Subiektywnie

New Avengers. Doskonały świat – Jonathan Hickman, Valerio Schiti, Kev Walker

Dobry przeciw dobremu

Maciej Rybicki

Nie spodziewałem się, że Egmont nabierze dużego tempa w publikowaniu snutej przez Jonathana Hickmana sagi o zbliżającym się końcu uniwersum Marvela jakie znamy. Stąd też moje lekkie zdziwienie, gdy trzeci i czwarty tom „New Avengers” ukazały się w ledwie dwumiesięcznym odstępie (mimo iż tom pierwszy wydano niemal dwa lata wcześniej). Gdy jednak przyjrzeć się ich zawartości, rozwiązanie takie wydaje się mieć sens – „Doskonały świat” stanowi bowiem bezpośrednią kontynuację wydarzeń przestawionych w „Innych światach”.

Dla przypomnienia, seria skupia się na działaniach Iluminatów, grupy składającej się z najbardziej prominentnych postaci uniwersum Marvela (Black Bolta, Namora, Reeda Richardsa, Bruce’a Bannera, T’Challi, Tony’ego Starka, Dr. Strange’a i Beasta), którzy podejmują wysiłek obrony Ziemi-616 przed zbliżającą się nieuchronnie zagładą. W tym celu obserwują inne zderzające się światy i szukają rozwiązań, które pomogłyby uchronić ich świat przed niszczycielskimi skutkami inkursji. W czasie swoich poszukiwań natrafili między innymi na Ziemię-4290001 – świat broniony przez podobną im grupę herosów znaną jako Wielkie Stowarzyszenie. Bohaterskie zmagania tychże w obronie swego świata mieliśmy okazję obserwować w poprzednim tomie „New Avengers”. Jak widać, zabieg bliższego przybliżenia tych postaci miał ostatecznie na celu ich konfrontację z głównymi bohaterami serii.

Czarna Wdowa. Powrót do domu – Richard Morgan, Bill Sienkiewicz, Goran Parlov, Sean Phillips

Szpiegowski Marvel

Maciej Rybicki

Komiksy Marvela kojarzą się przede wszystkim z trykotami i epickimi starciami zmiatającymi z powierzchni ziemi pół Manhattanu. Ot, popatrzmy choćby na komiksy o Avengers – kolorowe, stanowiące zwykle lekką, przystępną rozrywkę. Jest jednak także Marvel inny, brudniejszy, czasem zwany „ulicznym”. Ten kojarzy się z szemranymi sprawkami załatwianymi w mrocznych zaułkach i postaciami takimi jak Punisher, Luke Cage czy Daredevil. Ale uniwersum Domu Pomysłów ma jeszcze inne oblicze – takie, w którym sprawy wagi globalnej przeplatają się z ciemnymi sprawkami szpiegów i polityków. Współczesną ikoną tej części uniwersum jest Natasza Romanowa, znana także jako Czarna Wdowa.

Na najnowszy album z egmontowskiej linii Klasyki Marvela składają się dwie serie wydane w połowie pierwszej dekady XXI wieku – „Powrót do domu” i „Czego to o niej nie mówią”. Obie ukazały się pierwotnie w imprincie Marvel Knights – już samo to zwiastuje dojrzałe podejście do tematu i klimat zdecydowanie odmienny od klasycznego trykociarstwa. Scenariusz obu serii powierzono Richardowi Morganowi – autorowi znanemu (i uznanemu) przede wszystkim na poletku literackiej fantastyki. Autor „Modyfikowanego węgla” zdaje się znakomicie czuć typową dla komiksów z Nataszą konwencję – w końcu cyberpunk, kryminał i powieść szpiegowska odwołują się do podobnego rekwizytorium autorskiego tak z zakresie budowy scenariusza oraz rozwiązań fabularnych, jak i ogólnego klimatu czy scenografii. Na stronach „Powrotu do domu” jest wiec, oględnie mówiąc, brutalnie, a postaci opleciono siecią spisków i podejrzeń. Jak już wspomniałem, sięgając po ten album, otrzymujemy dwie powiązane ze sobą historie, których bohaterką jest Czarna Wdowa – jedna z najbardziej charakterystycznych postaci kobiecych w historii komiksu (obecnie popularność zawdzięczająca także znakomitej kreacji Scarlett Johansson w produkcjach MCU).

