Subiektywnie

Batman Tom 9: Bloom – Scott Snyder, Greg Capullo, Yanick Paquette i inni

Tylko momenty

Marek Adamkiewicz

Powoli dobiega końca czas Scotta Snydera jako głównodowodzącego „Batmanem”. Ten okres zazwyczaj fani  i recenzenci oceniają pozytywnie, ale niekiedy pojawiają się także głosy, że wraz z kolejnymi tomami poziom całości spada, a późniejsze opowieści są coraz bardziej udziwnione. Trudno zgodzić się z taką tezą, mając w pamięci znakomitą „Ostateczną rozgrywkę”, jednak już pomysły zawarte w „Wadze superciężkiej” mogły okazać się dla niektórych odbiorców ciężkostrawne. Zastępcą Bruce’a Wayne’a jako Batmana został Jim Gordon, co już na starcie było manewrem nieco kontrowersyjnym. Ostatecznie tom okazał się całkiem udany, jednak dopiero teraz można ocenić, czy zamysł autora wypalił. „Bloom” zamyka rozpoczęte wówczas wątki i praktycznie stanowi zakończenie sagi o Batmanie pisanej przez Snydera*.


Omawiany tom to ciąg dalszy „Wagi superciężkiej”. Dostajemy tu zeszyty od szóstego do dziesiątego tej epickiej opowieści. Gotham ponownie jest w niebezpieczeństwie, podczas konferencji prasowej decydentów projektu nowego Batmana dochodzi do ataku, a Bloom wykorzystuje tak zwane ziarna, by zmieniać mieszkańców miasta na swoje podobieństwo. To znacznie utrudnia działanie Nietoperza, który wydaje się nie radzić sobie z sytuacją. Tymczasem Bruce Wayne wiedzie życie, jakiego nigdy wcześniej nie zaznał. Były milioner pomaga ludziom na mniejszą skalę niż kiedyś, ale wygląda na to, że odnalazł swoje szczęście. Niestety, przeszłość nie odpuszcza.

„Bloom”, jak wspominałem we wstępie, jest tomem, który praktycznie kończy run Snydera w „Batmanie”. Jak można się było spodziewać, taki stan rzeczy poniekąd wymusza pewną ostateczność oraz spektakularność fabuły. Odnoszę wrażenie, że scenarzysta chciał, by było tu „więcej”, „mocniej” i „szybciej”. Kolejne karty są wręcz przepełnione akcją, a momentów na złapanie oddechu mamy niewiele. Nie jestem przekonany, czy taka formuła przysłużyła się zaprezentowanej tu historii. Problem jednak w tym, że cała ta gonitwa jest mało przekonująca. Dzieje się tak przede wszystkim ze względu na postać głównego złoczyńcy.

Piękna i Bestia oraz Piękna i Bestia. Złota księga – Elizabeth Rudnick

Tej historii bieg stary jest jak świat

Jagoda Wochlik

Zaczęło się dawno, dawno temu od kilkustronicowej francuskiej baśni. Po kilkuset latach wziął ją na warsztat zespół pracujący dla firmy z myszką w logo. Pięknej odjęli rodzeństwo, za to dołożyli ojca wynalazcę i narcystycznego zalotnika. Bestii dorzucili magiczną różę i grono sympatycznych służących pozamienianych w meble. Całą tę menażerię roztańczyli i rozśpiewali i  tym sposobem zaliczyli kolejny sukces. Dwadzieścia lat później pokusili się o wersję 3 D, w międzyczasie dorzucili też dodatkową piosenkę. Ale na tym nie skończyli. Po pięciu latach znów przypomnieli sobie o jednej ze swoich sztandarowych animacji i postanowili zamienić ją w film. Zatrudnili Hermionę, Obi-Wana i Gandalfa i znów podbili kina na całym świecie, przekonując do siebie już nie tylko dorosłe fanki księżniczki w żółtej sukience, idące na film z myślą: „Umrę, jak nie zobaczę”, ale także nowe pokolenie. Pokolenie, dla którego można było wypuścić masę gadżetów związanych z filmem, w tym dwie książki.

