Subiektywnie

Twierdzi Pereira – Pierre-Henry Gomont

Literatura to najprzyjemniejszy sposób ignorowania życia

Jagoda Wochlik

Wybrałam powyższy cytat na tytuł tej recenzji, gdyż jej autorem jest Bernard Soares, księgowy, który tak jak Pereira jest Portugalczykiem i mieszkańcem Lizbony. Na dodatek życie Pereiry, redaktora kulturalnego dodatku do gazety katolickiej, wydaje się wręcz wcieleniem tych słów. On także patrzył, ale nie chciał widzieć.

Zdarza się, choć rzadko, że biorę się za lekturę jakiejś pozycji, komiksu czy książki, niewiele albo zgoła nic nie wiedząc ani o autorze, ani o treści. W przypadku „Twierdzi Pereira” tak właśnie było. Nie podobał mi się rysunek na okładce, sugerujący, że wnętrze też mi się nie spodoba, nazwisko autora nic mi nie mówiło. Przeważył właściwie fakt, że komiks powstał na podstawie książki. Oczywiście mogła mieć fatalną fabułę, ale gdy coś powstaje na podstawie książki jest to dla mnie pewnego rodzaju wyznacznik, rekomendacja. Dopiero sięgając po komiksową wersję „Twierdzi Pereira”, dowiedziałam się, że autorem oryginału jest Antonio Tabucchi, włoski pisarz zafascynowany Portugalią, którego książki zostały wydane także w języku polskim. Co więcej, w 1996 roku na podstawie „Twierdzi Pereira” nakręcono także film. Czy mając taką podkładkę, można było spartaczyć?

Jest rok 1938. W Portugalii nasila się terror Salazara. Policja polityczna poczyna sobie coraz śmielej, zgarniając ludzi wprost z ulicy. W sąsiedniej Hiszpanii generał Franco także robi swoje. Włochy stają się coraz bardziej faszystowskie. W Lizbonie narasta atmosfera ogólnej niechęci i podejrzliwości. W takim świecie żyje redaktor Pereira, który aktualnie zajmuje się przekładaniem na portugalski opowiadania Balzaca. Pracuje w niezależnej katolickiej gazecie, która nie angażuje się w polityczne spory. Pewnego dnia, jadąc do pracy, Pereira czyta w pozostawionej w autobusie gazecie filozoficzne rozważania na temat śmierci. Postanawia skontaktować się z autorem artykułu i zaproponować mu pracę. Traf chce, że młody człowiek należy do grupy walczącej z reżimem.

KM/H – Mark Millar, Duncan Fegredo

Niebezpieczna prędkość

Marek Adamkiewicz

Mark Millar jest autorem, który doskonale wie, jak pisać rozrywkowe, pełne akcji opowieści. Można nawet powiedzieć, że szkocki scenarzysta specjalizuje się w tego rodzaju fabułach. Raz wychodzi mu lepiej („Czerwony Syn”, „Kick-Ass”), innym razem gorzej („Empress. Cesarzowa”), jednak praktycznie każdy kolejny komiks, który wychodzi spod jego pióra, charakteryzuje się wysokim tempem akcji i dużą efektownością. Niektórzy czytelnicy na ten stan rzeczy psioczą, narzekając, że Millar to tylko wyrobnik. Trochę racji w tych opiniach z pewnością jest, ja jednak dostrzegam w jego twórczości radość, która sprawia, że każdy kolejny tytuł ma w sobie coś interesującego. Podobnie jest z „KM/H”, lipcową nowością od Muchy.

Mieszkający w Detroit Roscoe nie jest aniołkiem. Ten młody mężczyzna utrzymuje się dzięki dilowaniu. Pracuje dla niejakiego Hala, który czerpie główne zyski z procederu. Pewnego dnia bohater ma pecha – transakcja, którą chce dopiąć, okazuje się ściemą, a kontrahent to w rzeczywistości policjant. Roscoe trafia do więzienia, gdzie przypadkowo natyka się na nowy, nieznany narkotyk, KM/H. Efekty jego zażycia przechodzą jego najśmielsze oczekiwania. Niesamowite przyspieszenie, którego doświadcza, umożliwia mu nie tylko ucieczkę z paki, ale czyni realnymi plany stania się bogaczem. By to osiągnąć, trzeba jednak nagiąć ponownie prawo i wejść na złodziejską ścieżkę.