Wilcze leże – Andrzej Pilipiuk

Z historią im do twarzy

Beata „Powiało Chłodem” Mróz

Któż z miłośników szeroko pojętej fantastyki nie zna twórczości Wielkiego Grafomana, największego piewcy polskiej wsi od czasów Władysława Reymonta – Andrzeja Pilipiuka? Tytana pracy, który regularnie uszczęśliwia swoich fanów kolejnymi książkami? Raptem rok temu mogliśmy poznać nowe przygody wiejskiego egzorcysty-amatora, kłusownika i hieny cmentarnej – Jakuba Wędrowycza, by w te wakacje przeżywać przygody z innymi, dobrze znanymi bohaterami prozy pana Andrzeja – Robertem Stormem i Doktorem Skórzewskim. Nakładem Fabryki Słów ukazała się bowiem dziewiąta już antologia opowiadań bezjakubowych zatytułowana „Wilcze leże”.

Zbiór składa się z dziewięciu różnych historii, które najczęściej dotyczą niezmordowanych poszukiwań i nieco dziwnych przypadków Roberta Storma – „handlarza starzyzną”, posiadającego niezwykły talent do odnajdywania nawet najbardziej zapomnianych przedmiotów. Ponadto znajdziemy tu także dwa opowiadania o doktorze Skórzewskim („Promienie X” i „Ci, którzy powinni pozostać”) i dwie opowieści niezwiązane (tytułowe „Wilcze leże” i „Samobójstwo w Maślicach”).

Zgromadzenie cieni – V. E. Schwab

Każdy czyn ma swoje konsekwencje

Magdalena Makówka

Debiutancka powieść V. E. Schwab wnosiła pewien powiew świeżości w nurt young adult. Niebanalna fabuła, ciekawa kreacja świata i interesujący bohaterowie sprawiły, że lektura „Mroczniejszego odcienia magii” pozwalała na kilka godzin dobrej rozrywki. Tym razem autorka nie miała tak łatwego zadania, gdyż drugi tom cyklu o Londynie w kilku odsłonach musiał dorównać poziomowi swemu poprzednikowi.

Minęło kilka miesięcy od wydarzeń opisanych w „Mroczniejszym odcieniu magii”. Pozornie wszystko wróciło do normy. Czerwony Londyn przygotowuje się do wielkiego turnieju czarodziejów, w którym wezmą udział mistrzowie magii ze wszystkich stron świata. Szczególnie podekscytowany jest książę Rhy, który odpowiada za organizację całej imprezy i pragnie, aby przyćmiła swym splendorem igrzyska, które odbywały się do tej pory. Tymczasem Kell wciąż musi radzić sobie ze skutkami swoich wcześniejszych decyzji. Stracił zaufanie pary królewskiej i teraz czuje się jak więzień we własnym domu. Zaczyna rodzić się w nim pragnienie ucieczki z pałacu. Natomiast Lila doskonale odnalazła się w nowym świecie, została piratem i ma coraz większe ambicje. Jednym z jej marzeń jest wygranie właśnie organizowanego turnieju czarodziejów. By zrealizować ten cel, musi tylko w ekspresowym tempie nauczyć się władać magią…

Tym razem nie wędrujemy razem z bohaterami między światami. Akcja koncentruje się w Londynie Czerwonym, coraz więcej dowiadujemy się też o świecie, w którym znajduje się miasto. Autorka uchyla rąbka tajemnicy odnośnie do sytuacji politycznej panującej w świecie, w którym przyszło żyć Kellowi. Poznajemy też postaci pochodzące z innych mocarstw, nierzadko egzotycznych. Jak się okazuje stosunki panujące między państwami są napięte, niewiele trzeba, aby doszło do wybuchu wojny. Szkoda tylko, że chociaż poznajemy nieco szczegółów dotyczących tego świata, to nie wnoszą one nic do fabuły, zaś przybysze z innych państw stanowią jedynie dekoracje.

6 podróży Lone Sloane’a. Delirius. Delirius 2 – Philippe Druillet, Jacques Lob, Benjamin Legrand

Wizja

Aleksander Kusz

Kiedy w latach 60. i 70. Druillet rysował swoje komiksy, nikomu się nawet jeszcze nie śniło, że można robić takie rzeczy, że komiks może tak wyglądać. Wcześniej panowała klasyka – równe kadry, ogólnie panujący porządek, wszystko podporządkowane fabule, również rysunek (z czym ogólnie się zgadzam, bo przecież uwielbiam fabułę). I właśnie wtedy pojawia się Druillet i rysuje całkiem inaczej, właściwie przewraca rynek komiksowy do góry nogami. Co jakiś czas przychodzą tacy artyści jak Druillet, niepoddający się rynkowi, tylko idący własną drogą, która potem staje się drogą dla innych twórców.
 
