a wymiana informacji (i nie tylko) odbywa się z nadświetlną prędkością za pomocą tak zwanego transferu strunowego. Kosmiczna skala kreacji Richarda Morgana zaznaczona jest jednak tylko mimochodem, ponieważ cała akcja dzieje się na Ziemi i przez prawie całą powieść w jednym mieście – Bay City. Weźmy wizję z „Neuromancera” Gibsona (ale bardziej przygodowo nakreśloną), dołóżmy do tego pomysł kopiowania osobowości i klonowania ciał z „Perfekcyjnej niedoskonałości” Jacka Dukaja (ale w bardziej rozrywkowej formie) i zalejmy to wszystko obrazem przeludnionego, rozkrzyczanego i rozświetlonego neonami miasta z „Blade Runnera” Ridleya Scotta. Będziemy mieli wtedy pewien obraz tego, czym jest powieść Morgana.

All-New X-Men. Jeden z głowy – Brian Michael Bendis, Stuart Immonen, David Marquez i inni

Jaki ojciec, taki syn?

Maciej Rybicki

„All-New X-Men” miało szansę, by stać się jednym z koni pociągowych linii Marvel Now!. W końcu scenarzystą został nie byle kto, a Brian Michael Bendis. I wszystko niby byłoby fajnie, zasadniczy pomysł na serię – przeniesienie do czasów obecnych młodych, oryginalnych X-Men i konsekwencje tego faktu – niewątpliwie jest interesujący. Problem w tym, że scenarzysta w pewnym momencie zaczął wyraźnie gonić w piętkę. Po czterech zasadniczych wydaniach zbiorczych i dwóch crossoverach („Bitwie Atomu” z pozostałymi seriami mutanckimi i „Procesie Jean Grey” ze „Strażnikami Galaktyki”, zresztą także pisanymi przez Bendisa) wiemy jednak, że seria ta wywołała pewne rozczarowanie. Z każdym kolejnym tomem zadawałem sobie bowiem pytanie: czy scenarzyście uda się wyjść poza tematyczne ramy, które sam sobie założył.

Hellboy Tom 1. Nasienie zniszczenia. Obudzić diabła – Mike Mignola

Piekielne pulp fiction

Marcin Knyszyński

W grudniu 1994 roku przeczytałem komiks „Batman: Sanctum” legendarnego już wydawnictwa TM-Semic. Była to bardzo dziwna rzecz, jakże inna od wszystkiego, co wcześniej ukazywało się w serii o Batmanie: horror, cmentarz, katakumby, wielkie plamy cienia, mrok i zero akcji. Nie doceniłem tego wtedy. A teraz wracam do tego odcinka ze świadomością, że Mike Mignola – dokładnie w tym samym czasie, kiedy tworzył „Sanctum” – intensywnie pracował nad swoją pierwszą miniserią o jednym z najbardziej rozpoznawalnych bohaterów komiksowych ostatnich dwudziestu lat – Hellboyu.

„Batman: Sanctum” to tak właściwie opowieść o samym Hellboyu, którego przypadkowo zastąpił Człowiek Nietoperz. Estetyka, sposób prowadzenia narracji, rozwiązania fabularne – są praktycznie takie same. O czym zatem jest „Hellboy”? W 1944 roku przybywa do Anglii trzech przedstawicieli tajnej organizacji B.B.P.O. (Biuro Badań Paranormalnych i Obrony). Profesor Bruttenholm i jego towarzysze są na tropie tajemniczego rosyjskiego czarownika – Rasputina – pozostającego na usługach nazistowskich okultystów. Rasputin przeprowadza pewien mroczny rytuał, w wyniku którego na Ziemię sprowadzona zostaje mała, czerwona istota – Hellboy. Ten pół człowiek, pół demon dziwnym trafem pojawia się dokładnie w miejscu, gdzie przebywają członkowie Biura oraz towarzyszący im amerykański oddział. Mija pięćdziesiąt lat, Hellboy jest już potężnym, dwumetrowym siłaczem pozostającym na usługach B.B.P.O. Nazistów nie ma, o Rasputinie słuch zaginął, a nasz bohater, w towarzystwie wiekowego profesora Bruttenholma, a także takich osobników jak człowiek ryba czy kobieta władająca pirokinezą, zajmuje się likwidacją paranormalnych zagrożeń spoza naszego świata. Ale przeszłość, jak to zwykle bywa, lubi dać znać o sobie.

