Subiektywnie

Uncanny X-Men tom 5. Mutant omega – Brian Michael Bendis, Kris Anka, Chris Bachalo

Uncanny X-Men tom 5. Mutant omega

Jagoda Wochlik

Niezależnie od tego, co się o Charlesie Xavierze i jego uczniach myśli, czy się ich lubi, nie lubi, czy ma się do nich stosunek zgoła obojętny, należą do tych postaci komiksowych, o których słyszeli nie tylko fani gatunku. Ostatecznie to właśnie oni ręka w rękę z Iron Manem otwierali kinowe uniwersum, to oni niedawno otrzymali własny serial, a na premierę czekają kolejne filmy przedstawiające ich przygody. W historii mutantów jest nośność, której nie ma już wielu ich komiksowych kamratów.

„Mutant omega” to piąty tom serii „Uncanny X-men”. Stworzyli go Brian Michael Bendis odpowiedzialny do tej pory za scenariusze do „Daredevil. Nieustraszony” czy „Strażników Galaktyki” oraz Kris Anka, autor kadrów do „Wolverine’a. Trzy miesiące do śmierci” i Chris Bachalo, autor rysunków do „Śmierci” Neila Gaimana.

X-meni otwierają testament Profesora X. Okazuje się, że ukrywał on przed swoją drużyną istnienie bardzo potężnego mutanta, którego moce mogą zagrozić równowadze na Ziemi. Niestety szybko okazuje się, że bez kontroli ze strony Xaviera jego moce budzą się, a ten, zagubiony, zaczyna siać spustoszenie. Rząd USA chce szybko pozbyć się zagrożenia, z kolei Cyclops widzi w nim narzędzie do walki z niechętnym mutantom systemem. Pozostali X-meni stają przed problemem ewentualnego otwartego konfliktu z dawnym przyjacielem.

W „Mutancie omega” na pierwszy plan wysuwa się to, co cenię najbardziej we współczesnych komiksach z serii o mutantach – pytanie o to, co znaczy być innym, co oznacza posiadanie mocy. Wspomina się między innymi o tym, że choć mutanci zrobili wiele dla społeczeństwa, mimo wszystko borykają się z ludzką nienawiścią. Bardzo łatwo przełożyć sobie tę sytuację, na to, co obecnie dzieje się na świecie. Wiele mówiąca jest też scena, kiedy młodzi mutanci uczą się walczyć, używając w tym celu hologramów Avengers. Jeden z nich pyta wtedy: „Dlaczego akurat oni? Po co uczymy się walczyć właśnie z nimi? To kim są ci „dobrzy”. To „my” czy „oni”?”

Przeklęci – Chuck Palahniuk

Odwieczna dialektyka

Marcin Knyszyński

„Potępieni”, powieść o martwej, trzynastoletniej Madison Spencer, kończy się w momencie, gdy ta wraca szybkim krokiem do samochodu, który zawiezie ją z powrotem do Piekła. Tak, do najprawdziwszego Piekła. Jest Halloween, kilka minut przed północą, a Madison-Kopciuszek ma coraz mniej czasu na powrót – w przeciwnym razie zostanie na Ziemi na cały rok jako duch, którego nikt nie dostrzega. Czy zdąży?

Nie zdążyła. I jak mówi na pierwszych stronach powieści „Przeklęci”, która jest kontynuacją „Potępionych” – „Po jakichś ośmiu miesiącach spędzonych w gorejących czeluściach Piekła, zostałam zesłana jako duch do tryskającego życiem świata fizycznego. Stan ten określany jest zazwyczaj mianem Czyśćca”. Madison, która zawojowała domenę Szatana, zbierając u swego boku nieprzeliczone zastępy popleczników i stając się wielkim zagrożeniem dla Lucyfera, musi przeżyć dwanaście miesięcy na Ziemi. A ta, jak nietrudno się domyślić, została wykreowana przez Palahniuka na miejsce bez porównania potworniejsze niż Piekło.

