Subiektywnie

Gnat tom 1 Dolina, czyli równonoc wiosenna - Jeff Smith, Steve Hamaker

Sympatyczne

Aleksander Kusz

Usłyszałem kiedyś taką opowieść, że gdy nie wiesz, co powiedzieć o nowo spotkanej dziewczynie, powiedz, że jest sympatyczna. Skoro przy pierwszym spotkaniu nie zachwyciła ani nie zniechęciła, jest sympatyczna i już! Komiks Jeffa Smitha pod tytułem „Gnat” jest sympatyczny. Kiedy go przeczytałem, tak właśnie o nim pomyślałem. Jednak chciałbym zaznaczyć, że komiks jest sympatyczny w prawdziwym tego słowa znaczeniu. Nie jest sympatyczny jak nowo poznana dziewczyna, o której nie wiemy, co powiedzieć.

 
Moje wybory na pstrym koniu jeżdżą. Właściwie sam nie wiem, dlaczego wybieram te, a nie inne komiksy do omówienia. Zazwyczaj to impuls chwili albo dobry blurb. No bo przecież jak Wam już kiedyś pisałem, dopiero niedawno wróciłem do czytania komiksów, więc znajomość tego tematu ogólnie u mnie kuleje. I właśnie powodowany impulsem zdecydowałem się na pozycję, którą Wam dziś przybliżam. „Gnat” Jeffa Smitha to oryginalnie zestaw pięćdziesięciu pięciu zeszytów wydawanych w latach 1991–2005. Obecnie to zestaw trzech zbiorczych tomów. Pierwszy z nich właśnie leży właśnie przede mną i uśmiecha się. Bo przecież to sympatyczny komiks, jak już wcześniej wspomniałem.

Nie żałuję, że wybrałem „Gnata”. Poprzednie trzy omawiane pozycje niemalże mnie zdołowały. Do każdej z nich miałem jakieś zarzuty – a to nudne i wciąż to samo, a to przerost formy nad treścią, a to opowiadanie o niczym. Tutaj wszystko jest na swoim miejscu. I jestem bardzo ukontentowany (Uwaga! Pojawiło się trudne słowo, udało się! Może będę wplatał trudne słowa, jak Hubert? Zastanowię się nad tym).

Komiks jest dość obszerny, bowiem liczy 456 stron. To dużo, ale czyta się bardzo szybko. Muszę przyznać, że wciąga, zwłaszcza w ostatnim tomie, wręcz, nie mogłem się oderwać od lektury. Po prostu musiałem doczytać do końca, wiedząc, że to na pewno nie koniec. Przecież to dopiero początek i zawiązanie prawdziwej akcji. Przede mną następne dwa grube tomy, tylko Egmont musi je najpierw wydać.

Harley Quinn Tom 4: Do broni! – Amanda Conner, Jimmy Palmiotti, Chad Hardin i inni

Więcej tego samego

Marek Adamkiewicz

Pierwszy tom „Harley Quinn” w ramach „Nowego DC Comics” był czymś niezwykle odświeżającym. Twórcy zaserwowali nam błyskotliwy mix humoru i przemocy, a ich spojrzenie na rozrywkę okazało się niezwykle atrakcyjne. Następne wydania zbiorcze utrzymywały się w podobnych klimatach, autorzy żonglowali tymi samymi motywami i obracali je na wszystkie strony. Tylko składowych było więcej, zgodnie ze złotą sequelową zasadą – więcej, mocniej, szybciej. W tym momencie warto jednak zadać pytanie, czy ponowne zaserwowanie czytelnikowi podobnego patentu jest nadal rozwiązaniem satysfakcjonującym?


Styl życia Harley Quinn charakteryzuje się tym, że bohaterka nigdy nie narzeka na nudę. Tym razem, wraz z wprowadzonym pod koniec poprzedniego tomu Gangiem Harleyek, eksdziewczyna Jokera musi zmierzyć się z problemem pewnego marynarza, który pod wpływem kosmicznych wodorostów zamienia się w niebywale agresywnego i nieprzewidywalnego brutala. Poza tym Quinn zobowiązuje się do sprowadzenia do domu dziewczyny, która rzekomo została porwana przez przedstawicieli tajemniczej sekty. W sprawę wplątuje się jednak także Deadshot, co czyni ją nieco bardziej skomplikowaną. Ostatnia składowa albumu opowiada z kolei o wypadzie Harley, Ivy i Catwoman do Los Angeles, skąd mają odebrać prochy wujka głównej bohaterki i dostarczyć je na Long Island. Ta podróż będzie oczywiście pełna przygód.

