Subiektywnie

Wyczarowanie światła – V. E. Schwab

Ostatni ciekawy bohater

Magdalena Makówka

„Mroczniejszy odcień magii” był przyjemną, niezbyt ambitną powieścią fantasy. Jego kontynuacja miała wiele wad charakterystycznych dla środkowego tomu serii, lecz generalnie mogła zapewnić kilka wieczorów rozrywki na przyzwoitym poziomie. Teraz zaś dostajemy ostatni tom trylogii, który niestety jest wypełniony kliszami fabularnymi i sztampowymi rozwiązaniami.

Poprzedni tom cyklu o trzech Londynach zakończył się trzymającym w napięciu zwrotem akcji. Nic więc dziwnego, że akcja od samego początku „Wyczarowania światła” pędzi na łeb na szyję. Lila będzie w końcu musiała posprzątać po Kellu, którego bunt po raz kolejny narazi jego brata na niebezpieczeństwo. Co gorsza już wkrótce cały świat Czerwonego Londynu znajdzie się w niebezpieczeństwie przez nierozsądną decyzję podjętą przez Hollanda. Bohaterowie, aby uratować otaczającą ich rzeczywistość i bliskich, wyruszą na wyprawę. Czekają na nich przygody, spiski i starcia z piratami.

Chociaż „Wyczarowanie światła” jest dość opasłym tomiszczem, to ma stosunkowo prostą fabułę, w której nie dzieje się za wiele. Ot, bohaterowie walczą na ulicach Londynu, wyruszają w podróż statkiem (mają nawet tajemniczą mapę, która wskazuje im cel), targują się z pewną enigmatyczną piratką, dzięki której wchodzą w posiadanie artefaktu pozwalającego pokonać zło, znów płyną, potem zaś walczą na ulicach Londynu. To właściwie wszystkie znaczące wydarzenia, jakie rozgrywają się na kartach najnowszej powieści Schwab. W międzyczasie oczywiście mamy romanse, schadzki kochanków, walki z piratami, lecz są one nieistotne z punktu widzenia głównej osi fabularnej, a do tego niewiele wnoszą do rozwoju bohaterów. Prawdę mówiąc, autorka nie zaskakuje zupełnie niczym, bowiem zwroty akcji są czasem tak sztampowe, że nawet okazjonalny czytelnik powieści fantasy czy przygodowych bez problemu domyśli się, w którą stronę zmierza akcja.

Nieśmiertelny Iron Fist: Historia Żelaznej Pięści – Matt Fraction, Ed Brubaker, David Aja i inni

„W niezapomnianym roku 1905, w Mandżurii...” czyli jak to drzewiej bywało

Maciej Rybicki

Od razu na wstępie chciałbym zaznaczyć dwie rzeczy. Po pierwsze będzie bardziej osobiście niż zazwyczaj. Po drugie przyznaję, że względem samej postaci Iron Fista mam dość mieszane odczucia. Z jednej strony Danny Rand to klasyczny komiksowy koncept z lat 70. – niezłe połączenie bohatera rodem z filmów kung-fu z typowym trykociarzem. I świetnie – sparowanie go z Lukiem Cagem i zbudowanie wokół tej postaci całej skomplikowanej mitologii czyni z niego jednego z fajniejszych bohaterów w ogromnym portfolio Domu Pomysłów. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że to taki typ bohatera, w przypadku którego istnieje spore ryzyko, iż scenariusze zaczną po jakimś czasie zjadać własny ogon. Po prostu, szufladka z której został wyjęty jest, co tu gadać, dość wąska. I nawet fakt bycia „bardzo-bardzo cool” może okazać się niewystarczający. Z czasem zacząłem się jednak do Danny’ego przekonywać, tak za sprawą klasycznego „Poszukiwania Coleen Wing”, jak i współczesnego „Nieśmiertelnego Iron Fista” tercetu Matt Fraction, Ed Brubaker i David Aja. Tyle że tu pojawia się kolejne „ale”… tym razem dotyczące już samego komiksu.

