Subiektywnie

Kaznodzieja Tom szósty – Garth Ennis, Steve Dillon

Ostatnie rozdanie

Marcin Knyszyński

Szósty, ostatni tom „Kaznodziei” to zamykanie wątków, duchowe rozliczenia, rachunki sumień, odkupienia, darowanie win, sądy, wyroki i egzekucje. Swoje pięć minut mają wszystkie ważne postacie z wszystkich dotychczasowych odcinków – niektóre dostają nawet dziesięć czy piętnaście. A skoro przez cały czas grzebaliśmy w amerykańskich mitach, opowieść musi zakończyć się w miejscu mitycznym. Alamo, gdzie  teksańscy rewolucjoniści stoczyli słynną bitwę z wojskiem Republiki Meksyku, staje się sceną dramatycznych wydarzeń. Pora na wyrównanie wszystkich rachunków.

Zanim jednak dotrzemy do Alamo, musimy wrócić na chwilę do miejsca, w którym rozstaliśmy się z naszymi bohaterami. Jesse Custer próbuje za wszelką cenę znaleźć Cassidy’ego i zrozumieć jego postępowanie. Prawda o irlandzkim wampirze okazuje się przerażająca – Cassidy jest tym rodzajem człowieka (ba, nawet nie człowieka), który nie zasługuje na drugą szansę. Jesse nie może ruszyć na dalsze poszukiwania Boga, dopóki nie usunie ciernia wbitego mu przez jego najlepszego przyjaciela.

Powraca w końcu organizacja Graal, z komicznym, wiecznie wściekłym Wszechojcem Starrem i zakochaną w nim asystentką. Starr ma kłopoty – Graal chce wyjaśnień w sprawie zadymy na Monument Valley (patrz: „Kaznodzieja. Tom czwarty”) i wysyła na zwiady swojego pitbula, budzącego grozę pana Eisensteina wraz z nieludzkim ochroniarzem. Starr będzie musiał podjąć odważne decyzje i postawić nieodwołalne kroki, płacąc za nie niewyobrażalną cenę. Zamknięty zostaje również wątek Gębodupy, bezbronnej ofiary drapieżnego showbussinesu. Czy los pozwoli mu w końcu znaleźć spokój, ukojenie i to co najistotniejsze – da drugą szansę? No i wreszcie Święty od Morderców, chyba jedna z najpotężniejszych postaci, jakie kiedykolwiek pojawiły się w komiksach. Jesse Custer musi znaleźć sposób na porozumienie się z aniołem śmierci – tylko wtedy możliwa będzie konfrontacja z Bogiem. Droga Gębodupy wiedzie do znanego z poprzedniego tomu miasteczka Salvation, drogi wszystkich innych bohaterów prowadzą do Alamo.

Głębia. Tom 4: Zewnętrzne aspekty wewnętrznych postaw – Rick Remender, Greg Tocchini, Dave McCaig

Wyrwać się z głębin

Maciej Rybicki

Po wielu latach dominacji na naszym rynku komiksowym (a przynajmniej jego części zainteresowanej pozycjami zza Oceanu) publikacji Marvela i DC nareszcie dostajemy coraz więcej tytułów z nieco mniejszych wydawnictw: Image, Dark Horse czy też ostatnio Valiant. Co ważne, stają się one platformą dla nowych wydawców jak Non Stop Comics, czy KBoom, udanie przełamujących duopol Egmontu i Muchy. Szczególnie pierwsza ze wspomnianych oficyn – komiksowa odnoga wydawnictwa Sonia Draga – poczyna sobie bardzo śmiało, swa ofertę budując w znacznym stopniu na tytułach z katalogu Image. „Głębia” Ricka Remendera i Grega Tocciniego należy do najciekawszych z nich. Właśnie dostaliśmy do rąk jej czwarta odsłonę.

Green Arrow. Tom 4: Powstanie Star City – Benjamin Percy, Juan Ferreyra i inni

Urbanistyczne rewolucje

Marek Adamkiewicz

Obecna seria o Green Arrowie od początku trzyma dosyć wysoki poziom. Benjamin Percy ma dobrą rękę do Szmaragdowego Łucznika, potrafi oddać ducha jego przygód i stworzyć rozrywkową fabułę, z lekkimi aspiracjami. Poruszane w komiksie kwestie społeczne są bowiem interesującym smaczkiem i wyróżniają serię spośród innych. Oliver Queen zawsze był herosem obywatelsko zaangażowanym, trudno więc, żeby „Odrodzenie” przyniosło zmianę tego charakterystycznego wizerunku. Także i tym razem widzimy dokładnie takiego bohatera, jakiego znamy i lubimy.

