Subiektywnie

Silmarillion – J.R.R. Tolkien

Echa dawnych dni

Jagoda Wochlik

Niewątpliwie gdyby nie twórczość takich pisarzy jak John Ronald Reuel Tolkien, C.S. Lewis, Marion Zimmer Bradley czy Robert Howard, nie mielibyśmy dziś całego gatunku literackiego, który dla wielu czytelników jest właśnie tym najbardziej ukochanym – pełnym dzielnych wojowników, pięknych czarodziejek, rozmiłowanych w kruszcach krasnoludów. A nawet jeśli fantastyka zaistniałaby, to nie w takim kształcie, w jakim znamy ją obecnie.

Jednakże o ile o „Hobbicie” czy „Władcy Pierścieni”, czy to za sprawą samych książek, czy adaptacji Petera Jacksona, słyszały nawet osoby, które nie są fanami fantastyki, o tyle lekturą „Silmarillionu” może poszczycić się niewielu nawet spośród najbardziej wytrwałych miłośników gatunku. Bowiem jest on znany jako ta książka Tolkiena, w której tylko idą i idą, a poza tym niewiele się dzieje. Nigdy do tej pory nie zetknęłam się z tym dziełem twórcy Śródziemia. Jednakże gdy nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka ukazało się wznowienie „Silmarillionu”, postanowiłam nadrobić to niedopatrzenie z dawnych lat.

Przyznaję się bez bicia, łatwo nie jest. Najpierw trzeba przebić się przez wstęp autorstwa syna Tolkiena, będącego redaktorem tomu, który wyjaśnia, dlaczego poszczególne części mogą się wydać dość nierówne i dlaczego zdecydował się na wybór właśnie tych, a nie innych opowieści, by utworzyły tom, nazwany przez niego „Silmarillionem”, wydany już po śmierci ojca. Potem trzeba przebrnąć przez list Tolkiena do jego wydawcy, w którym poniekąd streszcza fabułę „Silmarillionu” i „Władcy Pierścieni”, jednocześnie dając wykład o własnym poglądzie na sztukę. I wreszcie, po trzydziestu stronach, docieramy do właściwej treści książki.

Zabij albo zgiń Tom 2 – Ed Brubaker, Sean Phillips, Elizabeth Breitweiser

Podszepty zła

Marek Adamkiewicz

Eda Brubakera nie trzeba nikomu przedstawiać. Ten utalentowany scenarzysta pracował w swojej karierze dla obu największych wydawnictw zajmujących się superbohaterszczyzną, więc każdy, kto choć odrobinę orientuje się w komiksie amerykańskim, na pewno się o jego twórczość otarł. Od jakiegoś czasu tworzy dla firm nieco mniejszych, oferujących swoim autorom większą swobodę artystyczną. Takie podejście zaowocowało kilkoma błyskotliwymi seriami, a najnowszą spośród nich jest „Zabij albo zgiń”, tytuł wciąż wydawany w USA. U nas ukazuje się właśnie drugi tom zbiorczy, który, po znakomitej pierwszej odsłonie, był jedną z największych nadziei pierwszego kwartału komiksowego roku 2018.

Dylan zawarł pakt z demonem. Musi co miesiąc zabić jedną osobę, by zaspokoić głód piekielnego bytu. Wybór ofiar nie jest przypadkowy – to osoby, których śmierci nikt nie będzie żałował, ludzie krzywdzący i niszczący innych. Pojawia się jednak pewien problem – Dylanowi coraz trudniej jest operować w mieście, ponieważ lokalna policja wie już o jego morderczej działalności. Co prawda służby porządkowe wciąż nie mają nazwiska sprawcy, ale pętla się zaciska, a ulice  patrolowane są przez coraz liczniejsze siły, staje się więc coraz ciaśniejszym miejscem dla kogoś, kto musi kontynuować zabójczą misję.

Już w poprzednim tomie nękający Dylana demon był postacią, co do której prawdziwości nie mieliśmy pewności. Tym razem wątpliwości zostają pogłębione. Brubaker pokazuje wysłannika piekieł tylko w określonych okolicznościach – spośród bohaterów widzi go tylko nasz zamaskowany zabójca, nigdy też nie pojawia się, gdy w pobliżu jest ktoś inny. Czy to diabeł wyimaginowany? Argumentem przemawiającym za taką teza może być fakt, że Dylan zażywa leki, które mogą mieć wpływ na jego postrzeganie rzeczywistości. Jak jednak jest w istocie? Czy autor opisuje autentyczną piekielną interwencję, czy może jednak nasilającą się chorobę psychiczną? Tego nie można stwierdzić ze stuprocentową pewnością.

