Subiektywnie

BBPO. Plaga Żab. Tom 2 – Mike Mignola, John Arcudi, Guy Davis i inni

Tu nic nie ujdzie płazem

Marcin Knyszyński

W pierwszym tomie „BBPO. Plagi żab” doszło do dramatycznych wydarzeń. Biuro Badań Paranormalnych i Obrony zniszczyło co prawda jedno z miejsc „żabiego kultu”, ale daleko jeszcze do opanowania sytuacji. Straszliwe, humanoidalne ropuchy niczym szarańcza rozprzestrzeniają się po kraju a jedyną organizacją zdolną do powstrzymania tego kataklizmu jest B.B.P.O. Hellboy nadal nie daje znaku życia. Abe Sapien również. Drugi tom cyklu w bardzo efektowny i brawurowy sposób rozbudowuje uniwersum Mike’a Mignoli.

Znowu otrzymujemy trzy duże historie zamknięte w jednym tomie. „Zmarli” przenoszą B.B.P.O. z Fairfield w Connecticut do Kolorado, gdzie znajduje się nowa baza organizacji. Gigantyczny, nowoczesny kompleks budynków, koszar i laboratoriów, zbudowany na zboczu góry, staje się nowym domem Biura. Żaby powoli, lecz nieprzerwanie prą na zachód kraju, a B.B.P.O. co chwila znajduje ich kolejne gniazda i kładzie pokotem odradzające się nieustannie zastępy. Tymczasem największe zagrożenie przychodzi niespodziewanie z miejsca ulokowanego tuż pod nosem drużyny – coś dziwnego czuć w powietrzu krążącym po nowym domu.

Ultimate Spider-Man, tom 1 – Brian Michael Bendis, Mark Bagley

Face lifting z lamusa

Maciej Rybicki

O twórczości Briana Michaela Bendisa pisałem dużo. Trudno się zresztą temu dziwić, to bowiem scenarzysta ponadprzeciętnie płodny. Ta obfitość częściowo przekłada się zresztą także i na jego popularność. Równie istotna jest też umiejętność poruszania się w rozmaitych, często wyraźnie różnych od siebie stylistykach. I choć obecnie polski czytelnik najczęściej zachwyca się tą brudną, mroczną stroną Bendisa, pokazaną choćby w „Daredevilu” czy „Jessice Jones”, warto jednak pamiętać, że jego kariera w Marvelu zaczęła się na dobrą sprawę od powierzenia mu „Ultimate Spider-Man” – jednej z flagowych serii właśnie startującego uniwersum Ultimate.

Saga o Potworze z Bagien. Tom 1 – Alan Moore, Stephen Bissette, John Totleben i inni

Zielono mi!

Marek Adamkiewicz

To, co ostatnimi czasy wyprawia Egmont, jest naprawdę niesamowite. Nie dosyć, że dba, byśmy byli na bieżąco z przygodami największych superbohaterów tak DC Comics, jak i Marvela, to prowadzi też kilka innych, nader interesujących serii i cykli wydawniczych. To między innymi linia „DC Deluxe”, „Mistrzowie Komiksu” czy jedna z najnowszych inicjatyw – powrót najgłośniejszych tytułów z oferty Vertigo, imprintu DC Comics. Te ostatnie często pozostawały bardzo długo niewznawiane i ich ponowne zaprezentowanie w naszym kraju to naprawdę duże wydarzenie. Jednym z tych oczekiwanych wznowień jest „Saga o Potworze z Bagien” w interpretacji niezrównanego Alana Moore’a.

Alec Holland to naukowiec, który zginął w wybuchu we własnym laboratorium. Okoliczności wypadku pozostają wyjątkowo niejasne, wielce prawdopodobne jest, że incydent nie był przypadkowy, a za sprawą stoi ktoś, komu nie na rękę były badania Hollanda. Traf chce, że mężczyzna wpada do bagna, a jako że wcześniej badał pewną substancję, sytuacja rozwija się w nieco innym niż zazwyczaj kierunku. Z mokradeł powstaje bowiem… coś. Coś, co niekoniecznie jest już tym samym naukowcem, ale ma też spore problemy z samookreśleniem. Czy to świadoma roślina, czy jednak wciąż człowiek, ale w specyficzny sposób połączony z bagienną florą?