Głębia. Tom 1: Iluzja nadziei – Rick Remender, Greg Tocchini

Podwodna dystopia

Maciej Rybicki

Pisząc o „Rat Queens” – jednej z niedawnych premier Non Stop Comics – wspomniałem, że fakt wydania tej serii cieszy mnie między innymi ze względu na to, iż stanowi cenne uzupełnienie polskiego rynku komiksowego. Pokazuje bowiem nieco odmienne, amerykańskie podejście do konwencji fantasy, którą w polskich warunkach zdominowały komiksy europejskie. Nie inaczej jest w przypadku „Głębi”, tyle tylko, że na niwie konwencji science fiction. Tu także mamy do czynienia ze sporą nadreprezentacją komiksów spoza anglosaskiego kręgu kulturowego. Nie znaczy to jednak, że dobra twarda fantastyka naukowa za Oceanem się nie ukazuje. Znakomitym przykładem może być choćby „Black Science” Ricka Remendera i Matteo Scalery. Tym razem dostajemy do ręki pierwszy tom innej, nieco nowszej serii, pisanej przez tego samego scenarzystę.

„Głębia” jest serią osadzoną w bardzo dalekiej przyszłości Ziemi, gdy Układ Słoneczny znajduje się na skraju zagłady wywołanej rychłym wybuchem naszej gwiazdy. W związku z zabójczym promieniowaniem ludzkość od tysięcy lat egzystuje pod powierzchnią oceanów, gdzie skupiła się w niewielkich enklawach. Od mileniów prowadzone są też poszukiwania planet, które mogłyby posłużyć mieszkańcom naszej planety za nowy dom. Jak dotąd bezskutecznie. Remender głównymi bohaterami czyni Stel Caine i jej rodzinę – ostatnich żyjących sterników jednego z podwodnych miast.

Wrzask rebeliantów. Historia geniusza wojny secesyjnej – S.C. Gwynne

Być jak „Stonewall” Jackson

Hubert Przybylski

Żeby nie uchybić tradycji, zacznę od oczywistej oczywistości. A mianowicie – każda wojna ma swojego dowódczego geniusza*. Co jednak sprawia, że się taki geniusz objawia? Moim zdaniem najczęściej to potrzeba pokonania liczniejszego, lepiej zaopatrzonego przeciwnika. Gdy trzeba skłonić głodnych, poobdzieranych, gorzej wyekwipowanych żołnierzy do wysiłku i walki. Tak właśnie musiał walczyć z Rzymianami Hannibal Barkas. Jednak nawet on miał bez porównania lepsze warunki niż dziadek Blitzkriegu – konfederacki generał Thomas J. „Stonewall” Jackson. I dlatego nie ma się co dziwić, że to właśnie on, spośród wszystkich dowódców biorących udział w wojnie secesyjnej, został bohaterem największej liczby opracowań naukowych, monografii i biografii. Omówię Wam dziś jedną z tych ostatnich, biografię zatytułowaną „Wrzask rebeliantów”, a napisaną przez S.C. Gwynne’a.

Biografia jak to biografia – o czym jest, każdy z Was dobrze wie. Ta konkretna nic a nic nie obiega od przeciętnej. Poznamy niespecjalnie radosne dzieciństwo Jacksona, trudne lata młodzieńcze i studia na West Point, bohaterską postawę w czasie napaści USA na Meksyk**, kłopoty w czasie powojennej służby w armii, przeplatane osobistymi tragediami (śmierć pierwszej żony i dziecka) lata pracy jako wykładowca w Akademii Wojskowej Wirginii (będę trzymał się książkowego tłumaczenia nazwy tej uczelni) i wreszcie okres jego największej chwały w czasie wojny secesyjnej przerwany przez pechowy wypadek i śmierć.

