Subiektywnie

Obliczanie wszechświata – Ian Stewart

Z całkami przez galaktykę

Magdalena Makówka

Lubię czytać książki poświęcone astronomii, astrofizyce i wszystkiemu, co jest związane z kosmosem. Często pojawiają się w nich wzmianki o roli matematyki w odkrywaniu i opisywaniu kwestii dotyczących wszechświata. Dlatego też, kiedy zobaczyłam zapowiedź publikacji mającej pokazać, w jaki sposób matematykę wykorzystuje się w astronomii, wiedziałam, że muszę ją mieć. Jedyną rzeczą, jakiej się obawiałam, było to, że dla mnie – osoby, która traktuje liczby jako narzędzie do uprawiania czarnej magii – materia zawarta w książce może być mało zrozumiała. Czy Ianowi Stewartowi udało się odczarować nieco magię cyfr i przybliżyć ją laikowi?

Matematyka była obecna w astronomii od zawsze. Starożytni nie dysponowali nowoczesnymi urządzeniami, dzięki którym mogli obserwować niebo, wszystkie odkrycia musieli uzasadniać za pomocą cyfr. Z czasem okazało się, że nawet najczulsze teleskopy nie wyeliminują badań prowadzonych przy użyciu matematyki. Istnienie niejednego ciała niebieskiego najpierw przewidziano dzięki skrupulatnym wyliczeniom, a dopiero później dostrzeżono je za pomocą teleskopów. Dzisiaj zaś, w dobie wielkich liczb i przetwarzania przez komputery ogromnej ilości danych, matematyka wciąż pozostaje niezastąpiona.

Przekonać o tym ludzi niezwiązanych zawodowo z omawianymi kwestiami postanowił emerytowany profesor uniwersytetu w Warwick, Ian Stewart, jeden z najbardziej znanych popularyzatorów matematyki. W Polsce ukazało się ponad dwadzieścia książek, których jest autorem lub współautorem. Stara się w nich przybliżać laikom wiedzę o matematyce. Swym nazwiskiem gwarantuje wysoki poziom merytoryczny.

Przeklęty Tom 1 – Jason Aaron, R. M. Guéra

Księga (nieu)Rodzaju

Marek Adamkiewicz

 Jason Aaron nie jest scenarzystą żyjącym samą superbohaterszczyzną. Choć w nurcie trykociarskim tworzy naprawdę sporo, to potrafi też pisać opowieści brutalne i wstrząsające, takie, które powinny odpychać, jednak w przedziwny sposób hipnotyzują. Tak było w przypadku „Ludzi Gniewu”, podobnie rzecz miała się ze „Skalpem”. Ten drugi tytuł Aaron stworzył zresztą wspólnie z R. M. Guérą, serbskim rysownikiem, a efekty ich pracy były wręcz zachwycające. Teraz, kiedy obaj artyści ponownie połączyli siły, mieliśmy solidne podstawy, by oczekiwać prawdziwych fajerwerków.

Ponad półtora tysiąca lat minęło, odkąd Adam i Ewa opuścili Raj. Doszło do tego za sprawą Kaina, który dopuścił się strasznego czynu – zabił własnego brata. Od tego czasu życie na Ziemi zmieniło się w  piekło, przyroda z biegiem czasu coraz bardziej obumierała, aż stała się własną, skarłowaciałą karykaturą, zaś ludzkość uległa przerażającej degeneracji. Dobro ukryło się bardzo głęboko. Dominują ci, dla których niegodziwość i okrucieństwo jest sposobem na życie. Taki świat przemierza Kain, dotknięty rzuconą przez Boga klątwą –  nie może umrzeć, musi oglądać, do czego doprowadził jego niecny postępek.

Jestem w stanie wyobrazić sobie sytuację, że nowe dzieło Aarona obraża czyjeś tzw. „uczucia religijne”. Mamy tu wszak do czynienia z alternatywną historią, w której Bóg nie jest dobrotliwym staruszkiem z siwą brodą, lecz okrutnym demiurgiem, a tytułowy przeklęty – Kain – wydaje się kimś w rodzaju bohatera pozytywnego. Na szczęście komiks wciąż jest w Polsce medium na tyle niszowym, że nie spodziewam się, by jakiś nadgorliwy poseł wytoczył w tym przypadku ciężkie działa. Inna sprawa, że wcale nie mamy do czynienia z pustą kontrowersją, jak nie przymierzając incydenty z udziałem łaknącego sławy Nergala. „Przeklęty”, mimo wszechobecnej na każdej karcie degrengolady, znajduje miejsce dla wątłego promyka nadziei.