Jak pamiętamy z poprzedniej części, Madison jako nieuleczalna „nadziejoholiczka” wpadła na pomysł jak spędzić wieczność z rodzicami, którzy przez całe jej nieszczęsne życie trzymali ją na dystans. Trzeba po prostu sprowadzić ich do Piekła, do siebie. Za pomocą międzywymiarowego połączenia telefonicznego nakazuje rodzicom „pierdzieć w windzie, zajmować dwa miejsca na parkingu, sikać do basenu i kląć na czym świat stoi – a trafi się do Nieba”. Nie przewidziała jednak, że jej rodzice, ultracelebryci i złote cielce nowoczesnego świata, pociągną za sobą całą cywilizację. Powstaje nowa religia, nazwana „chamizmem”, która poprzez dawanie upustu najgorszym ludzkim instynktom teoretycznie ma gwarantować stałą miejscówkę za Piotrowymi Wrotami. Jak można się temu oprzeć? Populacja Piekła przyrasta od tej pory w niekontrolowany sposób, królestwo Diabła zapełnia się oszukanymi i złorzeczącymi ludźmi. Madison musi znaleźć sposób na naprawę błędu, musi dotrzeć w swej eterycznej postaci do rodziców.

Towarzysze Zmierzchu – François Bourgeon

Towarzysze Zmierzchu

Jagoda Wochlik

François Bourgeon to jeden z najważniejszych współczesnych twórców komiksu historycznego, autor takich tytułów jak „Pasażerowie wiatru” i „Cyann”. Obecna edycja „Towarzyszy Zmierzchu”, która wyszła w cyklu „Plansze Europy”, jest już drugim wydaniem. Zbiera komiksy ukazujące się  w latach 1983–1990. Zawiera albumy „Czary w Lesie Mgieł”, „Cynowe oczy Posępnego Miasta” i „Ostatni śpiew Malaterre'ów”.

Mariotte staje się przyczyną zagłady własnej wioski. Nie mogąc wrócić do domu, dołącza, wraz z jedynym ocalałym z pogromu,, niezbyt bystrym ale za wrednym chłopakiem, Anicetem, do przejeżdżającego akurat nieopodal błędnego rycerza. Razem z nim przemierzają terytorium XIV-wiecznej Francji, ogarniętej wojną stuletnią. Podróżują przez pustkowia, ubogie wsie i gwarne średniowieczne miasta.

„Towarzysze Zmierzchu” to komiks, w którym wątki historyczne przeplatają się z fantastycznymi. Mamy więc Francję spustoszoną wojną, pełną okrucieństwa. Z drugiej strony historia znajomości błędnego rycerza i trzech sióstr, rzekomo wywodzących się od syreny, wprowadza element fantastyczny.. Całość dodatkowo spięta jest tajemnicą, której rozwiązanie poznamy dopiero pod koniec opowieści. Dosadność w pokazywaniu przemocy i wszechobecna erotyka zdecydowanie plasują „Towarzyszy” wśród komiksów dla dorosłych. Jeśli o mnie chodzi, tej ostatniej było w komiksie zdecydowanie za dużo. Wątpię, by podczas trwającej już tyle lat wojny myśli wszystkich aż tak bardzo kręciły się wokół seksu.

Komiks pełen jest wyrazistych bohaterów – to przede wszystkim pyskata wiejska dziewucha, jej krajan, który myśli wyłącznie o sobie i wcale tego nie ukrywa, Cyganka i starzec z udomowionym niedźwiedziem. Mimo że łatwo jest nie lubić tych postaci, twórca potrafi wciągnąć nas w ich poczynania.

Paper girls 4 – Brian K. Vaughan, Cliff Chiang

Paper girls 4

Jagoda Wochlik

„Paper girls” to komiks, o którym od momentu jego ukazania się jest wciąż głośno. Seria, będąca dziełem Briana K. Vaughana (scenariusz) i Cliffa Chianga (rysunki), otrzymała trzy Nagrody Eisnera (dwie w 2016 i jedną w 2017). W Polsce ukazuje się nakładem wydawnictwa Non Stop Comic od 2017 roku. Teraz zaproponowano nam już czwartą odsłonę tej historii, zawierającą cztery oryginalne zeszyty, od numeru 16 do 20.

Czwórka gazeciarek zostaje tym razem wypluta w 2000 roku. Po raz kolejny spotykają dorosłą wersję jednej z nich. Wpadają też na trop pewnej rysowniczki pasków komiksowych, która udziela im informacji na temat podróżników w czasie i tego, co tak naprawdę się wokół nich dzieje. Tymczasem nad ich głowami rozgrywa się bitwa ludzi z przyszłości, którą z jakiegoś powodu jest w stanie widzieć tylko jedna z nich.

