Subiektywnie

Descender. Tom 3. Osobliwości – Jeff Lemire, Dustin Nguyen

Retrospektywnie

Maciej Rybicki

Gdyby popatrzeć na rankingi komiksowej popularności np. pod kątem liczby publikowanych w danej chwili tytułów z nazwiskiem danego autora na okładce, nietrudno dojść do wniosku, że polski rynek zawojował Jeff Lemire. I choć wśród pisanych przez niego tytułów znajdują się takie ciut lepsze i takie nieco gorsze, to Kanadyjczyk przyzwyczaił nas, że poniżej pewnego poziomu po prostu nie schodzi. Jedną z lepszych serii, które wyszły spod jego pióra, jest „Descender” – epicka space opera nawiązująca pewnymi wątkami do twórczości Isaaca Asimova. Dzięki Mucha Comics polscy czytelnicy dostali właśnie do ręki trzeci tom tego znakomicie przyjętego tytułu.

Nienawidzę Baśniowa tom 2. Fujowy żywot – Skottie Young

Nienawidzę Baśniowa. Fujowy żywot

Jagoda Wochlik

Skottie Young jest scenarzystą i ilustratorem komiksowym. Pracował do tej pory przy takich seriach jak „Rocket Raccoon”, „Wizard of Oz” oraz „New X-men”. W styczniu, nakładem wydawnictwa Non Stop Comics, ukazał się drugi tom jego autorskiej serii „Nienawidzę Baśniowa”. Zeszyt zawiera numery od 6 do 10.

Gertrude pokonała królową Chmurię i zajęła jej miejsce. Jednak królowanie zupełnie jej nie służy. Co więcej ewidentnie nie służy także jej poddanym. Gertrude szybko traci tron i powraca do swojego głównego zajęcia w Baśniowie – poszukiwania drogi do domu.

„Nienawidzę Baśniowa” to jedyne w swoim rodzaju zderzenie kolorystyki i stylistyki rodem ze świata disnejowskich księżniczek i małych kucyków z krwią, potem i rozczłonkowanymi ciałami. A wszystko to obficie podlane wisielczym, czarnym humorem. W opowieści Skottiego Younga nie ma świętości. Autor natrząsa się ze wszystkich i wszystkiego. Ośmiesza „Grę o tron” i „Władcę Pierścieni”. Zabawia się motywem podróży w czasie. Gertrude na początku swojej wędrówki była niczym Alicja w Krainie Czarów. Malutka dziewczynka zachwycona wszystkim dookoła. Dwadzieścia siedem lat później jest zgorzkniała, świetnie włada przekleństwami i w żaden sposób nie potrafi odnaleźć drogi do domu.

Zderzenie kiczowatych i kolorowych rysunków z latającymi wszędzie odciętymi kończynami jest piorunujące i nie wszystkim będzie się podobać. Mnie początkowo odpychało i bardzo raziło. W drugim tomie Young jeszcze bardziej bawi się stylistykami. W zeszycie, w którym Gertrude i jej pomocnik trafiają do growego automatu, wszystko narysowane jest w stylu japońskich anime i mang. Dopiero tutaj naprawdę ujawnia się kunszt autora i fakt, jak bardzo przemyślana jest to historia. Young wie doskonale nie tylko co, ale i w jaki sposób chce nam opowiedzieć.

Rok w ogrodzie – Dan Pearson

Rośliny to życie

Anna Szumacher

Stwierdzenie, że rośliny to życie nie jest specjalną przesadą, jednak tutaj pominiemy takie drobiazgi jak produkcja tlenu, walory spożywcze czy to, że „bez roślin planeta byłaby wielką pustynią”. Skupimy się na pasji. Na miłości do roślin jako źródła doznań estetycznych. Krótko mówiąc – na ogrodach.