Superman. Tom 4: Czarny świt – Peter J. Tomasi, Patrick Gleason, Doug Mahnke i inni

Tajemnice Hamilton

Marek Adamkiewicz

Przy okazji recenzji poprzednich tomów „Supermana” zdarzało mi się narzekać na fakt, że jak na tytuł zatytułowany „Superman” twórcy zbyt mocno skupiali się na postaci jego syna, Jona. Wydaje się jednak, że młody Kent stał się już na tyle stałą częścią krajobrazu, że trzeba powoli zaakceptować jego obecność i dużą rolę, jaką odgrywa w głównej serii przygód Człowieka ze Stali. Ten manewr daje zresztą kilka możliwości, zwłaszcza tych z zakresu dodatkowych motywacji głównego bohatera. Od początku cyklu scenarzyści zazwyczaj dostarczali nam produkt przynajmniej poprawny, więc przed lekturą „Czarnego świtu” można było mieć dość dobre przeczucia.

Coś blokuje moce Jona. Mimo tego, że młodzian nieustannie ćwiczy razem z ojcem, nadal nie może rozwinąć swoich zdolności. Problem dostrzega także Batman, który akurat przebywa wraz z Robinem w Hamilton. Szybko okazuje się, że małomiasteczkowa idylla jest tylko powierzchowna. Tuż za horyzontem czai się coś niebezpiecznego, co wpływa nie tylko na hamowanie nauki Superboya, ale i na życie wszystkich okolicznych mieszkańców. By odkryć, co jest nie tak, Superman będzie musiał przebić się przez warstwę ułudy. To, co odkryje, może jednak postawić Jonathana przed niebezpiecznym wyborem.

Joe Shuster. Opowieść o narodzinach Supermana – Julian Voloj, Thomas Campi

Joe Shuster

Jagoda Wochlik

Superman, nawet dziś, osiemdziesiąt lat od swego powstania, jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych superbohaterów na świecie. To od niego się zaczęło. Od niego wywodzi się pojęcie „superbohater”. To on dał początek modzie na mężczyzn i kobiety w trykotach, z podwójną tożsamością i kostiumem. Dziś niemal każdy człowiek na świecie jest w stanie wymienić kogoś z nich, nawet jeśli się tym tematem specjalnie nie interesuje. Wokół nich rozwinął się cały biznes – komiksy, książki, filmy, zabawki, kostiumy. Niewiele osób jednak wie, jak niesamowita historia, niestety daleka od amerykańskiego snu, stała za narodzinami pierwszego superherosa. Możemy ją poznać dzięki komiksowi Juliana Voloja i Thomasa Campiego „Joe Shuster. Opowieść o narodzinach Supermana”.

Joe Shuster i Jerry Sigiel. Dwóch chłopców z Cleveland, których rodzice, Żydzi, uciekli z Europy przed pogromami. Dwóch miłośników science fiction i obrazkowych historii. Jeden zamknięty w sobie, cichy, lubił rysować. Drugi bardziej przebojowy, towarzyski. Dwóch przyjaciół, którzy postanawiają tworzyć komiksy. W 1938 roku wymyślają Supermana – pierwszego superbohatera. Postać, która zrewolucjonizuje świat komiksu, podbije sprzedaż kolorowych pism, poruszy tłumy. Postać, która niebawem dostanie własne słuchowisko radiowe, film i serial animowany. Podpisują kontrakt na 130 dolarów, oddając dożywotnio prawa do swojego pomysłu.

Komiks Voloja i Campiego jest istną kopalnią wiedzy na temat twórców Supermana, a także smutnym zapisem ich walki z bezduszną korporacją o sprawiedliwość i godne życie. Walki o otrzymanie choć centa z zysków z sukcesów postaci, którą wymyślili. Przyznać trzeba, że scenarzysta wykonał kawał dobrej roboty. Przekopał masę dokumentów, zbadał niejedno archiwum, rozmawiał z osobami, które znały twórców Supermana. Badał, szukał, dociekał, czego efektem jest naprawdę rzetelny komiks.