Czerwony śnieg – Ian R. MacLeod

Ewolucja potwora

Marcin Knyszyński

Dwanaście lat temu „Wieki światła” Iana R. MacLeoda otworzyły najlepszą jak na razie fantastyczną serię wydawniczą w Polsce. „Uczta wyobraźni” zwolniła obecnie tempo, ale jakość pozostaje wysoka. Ostatnio znów pojawił się w niej MacLeod. „Czerwony śnieg” to jego najnowsza powieść, literacka podróż przez ostatnie wieki ludzkiej cywilizacji i ponowne przetwarzanie toposu wampira. Trzeba jednak wyraźnie zwrócić uwagę na jedną rzecz – użycie figury krwiopijcy nie jest tutaj celem samym w sobie, lecz drogą do niego. Autorskim narzędziem do rzeźbienia wielce frapującej idei.

Trzy życia, trzy pragnienia i trzy tragedie. Troje bohaterów naznaczonych pierwotnym złem, uosobieniem idei antydobra obecnego w każdej kulturze od zarania dziejów. Trzy nici połączone ze sobą powstającymi i upadającymi ideologiami, splątane wiatrem historii i obciążone brzemieniem straszliwej klątwy wywiedzionej prosto z mitów.

Karl Haupmann, kapitan–medyk w wojskach Północy podczas Wojny Secesyjnej. Podczas jednej, najmroczniejszej nocy w życiu, spotyka przerażającą poczwarę żywiącą się krwią na zasłanym trupami polu bitwy. Karl jest od tej pory wieczny, potężny, nieustannie cierpiący, nieludzki i potwornie samotny. Ezekiel Morel, francuski osiemnastowieczny artysta malarz, restaurator dzieł sztuki. Pewnego dnia, w przededniu koszmaru epoki gilotyn, odwiedza go przepiękna Sybilla, zdająca się wymykać erozji upływającego czasu. Zlecenie namalowania serii portretów tajemniczej damy zmienia wszystko – Ezekiel skazany zostaje na ciągłą mękę i ból duszy. I w końcu Harriet „Harry” Mackenna, nowojorska rewolucjonistka i komunistka, pragnąca wypalić żywym ogniem zarazę rozhulanej Ameryki lat dwudziestych XX wieku. Gdy podczas próby podpalenia teoretycznie pustego zakładu krawieckiego ginie człowiek, Harry wpada w sidła szantażysty o bardzo demonicznej osobowości. Wyrusza w podróż, która pozwoli jej poznać samą siebie i zrozumieć własną historię, choć za bilet musiała zapłacić niewyobrażalnie wysoką cenę.

100 naboi. Tom 1 – Brian Azzarello, Eduardo Risso

Zemsta wcale nie smakuje

Marcin Knyszyński

„100 naboi” to jeden z moich ulubionych komiksów. Piętnaście lat temu zaczytywałem się egzemplarzami pożyczonymi od kumpla. Przerabiałem to po kilka razy, zachwycony rysunkami i fabułą. Teraz, gdy Egmont wydał pierwszy tom zbiorczej edycji, przyszedł czas na weryfikację. I po przeczytaniu tej ponad 450-stronicowej cegły nadal uznaję „100 naboi” za rzecz genialną. To czysta esencja tego, czym komiks jest i powinien być, wzorcowy przykład tego medium.

Wyobraź sobie, że spotkała cię w życiu wielka krzywda i niesprawiedliwość. Lądujesz niesłusznie w więzieniu, ktoś zabija ci bliską, ukochaną osobę, twoje życie zostaje zniszczone. Musisz je budować na nowo, musisz żyć, choć nie widzisz już celu. I wtedy spotykasz pewnego starszego jegomościa z tajemniczym neseserem. Facet mówi ci, że w tej walizce są dowody obciążające winnego twojej tragedii, pistolet i sto naboi. Możesz sam wymierzyć sprawiedliwość. Pociski są nie do namierzenia. Policja, nawet jeśli przyłapie cię na gorącym uczynku, otrzyma dziwny telefon i błyskawicznie wyjdziesz na wolność. Ślady twojego aresztowania zostaną nieodwracalnie usunięte.