Pierwsza z nich, autorstwa Elizabeth Rudnick, adresowana jest do starszych dziewczynek (nie oszukujmy się, raczej dziewczynek, nie dzieci). To blisko trzysta stron zwartego tekstu bez obrazków, więc to raczej lektura od trzeciej klasy wzwyż. Druga natomiast, „Piękna i Bestia. Złota księga” to propozycja dla młodszych dziewczynek, które dopiero zaczynają swoją przygodę z czytaniem lub skupiają się jeszcze na oglądaniu obrazków, podczas kiedy lektorem jest ktoś z dorosłych. Jej autorka również jest Elizabeth Rudnick, tekst natomiast powstał na podstawie scenariusza najnowszej ekranizacji baśni.

Amulet Tom 2: Klątwa Strażniczki – Kazu Kibuishi

Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda…

Marek Adamkiewicz

Pierwszy tom „Amuletu” to nadspodziewanie dobra, skierowana do młodszego czytelnika opowieść przygodowa, której autor czerpie z klasycznych motywów i przerabia je na własną modłę. Kazu Kibuishi okazał się twórcą  zorientowanym w popkulturze, a co istotniejsze – stworzył fabułę, która przykuwa uwagę odbiorcy. „Strażniczka” całkiem dobrze sprawdziła się jako otwieracz, który nakreślał podstawowe zasady rządzące światem przedstawionym. Teraz nadszedł czas na głębsze wejście w magiczną krainę Alledii.

Emily i Navin, wraz z załogą swojego ruchomego domu, wyruszają w podróż do miasta Kanalis. Młodzi bohaterowie muszą znaleźć lekarza, który będzie wiedział, w jaki sposób uratować ich matkę. Kobieta zapadła w śpiączkę po ugryzieniu przez wielkiego pajęczaka. Plany chce im pokrzyżować król elfów, dla którego złapanie dziewczyny władającej tajemniczym amuletem staje się punktem honoru – gdy tego dokona, zdobędzie olbrzymią władzę i może być w stanie samodzielnie rządzić całą Alledią. Bohaterowie spotykają na swojej drodze niespodziewanych sojuszników, którzy mogą pomóc im w wypełnieniu zadania.

Pierwszy tom serii wprowadzał w świat przedstawiony, drugi zaś stanowi jego wyraźne rozwinięcie. Akcja „Klątwy strażniczki” w ogóle nie wykracza poza magiczną krainę i nie wraca do naszej rzeczywistości. Kibuishiemu nie brakuje na szczęście wyobraźni, realia, w których rozgrywa się akcja, są odpowiednio plastyczne i zaludniają je różnorodni mieszkańcy. Na kolejnych kartach czytelnik spotka między innymi ludzi, których klątwa zamienia powoli w zwierzęta, roboty, elfy, czy też gadające drzewa. Menażeria jest doprawdy kolorowa i różnorodna. Autorowi udało się przy tym uchronić swoje dzieło od chaosu – ta mnogość postaci nie przesłania głównej linii fabularnej, jest za to wzbogacającym całość dodatkiem.

Velvet Tom 3: Człowiek, który ukradł świat – Ed Brubaker, Steve Epting

Nie ufaj nikomu

Marek Adamkiewicz

Trzeci zbiorczy tom „Velvet” jest zarazem ostatnim, w którym mamy okazję emocjonować się perypetiami agentki ARC-7. Fakt, że całość zamyka się w zaledwie piętnastu zeszytach nie znaczy wcale, że brakuje tu treści albo że autorzy nie mieli pomysłów, by pociągnąć tę serię dalej. Wręcz przeciwnie – akcji jest sporo, trup ściele się gęsto, a fabuła angażuje. Po prostu czasami „mniej” znaczy „więcej”. Dokładnie tak jest w przypadku szpiegowskiego cyklu komiksowego Eda Brubakera i Steve’a Eptinga. Już w dwóch poprzednich odsłonach pokazali, że doskonale czują się w obranej konwencji, a tom numer trzy tylko to potwierdza.


