Subiektywnie

Outcast Tom 2: Bezkresne, nieprzebyte zgliszcza – Robert Kirkman, Paul Azaceta

Demoniczna konspiracja

Marek Adamkiewicz

Bardzo cieszy, że Mucha Comics coraz głębiej wchodzi w komiksową grozę. Dzięki takiej wydawniczej polityce polski czytelnik ma okazję poznać kilka niezwykle interesujących tytułów. Jednym z takowych jest właśnie „Outcast”. Pierwszy tom wciąż powstającej serii autorstwa Roberta Kirkmana i Paula Azacety intrygował. Przedstawiona w nim historia była jednak dosyć enigmatyczna i wyraźnie dało się wyczuć, że twórcy dopiero rozpoczynają zdradzanie szczegółów na temat bohaterów i świata przedstawionego. To, co zdążyli przekazać, mocno wzmagało ciekawość odbiorcy. „Bezkresne, nieprzebyte zgliszcza” rzucają nieco więcej światła na to, o co w tym wszystkim chodzi.


Całe życie Kyle’a Barnesa naznaczone jest traumą. Z niewiadomych przyczyn jego bliskich prześladuje potężna, mroczna siła, która w ten sposób chce dotrzeć do samego bohatera. Młody mężczyzna przez długi czas uważał, że dobrym sposobem na walkę z dręczącymi jego rodzinę demonami będzie odcięcie się od świata w małym miasteczku, Rome. Powoli zdaje sobie jednak sprawę, że ucieczka nie jest rozwiązaniem. Nadchodzi czas, kiedy Kyle będzie musiał stanąć do walki o życie swoje i swoich bliskich. Atmosfera się zagęszcza, piekielne siły nie odpuszczają, a w Rome dochodzi do coraz większej liczby opętań.

„Outcast” nie jest zwyczajnym, standardowym straszydłem, Kirkman ponownie kładzie duży nacisk na warstwę obyczajową. Jego bohaterowie nie są nieskazitelnymi „rycerzami Chrystusa”, którzy wyruszają na religijną krucjatę, by czynić to, co słuszne i walczyć z Piekłem. To ludzie pełni wątpliwości, którzy nie do końca wiedzą, jaką ścieżką podążać, co zrobić, żeby przeciwstawić się złu i w jaki sposób ochronić swoich bliskich przed zagrożeniem. Mają oczywiście dobre intencje, ale dopiero muszą dojrzeć do tego, by zmierzyć się z wrogiem bez strachu i ze świadomością własnych mocnych stron. Dopóki tego nie zrobią, dopóty przeciwnik będzie miał przewagę.

Król węży – Jeff Zentner

Piosenka o dorastaniu

Jagoda Wochlik

Jeff Zentner jest piosenkarzem i autorem tekstów piosenek. Wielokrotnie prowadził warsztaty muzyczne podczas wakacyjnych obozów dla nastolatków. To właśnie wtedy zrodził się w jego głowie pomysł debiutanckiej powieści „Król węży”. Książka została entuzjastycznie przyjęta nie tylko przez czytelników, ale i krytykę literacką oraz  wyróżniona nagrodą Williama C. Morrisa.

Lydia, Travis i Dill mieszkają w Forrestville, małym miasteczku w stanie Tennessee. Przed nimi ostatni rok szkoły średniej. Lydia jest odnoszącą sukcesy blogerką modową, która marzy o studiach i karierze w Nowym Jorku. Dill pracuje wieczorami w markecie, by pomóc matce spłacać rodzinne długi, zaciągnięte przez ojca kryminalistę. Travis ucieka w świat powieści fantasy, mierząc się w ten sposób z cierpieniem po stracie brata i przemocą ze strony ojca. Różnice w statusie materialnym i charakterach nie przeszkadzają im jednak się przyjaźnić.

„Król węży” to zdecydowanie najlepszy przedstawiciel gatunku young adult, jakiego miałam okazję i przyjemność czytać w ostatnim czasie. Autor  podejmuje wiele trudnych tematów. Znalazło się tu miejsce dla zmagań z trudnym dziedzictwem rodziny, problemu przemocy domowej, społecznej i rówieśniczej, niedostosowania własnej wizji przyszłości młodego człowieka, z tą, która mają dorośli. Zentner nie traktuje ich jednak w sposób powierzchowny, każdemu z nich poświęca należytą uwagę.

Na szczególną uwagę zasługują także bohaterowie. Dawno nie spotkałam w powieści młodzieżowej tak nieszablonowych i dobrze skonstruowanych  postaci. Każda z nich ma osobowość, charakter, własne dążenia, a także historię, która za nią stoi i ją ukształtowała. Wszyscy bohaterowie, choć tak różni, dają się lubić. Kibicujemy im, boimy się o nich, płaczemy i cierpimy z nimi. Myślę, że wielu nastolatków czytających tę powieść, będzie mogło się zidentyfikować z Lydią, Dillem i Travisem.