Jeśli czytaliście moje poprzednie recenzje „Paper girls” to wiecie, że od samego początku mnie ten komiks nie zachwycił, a z każdym kolejnym tomem było coraz gorzej. Lektura przypominała oglądanie serialu „Lost”. Kiedy padły słowa: „Musimy przesunąć wyspę”, człowiek już wiedział, że scenarzyści w żaden sensowny sposób nie będą w stanie z tego wybrnąć. Te skojarzenia zresztą nie są bezpodstawne, bo Vaughan pracował przy jego tworzeniu. A tymczasem, nareszcie, w czwartym zeszycie, historia zaczyna nabierać kształtu. Rzucane gdzieniegdzie podpowiedzi układają się w (prawie) logiczną całość. I po raz pierwszy odkąd rozpoczęłam swoją przygodę z dwunastoletnimi wyszczekanymi gazeciarkami, zaczęło mnie naprawdę interesować, co będzie dalej, bo (nareszcie!) otrzymałam coś więcej niż szwendanie się grupki dziewczyn po różnych czasach, za którymi dzisiaj można jedynie nostalgicznie wzdychać.

Tom czwarty jest też o tyle ciekawy, że dzieje się w 2000 roku. Można sobie przypomnieć atmosferę milenijnej gorączki, kiedy wszyscy się zastanawiali, co też stanie się z komputerami i jaki będzie ten nowy świat. A okazało się, że apokalipsa zakończyła się tak, jak zawsze, strachem i niczym więcej.

All-Star Batman. Tom 2 – Scott Snyder, Jock, Tula Lotay, Giuseppe Camuncoli i inni

Czas apokalipsy

Marek Adamkiewicz

Pierwszy tom ukazującego się w ramach „Odrodzenia” cyklu Scotta Snydera był niezłym czytadłem. Po tym autorze mieliśmy jednak prawo spodziewać się dużo więcej aniżeli ledwie poprawności – to zasługa jego runu w głównej serii o Nietoperzu z „Nowego DC Comics”, a przede wszystkim efekty  pracy w „Detective Comics”, w uniwersum jeszcze sprzed restartu. Kolejna odsłona „All-Star Batman” stała się więc dla Amerykanina doskonałą okazją, by przypomnieć wszystkim, że prowadzony przez niego Mroczny Rycerz potrafi być niezwykle interesującym, wielowymiarowym herosem.

Batman musi tym razem zmierzyć się z zagrożeniem mogącym spowodować katastrofę o globalnych konsekwencjach. Na dalekiej północy bohater musi powstrzymać Mr. Freeze’a przed uwolnieniem zamrożonej od tysięcy lat śmiercionośnej bakterii. Później stara się negocjować z Poison Ivy, by ta nie tylko nie wykorzystywała morderczego potencjału jednej z roślin, nad którą pracuje, ale pomogła mu w opanowaniu szerzącej się w Stanach Zjednoczonych epidemii. Nietoperz musi też zmierzyć się z zabójczą technologią stosowaną przez Jervisa Tetcha w jego kontrolujących umysł nakryciach głowy. To wszystko to jednak ledwie początek prawdziwych kłopotów, bowiem prawdziwym zagrożeniem jest stojąca w cieniu persona, która dąży do końca świata, jaki znamy.

Pokuta – Ian McEwan

Pokuta

Jagoda Wochlik

Ian McEwan to brytyjski pisarz będący autorem wielu głośnych i chętnie przenoszonych na ekran powieści. Wystarczy tu choćby wspomnieć ostatnie premiery, takie jak „Na plaży Chesil” czy „Dziecko w czasie”. W 1998 roku otrzymał Nagrodę Bookera za powieść „Amsterdam”. Za jego najsłynniejszą książkę uznaje się jednak wydaną w 2001 roku i zekranizowaną sześć lat później przez Joego Wrighta „Pokutę”, z Keirą Knightley i Jamesem McAvoyem w rolach głównych.

Trzynastoletnia Briony widzi przez okno dziwną scenę między swoją siostrą a synem ich służącej, Robbiem. Dziewczyna rozbiera się do bielizny i na oczach chłopaka wchodzi do basenu. Tego samego dnia Briony przyłapuje ich także w bibliotece. Zajście interpretuje jako napaść seksualną. Kiedy tej samej nocy dochodzi do gwałtu na ich piętnastoletniej kuzynce, Lolii, która wraz z braćmi przebywała w odwiedzinach u matki dziewcząt, Briony wskazuje Robbiego jako sprawcę. Za sprawą oskarżenia chłopak trafia do więzienia. Zakochana w nim siostra Briony, Cecilia, nie wierzy w jego winę. Obiecuje mu, że będzie czekała. Po wyjściu z więzienia Robbie trafia jednak na front, a Cecilia zostaje pomocą medyczną w szpitalu.