Velvet Templeton nie ustaje w wysiłkach, by poznać prawdę o śmierci jednego z agentów ARC-7. Śledztwo musi prowadzić na własną rękę, ponieważ jest w tej sprawie ścigana – ktoś wrobił ją w to morderstwo, zatem by oczyścić swoje dobre imię, Velvet musi wspiąć się na wyżyny umiejętności. Sęk w tym, że jej przeciwnicy również zjedli zęby na szpiegowskiej grze, wynik zbliżającej się wielkimi krokami konfrontacji jest więc wyjątkowo niepewny. Co gorsza, sprawa sięga bardzo wysoko, bo aż do Waszyngtonu, a zdobycie odpowiedzi w stolicy Ameryki, w kręach najwyższej władzy, może okazać się niewykonalne.

Ed Brubaker doskonale buduje atmosferę zagrożenia i nieufności. Jak dobrze wiemy, bohaterka jest wysokiej klasy szpiegiem i, jako czołowa przedstawicielka tego fachu, nie może sobie niestety pozwolić na luksus zaufania komukolwiek. Na łamach „Człowieka, który ukradł świat” widać to wyraźnie. Tutaj każdy może grać na dwie strony, udawać lojalnego, by po chwili zmienić stronę. Konieczna w tym zawodzie stała czujność wymaga przy okazji odpowiednich cech charakteru – życie w permanentnym stresie jest niezwykle obciążające psychicznie, może także wpłynąć na długość tego życia. Velvet ma tego świadomość, wyróżnia się jednak spośród całej czeredy tajnych agentów tym, że jako jedynej zależy jej na prawdzie i zachowuje resztki uczciwości. To pomaga w  polubieniu tej postaci i kibicowaniu jej w prowadzonej przez nią krucjacie.

Amnezjak – Jakub Nowak

Wojny na symbole

Marcin Knyszyński

Zbiór opowiadań Jakuba Nowaka, wydany w tym roku przez wydawnictwo Powergraph, jest antologią szczególną. Zawarte w nim opowiadania sprawiają wrażenie pisanych przede wszystkim dla idei i autorskiej potrzeby ekspresji, bez oglądania się na potrzeby rynku. Żaden z dziewięciu tekstów Nowaka nie uśmiecha się do czytelnika, żaden nie daje taryfy ulgowej. Są to rzeczy trudne, złożone pojęciowo i konstrukcyjnie i za każdym z nich kryje się głębia interpretacyjna, z jaką rzadko spotykam się przy okazji czytania antologii fantastycznych. Jakub Nowak przedstawia dziewięć światów rzetelnie zbudowanych od podstaw, prawie nie obudowując opowieści infodumpami, co wskazuje nie tylko na stawianie wysokich wymagań odbiorcy, ale i na spory kredyt zaufania do niego.

Wonder Woman Tom 1 – Greg Rucka, J. G. Jones, Drew Johnson i inni

Amazonka w akcji

Marek Adamkiewicz

Wonder Woman nie jest w Polsce szczególnie popularną bohaterką. Rodzimi wydawcy dosyć rzadko raczyli nas dotąd przygodami wojowniczej Amazonki. Poprawa tej sytuacji nastąpiła całkiem niedawno, kiedy Egmont rozpoczął wydawanie przygód heroiny z „Nowego DC Comics”, a w ramach Wielkiej Kolekcji Komiksów DC ukazał się „Krąg”, na łamach którego Diana i jej towarzyszki z Temiskiry mierzyły się z nazistami. To wszystko jednak nic, ponieważ fani komiksów dopiero teraz otrzymali tytuł, który jest prawdziwie godny najpopularniejszej superbohaterki ze stajni DC. Run Grega Rucki wydobył z tej postaci wszystko, co w niej najlepsze.