Kruk – James O'Barr

Skrzydlata zemsta

Marek Adamkiewicz

Być może zabrzmi to brutalnie, ale tragedia zawsze była motorem napędowym sztuki. Traumatyczne wydarzenia doskonale napędzają siły twórcze artystów, sprawiając, że ich dzieła, często są niezwykle przejmujące, osobiste i przepełnione emocjami. Ich ładunek emocjonalny i szczerość sprawiają, że zapadają w pamięć czytelników na dłużej. Do tego grona z pewnością można zaliczyć „Kruka”, komiks oparty w znacznej mierze na smutnych doświadczeniach jego autora. Podobnie jak bohater tej powieści graficznej O'Barr stracił bowiem miłość swojego życia i obwiniał się o jej śmierć. Swój smutek potrafił jednak przekuć w coś twórczego. Tak właśnie powstał „Kruk”, komiks, który dla wielu fanów komiksu jest dziełem wręcz kultowym.

Eric Draven otrzymał możliwość pomszczenia śmierci swojej ukochanej. Rok temu oboje zginęli z rąk brutalnych bandytów, gdy wracali do domu z romantycznej wyprawy. Ta przypadkowa, niezawiniona śmierć, była tak bardzo niesprawiedliwa, a gniew tak wielki, że Eric dostał szansę na ukojenie bólu. Znalazł się w zawieszeniu między życiem a śmiercią, zaś jego misją stało się ukaranie winnych tej zbrodni. Teraz krok po kroku zbliża się do dawnych oprawców i staje się katem dla niespodziewających się niczego zwyrodnialców. Tylko zemsta może przynieść mu ukojenie?

Nie ma co ukrywać, fabuła „Kruka” nie wydaje się przesadnie skomplikowana. Ale czy opowieść o zemście, którą w istocie ten komiks jest, musi być zagmatwana? Chodzi tu wszak o jedno – wymierzenie sprawiedliwości tym, którzy na to zasłużyli. I tego właśnie dotyczy jeden z fabularnych planów, które śledzimy na kolejnych kartach.. Na chwilę obecną, gdy rynek nasycony jest tytułami wyjątkowo brutalnymi, sceny morderstw członków gangu nie zrobią zapewne na nikim zbyt dużego wrażenia. Jednak te prawie trzydzieści lat temu, gdy omawiany tytuł zaistniał w świadomości odbiorców, mogło być zgoła inaczej. Draven jest niepowstrzymany, mocno brutalny i nie ma żadnej litości w stosunku do swoich dawnych oprawców.

Gliniarz. Opowieść policjanta – Marcin Ciszewski, Krzysztof Liedel

Był sobie gliniarz…

Hubert Przybylski

Parę razy już wspominałem, że mam korzenie granatowo-policyjne i całe życie chciałem być gliną*, więc dziwnym nie jest, że policyjne klimaty to temat szczególnie bliski memu sercu**. I kiedy trafiła się okazja zrecenzowania niedawno wznowionej książki Marcina Ciszewskiego i Krzysztofa Liedela, „Gliniarz. Opowieść policjanta”, bez wahania się zgodziłem. Czy było warto?

Tytułem wstępu. Są to wspomnienia, ale nieco inne niż wszystkie inne***. Przede wszystkim autorzy sami mówią, że to książka oparta tylko na faktach. Zmieniono nazwiska, w tym głównego bohatera, i wiele szczegółów prowadzonych spraw – wszystko z powodów bezpieczeństwa czy ochrony informacji (choć autorzy zdradzają też kulisy kilku słynnych wydarzeń, takich jak warszawskie alarmy bombowe z 2005 roku). To całkowicie logiczne, nawet bez złowrogiego widma RODO****. Ale wystarczy zapytać ciotkę Wiki o Krzysztofa Liedela, żeby porównując życiorysy jego i książkowego Zaręby, stwierdzić, że zmiany te są co najwyżej kosmetyczne. A wszystko to, co najistotniejsze, pozostało.