Seattle pogrąża się w kryzysie. Powodem jest seria wypadków nawiedzających miasto. Na lotnisku rozbijają się samoloty, płoną ulice i walą się budynki – dosłownie wszystko ulega zniszczeniu. Takie natężenie katastrof sugeruje, że za wydarzeniami stoją osoby trzecie. Żeby odkryć, kto to taki, Green Arrow będzie musiał skorzystać z pomocy swoich sprzymierzeńców. Tylko czy wybuchowy charakter pozwoli mu porozumieć się z każdym z nich? Czasu na konflikty wewnątrz grupy nie ma zbyt wiele, ale kompromis musi zostać zawarty bardzo szybko, inaczej miasto może ulec zagładzie.

Na łamach „Powstania Star City” scenarzysta cofa się do wątków zasygnalizowanych w poprzednich tomach swojego runu i trzeba przyznać, że nie tylko nie odcina od nich kuponów, ale twórczo je rozwija, sprawiając, że tutaj są jeszcze bardziej interesujące. Dziewiąty Krąg, tajna organizacja bankowa silnie oddziałująca na Seattle, wydaje się inspirowana Trybunałem Sów z kart „Batmana”. Podobieństwa w ogólnych zarysach obu organizacji są dość oczywiste, diabeł tkwi jednak w szczegółach. Dziewiąty Krąg kładzie większy nacisk na ekonomiczną kontrolę nad miastem, co ma stać się kluczem do ostatecznego sukcesu, czyli przejęcia nad nim władzy. I wychodzi to naprawdę ciekawie, nawet pomijając fakt, że motyw konspiracji nie jest niczym nowym. Percy jednak prezentuje go z dużym entuzjazmem, co po prostu widać, i co warto docenić.

100 naboi. Tom 4 – Brian Azzarello, Eduardo Risso

Rozstawianie figur

Marcin Knyszyński

Wszyscy, którzy przystępują do czytania czwartego tomu „100 naboi”, muszą wiedzieć jedno – bez znajomości wcześniejszych części nie zrozumieją za wiele z tej historii. Ta, naprawdę epickich rozmiarów, stuodcinkowa (tytuł zobowiązuje) opowieść, za którą od początku do końca stoi tylko dwóch twórców, jest niepodzielną całością. W czwartej odsłonie pojawiają się wszystkie dotychczas poznane ważne postacie oraz kilka nowych. Zmieniają się układy sił, poszerza czytelnicza perspektywa, klarują pewne rozwiązania, a kunszt Briana Azzarella i Eduarda Rissa, choć wydawało się to niemożliwe, rośnie nieprzerwanie.

Firma to głęboko zakonspirowana i od wieków trzymająca prawdziwą, bo niewidzialną, władzę nad Ameryką organizacja. Jak wiemy z poprzednich części, trzynaście rodzin trwa w napiętym i niezbyt stabilnym sojuszu. Kiedyś było łatwiej, ich wewnętrzna „policja”, złożona z najlepiej wyszkolonych zawodowych zabójców na świecie, pilnowała wewnętrznego porządku. Dominująca w organizacji rodzina Medici wymusiła na reszcie decyzję o likwidacji tych tak zwanych „Minutemanów”. Ich przywódca, agent Graves, poprzysięga zemstę i zniszczenie Firmy. Tyle powinny wiedzieć osoby rozpoczynające przygodę z komiksem od czwartego tomu, choć ta wiedza w sumie i tak niczego nie gwarantuje.

Rękawica Nieskończoności – Jim Starlin, Ron Lim, George Pérez

Nieskończenie dobry crossover

Maciej Rybicki

Gdyby porównać współczesny rynek mainstreamowego amerykańskiego komiksu z tym sprzed trzydziestu lat, jedną z największych różnic, jakie dostrzeżemy, okażą się wielkie eventy i crossovery. Obecnie mamy do czynienia z ich ogromnym natłokiem, a  wydawnictwa takie jak Marvel czy DC podporządkowują całe linie wydawnicze jednemu lub dwóm takim wydarzeniom w roku. Trzeba jednak pamiętać, że na przełomie lat 80. i 90. tego rodzaju komiksowe przedsięwzięcia były czymś naprawdę wyjątkowym, a „Rękawica Nieskończoności” jest jednym z najlepszych.