Pierwszy tom tego zbiorczego wydania można podzielić na dwie części. Pierwsza, krótsza, zawiera „Hiketeję”, opowieść nominowaną do nagrody Eisnera. Diana przyjmuje w niej pod swoje skrzydła pewną kobietę, Danielle Wellys. Obie wiążą się ze sobą na zasadzie starogreckiego rytuału, w myśl którego jedna osoba prosi drugą o opiekę i schronienie. Opiekun nie może zawieść zaufania podopiecznego, w innym przypadku poniesie straszliwe konsekwencje. Problem jest jednak taki, że Danielle ściga Batman, który chce pociągnąć ją do odpowiedzialności za popełnione przestępstwa. Dalsza część albumu to już dłuższa historia, w której polityka i dyplomacja mieszają się z knowaniami i grecką mitologią. Wonder Woman musi tu zmagać się między innymi z ludźmi, którzy chcą zdyskredytować jej poczynania i pokazać ją jako osobę, która wcale nie dba o dobro innych. To jednak tylko wierzchołek góry lodowej, bowiem przeciwności, z którymi będzie musiała radzić sobie bohaterka, pojawi się dużo więcej.

Małe kłamczuchy – Charlaine Harris

Bibliotekarka na tropie zbrodni już po raz dziewiąty

Jagoda Wochlik

Charlaine Harris jest znana przede wszystkim jako autorka serii o Sookie Stackhouse, na podstawie której HBO stworzyło serial „Czysta krew”. Jednakże na swoim koncie ma także serię o Aurorze Teagarden, bibliotekarce z Lawreceton, małego miasteczka w Georgii. Choć ósma część cyklu kończy się tak, jakby czytelnicy mieli pożegnać się z nią na zawsze , Aurora powraca z kolejnymi perypetiami, w dziewiątej już książce – „Małe kłamczuchy”.

Bohaterkę odnajdujemy niemal dokładnie w tym samym punkcie życia, w którym ją opuściliśmy. Od momentu zakończenia akcji poprzedniej książki mija zaledwie parę tygodni. Aurora zostaje żoną Robina Crusoe, autora kryminałów. Okazuje się także, że spodziewa się dziecka. Zaczyna snuć plany na przyszłość, gdy wraz z grupą nastolatków ginie jej brat, Philip. Aurora nie byłaby sobą, gdyby nie rozpoczęła poszukiwań na własną rękę.

W „Małych kłamczuchach” pojawiają się dobrze nam znani z poprzednich części bohaterowie. Przewinie się zatem pastor Scott i jego rodzina, przyjaciółki Aurory: Amina, Lizanne i Angel, kolega z biblioteki Perry i jego matka Sally. Dla wszystkich, którzy są wielbicielami cyklu, będzie to miłe spotkanie z dawnymi przyjaciółmi, w trakcie którego można się będzie dowiedzieć, co tam u nich słychać. Autorka przypomni nam też kilka faktów z życia swojej bohaterki, jak choćby śmierć jej bratowej Poppy czy odziedziczenie spadku po innej emerytowanej bibliotekarce. Jednakże powieść została skonstruowana tak, że nieznajomość poprzednich części zupełnie nie przeszkadza w lekturze.

Chłopaki Tom 4: Na nas już czas – Garth Ennis, Darick Robertson

Na terenie wroga

Marek Adamkiewicz

Recenzowanie kolejnych tomów danego cyklu wcale nie jest zadaniem łatwym, a gdy seria trzyma wyrównany poziom, jeszcze trudniej powiedzieć o niej coś odkrywczego. Właśnie taki problem mam z czwartą odsłoną znakomitych „Chłopaków” Gartha Ennisa i Daricka Robertsona. Już wcześniej autorzy pokazali, że doskonale czują się w zaproponowanej konwencji, a wraz z  następnymi zeszytami ich dobra twórcza forma nie tylko się nie kończy, ale umacnia. „Na nas już czas” stanowi tego świetny przykład.