„Rok w ogrodzie” nie jest łatwą książką do zrecenzowania. Nie ma tu fabuły ani postaci, które można by ocenić. Najkrócej mówiąc, to poradnik ogrodniczy w formie pamiętnika twórcy ogrodów. Pamiętnika składającego się z zestawu kilkudziesięciu artykuło-felietonów obejmujących tytułowy rok w ogrodzie, czyli czas od stycznia do grudnia. Przyznam, że zmyliły mnie nieco zapowiedzi wydawnicze, bo sięgnęłam po tę pozycję złapana na „ogród George’a Harrisona”, jednego z Beatlesów. Ten temat nie zajmuje jednak wiele miejsca w książce i choć po lekturze spodziewałam się czegoś innego, jednak ostatecznie nie mogę zaprzeczyć, iż jest to rzecz fascynująca. Miejscami trudna i niezrozumiała, miejscami uspokajająca i poetyczna. Tak, to dosyć dziwne połączenie. A może nie?

Daredevil. Tom 1 – Frank Miller i inni

Prawdziwy klasyk

Maciej Rybicki

W serii „Klasyka Marvela” Egmont prezentował dotąd głównie komiksy nie starsze niż 20 lat, sporadycznie tylko odwołując się do ich  bogatej historii. Na fali popularności Daredevila największy polski wydawca postanowił sięgnąć do komiksów, które w znacznym stopniu rozsławiły Człowieka, Który Nie Zna Strachu – zeszytów „Daredevila”, które wyszły spod ręki legendarnego Franka Millera. Były one też niezwykle istotne dla twórczego rozwoju i budowania marki samego autora.

Co ciekawe, zawartość tego tomu została już w Polsce wydana w ramach Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela. Edycja Egmontu przynosi nam jednak nowe, moim zdaniem znacznie lepsze tłumaczenie Marcelego Szpaka. Poza tym zawartość jest zasadniczo niezmieniona. Dostajemy dziewięć zeszytów narysowanych przez przyszłego autora „Sin City”, z czego w dwóch był on także współtwórcą scenariusza. Warto bowiem pamiętać, że choć obecnie o Millerze myśli się głównie jako o scenarzyście, zaczynał jako „jedynie” rysownik. Pierwszy tom kolekcji przedstawia jego początki, czas gdy dopiero tworzył się niezwykle charakterystyczny styl Amerykanina. Kto jednak szukałby w tym albumie szkiców w stylu „Powrotu Mrocznego Rycerza” może się bardzo zdziwić. Gdy Miller wypływał na szerokie wody, branża komiksowa wyglądała zupełnie inaczej, twórcy zaś, chyba nawet bardziej niż współcześnie, byli głównie wyrobnikami tworzącymi taśmowe produkcje wedle utartych schematów. Rysownicy rzadko mieli okazję popisać się oryginalnością – stad też często można odnieść wrażenie, że wiele komiksów z tamtego okresu cechuje wyraźne podobieństwo. Tak jest również w przypadku omawianego albumu… a przynajmniej do pewnego stopnia. Niewątpliwie jeśli chodzi o ilość tekstu, sposób pisania dialogów czy ogólnie warstwę fabularną, jest to dość typowy wytwór swoich czasów. Niezły, ale niespecjalnie wyjątkowy.

Astonishing X-Men. Tom 2 – Joss Whedon, John Cassaday

Z życia mutantów

Marek Adamkiewicz

Ostatnie dwa albumy z przygodami X-Menów, które ukazały się w Polsce („Przystań X” i opowieść o upadku Imperium Shi'Ar), to niestety kiepskie jakościowo tytuły, które raczej nie spodobają się nikomu poza wytrwałymi fanami mutantów. Mimo zaangażowania w projekty bardzo uznanych scenarzystów (Lemire i Brubaker), efekt finalny w obu przypadkach okazał się rozczarowujący. Nadzieją na przerwanie tej kiepskiej passy było wydanie drugiego tomu „Astonishing X-Men” autorstwa Jossa Whedona. Pierwsza odsłona okazała się udaną rozrywką, dlatego teraz, gdy na księgarskich półkach wylądował tom numer dwa, można było oczekiwać wiele.