Upadłe anioły – Richard Morgan

Stukanie w monolit

Marcin Knyszyński

„Upadłe anioły” to powieść w kilku aspektach podobna do „Modyfikowanego węgla”. Obie są brutalnymi, spływającymi posoką, nieprzebierającymi w subtelnościach, trochę pulpowymi przedstawicielami science fiction, nieaspirującymi do miana literackiego objawienia. Richard Morgan zmienił jednak nieco środki wyrazu i sam pomysł na użycie fantastycznych akcesoriów. Druga powieść o Takeshim Kovacsu to już nie jest rasowy, gibsonowy cyberpunk w noirowych barwach. Tym razem dostajemy militarne SF, space operę z dynamiczną fabułą, nieoczekiwanymi zwrotami akcji, elementami grozy oraz gore.

Kovacs nie jest już detektywem do wynajęcia, lecz po prostu awanturnikiem i wojennym najemnikiem. Jedna jego cecha pozostaje niezmieniona – to twardziel zbudowany z metaforycznego diamentu – autor uczynił go wręcz nadczłowiekiem, który, tracąc krew z dziesięciu ran, potrafi jednocześnie otwierać piwo kością z otwartego złamania. Napędza go pragnienie śmierci i nieusuwalna trauma z przeszłości. Jako były Emisariusz musi żyć na tzw. pełnej petardzie, ponieważ jeśli tylko pozwoli sobie na chwilę zadumy, w jego głowie zwizualizują się potworne sceny masowych mordów, miliony spadających łusek po nabojach oraz widoki płonących miast. Kovacs każdego poranka czuje zapach dwudziestosześciowiecznego odpowiednika napalmu. Ten swąd przyprawia go o mdłości.

Chłopaki Tom 5: Herospazm – Garth Ennis, John McCrea, Keith Burns

Czas relaksu

Marek Adamkiewicz

Pierwsze cztery tomy „Chłopaków” udowodniły, że Garth Ennis wciąż ma „to coś”, dzięki czemu potrafi dać czytelnikom maksymalnie angażującą serię. W przypadku tego konkretnego tytułu receptą na sukces okazało się przedstawienie superbohaterów w innym świetle niż zazwyczaj, podlanie całości bardzo wulgarnym seksualnym sosem i łamanie kolejnych tematów tabu. Trudno jednak konsekwentnie trzymając się podobnej receptury, nigdy nie wpaść w lekki twórczy dołek. Dla Gartha Ennisa piąty tom omawianej serii jest właśnie taką delikatną obniżką formy.

W mniemaniu opinii publicznej superbohaterowie są zawsze niezwykle zapracowanymi personami. Nie dość, że wciąż mierzą się z zagrożeniem ze strony superzłoczyńców, to od czasu do czasu groza nadciąga z kosmosu, a wtedy cała Ziemia znajduje się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Podobnie dzieje się teraz, gdy grupa herosów musi zjednoczyć siły, by pokonać morderczych przybyszów z innego wszechświata. Taka jest przynajmniej wersja dla mediów, tymczasem w rzeczywistości wszystkie „supki” przygotowują się do corocznej imprezy, tak zwanego „Herospazmu”, podczas której planują oddawać się niczym nieskrępowanej rozpuście. Na tej edycji będą jednak także tytułowe Chłopaki, co oznacza jedno – nie dla wszystkich zabawa skończy się dobrze.

Przy okazji recenzji poprzednich tomów cyklu nieco narzekałem na fakt, że Garth Ennis za mało uwagi poświęca historii kolejnych członków grupy Rzeźnika. Tym razem zarzut ma jeszcze mocniejsze podstawy, ponieważ Chłopaki znajdują się ewidentnie na dalszym planie całej intrygi. Autor skupił się w znacznej mierze na ukazaniu wydarzeń rozgrywających się na orgiastycznej bibce herosów, naszych bohaterów stawiając w głębokim cieniu. Nie jest to wybór do końca udany, ponieważ całość została w znacznej mierze oparta na kolejnych scenach wyuzdanego seksu, co po pewnym czasie zaczyna nieco nużyć, tym bardziej, że twórcom ten element wcześniej wychodził lepiej i bardziej szokująco.