A co niby jest najistotniejsze? Życie policjanta. Od podszewki. Nie to domowe, bo wywiadowcy i kryminalni za dużo tego nie mają, ale mundurowe, służbowe życie. Prowadzone sprawy, tajniki pracy, stosunki między policjantami, działanie na styku światka przestępczego, wisząca nad głową polityka (na wszystkich szczeblach)*****. Mam znajomych mundurowych, przyjaciela policjanta, sam przepracowałem parę lat w Policji i uważam, że wszystko to, co przeczytałem w książce, ma niezwykle wysoki stopień wiarygodności. Tym bardziej, że nie kończy się dobrze. I ta wiarygodność to najmocniejsza strona tej książki.

Co wcale nie oznacza, że jedyna. Książkę napisał Marcin Ciszewski, więc jeśli ktoś bał się o stronę warsztatowo-literacką, to może już przestać. Jest równie dobrze jak w jego powieściach. A wielbiciele cyklu meteorologicznego, czy powiązanej z nim serii WWW, mają dzięki „Gliniarzowi” możliwość poznania pierwowzoru postaci podinspektora Jakuba Tyszkiewicza.

Brygada Żydowska – Marvano

O swoje

Maciej Rybicki

Choć tematykę drugiej wojny światowej poruszało w swoich komiksach bardzo wielu twórców frankofońskich (można by wręcz rzec, że jest ona wśród nich niezwykle popularna), jednymi z najlepiej przyjętych pozycji z tego nurtu są te, które wyszły spod ręki Marvano. Belgijski artysta (znany choćby z napisanej z Joem Haldemanem komiksowej adaptacji „Wiecznej wojny”) zdobył uznanie tytułami takimi jak „Berlin” czy „Grand Prix”. „Brygada żydowska” – kolejna trzyczęściowa seria jego autorstwa – kontynuuje wątki tej drugiej, choć w nieco innym kontekście.

Kaznodzieja Tom piąty – Garth Ennis, Steve Dillon

Amerykański mit

Marcin Knyszyński

Pod koniec czwartego tomu „Kaznodziei” Jesse Custer leżał na ziemi, znokautowany bardzo mocnym życiowym ciosem. Na początku tomu piątego zastajemy go stojącego na jakimś molo – fale się kłębią, niebo się chmurzy, wiatr wieje, a wierny pies waruje przy nodze. „Czasami bywa tak, że po prostu kończy ci się Ameryka” – mówi do niego Jesse, a my widzimy, że nie jest mu wcale wesoło. Co znaczą te słowa? W jaką kabałę wplątał się kaznodzieja, który postanowił znaleźć samego Boga i zadać mu kilka trudnych pytań? Co się znowu stało?

Sześć miesięcy przed tą sceną, a krótko po opuszczeniu Cassidy’ego i Tulip, Jesse dociera do prowincjonalnego miasteczka gdzieś w Teksasie. Salvation jest mieściną prosto z popkulturowych wyobrażeń amerykańskiego południa. Mały bar, biuro szeryfa, kilka domków i wielka przetwórnia mięsa tuż za miastem. Jej właściciel, pan Quincannon, karykaturalna kopia „Cegłówki” z „Przekrętu” Guya Ritchiego, trzęsie całą okolicą i opłaca szeryfa. Dzięki temu jego ludzie mogą po robocie bezkarnie rozrabiać w miasteczku a on sam zatruwa pobliską rzekę odpadami z fabryki. A dodatkowo chroni go pani adwokat, nazistka lubiąca przebierać się w czarną skórę nabijaną ćwiekami i spędzać czas w garderobie obwieszonej pejczami i portretami Hitlera.