Zdrajca – Jim Butcher

Zdrajca

Jagoda Wochlik

Zanim w moje ręce wpadła pierwsza książka z cyklu „Akta Harry’ego Dresdena”, byłam świeżo po obejrzeniu serialu. Spodobał mi się, więc kiedy na polskim rynku wydawniczym, nakładem Maga, pojawił się pierwszy tom, postanowiłam się z nim zapoznać. I tak ta nasza znajomość trwa od jakichś siedmiu lat. Razem przebrnęliśmy przez jego jedenaście przygód. Z czasem czytanie o Dresdenie stało się dla mnie pewnego rodzaju wstydliwą przyjemnością, niby wiedziałam, że to już nie to samo, co na początku, a jednak sięgałam po kolejne tomy,  chyba tylko z sentymentu do bohaterów.

Na progu sutereny Harry’ego pojawia się Morgan. Magowie od zawsze mieli ze sobą na pieńku. Nie darzyli się sympatią, a Morgan nigdy nie ukrywał, iż nie ufa Dresdenowi i najchętniej skróciłby go o głowę. Tym razem jednak odwiedza go, by prosić o pomoc. Wplątano go w zabójstwo członka Białej Rady. Jeśli nie udowodni swojej niewinności, zostanie osądzony i stracony. Dresden postanawia pomóc swojemu dawnemu przeciwnikowi.

W zasadzie jedenasty tom przygód Harry’ego Dresdena nie wyróżnia się na tle swoich poprzedników. Owszem, może jest ciut lepiej napisany, może ma nieco lepszą intrygę. Mimo wszystko Butcher od lat kopiuje w kolejnych książkach ciągle i ciągle ten sam schemat. Na początku powieści bohatera zawsze atakują nieznane siły. Potem próbuje odkryć, kto stoi za całym wielkim „spiskiem”. Na koniec jest ogromna rozwałka, niczym z filmu superbohaterskiego, której nasz mag nie ma szans przeżyć… a tu psikus, za każdym razem pokona Tego Złego i wyjdzie cało z opresji.

Fakt, jest to nudne. Ale serię ratują bohaterowie. Harry’ego, z jego niewyparzoną gębą i durnymi pomysłami, nie da się nie lubić. Karrin Murphy, jego przyjaciółka, policjantka o wyglądzie dobrej ciotki i wykopie Bruce’a Lee, też zapewne ma niejednego fana. No i któż nie czeka, aż ci dwoje, po tylu latach, wreszcie się zejdą. Choć w „Zdrajcy” pod tym względem nieco drgnęło, wciąż wydaje się, że ciągle nie jesteśmy na kursie kolizyjnym tych dwóch postaci.

Hellboy Tom 2. Spętana trumna. Prawa ręka zniszczenia – Mike Mignola

Rysowanie konturów

Marcin Knyszyński

W pierwszym tomie nowej edycji przygód Hellboy’a mogliśmy przeczytać dwie dłuższe opowieści, które fabularnie były dość wyraźnie powiązane ze sobą. Tajne plany rosyjskiego czarownika Rasputina, w których nasz czerwony przybysz z piekła ma odegrać niebagatelną rolę, stanowiły oś wydarzeń. Drugi tom jest skonstruowany zupełnie inaczej. Otóż tym razem dostajemy zbiór piętnastu opowiadań, pulpowych opowieści niesamowitych, połączonych tylko poprzez postać głównego bohatera. Najważniejszy wątek serii, czyli przeznaczenie Hellboy’a i tajemnica jego pochodzenia, jest tu zepchnięty zdecydowanie na dalszy plan (choć nie całkowicie), podobnie zresztą jak całe Biuro Badań Paranormalnych i Obrony.