Faks z Sarajewa - Joe Kubert

Hmm…   

Aleksander Kusz


Chwila zastanowienia wyrażona w tytule to oznaka, że coś tu nie gra. To już trzeci komiks z rzędu, do którego mam jakieś uwagi i pretensje. Kiedyś udawało mi się wybierać do omówień bardzo dobre komiksy. Co się dzieje? Muszę się nad tym mocno zastanowić. Wiadomo, że „Faksu z Sarajewa” nie można porównywać z dwudziestą częścią „Baśni” ani z najnowszym komiksem Sfara, „Nie musisz się mnie bać”. To nie ta kategoria, nie ta bajka. Dlatego też nie miałem jakiś szczególnych oczekiwań. A mimo to mam wrażenie, że coś z tym komiksem jest nie tak. Zaraz wyjaśnię, o co mi chodzi.

Ervin Rustemagić stworzył wydawnictwo, które publikowało komiksy wielu twórców znanych i poważanych tak w Europie, jak i na całym świecie. Rustemagić jest Bośniakiem. 21 marca 1992 roku  przebywał w swoim biurze w Holandii, ale postanowił dołączyć do bliskich, którzy parę dni wcześniej wyjechali do Sarajewa, z tęsknoty za rodzinnymi stronami. Zdecydowali się na ten krok pomimo napiętej sytuacji w Bośni i Hercegowinie. Wtedy właśnie kraj rozpoczął starania o odzyskanie niepodległości. Nikomu nie przyszło do głowy, jak to się może skończyć. Przecież był to koniec XX wieku, to nie czas na groźniejsze zabawy z bronią. Rustemagić wrócił do Sarajewa i właśnie w tym momencie Bośnia i Hercegowina została zaatakowana przez Serbię rządzoną przez Slobodana Miloševića. Serbowie najechali na Bośnię po to, żeby jej mieszkańcy na wieki zapamiętali, że już nigdy nie powinni się im przeciwstawiać. Bośnia została praktycznie odcięta od świata. Telefony i faksy (kto jeszcze pamięta takie urządzenia, rączka w górę!) nie zawsze działały. Ale właśnie te ostatnie zainspirowały autora komiksu. Joe Kubert, autor komiksów i twórca szkoły komiksu ze Stanów Zjednoczonych, jest jednym z adresatów faksów, które Ervin Rustemagić wysyła z oblężonego Sarajewa. Kiedy wojna się skończyła, postanowił opisać to, co przeżyli Rustemagić i jego rodzina.

Minuta przed północą – Vladimir Wolff

Od metra pociągu do Metra?

Hubert Przybylski

Wspominałem Wam już nie raz i nie dwa, że postapo kocham miłością od pierwszego przeczytania, od czasu lektury „Ostatecznych” Henryka Wiatrowskiego*. Miłość ta była przez lata podsycana wraz z każdą kolejną perełką, jaka trafiała w moje ręce – opowiadaniami i powieściami Baranieckiego, Pacyńskiego, Dicka, Ziemiańskiego, Szmidta, Huberatha, Zelaznego, Millera, Ballarda, Wyndhama, McCarthy'ego, Gemmella, Bułyczowa czy braci Strugackich, że wymienię tylko tych, którzy pierwsi przyszli mi na myśl. Owszem, były i takie chwile, kiedy miłość ta przeżywała ciężkie chwile, jak przy lekturze trylogii „Krąg walki” Anthony'ego Piersa, „Bastionu” Kinga albo „Metra 2033”** Glukhovsky’ego. To były naprawdę ciężkie chwile, ale uczucie zwyciężyło. I ma się dobrze. Choć przyznam, że gdy na rynku pojawiają się kolejne powieści sygnowane logiem tego ostatniego „dzieła”, to czarne chmury wracają, nie tylko na ekranie telewizora. A jak są czarne chmury, to normalne zdrowe nieświecie robią się ździebko złośliwe.

Ja rozumiem, że bycie pisarzem fantastyki w Polsce nie jest ostatnimi czasy zajęciem, które może zapewnić jakiś godziwy dochód, zwłaszcza gdy ma się rodzinę na utrzymaniu, ale są granice, których przekraczać nie wolno***. Zwyczajnie boli mnie, kiedy kolejni pisarze dołączają do korowodu chały i zamiast napisać coś na miarę ich możliwości i intelektu, tłamszą się i wtłaczają w wąskie horyzonty metrzanego uniwersum. Co gorsza, niektórzy robią to nawet bez loga „Uniwersum Metro 2033” na okładce. Przykładem jest tu Vladimir Wolff ze swoją „Minutą przed północą”, którą to książkę zamierzam dziś Wam przybliżyć.