Wonder Woman. Tom 2 – Greg Rucka, Drew Johnson, Rags Morales i inni

Pop-mity

Marek Adamkiewicz

Od wydania pierwszego tomu serii Grega Rucki o Wonder Woman minął już ponad rok. Tamten komiks był chyba najlepszą interpretacją postaci wojowniczej Amazonki wydaną w Polsce, dlatego na jego dalszy ciąg wielu fanów czekało z zapartym tchem. Trochę to trwało, ale w końcu jest. Oczekiwania były spore a poprzeczka została zawieszona naprawdę wysoko – w takich okolicznościach łatwo o rozczarowanie. Czy Rucka zdołał uniknąć potknięcia? Szczerze mówiąc, na to pytanie nie ma łatwej odpowiedzi, bo kolejna odsłona cyklu ma nieco inny wydźwięk niż poprzedniczka i skupia się na innych elementach świata przedstawionego.

W wyniku spisków Aresa do świata żywych powraca złowroga Meduza, jedna z Gorgon. Potwór pała żądzą zemsty na Bogach i Amazonkach, za cel obiera sobie powiązaną z obiema grupami Dianę, ambasadorkę Temiskiry w Stanach Zjednoczonych. Walka z pewnością nie będzie łatwa, a to nie jedyne zagrożenie, z jakim musi zmierzyć się Wonder Woman. Cheetah uwalnia z więzienia Zooma i oboje wspólnie ruszają, by pozbawić życia zarówno Dianę, jak i Flasha. Na domiar złego na Olimpie dochodzi do przewrotu – zwierzchnictwo nad panteonem traci Zeus, a zastępująca go na tronie Atena pilnie potrzebuje pomocy swojej orędowniczki.

Drugi tom „Wonder Woman” nie skupia się w tak dużym stopniu na bohaterach, jak poprzedni. Można odnieść wrażenie, że Rucka zadowolił się tym, co zaprezentował wcześniej i tym razem nie próbował zbytnio rozwijać rysów charakterologicznych poszczególnych postaci. Ten stan rzeczy może nieco rozczarowywać, ponieważ to nie do tego jesteśmy przyzwyczajeni. Zamiast tego autor daje nam jednak inne atrakcje, z których największą, a przynajmniej najbardziej widoczną, wydaje się prawdziwy natłok akcji. Tempo opowieści jest bardzo intensywne, praktycznie każdy z zamieszczonych tu dwunastu zeszytów „Wonder Woman” (i jednego epizodu „Flasha”) jest dynamiczny i sensacyjny. Na szczęście Ruckce udaje się utrzymać historię w ryzach i mimo tego dynamizmu fabuła trzyma się kupy, jest logiczna i angażująca.

Moon Knight. Z martwych powstaną – Brian Wood, Greg Smallwood

Łaska pańska na białym koniu jeździ

Maciej Rybicki

Pierwszy tom „Moon Knighta” wydawanego w ramach linii Marvel Now! spotkał się na naszym rynku z mieszanymi reakcjami. Cięgi zbierał przede wszystkim sam bohater, któremu zarzucano bycie przesadzoną, szaloną marvelowską wersją Batmana. Myślę, że taki a nie inny odbiór postaci Marca Spectora wynikać może z faktu jego anonimowości wśród polskich czytelników (choć na rynku amerykańskim jest to postać znana i uznana,  choćby za sprawą runów Charliego Hustona i Briana Michaela Bendisa). Z drugiej strony pierwszy tom serii autorstwa Warrena Ellisa i Declana Shalveya robił znakomite wrażenie interesującą formą i niebanalnym podejściem do superbohaterskiej konwencji. Tyle tylko, że po zaledwie sześciu zeszytach całkowicie zmienił się zespół twórców. Ołówek w dłoń wziął Greg Smallwood, zaś scenariusz powierzono popularnemu Brianowi Woodowi. Co z tego wyszło?