Wszystkie historie z drugiego tomu „Hellboy’a” powstały jeszcze przed 2001 rokiem, kiedy to światło dzienne ujrzała kolejna długa „powieść” o piekielnym chłopcu – „Czerw zdobywca”. Niektóre z nich, te dość wczesne, zebrane zostały kiedyś w „Spętanej trumnie”; inne, późniejsze, złożyły się na „Prawą rękę zniszczenia”. Scott Allie w przedmowie nazywa ostatnie lata dwudziestego wieku „środkowym okresem Mike’a”, kiedy to autor „Hellboy’a” tworzył przede wszystkim krótkie formy, czyli to, co lubi najbardziej. Zupełnie jak w serialu „Z archiwum X” mamy do czynienia zarówno z opowiadaniami bezpośrednio budującymi mitologię świata Mignoli, jaki i z epizodami pojedynczymi, oderwanymi od głównego wątku. Najczęściej jest tak, że Mike Mignola bierze na tapetę jakieś stare ludowe podanie (głównie staroangielskie lub irlandzkie) i czyni jego założenia realnymi w świecie komiksu. Następnie wysyła czerwonego diabła w sam środek piekielnej zadymy, aby ten zrobił porządek z nadnaturalnym zagrożeniem.

Rat Queens. Tom drugi: Dalekosiężne macki N’Rygotha – Kurtis J. Wiebe, Roc Upchurch, Stjepan Šejić

Dalekosiężne macki vs okazałe jądra

Maciej Rybicki

Przy okazji recenzowania pierwszego tomu „Rat Queens” zwracałem uwagę na fakt, że nie ma na polskim rynku komiksowym wielu serii (szczególnie zza Oceanu), które prezentowałyby luźne, humorystyczne podejście do konwencji fantasy. Seria Kurtisa J. Wiebego i Roca Upchurcha była więc pewnym powiewem świeżości, prezentując stylistykę znacznie odbiegającą od frankofońskiego ujęcia tematu. Przerysowane, rubaszne i ociekające nieco przaśnym humorem przygody czterech najemniczek zrobiły jednak całkiem niezłe wrażenie. Pozostawało tylko czekać, na to, czy drugi tom utrzyma poziom początku serii.

Pigmej – Chuck Palahniuk

Borat-Dzong-Un z pasem szahida

Marcin Knyszyński

Czy prawdą jest, że Stany Zjednoczone to najwspanialszy kraj na naszej planecie? Istny raj na ziemi? Chuck Palahniuk tak nie uważa. Co prawda w poprzednich powieściach nie uderzał swoją antykonsumpcyjną i antycywilizacyjną tyradą bezpośrednio w Amerykę, ale nietrudno było się domyślić, jakie społeczeństwo krytykuje. W „Pigmeju” chodzi o USA, które pisarz pokazuje wręcz palcem. Ustami bardzo oryginalnego i groteskowego narratora opowiada historię absurdalną, komiksową, obrazoburczą i prześmiewczą. Uwaga! Rozpoczyna się szeroko zakrojona operacja „Chaos”!

Bezimienny narrator jest jednym z kilku nastolatków, którzy przybyli do Stanów Zjednoczonych w ramach uczniowskiej wymiany. Przybysze pochodzą z nieokreślonego bliżej kraju (choć kojarzy się on jednoznacznie z Koreą Północną z małym dodatkiem terrorystycznej ideologii Państwa Islamskiego), w którym jedyną siłą cementującą społeczeństwo jest nienawiść do wszystkiego co amerykańskie i przerażająca indoktrynacja od najmłodszych lat. Narrator, który z racji swojego niskiego wzrostu zostaje szybko nazwany „Pigmejem”, próbuje zaaklimatyzować się w swoim nowym domu i wraz z innymi przybyłymi uczniami wykonać tajne zadanie. Pigmej trafia do takiej, a nie innej rodziny nieprzypadkowo – jej głowa („Krowi Ojciec, śmierdzący wołowiną i przetrawioną viagrą”) pracuje w jakiejś naukowej placówce i ma dostęp do neurotoksyn. Stany Zjednoczone muszą upaść, legowisko żmij musi zostać unicestwione.

Batman: Świt Mrocznego Księżyca – Matt Wagner

Obraz początków kariery

Marek Adamkiewicz

„Świt Mrocznego Księżyca” to kolejny już album „DC Deluxe”, którego głównym bohaterem jest Zamaskowany Krzyżowiec, co doskonale pokazuje, jaką popularnością cieszy się ta postać w Polsce. Czytelnicy wciąż chcą czytać o jego perypetiach, lecz ostatnio, choć komiksów z Batmanem ukazuje się u nas naprawdę dużo, to nie wszystkie stoją na odpowiednio wysokim poziomie. Jednak ta konkretna linia wydawnicza prezentuje opowieści uznane, które na przestrzeni lat zyskały naprawdę dużą popularność i renomę. Następna z nich skupia się na początkach działalności Nietoperza w Gotham.