Thorgal. Młodzieńcze Lata Tom 5: Slivia – Yann, Roman Surżenko

Spadek formy

Marek Adamkiewicz

Ze wszystkich pobocznych serii, towarzyszących od jakiegoś czasu „Thorgalowi”, to właśnie „Młodzieńcze Lata” od samego początku sprawiają najlepsze wrażenie. Pierwsze dwa tomy mocno zahaczały o tematykę nadprzyrodzoną, można w nich było znaleźć wiele nawiązań do nordyckiej mitologii i wierzeń. Następne dwie odsłony przygód młodego Thorgala przyniosły zmianę tego podejścia – scenarzysta skupił się w nich na świecie realnym, odstawiając fantastykę na boczny tor. Wybór okazał się trafiony. „Runa” i „Berserkowie” są naprawdę warte uwagi i prawdopodobnie godne nawet głównego cyklu. W tym kontekście można było mieć spore oczekiwania co do tomu numer pięć, „Slivii”.

W wyniku wydarzeń przedstawionych w „Berserkach” Gandalf chce pozbyć się wszystkich świadków swojego niegodziwego zachowania. Jednym z ostatnich, którym udało się przeżyć gniew władcy, jest Hierulf Myśliciel, przedstawiciel zgromadzenia mędrców Północy, ukrywający się w okolicznych lasach. Thorgal postanawia odnaleźć starszego mężczyznę, zanim zrobią to siepacze króla, i wyrusza na poszukiwania. Tymczasem Bjorn, syn Gandalfa, próbuje nagabywać młodą dziewczynę, która została uratowana z rąk berserków. Młodzian niezbyt dobrze znosi odrzucenie i chce publicznie upokorzyć swoją niedoszłą wybrankę. Jakby tego było mało, Gandalf przetrzymuje w wieży, oddalonej od wioski, brankę. Tajemnicza kobieta od dziewięciu lat więziona jest w odosobnionym miejscu, ale w końcu nadchodzi czas, kiedy będzie mogła wyzwolić się z okowów, a także spróbuje dokonać zemsty na swoim oprawcy.

Rant – Chuck Palahniuk

Nowoczesny mit

Marcin Knyszyński

Rant nie żyje. Tak po prostu, już na początku książki. A może nigdy go nie było? Kolejna, po „Opętanych”, powieść Chucka Palahniuka to biografia Bustera Casey’a a.k.a. „Rant”. To wielki wywiad-rzeka z „świadkami”, czyli wszystkimi tymi ludźmi, którzy znali Ranta za życia, a teraz, bazując na swoich zawodnych i subiektywnych wspomnieniach, odtwarzają jego historię. Jak to zwykle bywa, dopiero śmierć unieśmiertelnia niektórych ludzi, dopiero wtedy zaczynają istnieć naprawdę. Powstaje mit Ranta – „najgorszego pacjenta zero w historii chorób zakaźnych, „Amerykańskiej Broni Biologicznej Masowej Zagłady z Krwi i Kości”.

Rant urodził się w Middleton, dziurze zabitej dechami, gdzie wieczorami grasują watahy bezpańskich psów a wiatr miota tonami obrzydliwych śmieci z wywróconych kubłów. Mały Rant to ktoś, w kim nie chcielibyście widzieć kolegi własnego dziecka. To dzieciak wsadzający ręce do lisich bądź króliczych nor w oczekiwaniu na pogryzienie przez chorego na wściekliznę zwierzaka. W jego żyłach płyną przede wszystkim toksyny, nie krew. To łobuz, który wywołał w rodzinnej miejscowości absurdalną inflację i histerię wróżki-zębuszki; to kolekcjoner tysięcy dziecięcych zębów; to jajcarz, który podmienił sztuczne wnętrzności zwierząt na prawdziwe w miejskim „nawiedzonym domu” i wzniecił Erekcyjną Rewolucję w swojej szkole podstawowej. Żuł smołę, aby mieć czarne zęby. Wąchał i lizał innych , zgadując (za każdym razem trafnie), co jedli wczoraj na obiad. To chłopak, który pragnął, aby ludzie dookoła niego przeżyli choć jeden raz w życiu coś naprawdę realnego. Aby odrzucili egzystencję w kłamstwie, która mimo iż powszechnie znana, jest akceptowana jako sposób na wygodne, lecz jałowe trwanie.

