Subiektywnie

Thorgal – Kriss de Valnor. Strażnik Sprawiedliwości. Tom 8 – Xavier Dorison, Mathieu Mariolle, Frédéric Vignaux

Strażnik Sprawiedliwości

Jagoda Wochlik

Kriss de Valnor jest czarodziejką i wojowniczką znaną nam z cyklu o Thorgalu. Jej przygody, których pierwszy tom otrzymaliśmy w 2010 roku, jednocześnie po francusku i po polsku, zapoczątkowały serie poboczne, opowiadające o drugoplanowych postaciach serii, wśród których znalazła się także Louve, córka Thorgala oraz cykl opowiadający o jego młodości. Obecnie polski czytelnik otrzymał ósmy i zarazem ostatni tom przygód Kriss.

Akcja serii komiksowej o Kriss de Valnor rozpoczyna się tuż po jej śmierci w dwudziestym ósmym tomie „Thorgala”. Czarodziejka-wojowniczka podróżuje w poszukiwaniu syna przez różne alternatywne rzeczywistości, gdzie spotyka rozmaite wersje siebie. Ważnym wątkiem w komiksie jest także spór syna Thorgala, Jolana, z królem Magnusem.

Świat przedstawiony w komiksie aż prosi się o to, by go bardziej rozwinąć. Mamy tu bowiem zderzenie technologii ze światem wikingów oraz krzyżowców. Mowa jest o jedynym bogu, a król Magnus ewidentnie został narysowany tak, by uosabiał cechy średniowiecznego krzyżowca. Znajdujemy więc w „Kriss” podbudowę pod świetną historię. Mam wrażenie, że połączenie pozostałości technologicznych czy technologii w ogóle ze światem odradzającym się na nowo, jak to miało miejsce w „Kronikach Shanarry” Terry'ego Brooksa czy w „Horizon Zero Down” to zawsze jest świetna baza. Baza, która niestety w „Strażniku Sprawiedliwości” nie zostaje nijak rozwinięta, bo ważniejsze są jakieś bzdurne przeskoki Kriss de Valnor do różnych rzeczywistości i jej kwieciste mowy, których nie powstydziłaby się Katniss Everdeen, nic niewnoszące do samej opowieści. Scenariuszowo ta historia to zdecydowanie zmarnowany potencjał.

Saga o Potworze z Bagien. Tom 2 – Alan Moore, Stephen Bissette, John Totleben i inni

Bagno wciąga głębiej

Marek Adamkiewicz

Alan Moore jest twórcą, który wprowadził nową jakość do wielu tytułów i gatunków. Zrewolucjonizował komiks superbohaterski, spojrzał na nowo  na historię alternatywną, a także, jak w „Sadze o Potworze z Bagien”, w  niebanalny sposób podszedł do kwestii ekologii i szeroko pojętego folkloru amerykańskiego. Przez dłuższy czas za co by się Anglik nie wziął, efektem jego pracy okazywało się czyste złoto. Nie inaczej jest w omawianej serii. Już jej pierwszy tom olśniewał i czarował, dlatego z niecierpliwością oczekiwałem na kontynuację, licząc, że i ona przyniesie podobne wrażenia.

Drugi tom zbiorczy „Sagi” zbiera zeszyty, za które odpowiadał Alan Moore. Ponownie mamy tu więc osobne historie, które im bliżej końca, tym bardziej się zazębiają, tworząc ostatecznie większy obraz. Kolejne opowiadania mają dość szeroki przekrój tematyczny. Poznamy między innymi kloszarda żywiącego się odpadami atomowymi, dowiemy się, jak mogła potoczyć się ewolucja wampirzego gatunku, będziemy też świadkami niepokojącego związku między miesiączkowaniem a likantropią. Autor połączył też fabułę swojej serii z tworzonym w tym samym czasie „Kryzysem na Nieskończonych Ziemiach”, który był wówczas głównym wydarzeniem toczącym się w Uniwersum DC.

Jestem pod ogromnym wrażeniem tego, jak Moore potrafi reinterpretować motywy, wydawałoby się po stokroć ograne (nawet w latach osiemdziesiątych, kiery ten komiks powstawał). Mowa tu między innymi o prezentowaniu wampirów, obecnych wszak w folklorze i popkulturze od dawna. W „Sadze o Potworze z Bagien” krwiopijcy są autentycznie źli, a w ich kreacji nie ma ani krztyny tak popularnego dzisiaj romantyzmu. To prawdziwe potwory, dla których liczy się głównie własne przetrwanie. Zmiana kilku akcentów i nowe otoczenie, w którym dotąd wampirów nie widywaliśmy, a także lekka modyfikacja samych stworów dają nam w efekcie w jednym z segmentów albumu mieszankę prawdziwie piorunującą.