Końcówka pierwszego tomu zostawiła bohaterów w dość ciekawym położeniu. Emma Frost, do której motywacji można było mieć kilka wątpliwości, tylko pogłębiła nieufność towarzyszy, gdy wyszło na jaw, że współpracuje z inną grupą, której cele niekoniecznie są zbieżne z tymi które przyświecają X-Men. Gdy dochodzi do konfrontacji, okazuje się, że sprawy są bardziej skomplikowane, niż można się było spodziewać. W dodatku bohaterowie muszą wyruszyć na Breakworld, gdzie zmierzą się z potężnym wrogiem. Problem w tym, że to sami mutanci mogą być zagrożeniem dla obcych, bo wedle proroctwa jeden z X-Men ma zniszczyć ich świat, to zaś motywuje miejscowe siły zbrojne do walki do upadłego.

Podczas lektury widać wyraźnie, że dla Jossa Whedona niezwykle istotnym elementem będzie wiarygodna kreacja protagonistów. Odpowiednia motywacja kolejnych postaci jest często kluczem do sukcesu i trzeba przyznać, że reżyserowi pierwszych „Avengersów” udało się osiągnąć zadowalający efekt. Szczególnie dobrze prezentuje się zwłaszcza Emma Frost, która choć zwyczajowo zdystansowana, przeżywa wewnętrzne rozterki, co zostało świetnie uchwycone przez autora. Co więcej, Whedon bardzo dobrze pokazał działanie telepatii, którą włada bohaterka – to nie są efektowne sztuczki, typowe dla Jedi, ale prawdziwa i skomplikowana sztuka wpływania na umysły innych postaci, co przedstawiono w naprawdę ciekawy sposób.

The Goon. Kolekcja, tom 1 – Eric Powell

Zombie, śmiech i mordobicie

Maciej Rybicki

Jakoś tak mi się zrobiło na starość, że z coraz większym dystansem podchodzę do wszelkiej maści grozy i horroru. Ot, po prostu coraz częściej drażni mnie swoją (zwykle niezamierzoną) pretensjonalnością lub też skłonnością do bezrefleksyjnego sięgania po swoje kampowe odmiany. A niestety, ale w pulpę i kamp to „trzeba umić”. Natomiast raz na jakiś czas trafiają się perełki, które pokazują, że przy odpowiednio lekkim podejściu do tematu, humorze, autoironii (a zatem koniecznej tu samoświadomości) i pewnej bezkompromisowości, możemy dostać rzeczy naprawdę znakomite. Na niwie komiksu przykładem tego typu fenomenalnego dzieła może być choćby „Hellboy” Mike’a Mignoli. Ale, ale… wcale nie tak daleko plasuje się inna pozycja wydawana ostatnimi czasy przez Dark Horse. „The Goon” Erica Powella (bo o nim mowa) był od jakiegoś czasu na mojej liście czytelniczych wyrzutów sumienia (czytaj: zaległości). Dzięki nowej, wspaniale prezentującej się edycji Non Stop Comics pojawiła się więc okazja, by tę zaległość nadrobić.

Kick-Ass. Tom 1 – Mark Millar, John Romita Jr.

Kto pilnuje znudzonych geeków?

Marcin Knyszyński

Pierwszy zbiorczy tom „Kick-Ass”, z okładką lekko zmienioną w stosunku do pierwszego wydania sprzed sześciu lat, pojawił się właśnie w sprzedaży. Ośmioodcinkowe dzieło Marka Millara i Johna Romity jr. od początku reklamowane było jako „najlepszy komiks o superbohaterach wszech czasów” – i chociaż dobrze wiemy, że to tylko marketingowy slogan, to i tak gratulujemy wydawnictwu Mucha Comics świetnego wyboru. Podobnie jak rewelacyjny „Invincible” Roberta Kirkmana (inny, również „najlepszy”) jest komiksem nie tylko od geeka dla geeków, ale dla wszystkich – ponieważ według głównego bohatera „wszyscy, w jakimś momencie naszego życia, chcieliśmy zostać superbohaterami”.

„Kick-Ass” zaczyna się prawie jak „Fight Club” Chucka Palahniuka. Narrator, szesnastoletni Dave Lizewski, siedzi posiniaczony i zakrwawiony na krześle z akumulatorem przypiętym do najwrażliwszych miejsc ciała (tak, dobrze się domyślacie do jakich), a wokół niego stoi zgraja najgorszych zbirów na świecie. I, tak samo jak główny bohater wspomnianej powieści, zabiera nas w przeszłość, do momentu „gdy to wszystko się zaczęło”.