Słodkich snów – Charlaine Harris

Słodkich snów

Jagoda Wochlik

Charlaine Harris jest dość popularna w Polsce. Jej nazwisko kojarzy się głównie z cyklem o Sookie Stackhouse i powstałym na jego podstawie serialem HBO, „Czysta krew”. Jednakże to nie jedyne pozycje jej autorstwa, które dostępne są po polsku. Wielbiciele jej pisarstwa mogą bowiem sięgnąć także po cykle kryminalne – o Lily Bard, Harper Connelly i Aurorze Teagarden. Ten ostatni ukazuje się nakładem Repliki, a wydane niedawno „Słodkich snów” jest jego dziesiątą odsłoną.

Aurora właśnie została matką. Jej mąż wyjeżdża na weekend, gdyż musi uczestniczyć w gali rozdania naród kryminalnych, bowiem otrzymał nominację w jednej z kategorii. Kobieta jest sama, z małym dzieckiem i poważną grypą na karku. Do pomocy ma jednak młodszego brata i przychodzącą na nocki nianię. Jednakże pewnej nocy niania znika, a obudzona płaczem dziecka Aurora, odnajduje w ogrodzie zwłoki obcej kobiety.

Cykl o Aurorze Teagarden, bibliotekarce z małego miasteczka nieopodal Atlanty, nigdy nie stał na jakimś bardzo wysokim poziomie. Zawsze były to raczej historie obyczajowe z wątkiem kryminalnym i romansowym oraz humorystycznymi wstawkami z życia biblioteki. Raz lepiej, raz gorzej (w przypadku części dziewiątej – „Małych kłamczuch” – nawet bardzo źle). Na szczęście przy „Słodkich snów” obserwujemy tendencję zwyżkową. Choć intrygi kryminalnej tu prawie nie ma, a zagadkę Aurora rozwiązuje zaledwie przy okazji swoich różnych życiowych zawirowań, nie znajdziemy też takich absurdów, jak w przypadku wspomnianych już „Małych kłamczuch”. Brak zarówno rozbudowanej intrygi kryminalnej, jak i większych głupot fabularnych, więc można uznać, że równowaga w przyrodzie została zachowana.

Europa Jesienią – Dave Hutchinson

Najpierw powoli, jak żółw ociężale, ruszyła maszyna po szynach ospale...

Marek Ścieszek

Nie mogły pozostawić mnie obojętnym szumne zapowiedzi, intrygujący opis na stronie wydawcy, uznanie twórców, takich jak Adrian Tchaikovsky, oraz ludzi z British Science Fiction Association, którzy przyznali jej tytuł najlepszej powieści SF w 2016 roku, a także nominowali do nagrody imienia Arthura C. Clarka. Czy pierwszy tom trylogii Dave'a Hutchinsona spełnił pokładane w nim nadzieje? I tak, i nie. Od pierwszej do ostatniej strony czułem się tak, jakbym czytał zbeletryzowaną wersję „Lokomotywy” Juliana Tuwima. Szczególnie, iż znaczącą rolę pełni tutaj pewna linia kolejowa. Co oznacza, że na początku było ociężale, momentami ospale, ale gdy maszyna już nabrała prędkości, w uszach zaczął mi gwizdać wiatr pędzącej opowieści.

„Europa Jesienią” zaczyna się awanturą w krakowskiej restauracji. W jej trakcie poznajemy Rudiego, Estończyka-poliglotę, niezwykle uzdolnionego kucharza w tymże lokalu. Dowiadujemy się, że byłby z niego świetny materiał na bohatera. Akcja chwilowo stoi na stacji, mimo wyraźnych starań pewnej grupki Węgrów aby coś się jednak zaczęło dziać i to już na samym początku. Niemniej Rudi zostaje zauważony i już wkrótce zakończy się jego kariera kucharza, zacznie zaś – kuriera. Staje się tak dlatego, że instytucją, która dojrzała Estończyka, jest tajemnicza Les Coureurs. W jakiej scenerii przychodzi mu pracować? Otóż Europa wygląda inaczej niż ta, którą znamy. Pandemia oraz seria kryzysów gospodarczych sprawiły, że rozsypała się jak domek z kart na niezliczoną ilość państw i państewek, czasami tak małych, że obejmowały kwartał miejski. Niekiedy tak absurdalnych jak park krajobrazowy lub wspomniana linia kolejowa. Kurier ma tu pole do popisu, zwłaszcza taki pracujący dla, zdawać by się mogło, jedynej organizacji, która znalazła patent na swobodne poruszanie się w tym obłędnym tańcu kontroli granicznych, wszechobecnych gier wywiadów i lokalnych wojenek.