Gnat tom 4. Rose – Jeff Smith, Charles Vess

Kiedyś światem opiekowała się smoczyca

Jagoda Wochlik

„Gnat”, stworzony przez Jeffa Smitha, ukazywał się od 1991 do 2004 roku. Jego bohaterami było trzech kuzynków nazwiskiem Gnat, którzy z wyglądu bardzo przypominali kreskówkowe postaci. Pierwotnie seria ukazywała się w należącym do autora Cartoon Books, następnie przejął ją Image Comics, by znów wróciła do Cartoona. Przez trzynaście lat ukazało się łącznie pięćdziesiąt pięć numerów. Czwarty tom, który zatytułowany jest „Rose” i właśnie ukazał się w Polsce nakładem wydawnictwa Egmont, przenosi serię do fantastycznej krainy. Nie uświadczymy w nim kuzynów, zapoznamy sie natomiast z przebojową księżniczką Rose.

Kiedyś światem opiekowała się smoczyca, która oplatała go swoim ciałem, tak, że w paszczy trzymała ogon. Jednak została zaatakowana przez Króla Szarańczy i by uchronić świat przed szaleństwem swej królowej, pozostałe smoki musiały ją pokonać. Od tamtego momentu na świecie pozostało niewiele smoków, a u ludzkich władców ważny jest dar widzenia – przeczuwania niebezpieczeństwa lub dostrzegania fragmentów przyszłości w snach. Taką widzącą jest Rose, młoda księżniczka.

Właściwie niewiele dowiemy się o zaprezentowanym w komiksie świecie przedstawionym. Owszem, na początku znajdziemy mapę, owszem, mówi się o jakichś królestwach. Dowiemy się też, że istnieje zakon czy też inna organizacja, w której uczyć się będzie nasza księżniczka. Nie dostaniemy jednak nic ponadto. A szkoda, bo świat wykreowany przez scenarzystę ma potencjał, by go rozwijać.

Komiks przeznaczony jest raczej dla młodego, nastoletniego odbiorcy. Właściwie niemal wszystkie zwroty fabularne są tam do przewidzenia. Od pierwszych stron wyczuć można, kto zdradzi i jak potoczy się ta historia. Bardziej wprawiony czytelnik od razu wyłapie pewne rzeczy. Jednak akcja jest wartka i wciągająca, nie ma niepotrzebnych dłużyzn i nastolatkom może przypaść do gustu. Poza tym „Gnata” zwykło się uważać za serię humorystyczną, tymczasem w „Rose” humoru jest tyle, co kot napłakał.

Daredevil. Nieustraszony! Tom 6 – Ed Brubaker, Michael Lark, Paul i inni

Głębiej w mrok

Maciej Rybicki

„Daredevil. Nieustraszony!”, najpierw pisany przez Briana Michaela Bendisa a następnie przez Eda Brubakera, może zostać z powodzeniem zaliczony w poczet najlepszych serii komiksowych, jakie przyszło wydawać Marvelowi w XXI wieku. Mroczna, klimatyczna opowieść sięgała do stylistyki kojarzącej się nieco z „Daredevilem” pisanym przez Franka Milera, rozwijając ją i przenosząc w nowe stulecie. Gdy seria ta wreszcie ukazała się na polskim rynku, trafiła na wyjątkowo podatny grunt. Dokładnie rok od momentu wydania jej pierwszego albumu do rąk czytelników trafiła już szósty opasły tom zbierający przygody odzianego w czerwień śmiałka. I podobnie jak w przypadku odsłon poprzednich, podobnie i tu poziom komiksu jest bardzo wysoki.