Dave, podobnie jak jego kumple, uwielbia komiksy o superbohaterach. Jest przeciętnym do bólu uczniem liceum, skrycie podkochującym się w dziewczynie z klasy i mieszkającym z wychowującym go samotnie ojcem-wdowcem. Nie należy ani do „tych popularnych dzieciaków”, ani do „przegrańców”. Jedna myśl nie daje mu spokoju – jakby to było, gdyby wcisnąć się w jakiś obcisły, kolorowy trykot oraz wzorem Batmana patrolować miasto i prać przestępców po gębach. Według filozofii Dave’a nie trzeba być przybyszem z kosmosu, niewyobrażalnie bogatym playboyem dotkniętym traumą z dzieciństwa czy chłopakiem ugryzionym przez jakieś radioaktywne paskudztwo. Wystarczy samotność, przerażająca rutyna, nijakość rzeczywistości, obezwładniająca nuda i fantazja niemająca nawet najmniejszego punktu stycznego z realnym światem.

Magia wskrzesza - Ilona Andrews

Magia wskrzesza

Jagoda Wochlik

„Magia wskrzesza” to szósty tom przygód Kate Daniels, młodej kobiety, która żyje w świecie pełnym magii. Jej autorzy to małżeństwo ukrywające się pod pseudonimem Ilona Andrews. Są twórcami dwóch bardzo poczytnych serii urban fantasy – wspomnianej już serii o Kate Daniels oraz serii „Na krawędzi”.

Kate żyje w Twierdzy u boku Władcy Bestii. Zmiennokształtni pogodzili się już z faktem, że jest Małżonką i nikt nie próbuje podważać jej pozycji. Jednak problemy Kate nigdy się nie kończą. Tym razem musi dowiedzieć się, skąd wziąć panaceum, lek, który chroni nastoletnich zmiennokształtnych przez zmianą w krwiożercze potwory. Nieoczekiwanie Gromada otrzymuje możliwość zdobycia specyfiku. W tym celu Kate i Curran muszą wybrać się do Europy i wystąpić w roli rozjemców między trzema zwaśnionymi klanami zmiennokształtnych.

Niegdyś byłam zagorzałą fanką Kate Daniels. Było to jednak, nie przymierzając, dekadę temu. Teraz muszę przyznać, że nieco wyrosłam z jej przygód i  widzę wszystkie schematy rządzące tymi historiami oraz ich powtarzalność. Z drugiej strony dla miłośnika literatury popularnej będą to książki, które dostarczą masę frajdy. Mamy tu bowiem świetnie wykreowany świat. Magia uderzyła, przewracając całą rzeczywistość do góry nogami. Pojawili się zmiennokształtni, wampiry, a niektórzy ludzie zyskali niezwykłe moce. Fabuła w książkach o Kate Daniels stoi na całkiem niezłym poziomie. Mamy tu trochę tajemnicy, dużo scen akcji i bijatyk, trochę erotyki, nieco zabawy mitologią z różnych stron świata. Na dodatek wszystko to jest napisane w sposób zajmujący i więcej niż poprawny. Akcja nawet na moment nie zwalnia, nie pozwalając się nudzić. W nowym tomie pojawia się też sporo wątków obyczajowych, bowiem Kate zaczyna rozmyślać o małżeństwie i  dzieciach.

Pustynny snajper – Ed Nash

Na Bliskim Wschodzie bez zmian

Hubert Przybylski

Pewnie część z Was nie pamięta lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku i sytuacji, jaka zaistniała na Bałkanach po rozwiązaniu Jugosławii. W wielkim skrócie powiem tylko, że nagromadzone przez lata animozje na tle przynależności religijnej, kulturowej i narodowej nagle wybuchły i doprowadziły do serii konfliktów, których poziom okrucieństwa dorównywał temu z drugiej wojny światowej*. Tyle że to, co stało się w Kotle Bałkańskim, to i tak pikuś w porównaniu z sytuacją, jaką mamy na Bliskim Wschodzie, zwłaszcza na terenach zamieszkałych przez Kurdów. W ten właśnie pieprznik wdepnął nasz dzisiejszy bohater, Ed Nash, który swoje wspomnienia z okresu walki z kalifatem opisał w książce „Pustynny snajper. Jak zwykły Angol poszedł na wojnę z ISIS”.