Hawkeye – L.A. Woman – Matt Fraction, Annie Wu, Javier Pulido

Jak Hawkeye zdobywała Dziki Zachód

Maciej Rybicki

Jakoś tak przywykliśmy, że gdy słyszymy – Hawkeye – od razu do głowy przychodzi nam Clint Barton. A przecież już od jakiegoś czasu w uniwersum Domu Pomysłów mamy dwoje bohaterów posługujących się tym pseudonimem! Drugim jest oczywiście Kate Bishop, znana z kart „Young Avengers”. Jednym z czynników, który przyczynił się do ogromnego sukcesu „Hawkeye” Matta Fractiona był właśnie fakt sparowania ze sobą obu wcieleń marvelowskiego łucznika. I tak Clint i Kate zamieszkali razem, razem pakując się też w rozmaite tarapaty. Przyszedł jednak czas, by tę dwójkę rozdzielić i zobaczyć, jak dają sobie radę osobno.

W tym miejscu Marvel funduje nam mały eksperyment, gdyż w wydaniu zbiorczym znalazł się… co drugi numer serii zeszytowej. Powód jest bardzo prosty – w ich przypadku poszczególne numery poświęcone były naprzemiennie Kate i Clintowi. I o ile miesięcznikowi dodawało to pewnego uroku, o tyle w przypadku wydań zbiorczych zachowanie podobnej, rwanej narracji byłoby raczej irytujące. Stąd też decyzja o rozdzieleniu wątków i poświęceniu im osobnych trejdów. „L.A. Woman” – bo taki tytuł nosi trzeci tom serii Fractiona – przedstawia wyprawę panny Bishop na Zachodnie Wybrzeże, a dokładniej do Los Angeles. Jak się jednak okazuje, życie w Złotym Stanie bynajmniej nie jest łatwe. Po pierwsze dochodzi do konfliktu młodej Hawkeye z rodziną, wskutek czego Kate zostaje bez grosza przy duszy i musi szukać sobie zajęcia. Po drugie zaś na tropie naszej bohaterki jest Madame Masque. Panie mają ze sobą pewne porachunki a liderka Maggii za wszelką cenę próbuje wziąć odwet na Bishop. Fraction bardzo umiejętnie wraca do wcześniejszych zeszytów swojej serii, łączy tu ze sobą różne wątki, tworząc spójny fabularnie tytuł.

W mocy wichru – Agnieszka Hałas

W mocy wichru

Jagoda Wochlik

Pierwszy raz o Agnieszce Hałas usłyszałam, gdy w 2011 roku, nakładem nieistniejącego już wydawnictwa Ifryt, wyszła pierwsza część jej cyklu „Teatr węży” – „Dwie karty”. Pamiętam, że szeroko komentowano wtedy tę powieść, uznając autorkę za nadzieję młodej polskiej fantastyki. Wydawało mi się, że musiała napisać coś naprawdę dobrego, jednak z samą książką nie udało mi się w tamtym czasie zapoznać. Następne dwie odsłony cyklu, „Pośród cieni” i „W mocy wichru”, wydane zostały w formie e-booków w oficynie RW2010. Dopiero niedawno przejął je i ponownie wydał, tym razem już w tradycyjnej formie, Rebis, który wydaje się być gwarantem jakości i raczej nie wypuszcza na rynek bubli. Na dodatek serię Agnieszki Hałas polecał Robert M. Wegner. Nie mając świadomości, że „W mocy wichru” jest kolejną odsłoną cyklu i nie znając wcześniej twórczości pisarki, postanowiłam się czym prędzej z nią zapoznać.