Batman. Rozbite miasto i inne opowieści – Brian Azzarello, Eduardo Risso

Noir w Gotham City

Marek Adamkiewicz

Gdy myślimy o wspólnej pracy Briana Azzarello i Eduardo Risso, przed oczami staje nam przede wszystkim cykl „100 naboi”. Ale stworzyli razem parę innych rzeczy. Swego czasu zainteresowali się także najpopularniejszym bohaterem DC Comics, Batmanem. Efekty tego przedsięwzięcia to kilka historii, spośród których największe uznanie zdobyła ta, od której omawiany album wziął swój tytuł. Mieliśmy już kiedyś okazję przeczytać go po polsku, jednak od jakiegoś czasu był dość trudno dostępny. Teraz, w ramach linii „DC Deluxe”, mamy okazję, by go sobie przypomnieć, a na dokładkę dostaliśmy wszystkie inne opowieści o Batmanie, które Azzarello i Risso stworzyli razem.

W całym tomie znajdziemy cztery osobne historie. Najdłuższa, „Rozbite miasto”, to typowy kryminał noir. Batman bada w niej zagadkę śmierci pewnej kobiety i stara się pomóc młodemu chłopcu, który stracił rodziców w napadzie. Kolejne tropy wiodą przez mroczne zakamarki Gotham, gdzie dochodzi bardzo mało światła, a ludzie są podli i działają tylko we własnym interesie. „Rycerz zemsty”, opowieść rozgrywająca się w alternatywnej rzeczywistości, prezentuje nam działania Thomasa Wayne'a jako Batmana. „Spadek” opowiada z kolei o zabójstwie pewnego milionera i stojącej za tym mrocznej motywacji jego rodziny, zaś „Blizny” traktują o konfrontacji z Zsaszem, psychopatycznym mordercą.

Wonder Woman. Tom 4. Godwatch – Bilquis Evely, Romulo Fajardo Jr.

Wonder Woman

Jagoda Wochlik

Wonder Woman jest jedną z najważniejszych bohaterek w historii komiksu. Nie tylko tego wychodzącego pod znakiem DC, ale komiksu w ogóle, jako ikona siły, walki o własne przekonania i feminizmu. To jedna z założycielek Ligi Sprawiedliwości. Może spokojnie mierzyć się z Supermanem i Batmanem. Należy się cieszyć, że w ostatnich latach postać ta wyraźnie przeżywa, nomen omen, odrodzenie. Otrzymała nawet swój solowy film, co dotąd nie udało się żadnej bohaterce. „Godwatch” jest czwartą odsłoną przygód Wonder Woman w ramach serii „DC Odrodzenie”.

W „Godwatch” Bilquis Evely i Romulo Fajardo prezentują krótki przekrój przez wiele lat bytności Wonder Woman na Ziemi. Zobaczymy więc, jak przekonuje ludzi do swoich idei, będziemy świadkami przemiany doktor Minerwy w Chitę, dowiemy się, jak to się stało, że córka doktor Cale została opanowana przez mściwych bogów i jak narodziła się Doktor Cyber.

„Godwatch” jest znacznie lepszym komiksem niż poprzednia odsłona serii,  naprawdę wciąga i angażuje czytelnika. Evely w doskonały sposób łączy wątki mitologiczne ze współczesnymi, sprawiając, że o dziwo, się nie gryzą. Stawia pytanie, jaką cenę człowiek musi zapłacić za zainteresowanie bogami. Czy jesteśmy tylko igraszką w ich rekach, czy też mamy jakiś realny wpływ na to, co nas spotyka? Z bóstwem konfrontują się w tej opowieści dwie śmiertelne kobiety – doktor Minerwa i doktor Cale. Ta pierwsza z własnej woli, druga natomiast zostaje wplątana w igraszki bogów. Czy dla którejkolwiek z nich skończy się to dobrze?

Oczywiście nie znajdziemy tu żadnych głębszych refleksji ani pogłębionych rysów postaci. Wszystko naszkicowane jest grubą kreską i obficie podlane sosem kilku bijatyk. To przyjemna popkornowa opowiastka do jednokrotnego przeczytania.

Rysunki okazują się jak zawsze świetne. Kadry są nieregularne. Niekiedy na stronie mieści się ich osiem, czasami tylko jeden. Większość z nich wypełniona jest ruchem, a  rysownik ani przez chwilę nie pozwala nam się nudzić. Również postaci zostały ukazane w sposób bardzo dynamiczny.