Spider-Man: Niebieski – Jeph Loeb, Tim Sale

Do łezki łezka…

Maciej Rybicki


Jeph Loeb i Tim Sale zaskarbili sobie sympatię czytelników wieloma świetnymi seriami, jak „Batman. Długie Halloween” czy „Daredevil: Żółty”. W przypadku ich pracy dla Marvela ich najlepszą wspólnie stworzoną pozycją wydaje się jednak  „Spider Man: Niebieski” – drugi z „kolorowych” tytułów tego duetu. Sentymentalna, poruszająca opowieść o tym, co utracone, ale jednocześnie bardzo ważne w kształtowaniu współczesnego wizerunku Pajączka.

Wszystkie z pisanych dla Marvela serii Loeba i Sale’a opierają się na podobnym schemacie. Amerykańscy autorzy skupiają się na eksplorowaniu przeszłości, początków kariery ikonicznych herosów i starają się pokazać w nowym świetle związki, które ich ukształtowały. W przypadku Daredevila była to oczywiście Karen Page, w przypadku Hulka Betty Ross, u Kapitana Ameryki – nieco kontrowersyjnie – Bucky Barnes. W przypadku Spider-Mana, a właściwie Petera Parkera, osoba tą jest… Gwen Stacy. O ile burzliwy związek z Mary Jane jest nieodłącznym elementem teraźniejszości tego bohatera, o tyle tragicznie przerwana przyjaźń i miłość do blond piękności była stymulatorem jego dojrzewania. I to w obu wymiarach superbohaterskiego życia: prywatnym i zamaskowanym. Loeb i Sale zabierają czytelników w podróż do przeszłości Pajączka – wprost przywołują wydarzenia i sceny znane z komiksów stworzonych przez Stana Lee, Steve’a Ditkę i Johna Romitę Seniora. Pretekstem do wspominków są walentynki, czas, w którym Peter wraca do miejsca śmierci Gwen. Przy tej okazji snuje opowieść o historii ich znajomości.

Superman/Batman Tom 5: Wrogowie pośród nas – Mark Verheiden, Ethan van Sciver i inni

Kwestia lojalności

Marek Adamkiewicz

Seria „Superman/Batman” od samego początku nie trzymała zbyt równego poziomu – obok tomów intrygujących, zdarzały się i takie, które ciężko było doczytać do końca. Pracujący przy cyklu scenarzysta, Jeph Loeb, nie zawsze potrafił dostatecznie dobrze uporządkować pomysły, które przychodziły mu do głowy, w wyniku czego efekt końcowy bywał zwyczajnie niesatysfakcjonujący. W tym kontekście w żaden sposób nie dziwi fakt, że decydenci postanowili w końcu zmienić stojącego u steru całości twórcę. Tym, który miał tchnąć w tytuł nowe życie, okazał się Mark Verheiden, artysta znany z pracy w branży filmowej, ale też nie zupełny nowicjusz na rynku komiksowym. Czy efekt „nowej miotły” zadziałał?


Wszystko rozpoczyna się, kiedy Batman zostaje zaatakowany przez Marsjańskiego Łowcę Ludzi. Nietoperzowi udaje się ujść z potyczki z życiem, ale to dopiero początek kłopotów, jakie czekają jego oraz Supermana. Herosi i złoczyńcy pochodzenia pozaziemskiego zwierają szyki i szykują zmasowany atak na Ziemię, a ostatecznym celem jest przejęcie planety. Kosmici są sterowani przez tajemniczą, pozagalaktyczną siłę, której motywacja jest początkowo dosyć mglista. W sprawę zaangażowane jest wiele osób, a stawka jest wyjątkowo wysoka, bo na szalę zostaje rzucone życie całej populacji błękitnej planety. Co gorsza, Batman i Superman muszą mierzyć się nie tylko z kosmicznym najazdem, ale i z, wydawałoby się, nieodpartym, psychicznym wpływem obcych.

Guardians of the Galaxy / All-New X-Men: Proces Jean Grey – Brian Michael Bendis, Sara Pichelli, Stuart Immonen

Sąd sądem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie

Maciej Rybicki


Niemal od samego startu linii „Marvel Now!” czekałem na moment, w którym Brian Michael Bendis połączy wątki pisanych przez siebie serii. O ile było to zupełnie oczywiste w przypadku „All-New X-Men” i „Uncanny X-Men”, o tyle splecenie tytułów o mutantach ze „Strażnikami Galaktyki” wydawało się niezwykle interesujące. Cross-over pod tytułem „Proces Jean Grey” okazał się porcją naprawdę niezłej lektury, z której przyjemność czerpać będą zarówno miłośnicy marvelowskiego kosmosu, jak i fani Dzieci Atomu.