No bo co Nash, zanim wybrał się na tę wojnę, mógł wiedzieć o tamtejszych okolicznościach przyrody**? Tyle, ile w telewizji powiedzieli. A telewizje, reżimowe lub nie, mówią tylko to, że dzielni Kurdowie, zamieszkujący tereny u zbiegu Turcji, Syrii, Iraku i Iranu (z grubsza), próbują od lat uzyskać niepodległość i że wykorzystują zaistniałą sytuację (bunt części Syrii przeciw reżimowi Baszara al-Asada, upadek Saddama Husajna w Iraku oraz powstanie kalifatu ISIS), aby to przyspieszyć. Ale żadna telewizja nie dodała, że ci sami Kurdowie są podzieleni ze względów politycznych, religijnych, terytorialnych, plemiennych i ideologicznych i jeszcze kilkanaście lat temu walczyli między sobą równie zaciekle, jak teraz walczą z ISIS czy al-Asadem***. Zresztą oni nadal potrafią walczyć między sobą, mimo że dużo groźniejsi wrogowie są tuż obok, za płotem czy miedzą****. Media nie mówią też nic o tym, że nie tylko Rosja czy Chiny dostarczały broń ISIS, ale robiła to także będąca w NATO Turcja, największy bliskowschodni wróg Kurdów wspieranych przez założycieli NATO: USA, Wielką Brytanię czy choćby Francję. Choć w sumie to Francja raz była w NATO, raz nie, więc do końca nie wiadomo, co siedzi w głowach ludzi, którzy wymyślili czołgi mające trzy biegi do tyłu i jeden do przodu.

Studio Tańca tom 2 – Beka, Crip

Studio Tańca

Jagoda Wochlik

„Studio Tańca” to drugi tom serii dla dzieci, która zawojowała Francję. W Polsce ukazuje się ona nakładem Egmontu i stanowi część cyklu wydawniczego „Komiksy są super”, który ma zachęcić młodszego czytelnika (a może i rodzica, który często bywa pośrednikiem między dzieckiem a książką) do zapoznania się z tym rodzajem kultury. Oprócz „Studia” w ramach „Komiksy są super” ukazują się: „Lou!” i „Ernst i Rebecka”.

Za „Studio Tańca” opowiada duet scenarzystów – Bertrand Escaich i Caroline Roque, a rysunki wykonał Christophe Piron. Drugi tom zawiera zbiór albumów 4–6. „Studio Tańca” okazało się we Francji prawdziwym wydawniczym hitem i sprzedało się w milionie egzemplarzy. Czy rzeczywiście komiks jest aż tak dobry i może spodobać się polskiemu odbiorcy?

W drugim tomie swoich przygód Julka, Lusia i Alia wezmą udział w konkursie w Paryżu, zostaną zaproszone na staż do słynnej rosyjskiej szkoły baletowej oraz spróbują własnych sił w nowych rolach, wystawiając napisany przez siebie balet. Oprócz tego otrzymamy zabawne przebitki z ich domów rodzinnych i ze szkoły. Natomiast do grona nauczycieli dołączą nowe, ciekawe postaci.

Komiks w zasadzie trzyma poziom pierwszego tomu. Mamy tu do czynienia właściwie z krótkimi jedno-dwustronicowymi historyjkami. Łatwymi do czytania dla dzieci, które szybko się nudzą. Ot, mogą poznać dwie, trzy fabułki, odłożyć komiks i wrócić do niego następnego dnia. Co prawda bywa, że poszczególne opowiastki odnoszą się do siebie, ale można je też czytać pojedynczo, a komiks zupełnie na tym nie ucierpi. Podobnie jak w poprzednim tomie, seria utrzymana jest w pogodnym duchu. Również miłośnicy historii o tańcu znajdą tu coś dla siebie, bo dominują historie dotyczące szkoły baletowej. Przy okazji można się też co nieco dowiedzieć o tańcu klasycznym.

Strony