Letnia noc – Dan Simmons

Koniec dzieciństwa

Marcin Knyszyński

„Letnia noc” Dana Simmonsa pojawiła się ponownie w Polsce. Powieść ta, wydana pięć lat po jednym z największych hitów Stephena Kinga, jest nieustannie z nim zestawiana – grupa dwunastolatków walczy z nadnaturalnym złem w idyllicznie naszkicowanym amerykańskim miasteczku. Dan Simmons stwierdził w wywiadzie, że przeczytał „To!” dopiero w latach dziewięćdziesiątych, podobnie zresztą uczynił Stephen King z „Letnią nocą”. Porównywali potem wzajemnie fabuły obydwu powieści, szukając z zapałem punktów wspólnych i różnic.

Obie książki wyrosły zatem na jakimś wspólnym gruncie doświadczeń autorów, jakby nie było – rówieśników. Pisarze musieli czuć te same strachy w dzieciństwie, oglądali podobne filmy, czytali podobne książki i przywołali w swych powieściach ten sam rodzaj nostalgii za minionym czasem. Akcja „Letniej nocy” dzieje się w wakacje roku 1960, w niespełna dwutysięcznym miasteczku Elm Haven w Illinois. Stoi tu stary, masywny i sprawiający wrażenie skąpanego w sepii budynek Old School Central. Uczniów zastajemy podczas ostatniej lekcji roku szkolnego, która jest jednocześnie ostatnią lekcją w tej szkole w ogóle – jesienią pójdą do nowej, a stara zostanie zabita deskami. Za chwilę rozpoczną się upragnione wakacje – główny bohater, prawie dwunastoletni Dale Stewart, wraz z młodszym bratem i zgraną paczką przyjaciół marzą tylko o tym, aby wsiąść na rowery i ruszyć ku przygodzie. Niestety, jeden z uczniów znika w tajemniczych okolicznościach, po zejściu do mrocznych piwnic tego ponad osiemdziesięcioletniego budynku. Chłopaki mają już plan na lato – odnaleźć kolegę i odkryć sekrety złowrogiej budowli. Będą śledzić podejrzanych nauczycieli i woźnego, popilnują rodziny zaginionego kumpla i pogrzebią w historii szkoły oraz samego miasteczka. Zaczyna się przygoda.

Ludzie Północy. Tom 2: Saga islandzka – Brian Wood i inni

Opowieści lodu i stali

Maciej Rybicki

Pierwszy tom „Ludzi Północy” Briana Wooda wywarł na mnie niemałe wrażenie. Mocne historie o wikińskich osadnikach okazały się świetną, wciągającą lekturą. Tym bardziej, że udanym scenariuszom towarzyszyła adekwatna oprawa graficzna – surowa, wyrazista, często efektowna. W związku z tym drugi tom serii był jedną z bardziej przeze mnie wyczekiwanych premier drugiej połowy roku. Gdy już wpadł w moje ręce, pochłonąłem niemal trzystustronicowy album w zasadzie za jednym posiedzeniem. Brzmi obiecująco, czyż nie?

Brian Wood tym razem zabiera czytelników na mroźną i  nieprzyjazną Islandię. Zachowuje przy tym konwencję znaną z „Sagi anglosaskiej”. Na tom składa się zatem kilka różnej długości epizodów ułożonych chronologicznie. Oglądamy więc pierwsze wyprawy wikingów na daleką Północ, poznajemy trudy życia na skutej lodami wyspie. Dostajemy także małe postscriptum do historii znanej z wcześniejszego tomu. Całość wieńczy jedna dłuższa, dziewięcioszczytowa historia rozłożona na kilkaset lat. Konwencję utrzymano także w przypadku warstwy graficznej – ta jest bowiem efektem pracy szóstki rysowników.

Tom otwiera jednozeszytowa miniatura przedstawiająca dalekomorską wyprawę w poszukiwaniu nowych lądów. Wood skupia się tu na oddaniu niezależności wikingów, chęci dokonania czegoś wyjątkowego, nawet jeśli nie zostanie to zapamiętane. Sporo wnoszą ekspresyjne rysunki kojarzonej z „Sagi” Fiony Staples – co ciekawe, zupełnie różne w charakterze od tych, jakie znamy z łamów wielokrotnie nagradzanej space opery.

Także i druga z zawartych w „Sadze islandzkiej” opowieści to miniaturka zajmująca tylko jeden zeszyt wydania oryginalnego… choć na dobrą sprawę jest to postscriptum historii znanej z tomu pierwszego, epilog historii o Swenie, który powrócił. Także i tu mamy do czynienia ze swoistą apoteozą niezależności, pragnienia przeprowadzania swej woli za wszelką cenę. Kameralna historia została bardzo dobrze skrojona i równie udanie zilustrowana przez Davida Gianfelice.