New Avengers. Inne Światy – Jonathan Hickman, Simone Bianchi, Rags Morales

Podróże po multiwersum

Maciej Rybicki

Pisana przez Jonathana Hickmana epicka historia końca uniwersum Marvela jakie znamy spotkała się ze sporym uznaniem publiczności. Trzeba jednak przyznać, że ma momenty lepsze i gorsze. Wydarzenia prowadzące do „Nieskończoności”– crossoveru dziejącego się w połowie dłuższej opowieści – były naprawdę wciągające. Na łamach „Avengers”, „New Avengers” i wreszcie głównej miniserii eventu Hickman pokazał ogromny rozmach, w niektórych wątkach wykraczając poza dość konwencjonalną superbohaterską nawalankę. Tego typu eksperymenty mają swoją cenę, między innymi atrakcyjność oraz przyswajalność dla czytelnika. Myślę, że „Inne światy” są świadectwem jej płacenia.

Skrzydła nocy – Robert Silverberg

Ewangelia według człowieka

Marcin Knyszyński

Robert Silverberg napisał nowelę „Nightwings” w 1968 roku, w niespełna pięć dni. Potrzebował chleba – igrzysk bowiem w swoim życiu miał już nadto. Sukces nowelki przyczynił się do błyskawicznego powstania dwóch kolejnych opowieści kontynuujących historię ze „Skrzydeł nocy” – „Wśród Pamiętających” oraz „Droga do Jorslemy”. Dwunasty Artefakt wydawnictwa Mag to zbiorcze wydanie wszystkich trzech opowiadań, które czytane jedno po drugim tworzą pełnoprawną powieść.


Ziemia, około trzydzieści sześć tysięcy lat po narodzeniu Chrystusa. Trwa tak zwany Trzeci Cykl cywilizacji, w którym marne resztki ludzkości próbują utrzymać się przy życiu w świecie po globalnym kataklizmie. Nieodpowiedzialne i rażące swą bezmyślnością próby sterowania klimatem planety podczas Drugiego Cyklu sprowadziły apokalipsę – Ameryka Północna jest zatopiona, morza i oceany zmieniły kształty pozostałych kontynentów, a sceneria na lądzie przypomina bardzo świat Severiana z „Księgi Nowego Słońca” Gene’a Wolfe’a. Z pozoru średniowiecze – jednak co jakiś czas jesteśmy świadkami użycia wysoko rozwiniętej technologii. Artefakty te, pochodzące z ery Drugiego Cyklu, to na przykład nadkieszenie, montowane zarówno w ubraniu, jak i żywym ciele, które mogą w sobie pomieścić nieograniczoną ilość przedmiotów. Są też czapki-myślówki, które łączą użytkownika ze wspólną bazą danych, zapisaną w sieci zbudowanej z milionów żywych mózgów oraz specjalne urządzenia służące członkom tajemniczej Gildii Strażników do łączenia się z Wolą, pewnym transcendentnym bytem przenikającym cały wszechświat.

Wojna Robinów – Tom King, Lee Bermejo, Ray Fawkes, Khary Randolph i inni

Mrowie wojowniczych nastolatków

Marek Adamkiewicz

Komiks superbohaterski od dawien dawna żyje wielkimi eventami. Często mają one na celu uporządkowanie wydarzeń i ponowne poskładanie świata przedstawionego, ale czasami dochodzi do tego zmiana status quo w danym uniwersum. Te specjalne tytuły to świetna okazja dla scenarzystów, by nieco namieszać w dobrze znanych realiach, pozostawić swój ślad i zostać zapamiętanym przez fanów. Dzięki pewnym manewrom twórcą, wobec którego nie można być obojętnym, jest na przykład Scott Snyder. On prowadzi akurat główną serię „Batman”, ale opowieści, które snuje na jej łamach, rzutują na inne bat-tytuły. Jednym z nich jest „Wojna Robinów”, która również ma potencjał ku temu, by zostać zapamiętaną.

Po tym jak Bruce Wayne zostaje wyłączony z gry, w Gotham City zachodzą wielkie zmiany. Miasto od niedawna ma nowego obrońcę, jednak jego działania podlegają sporym ograniczeniom ze strony urzędników. W metropolii powstaje nowy ruch, inspirowany postacią pomocnika Nietoperza. Wielu młodych Robinów wyrusza na ulice, by strzec porządku i wymierzać sprawiedliwość na własną rękę. Nie wszystko idzie jednak tak, jak powinno. Dochodzi do tragicznego wypadku, w którym udział bierze jeden ze samozwańczych herosów. Ginie policjant, a nastolatkowie ze znakiem „R” zostają wyjęci spod prawa. W tej sytuacji do Gotham wracają oryginalni Robinowie. I okazuje się, że nie wrócili na darmo, ponieważ szybko wychodzi na jaw, że wydarzeniami steruje pewna złowieszcza organizacja, której członkowie skrywają swoje oblicza za sowimi maskami.