To drugie spotkanie z rysunkami Druilleta w Polsce (tak książkowo, bo wcześniej, z tego co pamiętam, fragmenty jego twórczości były prezentowane w czasopismach). W 2016 roku Egmont wydał serię tworzoną w latach 80. pod tytułem „Salambo”. Już wtedy mogliśmy się dowiedzieć, że Druillet Wielkim Artystą Jest! Natomiast w czerwcu tego roku Egmont wydał zbiór trzech opowieści: „6 podróży Lone Sloane’a. Delirius. Delirius 2”. I tę pozycję właśnie omawiam. To opowieści o kosmicznym piracie Lone Sloane próbującym przeżyć w świecie, którym rządzi wszechwładny imperator Shaan. Lone naraził się kiedyś imperatorowi i teraz jest tropiony przez jego służby. Ciągle gra na nosie władcy, robiąc niesamowite rzeczy, uciekając z kolejnych zasadzek i nieustannie prowokując sługusów panującego. Na dodatek główny bohater ma do czynienia z sektą Czerwonego Odkupienia, która także chce go złapać. Spotyka na swojej drodze rozmaite postaci – kosmitów, różne monstra, bestie i przeróżnej maści bogów. To właściwie cała treść. Jak dobrze widzicie, szału nie ma, ale na szczęście komiks Druilleta nie należy do tych, które potrzebują dobrej fabuły i głębszego sensu.

Top 10 – Alan Moore, Gene Ha, Zander Cannon

Superbohaterowie

Aleksander Kusz

Nie lubię komiksów o superbohaterach, ten amerykański trend jakoś nigdy do mnie nie przemawiał. Nie rozumiem tej idei, zabawy konwencją. Jednak podobały mi się niektóre filmy z superbohaterami, bo współczesne kino z dużą ilością efektów specjalnych potrafi czasem zachwycić. I nie chodzi tu o zachwyt nad pomysłem czy przesłaniem – tego zazwyczaj tam brakuje. Filmy o herosach ogląda się przede wszystkim dla efektów specjalnych.

Na Szortalu mamy mocną ekipę recenzującą komiksy superbohaterskie, więc nie ma potrzeby, żebym ja to robił. Brakuje mi wiedzy, wiadomości, które mogłoby mi pomóc przy pisaniu, inni robią to o wiele lepiej. Zazwyczaj omawiana jest część ósma części drugiej, podrozdział siedemnasty, więc skąd mam wiedzieć, o co chodzi? Gubię się w tym i doceniam tych, którzy potrafią się znaleźć. Żyje się jednak raz, zatem postanowiłem zaryzykować.

I zaryzykowałem, ale zachowałem ostrożność. Bo nie wszedłem od razu do świata typowych herosów, ale sięgnąłem po „Top 10” Alana Moore’a. To komiks na pozór superbohaterski, ale jak się zagłębić, to okazuje się, że jednak nie. Jest raczej, nie wiem jak to opisać, bardziej ironiczny? Taki z przymrużeniem oka, widać, że autor bawi się tematem. Bo przecież superbohater jest zwykle poważny, jak każdy wyzwoliciel albo obrońca, nieprawdaż?

Wiedziałem, że Alan Moore to autor sławnych „Strażników” – naprawdę dobrego komiksu. Nie znam jego innych prac, ale mogę się tylko domyślać, że powinny trzymać równie dobry poziom. Tak więc z dużą pewnością sięgnąłem po „Top 10”. I nie zawiodłem się, bo to komiks równie dobry jak „Strażnicy’, a może nawet lepszy, naprawdę! To zabawa konwencją, gra obrazami, słowem, wspomnieniem, nawiązaniem. To gra wielu tysięcy smaczków, z których większości pewnie nie wyłapałem, więc pewnie sięgnę po ten komiks jeszcze nie raz i nie dwa.

Wieczni Batman i Robin #2 – James Tynion IV, Scott Snyder, Tim Seeley, Tony S. Daniel i inni

Matka jest tylko jedna

Marek Adamkiewicz

Batman, przez lata działalności w Gotham City, dorobił się nie tylko wielu wrogów, ale przede wszystkim zyskał grono oddanych sojuszników. Część z nich weszła do najbliższego otoczenia Mrocznego Rycerza, stając się dla niego czymś na kształt rodziny. Do najistotniejszych sprzymierzeńców zawsze należeli Robinowie, których pomoc z czasem stała się dla Nietoperza nieoceniona. Każdy z młodzieńców zakładających kostium z charakterystycznym „R” był inny, jednak wszyscy zostali niezwykle istotnymi postaciami w Uniwersum DC. W momencie gdy na scenie zabrakło oryginalnego Batmana, jego rodzina ma w końcu okazję wyjść z cienia.