Śmierć Stalina – Fabien Nury, Thierry Robin

Trochę straszno, trochę śmieszno

Maciej Rybicki

Frankofońscy twórcy komiksu bardzo chętnie sięgają po tematy historyczne.  Wiele pozycji dotyka historii najnowszej, XX-wiecznej, ze szczególnym uwzględnieniem drugiej wojny światowej. Fabien Nury, znany choćby z takich tytułów jak „Pewnego razu we Francji”, „Jam jest Legion” czy „Tyler Cross” postanowił przybliżyć czytelnikom owiany tajemnicami i okres walki o władzę w Związku Radzieckim tuż po śmierci Stalina.

Fakt, mówimy o komiksie z akcją osadzoną osiem lat po zakończeniu największego konfliktu zbrojnego w historii świata, jednak unosi się nad nim duch sowieckiej Rosji schyłku ery stalinizmu. Można więc patrzeć na dzieło Nury’ego jako na swoisty dokument, pokazujący jak szalonym krajem był Związek Radziecki. Na kartach „Śmierci Stalina” mamy więc okazję zobaczyć mechanizmy dyktatury strachu Józefa Wissarionowicza Dżugaszwiliego. Widać także kult, autentyczne uwielbienie, jakim postać ta była otoczona przez wielu prostych ludzi przyjmujących bestialskość systemu za normę.

Przede wszystkim mamy jednak do czynienia z kameralną opowieścią, której poszczególne epizody mają szansę stać się kołami napędowymi wielkiej historii. Sam dyktator występuje w zaledwie kilku scenach (wliczając te, w których pojawiają się jego zwłoki). Główne role w tym groteskowym spektaklu przypadają bowiem wierchuszce radzieckiej władzy, przede wszystkim członkom Komitetu Centralnego Partii: Berii, Chruszczowowi, Malenkowowi, Mikojanowi, Kaganowiczowi, Bułganinowi, Mołotowowi czy też marszałkowi Żukowowi. Stajemy się świadkami knowań, gierek, spekulacji i bezwzględnej gry o władzę toczącej się (dosłownie!) nad stygnącym trupem sowieckiego dyktatora. Nury z Robinem wykonali tu kawał znakomitej roboty, oddając duszną atmosferę tamtych dni.

Liga Sprawiedliwości kontra Suicide Squad – Joshua Williamson, Jason Fabok i inni

Chaos kontrolowany

Marek Adamkiewicz

Jeśli spojrzymy na wydawane w ramach „Odrodzenia” regularne serie z Ligą Sprawiedliwości i Suicide Squad w rolach głównych, dostrzeżemy jedynie scenariuszową mizerię, która w swoich najlepszych momentach, a i to zaledwie w ramach jednego z tych cykli, sięga przeciętności. Taki obraz jest, prawdę mówiąc, dosyć smutny, a gdy pojawiły się pierwsze informacje na temat prezentującego wspólne perypetie obu drużyn crossovera, jedyne pytanie cisnące się na usta brzmiało: „po co?”. Przed lekturą tego versusa absolutnie nic nie wskazywało na to, że może to być dobry komiks, jak się jednak okazuje, czasami pozytywne zaskoczenie kryje się w zupełnie niespodziewanych miejscach.

Batman wpada na trop Suicide Squad. Jest zdziwiony, że na terenie Stanów Zjednoczonych może istnieć drużyna złożona ze skazanych przestępców. O swoim odkryciu informuje resztę Ligi Sprawiedliwości, a ta, nie chcąc pozwolić na funkcjonowanie pod swoim nosem ekipy operującej poza prawem, decyduje się działać. Podczas gdy bohaterowie i złoczyńcy szykują się do potyczki, niejaki Maxwell Lord, łotr obdarzony niepokojącymi zdolnościami, uwalnia z więzienia innych, także bardzo niebezpiecznych osobników. By ich pokonać, Liga Sprawiedliwości będzie musiała działać ramię w ramię z podopiecznymi Amandy Waller.