Co czyni tę historię tak wyjątkową? Przede wszystkim temat i postacie. „Rękawica Nieskończoności” wraz z wchodzącą w skład omawianego albumu „Wyprawą Thanosa” stanowi doskonałe studium pragnienia władzy i… akceptacji. Jest to bowiem historia zdobycia przez Szalonego Tytana sześciu Klejnotów Nieskończoności, a wraz z nimi boskiej mocy. I jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, naprzeciw złoczyńcy o maniakalnych zapędach staje grupka dzielnych herosów, którzy mają uratować wszechświat. Sztampa, nawet w tamtych czasach. A jednak Jimowi Starlinowi udało się stworzyć historię, która zapadła w pamięć fanów na lata, zaś sam Thanos stał się jedną z najbardziej rozpoznawalnych, wyjątkowych postaci uniwersum Marvela. „Rękawica Nieskończoności” czerpie zresztą z kilku źródeł. Widać w niej dziedzictwo wcześniejszych udanych crossoverów (nie tylko Marvela), jak „Kryzys na Nieskończonych Ziemiach” i „Tajne Wojny”. Przede wszystkim bazuje jednak na pracach samego Starlina, jego skrupulatnym budowaniu „kosmicznej” części uniwersum w  tytułach takich jak „Captain Marvel”, „Warlock” i „Silver Surfer”. Na łamach zawartych w tym albumie miniserii wszystkie elementy układanki wskoczyły na swoje miejsce, dając nam w efekcie jeden z najlepszych crossoverów w historii komiksu.

Zabij albo zgiń. Tom 4 – Ed Brubaker, Sean Phillips

Godne zakończenie

Marek Adamkiewicz

Nie będę ukrywał – bardzo lubię twórczość Eda Brubakera i uważam go za jednego z najlepszych komiksowych scenarzystów nie tylko pracujących obecnie w branży, ale w ogóle. Być może nie wszystko, czego Amerykanin się dotknie, zamienia się w czyste złoto, ale wiele projektów, które tworzył lub w których brał udział jako jeden z autorów, prezentuje się wybornie. Przykłady? „Fatale”, „Zaćmienie”, „Gotham Central”. Wystarczy? Kolejna znakomita seria jego autorstwa, „Zabij albo zgiń”, dobiegła właśnie końca, a w księgarniach wylądował domykający wszystkie wątki tom numer cztery. Czy utrzymał dotychczasowy wysoki poziom? Ba! Ktoś w ogóle myślał, że może być inaczej?

W wyniku incydentu, podczas którego omal nie zabija swojego współlokatora, Dylan trafia do szpitala psychiatrycznego. Starając się znaleźć pozytywne strony tego zdarzenia, ma nadzieję, że tu dowie się ostatecznie czy nękający go demon to wytwór chorego umysłu, czy jednak coś realnego. Jedno jest jednak pewne – obie możliwości nie wydają się szczególnie optymistyczne. W międzyczasie okazuje się, że po zamknięciu głównego bohatera w placówce morderstwa tajemniczego mściciela wcale nie ustały. Czy to jedynie naśladowca? A może Dylan ostatecznie oszalał?

Od pierwszego tomu Brubaker konsekwentnie zasiewa kolejne ziarna wątpliwości odnośnie do poczytalności Dylana. Czy chłopak jest zdrowy na umyśle? Czy faktycznie nawiedził go nadprzyrodzony byt i zlecił morderczą misję? Także tym razem nie dostajemy żadnych jasnych wyjaśnień, ale takowych wcale nie potrzeba. Nader często twórcy wpadają w pułapkę dookreślania wszystkich wątków i serwowania czytelnikom oczywistych rozwiązań. To z kolei każe myśleć, że inteligencja odbiorcy bywa zwyczajnie niedoceniana. Tymczasem w przypadku „Zabij albo zgiń” jest inaczej, a scenarzysta pozostawia nam pole do własnej interpretacji. To naprawdę odświeżające.