Najbliżsi współpracownicy starego Batmana podążają tropem tajemniczej Matki. Kobieta przewodzi organizacji specjalizującej się w tworzeniu ludzkiej broni, którą stają się szkolone przez niądzieci. Szybko okazuje się, że jej zamierzenia mają zasięg globalny, a na szali położony zostaje los całego świata, ponieważ Matka chce ukształtować go na nowo, na swoją modłę. By nie dopuścić do realizacji tych planów, cała bat-rodzina decyduje się zewrzeć szyki i wspiąć na wyżyny swoich umiejętności. By doprowadzić do konfrontacji, bohaterowie muszą jednak najpierw dowiedzieć się, gdzie znajdą miejsce, z którego Matka kontroluje swoich nieletnich żołnierzy.

Flash, tom 5: Lekcje historii – Brian Buccelato, Patrick Zircher i inni

Duchy przeszłości

Maciej Rybicki

Choć „Flash” z Nowego DC Comics był jak dotąd serią dość nierówną, jednak przynajmniej nie schodził poniżej przyzwoitego poziomu. To pozytywne wrażenie w znacznej części było zasługą twórczego duetu składającego się z Briana Buccellato i Francisa Manapula. Piąty tom, zatytułowany „Lekcje historii”, przynosi zmiany w sztabie kreatywnym tytułu. Filipińczyk tworzący dotąd zarówno skrypt, jak i fenomenalną oprawę graficzną wcześniejszych zeszytów oddał pełnię odpowiedzialności za scenariusz swojemu dotychczasowemu partnerowi. Rysunki zaś powierzono kilku artystom, głównie Patrickowi Zircherowi. Czy te zmiany wyszły tytułowi na dobre?

Harley Quinn Tom 5: Joker nie śmieje się ostatni – Amanda Conner, Jimmy Palmiotti, Chad Hardin

Constans

Marek Adamkiewicz

Wydawać by się mogło, że wraz z każdym kolejnym tomem „Harley Quinn” wzrasta ryzyko, że twórcom w końcu skończą się pomysły na zwariowane przygody głównej bohaterki. Razem  z tym wydanym teraz liczba wydań zbiorczych  na naszym rynku to pięć ksiąg, a obrana konwencja niesie ze sobą pewne ograniczenia. Jednak, o dziwo, Conner i Palmiotti cały czas potrafią utrzymać wysoki poziom pisanej przez siebie serii – owszem, zdarzają im się chwilowe wahania formy, ale nie zanotowali jeszcze żadnej spektakularnej wpadki. „Joker nie śmieje się ostatni” tego stanu rzeczy na pewno nie zmieni.

Kłopoty i przygody nie przestają omijać Harley Quinn. Z odmętów przeszłości do żywych wraca pewna rosyjska femme fatale. Kobieta, która obecnie bardziej przypomina cyborga niż zwykłego człowieka, ma do wyrównania rachunki z Sy Borgmanem i Harley. Kolejne niebezpieczeństwo nadciąga z zupełnie innej strony. Najnowszy wybranek panny Quinn, Mason Macabre, trafia do więzienia, gdzie odsiaduje wyrok za (przypadkowe) zabójstwo syna burmistrza. Problem w tym, że ktoś chce, by jego żywot zakończył się przedwcześnie, Mason musi więc odpierać ataki morderców. Ostatecznie mężczyzna trafia do Azylu Arkham, a żeby go stamtąd wydostać, Harley będzie musiała zmierzyć się ze swoim eks, Jokerem.

Od samego początku wydawana w ramach Nowego DC Comics seria charakteryzuje się sporą dawką przemocy. W najnowszym tomie jest ona nadzwyczaj krwawa, co nieco zaskakuje, zważywszy na fakt, że mamy do czynienia z komiksem mainstreamowym. Oczywiście, wciąż daleko tu do poziomu takiego „Punisher Max”, ale na kolejnych kartach można znaleźć tak sugestywne obrazki jak krwawy headshot, pręt wbity w bebechy czy też pałka rozkwaszająca oko. Niektórzy zapewne powiedzą, że taka jest w końcu zasada – im dalej w kontynuację, tym więcej krwi i zgonów, ale tutaj ten stan rzeczy pasuje, ponieważ podkreśla, że Harley Quinn, jakkolwiek stara się postępować właściwie, pozostaje osobą, która nie przebiera w środkach, czasami przesadza w użyciu siły i wciąż dużo w niej z szalonej łotrzycy, jaką była przez lata.

Strony