Anihilacja. Podbój. Tom 1 – Dan Abnett, Andy Lanning, Keith Giffen i inni

Ciężkie życie kosmicznych marvelitów

Maciej Rybicki

Niełatwy jest los mieszkańców marvelowskiego kosmosu. Serio. W kółko rozróby, awantury, wojny. A to Kree się tłuką ze Skrullami, a to ktoś próbuje zniszczyć imperium Shi’ar, innym razem wyjdzie na jaw kolejny ze spisków Thanosa… tylko po to, by do naszego (?) wszechświata wpadła ze Strefy Negatywnej Fala Anihilacji, siejąc zniszczenie i pożogę większą niż grupa dwulatków, której dano trzy pudełka plakatówek i piórkową miotełkę. Krótko mówiąc, przechlapane. Najlepszym przykładem może być choćby „Anihilacja”, czyli event, w którym praktycznie na pył rozniesione zostały największe gwiezdne imperia. Najwyraźniej jednak odpowiadający za kosmiczną część uniwersum Domu Pomysłów panowie Dan Abnett, Andy Lanning i Keith Giffen to patentowani sadyści (przynajmniej wobec bohaterów swych komiksów). Kurz nie zdołał bowiem porządnie opaść po tym, jak na herbatkę wpadł do nas ze swą armią Anihilus, a już dostajemy kolejny event o odpieraniu wszechgalaktycznego zagrożenia.

Przeklęty. Tom 1. Przed powodzią – Jason Aaron, r.m.Guéra, Giulia Brusco

Tego w „Księdze Rodzaju” nie napisali

Maciej Rybicki

Obserwując komiksowe premiery ostatnich kilku(nastu) miesięcy, trudno oprzeć się wrażeniu, że ofensywa Jasona Aarona trwa w najlepsze. Po nadgonieniu „Bękartów z Południa”, zakończeniu „Skalpu” oraz „Wolverine’a i X-Men”, dostajemy kolejne eventy Marvela (ze znakomitym „Grzechem Pierworodnym” na czele”), autorską kolekcję „Wolverine’a”, kontynuacje „Thora” i „Star Wars”, a nawet „Hulka” z WKKM. Brakującym ogniwem wydawała się druga z serii pisanych przez niego dla Image Comics.  Mucha nie dała nam jednak długo czekać i oto jest – pierwszy (i jak na razie jedyny) album „Przeklętego”.

Deadpool. AXIS – Brian Posehn, Gerry Duggan, John Lucas, Scott Koblish

Pacyfistyczne alter-ego

Maciej Rybicki

Napisany przez Ricka Remendera „AXIS” jako event wypadł cokolwiek blado. Fabuła oparta na motywie zamiany ról okazała się kuriozalna, zaś sam komiks zdecydowanie ciążył w kierunku banalnego trykociarskiego mordobicia. Paradoksalnie jednak oparcie na tym pomyśle kolejnego z tomów poświęconych Najemnikowi z Nawijką brzmi już znacznie lepiej. Wpisuje się bowiem w pewne szaleństwo, jakie cechuje niemal wszystkie komiksy z Deadpoolem w roli głównej. Sięgnięcie po ósmy tom serii pisanej przez Briana Posehna i Gerry’ego Duggana pozwoli nam więc dowiedzieć się, kim jest ubrane na biało alter ego Deadpoola, co działo się z północnokoreańskimi sobowtórami X-Menów, jak wyglądają relacje naszego bohatera z Kid-Apocalypse’m, a także jak obchodzi się Święto Dziękczynienia u rodziny Prestonów.

Nieśmiertelny Iron Fist: Siedem stolic Nieba – Ed Brubaker, Matt Fraction, David Aja i inni

Wielki turniej

Maciej Rybicki

Oglądaliście serialowego „Iron Fista” od Netflixa? Podobał wam się? No właśnie… Obok „Defenders” to chyba najsłabsza jak na razie marvelowska produkcja sieciowego potentata. Byłoby jednak szkoda, gdyby niezbyt udana ekranowa inkarnacja Danny’ego Randa miała zniechęcić do zawarcia bliższej znajomości z jej komiksowym pierwowzorem. I to nie tylko dlatego, że historia Iron Fista jest długa i burzliwa. Mucha niedawno rozpoczęła wydawanie w Polsce jednej z najbardziej poważanych serii z Żelazną Pięścią w roli głównej. „Nieśmiertelny Iron Fist” Eda Brubakera, Matta Fractiona i Davida Aji zaliczył zresztą całkiem udany debiut na naszym rynku. Mam jednak wrażenie, że drugi tom jest jeszcze lepszy.

„Opowieść ostatniego Iron Fista” była ciekawą, urozmaiconą interpretacją konwencji kung-fu. „Siedem stolic Nieba” sięga jednak do absolutnie klasycznego dla tej stylistyki motywu, a mianowicie turnieju. Brubaker i Fraction oplatają scenariusz wokół konfrontacji między przedstawicielami poszczególnych niebiańskich stolic – w tym K’un-Lun reprezentowanego, a jakże, przez Danny’ego Randa. Wszystkie klisze znane z klasyki kina i komiksu „kopanego” znajdą więc tu swoje miejsce: od prezentacji poszczególnych pretendentów, przez zakulisowe rozgrywki i intrygi, aż po stanowiące serce i duszę tej historii porywające pojedynki. Efektem jest rozrywka na najwyższym poziomie: dynamiczna, efektowna, z licznymi zwrotami akcji. Niebagatelne znaczenie mają także pomysłowo wykreowane postacie uczestników turnieju – nie są scharakteryzowane zbyt głęboko, ale na tyle różniące się od siebie i wyraziste, by przykuć uwagę czytelnika i podkreślić barwność niebiańskich zmagań.