Kolejna misja ekipy dowodzonej przez Billy’ego Rzeźnika dotyczy infiltracji jednej z superbohaterskich grup. Jako szpieg wytypowany zostaje Hughie, który pod ksywką Kobziarz ma wniknąć w szeregi G-Ludzi. Reszta składu działa z innej strony, Cycuś Glancuś podejmuje próbę dowiedzenia się, dlaczego jedna z członkiń G-Ludzi popełniła samobójstwo, a Rzeźnik odkrywa kilka ciekawych rzeczy na temat „supków”. Sprawy dynamicznie zmierzają do rozwiązania, które może mieć duży wpływ na inne grupy bohaterów i ich relacje z rządową korporacją Aero-American oraz samymi Chłopakami.

Zmyśl coś – Chuck Palahniuk

Terapia szokowa

Marcin Knyszyński

Postanowiłem zaburzyć nieco chronologię omawiania poszczególnych książek Palahniuka. Wydawnictwo Niebieska Studnia wydało ostatnio zbiór opowiadań zatytułowany „Zmyśl coś”. Ciekawość była silniejsza. „Dziennik” poczeka – przyjrzyjmy się krótkim formom autora „Kołysanki”. Czy i tu daje się poznać jako bezkompromisowy kontestator całkowicie zmerkantylizowanego, współczesnego stylu życia oraz wywołujący kontrowersje mizantrop?

Zdecydowanie tak. Opowiadania Palahniuka to małe literackie eksplozje, każde z nich to szturchaniec wymierzony czytelnikowi. Autor szturcha stylem, który w każdym opowiadaniu jest inny, charakterystyczny dla bohatera lub tematu przewodniego. W „Puk Puk” narratorem jest odpychający, niepotrafiący myśleć abstrakcyjnie amator chamskich dowcipów; w „Eleonorze” mamy nieco niezrozumiały chwyt polegający na zamianie niektórych słów na inne, podobnie brzmiące ale niemające nic wspólnego ze słowem właściwym; w „Tych sprawach” płyniemy strumieniem świadomości człowieka wspominającego tragiczną w skutkach próbę intymnego kontaktu w samochodzie; „Liturgia” ma formę okólnika ze spółdzielni mieszkaniowej, w którym przestrzega się mieszkańców przed zagrożeniem ze strony zwierząt wykopujących ludzkie szczątki; „Wyprawa” to opowiadanie grozy – pojawia się w nim wątek poszukiwania najstraszniejszego potwora na świecie.

Uncanny X-Men: Dobry, Zły, Inhuman – Brian Michael Bendis, Chris Bachalo, Kris Anka, Marco Rudy

W poszukiwaniu pomysłu

Maciej Rybicki

Muszę przyznać, że początek “Uncanny X-Men” pisanego przez Briana Michaela Bendisa zrobił na mnie całkiem spore wrażenie. Udanym zabiegiem była lekka zmiana perspektywy i zatopienie mutanckiej rzeczywistości w jeszcze głębszej szarości. W końcu sztandarowymi postaciami stali się człowiek, który dopiero zabił Charlesa Xaviera, jeden z największych przeciwników X-Men w ich historii czy też była Biała Królowa Hellfire Club.


Z czasem pojawiły się jednak nowe wątki, zbliżające najbardziej zasłużony z mutanckich projektów tak do „All-New X-Men”, jak i do „Wolverine i X-Men”. Niezwykle istotne dla ewolucji tytułu okazały się też wydarzenia „Bitwy Atomu”, wskutek których przeniesieni do naszych czasów oryginalni X-Men przeszli na stronę Cyclopsa. „Uncanny X-Men” pisane przez Bendisa wydawało się być serią, która miała też całkiem spore pretensje artystyczne. Z zaciekawieniem więc przyglądałem się temu, czy uda się ten charakter zachować.

Strony