Namiestnik – Adam Przechrzta

Wojna, alchemia i irredenta

Magdalena Makówka

Jest rok 1916, trwa Wielka Wojna. Warszawa znajduje się pod okupacją Niemców. Rosjanie nie mają zamiaru pozostawić głównego miasta Królestwa Polskiego w rękach Kaisera i szykują kontrofensywę. Jednak car jednak ma na głowie problemy zupełnie niezwiązane z wojną – pogłębiającą się chorobę syna Aleksego. Do zamieszania wojennego dochodzi niepewna sytuacja w enklawach, przybywają do nich coraz potężniejsze istoty, dla których srebro nie stanowi bariery nie do przejścia. Okoliczności te starają się wykorzystać Polacy, pragnący z wojny wyjść z odrodzoną ojczyzną. Wszystkie te kwestie będzie musiał ogarnąć umysłem jeden człowiek, Olaf Arnoldowicz Rudnicki.

Akcja „Namiestnika” toczy się w momencie przełomowym z punktu widzenia historii. Kończy się świat znany z dziewiętnastego wieku, na oczach bohaterów powieści rozpada się ład wiedeński. Problem enklaw został, w imię bieżących interesów politycznych, odsunięty na bok. Zdaje się, że mocarstwa zapomniały nieco o demonach żyjących tak blisko ludzkości. O możliwym niebezpieczeństwie pamięta za to Olaf Rudnicki. Mimo sukcesów odnoszonych w branży hotelarskiej wciąż zajmuje się swoją apteką, gdzie do przygotowania leków wykorzystuje nie tylko konwencjonalne środki. Monotonia jego życia zostaje przerwana przez wezwanie samego cara Mikołaja II, którego jedyny męski dziedzic ma się coraz gorzej z powodu postępującej hemofilii. Warszawski alchemik ponownie zawita na petersburski dwór, na którym spotka znacznie więcej wrogów niż przyjaciół. Wciąż jednak będzie mógł liczyć na pomoc swojego przyjaciela Samarina. Razem będą musieli nie tylko stawić czoła coraz groźniejszym mieszkańcom enklawy, ale także zrewidować zasady znajomości w obliczu coraz żywszych nastrojów niepodległościowych w Warszawie.

Hrabstwo Harrow Tom 2: Siostry – Cullen Bunn, Tyler Crook

Bezpieczne powtórzenie

Marek Adamkiewicz

„Hrabstwo Harrow” to jeden z tych tytułów, które pod koniec zeszłego roku zapoczątkowały dwie nowe serie grozy w wydawnictwie Mucha Comics. Pierwszy tom opowieści Cullena Bunna charakteryzował się przede wszystkim baśniowym klimatem, było w nim mało strachu jako takiego, za to całość czarowała tajemniczym, nieco onirycznym nastrojem. Nadszedł w końcu czas, by poznać dalsze perypetie Emmy Rose i dowiedzieć się, czy poradzi sobie z brzemieniem przeszłości.

Emmy stała się w swojej rodzinnej miejscowości kimś na kształt wiejskiej wiedzącej. Ludzie przychodzą do niej po porady, chcą jej pomocy w rozwiązywaniu różnych, codziennych problemów. Dziewczyna zazwyczaj nie odmawia wsparcia, jednak nie chce robić niczego, co mogłoby kogoś skrzywdzić. To poniekąd opór przed dziedzictwem Hester Beck, wiedźmy, od której Emmy pochodzi. Przeszłość nie chce jednak dać za wygraną – pewnego dnia w hrabstwie pojawia się siostra głównej bohaterki. Kammi, bo tak ma na imię, jest jednak zupełnie inna pod względem charakteru, a cel jej przyjazdu pozostaje wyjątkowo niejasny.

Pomysł scenarzysty na drugi tom „Hrabstwa Harrow” zasadza się w znacznej mierze na zobrazowaniu kontrastu charakterologicznego między Emmy a Kammi, a porównanie obu bohaterek wychodzi całkiem ciekawie. Obie dziewczyny są świadome swojego pochodzenia i idącej za nim potęgi. Emmy wykorzystuje moc do pomagania ludziom i chce też wierzyć, że może żyć w spokoju tam, gdzie się wychowała, otoczona przez osoby, które zna od dziecka. Jej siostra ma z kolei o wiele większe ambicje. Odziedziczona moc to dla niej narzędzie, dzięki któremu może wywierać wpływ na otoczenie i nagiąć je do wykonywania własnej woli. Wie, jaką potęgą dysponuje i dąży do tego, by jeszcze powiększyć jej zasięg. W jej działaniach nie ma nic altruistycznego, a ludzi traktuje instrumentalnie.