Harley Quinn Tom 6: Cała w czerni, bieli i czerwieni – Amanda Conner, Jimmy Palmiotti, John Timms, Chad Hardin i inni

Coś się kończy…

Marek Adamkiewicz

Szósta odsłona przygód zwariowanej klaunicy to zarazem finalny tom serii oraz ostatni akcent „Nowego DC Comics” na polskim rynku. Amanda Conner i Jimmy Palmiotti na łamach trzydziestu regularnych zeszytów (oraz kilku wydarzeń specjalnych) zaprezentowali nam zrewitalizowany wizerunek jednej z najbardziej szalonych (anty)bohaterek DC Comics. Dotąd mieliśmy okazję cieszyć się historiami dynamicznymi, nieprzewidywalnymi i pełnymi „radosnej” przemocy. Twórcy dawali nam rozrywkę niewyszukaną, ale energetyczną i – summa summarum – także satysfakcjonującą. Jak w ten obraz wpasowuje się tom kończący całość? Trzeba przyznać, że całkiem nieźle, chociaż lekkie zmęczenie materiału można w nim jednak wyczuć.

Byłej dziewczynie Jokera nie przestają przydarzać się niespotykane rzeczy. Tym razem stała się obiektem westchnień zamaskowanego szaleńca, niejakiego Red Toola, który chce za wszelką cenę dowieść swojej miłości. Tylko czy odpowiednim sposobem jest porwanie oblubienicy, próba przymuszenia jej do stanięcia na ślubnym kobiercu i mordowanie innych ludzi? Jakkolwiek nie brzmiałyby odpowiedzi na te pytania, podczas potyczek z absztyfikantem Harley przypadkowo zabija syna groźnego mafiosa, co skutkuje poważnymi konsekwencjami. Za głowę byłej psychiatry w Azylu Arkham zostaje bowiem wyznaczona wysoka nagroda.

Obraz całości nie różni się zasadniczo od tego, co otrzymaliśmy na łamach poprzednich pięciu odsłon serii. Na kolejnych kartach dominuje szalona akcja, podlana soczystą porcją przemocy. Sytuacji sprzyja fakt, że twórcy wprowadzają tu postać, która w założeniu jest parodią Deadpoola z konkurencyjnego uniwersum Marvela. Mowa o niejakim Red Toolu, facecie który swoje uczucia lubi uzewnętrzniać w wybitnie niekonwencjonalny sposób. Innymi słowy – do, i tak szalonego, cyklu dodano postać, która jeszcze to szaleństwo podkręca. Wszędzie indziej taki miszmasz raziłby i powodowałby przesyt, ale w prowadzonym przez Conner i Palmiottiego tytule nie tylko nie przeszkadza, ale wręcz zdaje się być na miejscu.

Powrót królów – Grzegorz Gajek

Jak przerosnąć mistrza

Hubert Przybylski

Wojna trojańska to jeden z najstarszych, mających potwierdzenie w odkryciach archeologicznych, konfliktów w historii ludzkości*. Przez stulecia, a właściwie tysiąclecia, uważany za mit, legendę, dopiero w XIX wieku, dzięki wysiłkom ludzi takich jak Frank Calvert i Heinrich Schliemann**, doczekał się naukowego uznania. Mimo tego, a może właśnie dzięki temu, tak bardzo oddziaływał na wyobraźnię twórców. Z samej tylko starożytnej Grecji zachowało się kilkadziesiąt poematów i tragedii mu poświęconych. Co prawda ze względu na stuprocentową pogańskość historii temat ten w średniowieczu ignorowano (choć były wyjątki, jak utwory Geoffreya Chaucera) i przez to ździebko zapomniany w późniejszych wiekach (choć nawet Szejkspir umieścił akcję jednej ze swoich tragedii w Troi), to dzięki pracy wspomnianych archeologów doczekał się prawdziwego renesansu w ciągu ostatnich stu pięćdziesięciu lat.