Bogowie, którzy niegdyś rządzili światem, opuścili go. Zostawili jednak ludziom swoje dary. Ci, u których się one przebudzą, nazywani żmijami, muszą się ukrywać, gdyż nie są akceptowani przez resztę społeczeństwa. Jednym z nich jest Krzyczący w Ciemności. Poznajemy go, gdy zostaje sekundantem swojej znajomej, innej żmijki, Marshii. W ten sposób spotyka Anavri, która niebawem zostaje jego uczennicą. Krzyczący stara się także odkryć tajemnicę swojej przeszłości. Tymczasem w jednym z miast w niewyjaśnionych okolicznościach zaczynają ginąć prostytutki. Czując, że może to mieć związek z jego własnym śledztwem, żmij zaczyna przyglądać się sprawie.

Głębia. Tom 3: Wybrzeże Gasnącego Światła – Rick Remender, Greg Tocchini, Dave McCaig

Królowe dramy

Maciej Rybicki

Ciężkie czasy nastały. Bardzo ciężkie. „Komiksów jak mrówków”, można by rzec. I to nie tylko jakieś tam Marvele, DC czy frankofony, ale także solidne produkcje mniejszych graczy zza Oceanu. W tym bogactwie każdy znajdzie coś dla siebie. Wiadomo, fani trykotów mają najlepiej (czytaj: najgorzej, nie da się bowiem ogarnąć tego bogactwa, trzeba więc wybierać), ale nie brakuje też tytułów science-fiction czy postapokaliptycznych. Jednym z ciekawszych jest właśnie „Głębia” – seria Ricka Remendera i Grega Tocchiniego przybliżająca nam rodzinne perypetie w chylącym się ku upadkowi świecie, w którym ludzkość musiała skryć się pod powierzchniami oceanów. „Wybrzeże Gasnącego Światła” to już trzeci tom tego komiksu, po raz kolejny przynoszący dość istotne urozmaicenie świata przedstawionego.

Omawiając dwie wcześniejsze odsłony „Głębi”, zwracałem uwagę, że Remender stworzył niezwykle intrygujący świat przedstawiony. Klasycznie postapokaliptyczny setting z rozproszonymi społecznościami przetrwańców walczącymi o zasoby i możliwość kontynuowania swojej egzystencji został w tym przypadku przeniesiony w podmorskie otchłanie. Amerykański scenarzysta przywołał tu znane i lubiane motywy – kulturowe podziały, kluczową rolę dostępu do technologii, piratów czy postępującą dekadencję zamkniętych grup. Dzięki temu świat przedstawiony jawił się jako niezwykle kolorowy i urozmaicony. Trzeci tom serii kontynuuje ten trend – tym razem zabierając czytelników na powierzchnię i pokazując, czy możliwe było życie na niej. Jak nietrudno się domyślić, jest barwnie, a czasem także i zaskakująco.

Rapp. Zaginione dzienniki Tesli – Jeff Smith

Rapp. Zaginione dzienniki Tesli

Jagoda Wochlik

By wydawać swoje komiksy, w 1990 roku Jeff Smith założył firmę. Nazwał ją Cartoon Books. Jednak poświęcał zbyt wiele czasu sprawom administracyjnym, dlatego namówił swoją żonę, pracującą na  lukratywnej posadzie w Dolinie Krzemowej, by ją rzuciła i zajęła się papierami, tak, by on mógł już tylko tworzyć. Dzięki temu dziś pięćdziesięcioośmioletni Jeff Smith jest posiadaczem dziesięciu nagród Eisnera i jedenastu nagród Harweya. W maju, nakładem wydawnictwa Egmont, ukazał się w Polsce jego „Rapp. Zaginione dzienniki Tesli”.

Robb wraz z przyjaciółmi, Milesem i Mayą, pracuje dla wojska nad projektami związanymi z dokonaniami Nikoli Tesli. Równolegle zajmuje się własnym przedsięwzięciem, skafandrami teleportacyjnymi, które pozwalają mu podróżować między równoległymi wszechświatami. W ten sposób odkrywa, że pobór energii w jednym z nich niekorzystnie wpływa na inne. Z tego powodu wycofuje się z projektu tworzonego z przyjaciółmi. Rozpoczyna życie jako złodziej dzieł sztuki. Szybko jednak okazuje się, że przeszłość postanowiła się o niego upomnieć.