Krótko po wydarzeniach zaprezentowanych w „Roku pierwszym” Batman bierze na celownik przestępczość zorganizowaną w Gotham City. Bohater chce wyśledzić, skąd pochodził duży transport narkotyków, natyka się jednak przy okazji na sprawę o wiele bardziej tajemniczą. W różnych punktach miasta pojawiają się rozszarpane ludzkie zwłoki. Kto stoi za morderstwami i dlaczego są takie brutalne? To jedno z pytań, które będą wymagały szybkiej odpowiedzi. Rozwiązanie zagadki nie przynosi jednak miastu wiele spokoju. Gdy znika jedno zagrożenie, pojawia się kolejne – znów ktoś morduje, ale tym razem tylko młode kobiety. Zwłoki noszą ślady dziwnych rytuałów, a Batman musi sprawdzić, jaki nowy złoczyńca pojawił się w strzeżonej przez niego metropolii.

Zajęcie się pierwszymi latami działalności danego bohatera nie jest w komiksie niczym nowym. Twórcy często decydują się na ten krok, gdy chcą pokazać w jaki sposób kształtowała się osobowość prowadzonego przez nich herosa i zaprezentować wydarzenia, które pozwoliły utrwalić jego sposób działania w walce ze zbrodnią. W przypadku Batmana najbardziej znanym dziełem tego typu jest bez wątpienia „Rok pierwszy” autorstwa Franka Millera. Okres krótko po przedstawionych tam wydarzeniach postanowił z kolei przybliżyć inny uznany scenarzysta, Matt Wagner.

Star Wars: Legendy. Dziewczyna z Rebelii. Zdławiona nadzieja – Brian Wood, Stéphane Créty, Facundo Percio, Carlos D’Anda i inni

Apokryfy z Odległej Galaktyki

Maciej Rybicki

Gdy patrzymy na historię gwiezdnowojennego komiksu – od jego początków w stajni Marvela, przez ogromny rozrost Expanded Universe w „czasach Dark Horse’a”, aż po powrót do Marvela/Disneya i powstanie Nowego Kanonu – nietrudno zobaczyć, że niemal zawsze centralnymi postaciami okazywali się bohaterowie Oryginalnej Trylogii. „Halo, zaraz!” zawołacie. Przecież pod skrzydłami (kopytami?) Czarnego Konia eksplorowano praktycznie każdy możliwy zakątek czasu i przestrzeni Odległej Galaktyki! Prawda, jak najbardziej. Ale warto też pamiętać, że koniec końców zwrócono się ponownie do okresu klasycznych filmów, a w rolach głównych znów znaleźli się Luke, Leia i Han. Pisana przez Briana Wooda seria, zatytułowana po prostu „Star Wars” – bo o niej mowa – choć okazała się łabędzim śpiewem Gwiezdnych Wojen w barwach Dark Horse, położyła w pewnym sensie podwaliny pod to, co już pod szyldem Disneya stworzyli Jason Aaron i Kieron Gillen.

„Dziewczyna z Rebelii. Zdławiona nadzieja” to trzeci – i ostatni – tom linii Star Wars Legendy, w którym sięgnięto po run Briana Wooda. Krótko po ukazaniu się zawartych tu zeszytów, pałeczkę przejął Marvel. Zamieszczone w nim trzy opowieści wydają się jednak względnie niezależne – na tyle, że bez wielkiego wysiłku dałoby się je wpasować i w aktualnie obowiązujący kanon. Ale to już inna historia. Wszystkie wyszły spod pióra wspomnianego już Wooda, jednak zauważalnie różnią się tak klimatem, jak i podejmowaną tematyką. No i oczywiście tym, kto dzierżył ołówek. Ta, jak to określił w posłowiu Jacek Drewnowski, „eklektyczność” przekłada się też zresztą na poziom poszczególnych części. Zatem po kolei.

Strony