No cóż, przede wszystkim lekkie zamieszanie z tytułowaniem, przynajmniej w polskim wydaniu. O ile bowiem pierwszy tom nosił tytuł „Z martwych” (From the Dead), o tyle drugi (w oryginale Dead Will Rise) przełożono jako „Z martwych powstaną”. To kontynuowanie frazy wypada dość dziwnie, tym bardziej, że ostateczne tłumaczenie wcale nie jest tym najbardziej oczywistym (czyli na przykład Martwi powstaną). No, ale trudno. Wiemy, że mamy do czynienia z tomem drugim choćby w związku z nowymi nazwiskami na okładce. W zasadzie niezmienne pozostały tylko dwa elementy: sama postać Moon Knighta i mroczny, nieco szalony, mistyczny klimat. Wood pokazuje odzianego w biały garnitur bohatera z nieco innej perspektywy. Przede wszystkim wyraźnie rozdziela Marca Spectora i władający nim aspekt boga Khonshu. To już nie tylko dwa odrębne (choć splecione ze sobą) byty. Autor „Ludzi Północy” pokazuje, jak bardzo różnią się pod względem moralnym… co nieco zaskakuje, biorąc pod uwagę rozszczepioną osobowość Spectora. Wood idzie zresztą dalej, rozłączając byłego najemnika i jego boskie alter ego… które postanowiło zagrać w pewną grę na własnych warunkach.

Alienista – Caleb Carr

Alienista

Jagoda Wochlik

Caleb Carr to historyk specjalizujący się w dziejach wojskowości. Pisze książki specjalistyczne z tego zakresu. Jest też autorem sztuk teatralnych oraz scenariuszy filmowych, w tym do „Egzorcysty: Początek”. Sławę zdobył jednak w 1994 roku, kiedy ukazała się jego debiutancka powieść zatytułowana „Alienista”. W 2018 roku wydawnictwo Rebis, ze względu na wchodzącą właśnie na ekrany serialową adaptację, zdecydowało się ją wznowić.

W 1896 roku Nowym Jorkiem wstrząsnęła sensacyjna seria zabójstw dokonywanych na chłopcach przebierających się za kobiety i prostytuujących się. Policja jest bezsilna. Theodore Roosevelt, młody komisarz, potajemnie angażuje do śledztwa doświadczonego alienistę, Laszlo Kreizlera oraz ich wspólnego przyjaciela, dziennikarza Johna Moore’a. Do pomocy przydziela im pierwszą kobietę w policji, swoją sekretarkę Sarę Howard oraz dwójkę młodych żydowskich kryminologów, braci Isaacsonów.

„Alienista” to zgrabne połączenie kryminału, thrillera i powieści historycznej. Caleb Carr jest specjalistą od epoki wiktoriańskiej i podczas lektury to się czuje. Klimat epoki i życie codzienne zostały odmalowane niesamowicie barwnie i szczegółowo. Do tego dochodzą pełnokrwiści bohaterowie, zarówno ci fikcyjni, jak Kreizler i pozostali członkowie drużyny z Brodway 808, jak i postaci historyczne – Theodore Roosevelt czy John Piermont Morgan.

Superman. Tom 3: Wielokrotność – Peter J. Tomasi, Patrick Gleason, Jorge Jimenez, Ivan Reis i inni

Kopiuj, wklej

Marek Adamkiewicz

W opinii wielu czytelników i recenzentów „Superman” jest jedną z najlepszych serii „Odrodzenia”. Jak dla mnie wydane dotąd dwa tomy nie do końca ten stan rzeczy potwierdzały, bo jakkolwiek pierwszy faktycznie oferował satysfakcjonującą rozrywkę, tak drugi był już zauważalnie słabszy, zostawiając po sobie raczej przeciętne wrażenia. To trzecia odsłona miała przynieść bardziej miarodajne odpowiedzi na pytania o poziom dzieła Tomasiego i Gleasona. Czy autorzy powrócili więc na właściwe tory? Tego nie można jednoznacznie stwierdzić, bo „Wielokrotność” okazała się komiksem łączącym momenty lepsze z tymi gorszymi.

W istniejących równolegle różnych wersjach Ziemi źle się dzieje – ktoś porywa funkcjonujących w nich Supermanów. Falę superbohaterskiego kidnappingu usiłuje powstrzymać Superman z Ziemi-0, jednak nawet on nie jest w stanie sam rozprawić się z potężnym zagrożeniem. Heros jednoczy siły z tak zwaną Międzywymiarową Ligą Sprawiedliwości i razem próbują zażegnać niebezpieczeństwo. W czasie gdy starszy z Kentów przebywa na misji w kosmosie, młodszy przeżywa swoją własną przygodę. Podczas pomocy sąsiadce w poszukiwaniu zaginionego dziadka oboje wpadają w tarapaty na Bagnach Umarlaka. Ponadto będziemy mieli okazję poznać przebieg spotkania Supermana z Potworem z Bagien.

Strony