„Rapp” (skrót od stwierdzenia „Romantyczna afera z prędkością ponaddźwiękową”, jak określana jest w komiksie cała ta opowieść) to seria zeszytów, która ukazywała się od 2008 do 2012 roku. W przeciwieństwie do wcześniejszych prac autora jest skierowana do dorosłych. W „Rappie” bywa brutalnie (choć bez przesady), bywa erotycznie (choć nie wulgarnie). To historia łącząca w sobie elementy sensacji, science fiction i starej, dobrej historii o złym wojsku, pragnącym wykorzystać wynalazki naukowe do niewłaściwych celów. Postaci są tu raczej naszkicowane grubymi kreskami – sympatyczny łotrzyk, femme fatale, dziewczyna z sąsiedztwa, zdradzony przyjaciel pragnący zemsty i ten zły o nie do końca jasnych motywacjach i jeszcze bardziej mętnej psychice. Taki, który jest zły, bo jest zły.

Transmetropolitan. Tom 2 – Warren Ellis, Darick Robertson

Z nienawiści do wszystkiego

Marcin Knyszyński

Warren Ellis powiedział kiedyś, że komiks to takie medium, które nie może służyć tylko rozrywce. Musi również wyrażać poglądy autora. Drugi tom „Transmetropolitan” jest tego wzorowym przykładem. Na pierwszy plan wysuwa się tu zagadnienie dziennikarstwa i polityki. Pająk Jeruzalem, główny bohater komiksu, pokazuje jakie powinny być podstawowe powinności dziennikarza oraz dowiaduje się, że „polityka jest jak opryszczka…”.

Kontrowersyjny, lekko szalony, wiecznie naćpany i nienawidzący świata dziennikarz, żyjący w cyberpunkowym świecie przyszłości, to centralna postać całej serii. Po dość luźno powiązanych ze sobą perypetiach z pierwszego tomu teraz wplątany zostaje w dużą historię, która stanowi oś fabuły kolejnej części serii. Pająk Jeruzalem nadal pracuje dla „Worda”, gazety, w której ma swoją stałą rubrykę. Właśnie zaczyna się kampania prezydencka i przeciwko obecnemu prezydentowi, nazywanemu „Bestią” będzie startował kandydat partii opozycyjnej. Pająk wie, że polityka śmierdzi – w końcu to właśnie książki o polityce i niechciana popularność, jaką mu przyniosły, zmusiły go do ucieczki w leśne ostępy, gdzie zastaliśmy go na samym początku pierwszego odcinka. Niestety redaktor naczelny wydaje mu jasne polecenie – ma pisać o prawyborach, które wyłonią oponenta Bestii.

Moja kuzynka Rachela – Daphne du Maurier

W czyją prawdę uwierzysz?

Jagoda Wochlik

Daphne du Maurier przeszła do historii jako autorka tekstów przeniesionych na ekran kinowy przez Alfreda Hitchcocka. Dziś „Ptaki” i „Rebeka” maja już status kultowych. Jednakże sama du Maurier ich nie lubiła i uważała, że Hitchcock źle przekazał jej historie. Kolejną książką, która doczekała się ekranizacji, jednak już nie przez angielskiego reżysera, była „Moja kuzynka Rachela”. Jej przekładu na język filmu po raz pierwszy podjął się Henry Koster w 1952 roku, później był miniserial z 1983 roku. Historię Racheli i Filipa postanowił nam w 2017 roku przypomnieć Roger Mitchell. W jego wersji w główne role wcielili się Rachel Waisz i Sam Claflin. W 2018 roku doczekaliśmy się wznowienia powieści, dzięki wydawnictwu Albatros.

Filip wszystko, czego potrzebuje do szczęścia, odnajduje we własnym domu, który dzieli ze swoim krewnym, Ambrożym. Ten jednak, zawsze gdy w Kornwalii panuje czas ulewnych deszczy, ze względu na reumatyzm wyjeżdża do Włoch. Podczas jednej z takich wizyt poznaje daleką kuzynkę ich obu, Rachelę. Wkrótce przychodzi wieść, że pojął ją za żonę. Nie mija dużo czasu, gdy zaczynają napływać niepokojące wiadomości. Ambroży błaga Filipa, by przybył go ratować. Ten jedzie do Włoch, ale jest już za późno. Na miejscu dowiaduje się o śmierci krewnego. Mija się też z Rachelą, która postanawia odwiedzić strony zamieszkiwane przez zmarłego męża i zawiadamia Filipa go o swoim przyjeździe do Kornwalii.

Strony