Chemik – Stephenie Meyer

Chemia śmierci czy śmierć z nudów?

Jagoda Wochlik

Stephenie Meyer kojarzy się wszystkim bardzo jednoznacznie – ze „Zmierzchem”, serią romansów paranormalnych dla nastolatek. Potem był jeszcze „Intruz”, powieść znacznie lepsza, dziwny, choć udany mariaż SF, powieści filozoficznej, obyczajowej i romansu, którą Meyer udowodniła, że nie bez powodu otrzymała dyplom ukończenia literatury angielskiej. Po ośmiu latach przerwy, w trakcie których autorka zajmowała się głównie zmienianiem płci swoich sztandarowych bohaterów, powróciła z nową książką. Tym razem, ku zdziwieniu wszystkich, wydała powieść szpiegowską.

Stephenie Meyer zadedykowała swoją powieść Jasonowi Bourne’owi, bohaterowi książek Roberta Ludluma oraz spadkobiercy jego dziedzictwa, Aaronowi Crossowi. Odwołując się do takich legend historii szpiegowskich, postawiła sobie zatem poprzeczkę bardzo wysoko. Czy słusznie?

Alex od kilku lat ucieka. Ma za sobą spotkanie z trzema płatnymi zabójcami. Kiedy jednak zgłasza się do niej dawny współpracownik, prosząc o pomoc w powstrzymaniu siatki, która chce rozpylić wirusa mającego pochłonąć tysiące istnień, kobieta daje się wciągnąć w nowy spisek.

Trzeba zacząć od tego, że jak na powieść sensacyjną to mało w tej książce sensacji. Zero napięcia. Zwroty akcji? Ale jakie zwroty akcji? Niby się tropią, niby robią podchody, niby planują, niby spisek super-hiper-mega-tajnych organizacji, ale wszystko to jakieś takie nie dość, że pozbawione napięcia, to jeszcze zupełnie wyprane z emocji. Śmiało można postawić tezę, że 95 % tej powieści to opisy tego, jak bohaterowie się ukrywają, pakują, przebierają, przemieszczają. Jak na ludzi, którzy walczą o każdy oddech, o przetrwanie, mało w tym wszystkim owej walki.

Flash, tom 4: Cofnąć Czas – Francis Manapul, Brian Buccellato i inni

Odwrócony

Maciej Rybicki

Już od pierwszego tomu „Flash” publikowany w ramach Nowego DC Comics robił świetne wrażenie. Nie dość, że przynosił rodzimemu czytelnikowi serię poświęconą bohaterowi popularnemu (także dzięki telewizyjnemu serialowi), jednak w polskich publikacjach praktycznie nieobecnemu, to jeszcze oferował dobrą historię napisaną pospołu przez Francisa Manapula i Briana Buccelato. Kapitalne wrażenie robiła też oprawa graficzna w wykonaniu pierwszego z wyżej wymienionych. Niestety, bardzo szybko serii zaczęła doskwierać lekka zadyszka, ale trzeci tom przyniósł powrót wysokiej formy twórczego duetu. Jak się sprawy mają z tomem czwartym?

Największą bolączką dwóch poprzednich albumów był ogromny chaos fabularny. Składające się na te komiksy relatywnie krótkie, dwu-, trzyzeszytowe historie wymuszały skakanie po wielu tematach i powodowały wrażenie braku fabularnej ciągłości. Tom czwarty, zatytułowany „Cofnąć czas”, przynosi pewną zmianę – większość albumu stanowi bowiem znacznie dłuższa, sześcioczęściowa fabuła, przywołująca najnowsze wcielenie Odwróconego Flasha.
Duet scenarzystów bardzo skrupulatnie buduje opowiadaną historię. Co ważne, nie jest to już opowieść skupiająca się głównie na Barrym/Flashu (tak jak to miało miejsce w tomie poprzednim). Bardzo dużo miejsca na stronach „Cofnąć Czas” dostają więc Patty Spivot, życiowa partnerka Barry’ego, a także Iris West, jego najbliższa przyjaciółka (znana też jako jego żona w klasycznych wersjach chronologii świata DC). Pojawiają się sceny obyczajowe z życia Barry’ego i jego towarzyszy, a także liczne retrospekcje pokazujące przeszłość bohaterów. Wydaje się, że wreszcie „Flash” uzyskał niezły balans pomiędzy skupianiem się na wątkach poszczególnych postaci, pokazaniem ich tła, historii i wzajemnych relacji a klasyczną historią w konwencji superhero.

Strony