Dynia i jemioła – Aneta Jadowska

Cuda i magia w Thornverse

Anna Szumacher

„Dynia i jemioła” to książka, na którą czekali fani Dory i miłośnicy Nikity. A także wielbiciele Robina, adoratorki gorącego Baala, sympatycy Witkaca, Romana i Karmy. Do tego na kartach pojawiają się Koźlaki. Krótko mówiąc, na tę publikację czekała jakaś szalona liczba ludzi o absurdalnie wysokich oczekiwaniach. Potrzeba było cudu, by nie poczuli się rozczarowani. Ale w końcu to antologia opowiadań świątecznych, a w święta cuda się zdarzają. I tak jest właśnie w tym przypadku.

W najnowszej książce Anety Jadowskiej nie dostajecie jednej historii, a dziesięć niezależnych opowiadań umiejscowionych czasowo gdzieś między dynią i jemiołą, czyli tak naprawdę między Halloween a Bożym Narodzeniem. Znajdziecie tu Nikitę, która spędza nawet dwa Halloween, jedno w miarę spokojnie (czyli strzelając do ludzi przez okna), a jedno normalnie, jak to ona, mordując w noc Samhain potwory w Sawie. Natomiast Dora Wilk powita was w okolicach Bożego Narodzenia, choć jej świąteczny duch zostanie nieco „przyduszony” przez pewnego dobrze znanego wampira, w tekście „Wampir, który ukradł Święta”. To ważny tekst dla wszystkich fanów heksalogii, ponieważ jest tak naprawdę ciągiem dalszym tej serii i dochodzi w nim do dosyć istotnych zmian w samym Thornie. Dodatkowo w opowiadaniu pojawia się ulubiony szaman Jadowskiej, więc mamy aż trzy w jednym: Dorę, Romana i Witkacego. A jak już o tym ostatnim i duchach mowa, możemy płynnie przejść do przesłodkiego opowiadania „Duch, który stał się lisem”, gdzie pojawia się tytułowa zjawa, Witkacy i pewna dziewczynka, która dobrze rozumie przesłanie płynące z „Małego Księcia” Saint-Exupéry’ego.

Co jeszcze? No cóż, mamy wyczekiwane przez damski fandom Karmazynowego Księcia „50 twarzy Baala” i jest to tekst, który was nie rozczaruje. Aneta Jadowska z godnością autora-wyjadacza podniosła rzuconą w prima aprilis rękawicę i napisała opowiadanie-legendę. To jest coś, o czym będzie się mówiło. Przez łzy. Ze śmiechu.

Monstressa. Tom 3 – Przystań – Marjorie Liu, Sana Takeda

Krok w mrok

Maciej Rybicki

Chociaż wielu może się to wydać nieco naciągane, uważam, że branżowe nagrody bywają całkiem niezłym miernikiem sukcesu, ale i jakości danego dzieła. Jasne, często bywa to złudne, gust jurorów (lub mas) może odbiegać od gustu indywidualnego odbiorcy, jednak trudno dyskutować z faktem, że zdobycie tego czy innego lauru wynika, po prostu, z utrafienia w czyjeś upodobania (lub potrzebę rynku). Otrzymanie tej czy innej nagrody jest więc może nie gwarancją, ale na pewno mnożnikiem prawdopodobieństwa, że dane dzieło trafi w nasze gusta. Na komiksowym poletku świetnym przykładem jest od lat brylująca w plebiscytach „Saga”. Ostatnio po piętach depcze jej jednak inny tytuł ze stajni Image – „Monstressa”.

W latach 2016–2018 Marjorie Liu i Sana Takeda zgarnęły za swą serię trzy Nagrody Hugo, jedną British Fantasy Award i pięć Eisnerów (dokładając jeszcze pięć nominacji). Niewątpliwie obfity plon. Tymczasem do naszych rąk trafia trzecie wydanie zbiorcze „Monstressy” zawierające pozostałe z wydanych dotąd zeszytów. „Przystań”, bo taki nosi tytuł, jest bezpośrednią kontynuacją dotychczasowych perypetii Maiko Półwilk i jej towarzyszy. Tym razem trafia ona do miasta Pontus, które choć ma przynieść jej odrobinę wytchnienia, staje się tak naprawdę areną dalszych kłopotów.