Duży superbohaterski crossover nie może być komiksem z przesadnie zawiłą fabułą. „Liga Sprawiedliwości kontra Suicide Squad” dostosowuje się do tego wymogu i nie straszy nie wiadomo jak skomplikowaną intrygą – jej założenia są jasne i przejrzyste. W przypadku tytułu nastawionego głównie na akcję nie może być zresztą inaczej, ważne jednak, by ta akcja angażowała i nie obrażała w zbyt dużym stopniu szarych komórek odbiorcy. Na szczęście, w odróżnieniu od prowadzonej przez Bryana Hitcha regularnej serii o Supermanie i spółce, tutaj fabuła jest do zaakceptowania, a jej założenia wydają się całkiem logicznie i w miarę sensownie przedstawione.

Lanfeust w kosmosie. Tom 1 – Christophe Arleston, Didier Tarquin

Czy to normalne, że statek robi „łaf, łaf, klong!”?

Marcin Knyszyński

Komiks „Lanfeust z Troy” był ośmioodcinkową historią, w której przemierzaliśmy całą planetę, walczyliśmy z jej najróżniejszymi, przedziwnymi mieszkańcami, aby ostatecznie wyzwolić miasto Eckmul i pokonać największego drania Troy. Christophe Arleston i Didier Tarquin stworzyli świat imponujący szczegółowością i rozmachem scenografii, którego późniejsza popularność zaskoczyła ich samych. Dlatego już w rok po ukazaniu się ostatniej części „Lanfeusta z Troy” rozpoczęli nowy cykl. I jak to z kontynuacjami bywa, musi być barwniej, więcej, szybciej i mocniej. Lanfeust leci w kosmos!

Troy, która w poprzednim tomie była całym światem dla naszych bohaterów, okazuje się tylko jedną z wielu planet. Trzynastu potężnych książąt-kupców, mieszkających na planecie Meirrion, podzieliło między siebie i swoje handlowe korporacje całą galaktykę. Wydarzenia z pierwszego cyklu zaowocowały wyzwoleniem gigantycznej ilości magicznej energii, która została zauważona przez Glace, agentkę jednego z trzynastu książąt. Książę Dhulee wysyła ją do źródła mocy, na planetę Troy. Tym sposobem Lanfeust (i niestety największy szwarccharakter Thanos, odbywający swą karę w więzieniu) wraz z trollem Hebiusem i swoją ukochaną C’ixi wplątuje się w kosmiczną aferę. Glace zabiera ekipę żądnych przygód bohaterów do Meirrionu, gdzie czeka już na nich wspomniana trzynastka. Ale czy wszyscy są tymi, za kogo się podają? I kim są tajemniczy spiskowcy, którzy podążają tropem Lanfeusta?

Błękitna kropka – Carl Sagan

Wehikułem czasu przez Układ Słoneczny

Magdalena Makówka

Carl Sagan był jednym z bardziej znanych popularyzatorów wiedzy o kosmosie. Także w Polsce ukazało się wiele z jego licznych publikacji. Teraz zaś na półkach pojawiła się „Niebieska kropka”, która po raz pierwszy została wydana w latach 90. XX wieku. Od tego czasu stan badań nad kosmosem znacznie się zmienił, należy więc zadać sobie pytanie, czy książka posiada dziś jakąkolwiek wartość.