Wehrwolf – Marek Ścieszek

Groza bliżej prowincji

Marek Adamkiewicz

Nie powiem, żebym był szczególnie dobrze zaznajomiony z literacką grozą „made in Poland”. Owszem, znam kilka nazwisk (choć głównie tych najgłośniejszych) , ale nigdy nie zagłębiałem się w temat jakoś mocniej, koncentrując się bardziej na mainstreamie i połączeniu horroru z fantastyką. Od czasu do czasu nachodzi mnie jednak ochota na poznanie czegoś nowego, niekoniecznie zbytnio oczywistego. Okazją ku temu, by dać się ponieść owej zachciance, była premiera Domu Horroru, w ramach której światło dzienne ujrzało wznowienie „Wehrwolfa”. Tym zbiorem opowiadań interesowałem się już siedem lat temu, przy okazji pierwszego wydania, ale ostatecznie nic z tych czytelniczych planów nie wyszło, więc teraz, gdy nadarzyła się tak dobra okazja, nie mogłem z niej nie skorzystać.

Na całą nieco ponad dwustustronicową książkę składa się trzynaście opowiadań. Część z nich to teksty krótkie, z szybko przedstawioną fabułą i puentą, inne zaś to opowieści trochę bardziej skomplikowane, zawierające więcej treści. Tematyka? Przekrojowa. Obok klasycznych motywów grozy, takich jak diabelskie dziecko, nawiedzony cmentarz czy szpital psychiatryczny, autor oferuje nam horror trochę bardziej niekonwencjonalny, oparty na ludowym folklorze, motywach obyczajowych i traumie przybywającej pod postacią kontaktu z pewnym obrzydliwym zaburzeniem seksualnym. A to nie wszystko, co czeka nas na kolejnych kartach tej książki.

Studia tańca – Bertrand Escaich i Caroline Roque, Christophe Piron

Studio tańca

Jagoda Wochlik

„Studio tańca” to francuski komiks duetu scenarzystów – Bertranda Escaicha i Caroline Roque – oraz rysownika Christophe'a Pirona, który sprzedał się w ponad milionie egzemplarzy. Zbiór wydany przez Egmont w październiku 2018 roku zawiera historie, które ukazywały się we Francji w latach 2008–2009.

„Studio tańca” to krótkie historyjki, których bohaterkami jest grupka dziewcząt uczęszczających na zajęcia z tańca klasycznego i nowoczesnego. Razem z Julką, Lusią, Carlą i Alią przygotowywać się więc będziemy do wystawienia baletu i uczestniczyć w zajęciach w szkole i w domu.

Komiks to zdecydowanie pozycja adresowana do młodszego odbiorcy. Jego grupą docelową są dzieci i młodzież w wieku głównych bohaterów. Myślę, że ”Studio tańca” najbardziej przypadnie do gustu czytelnikom od 7 do 13 roku życia. Na komiks składają się jednostronicowe humorystyczne historyjki, z których jedne czasami nawiązują do drugich. Na kartach większości z nich przewijają się wciąż ci sami bohaterowie – właścicielka szkoły i nauczycielka klasycznego baletu, choreografka oraz nauczyciel hip-hopu. Będziemy obserwować trudy, z jakimi mierzyć się muszą na co dzień nasze bohaterki oraz jedyny  bohater, który dzielnie znosi fakt, że nauczycielka zwraca się do niego per „panienko” – trzymanie wagi, uciążliwość treningów.

Historyjki utrzymane są w lekkim tonie. Jak już wspomniałam, niemal wszystkie  rozgrywają się na przestrzeni zaledwie jednej strony. Czasami jedno wydarzenie, jak choćby wystawienie przedstawienia, rozciągnięte zostaje na większą liczbę historyjek, co sprawia, że nieznajomość jednych wpływa na zrozumienie innych. Zdecydowanie nie można ich czytać wyrywkowo.

Rysunki Christophe'a Pirona wpasowują się w lekki, humorystyczny ton opowieści.  Jednak warstwa graficzna nie powala. W kadrach komiksu nie znajdziemy wielkiego kunsztu, ale patrząc na bohaterów, czuje się, że są to postaci, których nie da się nie lubić. „Studio tańca” utrzymane jest w pogodnych, jasnych i pastelowych kolorach.

Strony