Baśnie. Tom 20. Camelot - Bill Willingham, Mark Buckingham, Steve Leialoha, Russ Braun, Barry Kitson, Andrew Pepoy, Gary Erskine, Lee Loughridge

Ciąg dalszy

Aleksander Kusz

„Baśnie. Tom 20. Camelot” Willinghama i Buckinghama zostały wydane, a potem przeze mnie przeczytane. Specjalnie dla Was! No, może myślałem też trochę o sobie. Dwa kolejne tomy czekają na wydanie i nastąpi koniec serii. Tom 21 jest zapowiedziany na lipiec, więc pewnie we wrześniu otrzymamy ostatni. Będę musiał wtedy pomyśleć, na jaką lekturę się przerzucić, co zacząć czytać, żeby znowu móc wyczekiwać następnych tomów.

Czy żałuję, że seria się już kończy? I tak, i nie. Tak, bo już nie będzie na co czekać, autor już nas niczym nie zaskoczy. Seria jest zbudowana na naprawdę świetnym pomyśle, jednak z drugiej strony widać, że ten pomysł już się wyczerpuje. Zatem może faktycznie lepiej zakończyć tworzenie teraz, niż na siłę oddawać w ręce czytelników coraz słabsze pozycje. Zresztą, może pamiętacie, że w ostatnich omówieniach „Baśni” pisałem, że jest więcej średnich i słabych tomów niż tych dobrych i bardzo dobrych.

Tym razem otrzymujemy coś ponad normę. Niestety, tylko jeśli chodzi o liczbę stron, a nie jakość. 256 stron to dużo jak na „Baśnie”. Rzadko się zdarzało, żeby tom był aż tak obszerny. W środku aż cztery części: jedna najdłuższa – właściwa oraz trzy poboczne, jak to w „Baśniach” bywa. Na koniec zwyczajowo dostajemy graficzny gadżecik, czyli cztery strony szkiców Marka Buckinghama.

Tom zaczyna się od najkrótszej opowieści zatytułowanej „Junebug”, dotyczącej perypetii córki drewnianych dzieci Dżepetta. Mogę napisać, że to pełna napięcia i elementów horroru historia wędrówki dziewczynki po zamku. Tyle wprowadzenia wystarczy, z dalszym ciągiem zaznajomcie się sami. To sympatyczna, momentami straszna opowieść.

Echa – Michał Cholewa

Echa Wojny Światów

Hubert Przybylski

Od razu wyjaśniam, że tytuł recenzji nie był zamierzony. I że nie było moim zamysłem porównywanie „Ech Wojny Światów”, czyli zbioru opowiadań napisanego przez czołowych amerykańskich twórców SF w hołdzie najważniejszej powieści Orsona Wellsa*, i omawianego właśnie dla Was zbioru opowiadań Michała Cholewy. Absolutnie. I nawet nie napiszę, że „po prostu tak wyszło”. Takie porównywanie byłoby bez normalnego zdrowego sensu – tak diametralnie różny jest poziom obu pozycji. Na czyją korzyść? O tym za chwilę.

Najpierw wypada podać garść informacji o najnowszej książce Cholewy. Jak już wspomniałem, to zbiór opowiadań, a konkretnie to sześciu opowiadań, których akcja rozgrywa się w uniwersum „Algorytmów Wojny”. I to tyle, jeśli chodzi o podstawowe informacje. Przechodzimy do szczegółów.

Pierwsze opowiadanie, „Samotne światło”, zaprasza nas na pokład zawieszonej gdzieś na głębokim galaktycznym zad..., znaczy, zaścianku**, stacji przekaźnikowej, która po wydarzeniach znanych jako Dzień traci łączność z resztą wszechświata, a jej załoga musi się teraz zmierzyć z samotnością i sypiącymi się coraz bardziej podzespołami placówki.

Kolejny tekst to „Osaczeni”. I tym razem autor zabiera nas na peryferia wszechświata znanego ludzkości przed Dniem. Trafiamy do Łeby, kolonii wydobywczej na planecie Chirac, której dwie setki ocalałych z buntu SI mieszkańców stara się wieść normalne życie. Pewnego dnia, ponad siedem lat po Dniu, kiedy łapią sygnał o wejściu do systemu jakiegoś statku, to nagle szlag*** trafia ich główną antenę komunikacyjną. Zaczyna się walka z czasem – czy zdążą dokonać napraw i powiadomić resztę ludzkości o swoim istnieniu, czy też pozostaną sami na wieki wieków? Jakby problemów było mało, w trakcie prac odkrywają zagrożenie, które sprawia, że nawet i „na wieki wieków” może nie być im dane.