Fizyk zabiera czytelników na wycieczkę po najdalszych zakątkach Układu Słonecznego. Zaczyna od usytuowania naszego domu – Ziemi – na mapie wszechświata. Następnie zastanawia się nad tym, czy gdyby przedstawiciele obcej cywilizacji szukali śladów życia w kosmosie, odkryliby je na naszej planecie. Jak się okazuje – niekoniecznie, co powinno ostudzić zapał tych, którzy wierzą, że jeszcze niebawem dowiedzione zostanie istnienie życia pozaziemskiego. Następnie Sagan na kartach swej książki rozpoczyna tournée po planetach i księżycach. Szczegółowo opisuje poszczególne globy, skupia się na ich atmosferze, ukształtowaniu terenu, powodach, dla których panują na nich takie a nie inne warunki. W toku prowadzonej przez niego narracji dowiadujemy się wiele o historii odkryć, poznajemy skomplikowane losy ludzi, pracujących nad maszynami, dzięki którym poszerzyła się nasza wiedza o otaczającym nas kosmosie. W końcu Sagan zastanawia się nad tym, czy i gdzie powinien osiedlić się człowiek w ciągu następnych dekad i stuleci. Snuje rozważania dotyczące nie tylko najbardziej prawdopodobnych z dzisiejszej perspektywy scenariuszy, ale także znacznie dalszych, na jakich planowanie stan dzisiejszej nauki nie pozwala.

Hrabstwo Harrow. Tom 4: Rodzina – Cullen Bunn, Tyler Crook

Rodzina nie cieszy, gdy jest

Marek Adamkiewicz

„Hrabstwo Harrow” jest reprezentantem grozy w bardziej subtelnym wydaniu. Nawet kiedy w serii występują elementy dosadne i krwawe, to Cullen Bunn przedstawia je w taki sposób, że odbieramy je raczej jako baśniowe niż straszne. Manewr sprawdzał się całkiem nieźle w trzech poprzednich tomach, a czwarty nie odbiega znacząco od tego schematu. Ponadto twórca zdecydował się tym razem nieco poszerzyć świat przedstawiony i zaoferować czytelnikom kilka wyjaśnień dotyczących fabuły i bohaterów. Czy okazały się one satysfakcjonujące?

Emmy nigdy nie sądziła, że na świecie żyje więcej takich osób jak ona – obdarzonych mocami, które można wykorzystać zarówno do czynienia dobra, jak i po to, by zaszkodzić ludziom. Tymczasem okazuje się, że dziewczyna nie tylko nie jest wyjątkowa, ale w dodatku inni chcą wykorzystać jej umiejętności i włączyć do „rodziny”. Emmy musi szybko odkryć, jakie są prawdziwe intencje przybyłych do Harrow obcych, bo możliwe, że pragną zaszkodzić jego mieszkańcom, którzy w pewnej liczbie wciąż stanowią kreację wiedźmy Hester Beck.

Wprowadzenie do fabuły „rodziny” Emmy okazało się całkiem dobrym pomysłem, głównie z tego względu, że w wyraźny sposób poszerza on świat przedstawiony. Dzięki temu możemy zobaczyć, że na świecie jest więcej osób o umiejętnościach porównywalnych do tych, które posiada dziewczyna. Cullen Bunn nie wyszedł co prawda z akcją poza tytułowe hrabstwo, ale zamiast tego sprowadził wielki świat w jego obręb. Trochę podobne były założenia drugiego tomu – wtedy też mieliśmy do czynienia z zagrożeniem z zewnątrz i trudno nie dostrzec, że takie rozwiązanie jest jak najbardziej naturalne i w gruncie rzeczy trafione. Wszak ile można pisać o niebezpieczeństwach czających się w granicach małego skądinąd terytorium? Tu wręcz trzeba sięgnąć dalej i właśnie to stara się uczynić autor, wprowadzając na scenę nową grupę bohaterów.

Kenia – Leo, Rodolphe

Safari science fiction

Marcin Knyszyński

Tegoroczna ofensywa Egmontu to mocne uderzenie ze strony Vertigo z okazji dwudziestopięciolecia istnienia tej marki. Ale to nie wszystko, ponieważ możemy poczytać również komiks prosto z kraju, gdzie to medium króluje – a jak wiadomo francuska popkultura komiksem stoi. Zbiorcze wydanie pięciu tomów awanturniczo-przygodowo-fantastycznej „Kenii” autorstwa Leo i Rodolphe przenosi nas do serca Afryki, do czasów oddalonych mniej więcej o dziesięć lat od tych, w których swoje szalone przygody przeżywał Indiana Jones.