Miasto Świętych Mężów – Luis Montero Manglano

Pożegnanie Kawalerów Poszukiwaczy

Anna Szumacher

Wychowałam się na książkach przygodowo-podróżniczych. Juliusz Verne, „Tomki” Szklarskiego czy Winnetou towarzyszyli mi przez całe lata. Potem miałam dosyć długą przerwę na dogłębne badanie innych gatunków, aż do ręki w 2016 roku przykleiła mi się powieść „Stół króla Salomona” Luisa Montero Manglano. To o tyle istotne, że właśnie dotarliśmy do końca podróży opisanej w trylogii Poszukiwaczy. Czy była to podróż udana? Cóż, o tym za chwilę.

Głównym bohaterem całej trylogii jest Tirso Alfaro, gość taki jak ty czy ja. Nie ma specjalnie dobrych układów z rodzicami – jego ojciec pilot zginął w wypadku, a matka zdecydowanie więcej uwagi poświęca swojej karierze archeologa niż jedynemu synowi. Nie układa mu się w związkach, a i z pracą nie jest specjalnie dobrze. Z braku pomysłów na życie zatrudnia się w muzeum i właśnie przez to – a może dzięki temu – wpada do swoistej króliczej nory, w której zamiast gadających gąsienic i morderczej Królowej Kier trafia na tajemniczą organizację zrzeszającą Kawalerów Poszukiwaczy. Warto wyjaśnić, że Kawalerowie należą do Korpusu, a ten ostatni jest tajnym rządowym projektem Hiszpanii, którego celem jest odzyskiwanie zabytków zagrabionych przez inne państwa oraz osoby prywatne. Odzyskiwanie w dowolny możliwy sposób, zwykle niebezpieczny, nielegalny i łamiący prawa międzynarodowe, co tylko dodatkowo raduje członków Korpusu.

Tak wygląda zarys całej historii. Przez trzy tomy serii Tirso Alfaro wraz z przyjaciółmi z Korpusu będzie wykonywał swoje zadania zawodowe oraz coraz bardziej wplątywał się w kłopoty związane z zagadkowym i zabójczym Projektem Lilith. W trzecim tomie, czyli „Mieście Świętych Mężów”, dochodzi do rozwiązania tajemnic, domknięcia wątków, spotkania najgorszych wrogów i odnalezienia największego ze skarbów. Powiedzenie czegokolwiek więcej o fabule byłoby świętokradztwem znanym jako spoiler.

AXIS. Carnage i Hobgoblin – Rick Spears, Kevin Shinick, Germán Peralta, Javier Rodriguez

Ja już będę dobry, obiecuję

Maciej Rybicki

Od jakiegoś czasu Egmont stara się, by polskie edycje dużych eventów Marvela doczekały się na naszym rynku jak najszerszej prezentacji. Nie inaczej jest w przypadku „AXIS”. Oprócz tomu zbierającego zasadniczą serię, i powiązanego z nią kolejnego tomu „Deadpoola”, największy rodzimy wydawca komiksowy sięgnął po kombinowane wydanie dwóch trzyczęściowych miniserii, poświęconych odmienionym superłotrom: Carnage’owi i Hobgoblinowi. Pytanie tylko, czy takie poboczne historie są w stanie w jakiś sposób poprawić wizerunek jednego z najsłabszych eventów Marvela w ostatnich latach.

Napisana przez Ricka Remendera historia okazała się niemałym rozczarowaniem. Naciągana opowieść o wywołanym przez zaklęcie Red Skulla odwróceniu charakterów herosów i złoczyńców kulała nie tylko na poziomie koncepcyjnym, ale i narracyjnym, okazując się zaledwie kolejnym głupawym mordobiciem. Paradoksalnie, całkiem nieźle prezentował się powiązany album, poświęcony Najemnikowi z Nawijką, w którym scenarzyści znakomicie wykorzystali niejednoznaczną konstytucję psychiczną bohatera. Dawało to wiec pewną nadzieję, że i połączone z „AXIS” miniserie, poświęcone klasycznym przeciwnikom Spider-Mana: Carnage’owi i Hobgoblinowi, będą mieć coś ciekawego do zaoferowania. W końcu motyw „nawrócenia” można rozegrać na bardzo wiele sposobów. Zobaczmy zatem.

Strony