Zapach domów innych ludzi - Bonnie-Sue Hitchcock

Od tego przecież wszyscy jesteśmy. Ratujemy jedni drugich.

Jagoda Wochlik

Z czym kojarzy się wam Alaska? Z krainą na końcu świata? Z bardzo popularnym swego czasu serialem telewizyjnym, w którego czołówce leniwy łoś szedł główną ulicą równie sennego miasteczka? A może z innym, w którym specjalistka od związków, po zdradzie narzeczonego, postanawia zaszyć się w cichym miasteczku na końcu świata i w tym celu wybiera właśnie Alaskę? Po lekturze „Zapachu domów innych ludzi” ten amerykański stan zacznie się wam kojarzyć głównie z tą właśnie książką.


Ruth w wieku szesnastu lat zachodzi w ciążę. Dora żyje w dysfunkcyjnej rodzinie i często kryje się przed gniewem ojca u sąsiadów. Alyce próbuje pogodzić miłość do rodziny i połowów łososi z zamiłowaniem do baletu. Hank wraz z braćmi postanawia uciec z domu. Losy poszczególnych postaci powoli splatają się ze sobą w niezwykłą mozaikę.

 „Zapach domów innych ludzi” to niezwykła opowieść o Alasce. O codziennym życiu mieszkańców tej zimnej i nieprzyjaznej krainy – Indian, Eskimosów, Amerykanów, Atabasków – oraz o ich relacjach. Będziemy świadkami połowu łososi, kupowania w sklepie Armii Zbawienia oraz brania udziału w Lodowej Loterii. Podczas lektury wyczuwa się, że autorka doskonale wie, o czym pisze. Zresztą, czytając zamieszczony na końcu książki wywiad z Bonnie-Sue Hitchcock, dowiemy się, że jej rodzina żyje na Alasce od kilku pokoleń. Dodatkowym smaczkiem jest fakt, że autorka umieszcza akcję swojej książki w latach sześćdziesiątych.
W powieści Bonnie-Sue Hitchcock znajdziemy typowe dla literatury młodzieżowej tematy. Mamy zatem pierwszą miłość i inicjację seksualną, brak akceptacji przez rówieśników i społeczeństwo, dysfunkcyjną rodzinę, ucieczkę z domu. Ponieważ na książkę złożyły się teksty, które autorka pierwotnie stworzyła jako opowiadania, żaden z podjętych przez nią problemów nie został w pełni rozwinięty, a szkoda. Wszystkie potraktowała dość powierzchownie.

T2 Trainspotting – Irvine Welsh

Na starych śmieciach

Marcin Knyszyński


Niektóre powroty po latach i spotkania z niewidzianymi długo znajomymi nie rozczarowują tylko dlatego, że są chwilowe. Zjazdy absolwentów, które trwają jeden wieczór i kończą się obietnicą potwornego kaca, działają jak oderwanie od rzeczywistości – następnego dnia jesteśmy z powrotem w swoim mieście, a widziane wczoraj twarze i miejsca funkcjonują już tylko jako zamknięty i odłożony na półkę album ze zdjęciami. Czasem jednak powrót wymuszony jest życiową decyzją, stare śmieci stają się nową szansą lub po prostu koniecznością. Irvine Welsh ponownie zaprasza nas do Leith, dzielnicy Edynburga, w której toczyła się akcja słynnego „Trainspotting”.


Mamy rok 2002. Dziewięć lat minęło, od kiedy Mark „Czynsz” Renton dał drapaka z torbą wypełnioną tysiącami funtów i zaszył się gdzieś na kontynencie. Zdradzeni przez niego kumple nie radzą sobie najlepiej – Simon „Chory” utraciwszy pracę w Londynie, wraca do Edynburga, aby przejąć bar swojej ciotki; Danny „Kartofel” ćpa tak samo jak przed laty i łudzi się, że jego żona wytrzyma jeszcze długo taki stan rzeczy; Francis Begbie (znany z pierwszej powieści jako „Żeber”) wychodzi z więzienia i w charakterystyczny dla siebie sposób próbuje podporządkować sobie ulice Leith. Tylko że nie są to już te same ulice…

Strony