Jakby jednak nie było, najważniejsi twórcy, którzy opowiedzieli tę historię, to Homer i David Gemmell. Obaj mają ze sobą dużo wspólnego, ale nas powinno zainteresować zwłaszcza jedno. Jak „Iliada” i „Odyseja” pierwszego stanowiły niedościgły wzór dla starożytnych i średniowiecznych poetów i dramatopisarzy – że wymienię tu choćby Safonę, Ajschylosa, Sofoklesa, Eurypidesa, Wergiliusza, Owidiusza czy wspomnianego Chaucera – tak drugi swoją „Troją” ustawił równie wysoką poprzeczkę dla wszystkich tych, którzy od dziesięciu lat z hakiem chcą iść w jego ślady*** i zająć się wojną trojańską po swojemu. Najnowszą próbę pobicia brytyjskiego mistrza podjął nasz rodzimy twórca, Grzegorz Gajek, a jego „Powrót królów” właśnie zamierzam dla Was omówić.

The Black Monday Murders Tom 1: Chwała Mamonie – Jonathan Hickman, Tomm Coker

Ciemna strona pieniądza

Marek Adamkiewicz

Polski rynek komiksowy opiera się w znacznej mierze na nurcie superbohaterskim. Wydawane w jego ramach tytuły zyskały przez kilka ostatnich lat na tyle dużą popularność, że walnie przyczyniło się to do renesansu powieści graficznej w naszym kraju. W efekcie obok największych wydawnictw zaczęły wyrastać nowe, mniejsze, ukierunkowane na innego odbiorcę – bardziej świadomego i wymagającego. Jedną z takich firm jest Non Stop Comics. Postawiła ona między innymi na serie wydawane przez Image Comics, które wyróżnia większa swoboda twórcza, jaką włodarze marki pozostawiają autorom. I właśnie takim tytułem, niedającym się wrzucić do żadnej szufladki, jest „The Black Monday Murders”.

Na całym świecie istnieje kilka szkół-banków, których głównym celem jest obrót pieniędzmi. To one rządzą wszystkim, więc ten, kto umie odpowiednio dobrze zarządzać środkami,  de facto panuje  nad światem. Jednak żeby ją utrzymać, nie wystarczy być tylko diablo dobrym finansistą. Owszem, to pożądana cecha, ale aby dzierżyć prawdziwą władzę, niezbędny jest wiekuisty pakt z niebezpieczną, pierwotną siłą. Zawarli go członkowie amerykańskiego banku inwestycyjnego Caina, obecnie połączonego z rosyjskim Kankrinem. Jednak wszystko ma swoją cenę, a władza na takim poziomie przynosi nowe rodzaje zagrożeń.

„The Black Monday Murders” jest komiksem, który zachwyca na wielu płaszczyznach. Podobać się może przede wszystkim sposób, w jaki Jonathan Hickman wykreował członków finansowej elity. To ludzie świadomi, którzy dobrze wiedzą czego chcą, potrafiący osiągnąć założone cele. Posiadana przez nich władza jest nieograniczona praktycznie niczym, a sporadycznie prezentowane manifestacje jej prawdziwych rozmiarów mrożą krew w żyłach. Do tego obrazu scenarzysta dokłada jeszcze element nadprzyrodzony, który, o dziwo, pasuje tu idealnie. Świat wielkiej finansjery jest dla przeciętnego człowieka wyjątkowo enigmatyczny, więc połączenie go z okultyzmem to strzał w dziesiątkę. Oba elementy współgrają ze sobą naprawdę doskonale.

Strony