Letnia noc – Dan Simmons

Młodzież kontra zło

Marek Adamkiewicz

Powrót do dzieciństwa to motyw często pojawiający się w literaturze. Jego atrakcyjność polega na tym, że stwarza autorowi duże pole do popisu, pozwalając przede wszystkim zagrać na sentymentach czytelnika i dając mu możliwość porównania starego z nowym i cofnięcia się do czasów, które większość z nas uważa za lepsze lub przynajmniej bardziej beztroskie. Swoją podróż w przeszłość Dan Simmons okrasza narastającą grozą, a „Letnia noc”, według słów samego autora, nawiązuje do jego przeżyć z dzieciństwa, które zostały tu rozwinięte w pasjonującą opowieść o walce z pochodzącym z otchłani czasu złem.

Rok 1960. Grupa chłopaków kończy kolejny rok szkolny. Tym razem sytuacja jest wyjątkowa, bo wraz z ostatnim dzwonkiem zamknięta zostanie placówka, w której wszyscy uczyli się przez kilka ostatnich lat. Bohaterowie nie czują jednak sentymentu do starego budynku. Co więcej, w jego otoczeniu zaczynają dziać się dziwne rzeczy, w które zamieszany może być personel Old Central. Coraz bardziej nieprawdopodobne i przerażające fakty wychodzą na światło dzienne, stając się realnym zagrożeniem dla członków paczki, którzy muszą radzić sobie ze wszystkim sami, bo kto potraktuje poważnie grupę dwunastolatków twierdzących, że napotkali pradawne zło i muszą z nim walczyć?

Tempo akcji „Letniej nocy” jest w znacznej mierze dość powolne. Ta cecha może zniechęcić tych odbiorców, którzy liczą na horror intensywny, bo nie z takowym mamy tu do czynienia. Simmons stawia na inne elementy. Dużą wagę przywiązuje zwłaszcza do szczegółowego opisania otoczenia i realiów, w jakich rozwija się opowieść. To daje dobre tło, pozwala odpowiednio wczuć się w życie codzienne bohaterów i dostrzec, w jaki sposób pojawia się w nim element obcy. Groza nie uderza od początku z pełną siłą, lecz narasta, co jest wyborem bardzo dobrym, ponieważ potęguje klimat zagrożenia.

Hellboy Tom 5. Zew ciemności. Dziki gon. – Mike Mignola i Duncan Fegredo

Krew… Nic prócz krwi…

Marcin Knyszyński

Na początku 2007 roku Mike Mignola, z powodu notorycznego braku czasu i nawału zobowiązań, zdecydował się na bardzo odważny krok. Powierzył rysowanie „Hellboya” nowemu twórcy, skupiając się tylko na tworzeniu scenariusza. Przyznał po czasie, że miał z tym problem, bowiem trudno mu było zrezygnować z kontroli jakichkolwiek elementów serii. Piąty tom „Hellboya” zaczyna się jednak dedykacją Mignoli: „Dla Duncana Fegredo, za podjęcie się tytanicznego zadania – i to w ostatniej chwili”. To znaczy, że obawy były bezpodstawne.

Pierwsza część tomu, „Zew ciemności”, wychodziła w odcinkach od maja do listopada 2007 roku. Jej fabuła kończy się mniej więcej w tym samym czasie co historia opowiedziana w trzecim tomie „B.B.P.O. Plaga żab” – członkowie Biura pojawiają się nawet w epilogu „Zewu…”. Hellboy przebywa właśnie w Wielkiej Brytanii. Pewnego dnia spotyka w lesie trzy dziwne stwory, które próbują przywrócić do życia wiedźmy, powieszone w XVII wieku przez Henry’ego Hooda, bezwzględnego łowcę czarownic. Brytyjskie wiedźmy, pod nieobecność uwięzionej Hekate, mają swoje plany wobec czerwonego diabła. Powraca również Baba Jaga, dysząca żądzą zemsty na Hellboyu, pojawia się Kościej Nieśmiertelny prosto z rosyjskich legend oraz kolejna trójka dziwacznych indywiduów. Znamy je z poprzednich części – ich działania to preludium do niesamowitych wydarzeń z drugiej części tomu.

Strony