Bar Pod Kogutem – John Grisham

Bar Pod Kogutem

Jagoda Wochlik

John Grisham jest niekwestionowanym królem thrillera prawniczego. Spod jego ręki wyszły takie arcydzieła jak „Raport Pelikana”, „Czas zabijania” czy „Klient”. Wszystkie zresztą zostały zekranizowane i to z gwiazdorską obsadą. W filmach na podstawie jego twórczości wystąpili: Sandra Bullock, Matthew McConaughey, Samuel L Jackson, Kevin Spacey, Donald Sutherland, Tom Cruise, Susan Sarandon czy Julia Roberts. W maju tego roku, nakładem wydawnictwa Albatros, ukazała się najnowsza powieść Grishama, „Bar Pod Kogutem”.

Jej bohaterowie  to czwórka studentów prawa – Gordy, Matt, Zola i Todd. Zaciągnęli ogromne kredyty, by móc studiować. Skuszeni perspektywą fantastycznych zarobków, znaleźli się w tarapatach finansowych, gdy okazało się, że po ukończeniu uczelni właściwie nie mają szans zdać egzaminu adwokackiego. Dlatego postanawiają oszukać system – praktykować bez licencji, pracując przy drobnych sprawach – przekroczeniach prędkości, prowadzeniu po alkoholu.

Z przykrością muszę stwierdzić, że „Barowi Pod Kogutem” daleko do starego dobrego Grishama, od którego człowiek odrywał się, by wyjść do pracy po nieprzespanej nocy, bo książka aż tak wciągała. To raczej powieść obyczajowa z wątkiem sensacyjnym. Grisham bierze na warsztat niemoralny proceder zarabiania szemranych uczelni na naiwnych młodych ludziach. Dużo miejsca poświęca także sytuacji nielegalnych imigrantów, którzy po latach uczciwej pracy w Stanach Zjednoczonych nie mogą liczyć nawet na krztynę zrozumienia i ludzkiego traktowania. Boleśnie rozprawia się ze środowiskiem adwokackim, w którym panuje nieczułość na krzywdę obywatela, a o jakiejkolwiek etyce zawodowej można zapomnieć. Pisarz dokładnie konstruuje wątki obyczajowe, opisując je bardzo pieczołowicie. Poświęca im jednak znacznie więcej miejsca, niż powinien. Tworzy raczej współczesną powieść społecznie zaangażowaną niż thriller. O napięciu praktycznie nie ma mowy.

Czarownice z Manningtree – Beth Underdown

Salem oznacza pokój

Anna Szumacher

Niektóre lektury są lekkie, łatwe i przyjemne, a czytanie ich to czysta rozrywka. „Czarownice z Manningtree” nie łapią się do tej kategorii w najmniejszy nawet sposób. Dostajemy mroczną, duszną, przytłaczającą historię, która jednak wciąga. A najlepsze… a może najgorsze w niej jest to, że została oparta na faktach.

Kiedy pada hasło „czarownice”, na myśl przychodzą złe baby z bajek, wiedźmy z Shakespeare’a, film „Czarownice z Eastwick”, Sabrina, pozycja „Malleus Maleficarum” czy procesy w Salem. Skojarzeń jest sporo, i to rozrzuconych dosyć szeroko. Dzięki Beth Underdown, autorce recenzowanej książki, można do tej listy dopisać niewinnie brzmiące miasteczko Manningtree i niejakiego Matthew Hopkinsa.

We wstępie do książki Underdown wspomina, że powieść powstała, ponieważ „natrafiła na historię Matthew Hopkinsa, czytając książkę o położnictwie w siedemnastym wieku”. Choć brzmi to niewinnie, warto powiedzieć, że Hopkins zapisał się w historii Europy, a dokładniej Wielkiej Brytanii, jako jeden z najzajadlejszych, najbardziej okrutnych i diablo skutecznych łowców czarownic. Tak, moi drodzy, rzut kamieniem, odrobinę tylko na północ, mieliśmy własne procesy w Salem i to w wersji hard, bo ofiar były dziesiątki. Hopkins zabił ponad sto kobiet wyłącznie z tego powodu, że któryś z sąsiadów rzucił oskarżenie.

Strony