Kenia, Mombasa, Jezioro Wiktorii, Kilimandżaro, rok 1947. Na wyprawę w rejony źródeł Nilu rusza kilkuosobowa wyprawa łowiecka, z pisarzem Johnem Remingtonem na czele – nieprzyjemnym „prawdziwym facetem”, szorstkim bohaterem wzorowanym na Erneście Hemingwayu. Czas nie jest najlepszy na takie ekspedycje – dziwne poruszenie panuje wśród tamtejszych plemion, wszyscy szepczą o tajemniczych demonach krążących po dżungli i polujących na ludzi. Poszukiwacze przygód pewnego dnia dokonują oszałamiającego odkrycia – wśród stada żyraf dostrzegają gigantyczny okaz, przewyższający o kilka metrów najwyższe jak dotąd zwierzęta na ziemi. Autorzy komiksu oglądali na pewno „Park Jurajski” Stevena Spielberga – bohaterowie zupełnie jak Sam Neil i Laura Dern patrzą z szeroko otwartymi ustami i oczami na stworzenie, które teoretycznie wymarło ponad dwadzieścia milionów lat temu.

Hal Jordan i Korpus Zielonych Latarni. Tom 2: Światło w butelce – Robert Venditti, Ethan van Sciver, Rafa Sandoval i inni

Nabici w butelkę

Marek Adamkiewicz

Polscy fani komiksu superbohaterskiego bardzo długo czekali na powrót na księgarskie półki tytułu poświęconego przygodom Zielonych Latarni. 2017 rok przyniósł w końcu tak długo wyczekiwaną premierę. „Hal Jordan i Korpus Zielonych Latarni”, bo o nim mowa, dostarczył nam zajmującej rozrywki i choć nie ustrzegł się kilku drobnych mankamentów, to całościowo sprawiał więcej niż przyzwoite wrażenie. Po lekturze pierwszego tomu miałem zaostrzony apetyt na kontynuację. Teraz, gdy i ona jest już dostępna w księgarniach, można ocenić  czy Vendittiemu udało się utrzymać całkiem wysoki poziom pierwszej odsłony.

Po uporaniu się z Sinestro i dowodzonym przez niego Korpusem Zielone Latarnie wyruszają na kolejną niebezpieczną misję. Towarzyszą im ci z niedawnych przeciwników, którzy odwrócili się od despotycznego lidera, chcąc poszukać innej drogi niż terroryzowanie galaktyki. Po dotarciu na miejsce obie formacje muszą zjednoczyć siły, ponieważ niebezpieczeństwo, z którym przyjdzie im się mierzyć, jest nie tylko niespodziewane, ale i wyjątkowo groźne. Tymczasem w innym miejscu wszechświata trwają próby przywrócenia do życia Hala Jordana, dawnego dowódcy Green Lanternów. Dwoje ocalałych pierwotnych strażników galaktyki decyduje się skorzystać z pomocy Kyle’a Raynera, White Lanterna, by dzięki jego potężnym mocom pomóc Halowi powrócić z zaświatów.

„Światło w butelce” jest komiksem, w którym nie ma co szukać głębszych treści i bardziej ambitnej fabuły. Jego podstawową cechą jest nieustająca akcja. Taki stan rzeczy trzeba przyjąć z całym dobrodziejstwem inwentarza lub poszukać wrażeń gdzie indziej. W podobnych przypadkach liczy się to, by owa sensacyjność miała ręce i nogi, była sensownie umocowana w regułach rządzących światem przedstawionym i nie kłóciła się z normalnymi związkami przyczynowo-skutkowymi. W przypadku omawianego tytułu nie mam w tej materii większych zastrzeżeń, jego akcyjność jest bowiem uzasadniona, a kolejne karty przerzuca się ze sporym zainteresowaniem.

Strony