Subiektywnie

Poważnie zabawne, nieskończenie cytowalne – Terry Pratchett

Mała rzecz, a cieszy

Anna Szumacher

Kiedy kurier wręczył mi paczkę z recenzowaną poniżej książką, miałam poważne wątpliwości, czy coś w ogóle jest w środku. Lekkie jak piórko, rozmiarów niepozornych... Cóż, prawdziwe jest twierdzenie, że rozmiar nie zawsze ma znaczenie.  

Chodzi o małpy. Tak naprawdę zawsze chodzi o małpy – nie mylić z małpisz... ekhm, bo za takie określenie pewien zwykle spokojny Bibliotekarz wepchnie wam łokcie przez gardło. Wasze własne. Słowa zmieniają nas z małp w ludzi, choć – pewnie – lepiej być ewoluującą małpą niż upadłym aniołem. Jeśli osiągnęliśmy już odpowiedni poziom abstrakcji, możemy przejść do recenzji.

„Poważnie zabawne, nieskończenie cytowalne” to nieduża, zielona książeczka, w której zgromadzone zostały cytaty Mistrza. Są podzielone tematycznie, dlatego w ramach zmiennego nastroju możemy wybierać sobie myśl dnia z konkretnej kategorii: „Ludzka natura”, „Romans”, „Wykształcenie i mądrość”, „Sukces”, „Życie i śmierć”, „Zwierzęta”, „Religia”, „Polityka” oraz „Słowa i pismo”. Da się ten zbiór czytać w dowolny sposób; od początku do końca, od końca do początku, zaczynając ze środka, losowo albo do góry nogami. Ta ostatnia wersja ułatwia czytanie, jeśli i czytelnik, i książka zostaną odwróceni.

Niektórzy pewnie powiedzą, że to wyciskanie pieniędzy od nieutulonych w smutku fanów. Pewnie coś w tym jest, ale – szczerze – istnieją głupsze rzeczy, na które można wydać pieniądze. Na przykład na wizytę w szpitalu, gdy nazwie się pewnego Bibliotekarza małpiszo... O czym to ja...? A tak, o książce. Na stu dwudziestu ośmiu stronach znalazło się w sumie nieco ponad sto cytatów pochodzących głównie ze  Świata Dysku, „Dobrego omenu”, „Nomów księgi kopania”, ale też z wystąpień Pratchetta czy jego wypowiedzi na stronie alt.fan.pratchett.

Superman Tom 1: Syn Supermana – Peter J. Tomasi, Patrick Gleason, Doug Mahnke i inni

Superrodzina

Marek Adamkiewicz

Na polskim rynku ukazują się obecnie trzy serie, w których Superman gra pierwsze skrzypce. Takiego bogactwa nie było u nas nigdy wcześniej, wydaje się więc, że  to świetna okazja, by odbudować zainteresowanie rodzimego czytelnika tą znakomitą postacią. Wersja bohatera z „Nowego DC Comics” cieszyła się na tyle niewielkim zainteresowaniem, że cykl został porzucony po trzech tomach zbiorczych. Pomysły Granta Morrisona nie okazały się dość zajmujące i fani nie wsparli jego wizji  swoimi portfelami. W „Odrodzeniu” Człowieka ze Stali powierzono między innymi Peterowi J. Tomasiemu, twórcy obeznanemu z postacią, a efekty jego pracy możemy podziwiać w wydanym we wrześniu pierwszym tomie „Supermana”, który sprawia nadspodziewanie dobre wrażenie.

Po śmierci Supermana mogło się wydawać, że dla świata nie ma już nadziei. Jednak ostatnią potyczkę bohatera obserwował inny Superman. Pochodzący ze zniszczonej Ziemi heros jest mądrzejszy i bardziej doświadczony od swojego poległego odpowiednika. Na walce z różnego rodzaju zagrożeniami zjadł zęby, wydaje się więc, że będzie doskonałym zastępcą dla największego superbohatera, jakiego do tej pory znał świat. Teraz, gdy pojawia się nowe zagrożenie – inny ocalały z Kryptona, obdarzona świadomością maszyna, pragnąca zasymilować wszystko, co ma w sobie odrobinę genomu z tej odległej planety – nadchodzi czas, by wyszedł z cienia i zajął miejsce, które dobrze zna – obrońcy ludzkości. Chce towarzyszyć mu syn, Jonathan. Młodzieniec zaczyna powoli objawiać moce podobne do ojcowskich, a nad niektórymi z nich trudno mu zapanować. By to zrobić, potrzebuje przewodnika.

Pudełko z guzikami Gwendy – Stephen King i Richard Chizmar

Prezent jak znalazł

Marek Ścieszek

Jak sprawić radość komuś, kto pochłania hurtowe ilości książek a jego ulubionym pisarzem jest Stephen King? Kupić mu w prezencie książkę tego właśnie autora, niekoniecznie dużą, aby drożyzną nie wprawiać w zakłopotanie. Magiczną, aby przy lekturze zapomniał o bożym świecie. Bajecznie wydaną, aby wzbudziła zachwyt natychmiast po rozpakowaniu. No i świeżo napisaną. Taka jest właśnie książka, a właściwie nowela, króla horroru, napisana do spółki z Richardem Chizmarem. Ukazała się u nas na krótko przed Świętami, idealna, aby sprawić komuś frajdę.

Kinga w Kingu jest tutaj naprawdę sporo, szczególnie jego nowszej wersji. Tej, która wyprodukowała „Historię Lisey”, „Rękę mistrza”, może nieco wcześniejszą od wymienionych „Rose Madder”. Magiczny klimat zastąpił przyziemną grozę większości książek króla horroru. Lecz jednocześnie akcję umiejscowił on w sztandarowym miejscu, osobistym, stworzonym przez siebie, zapełnionym postaciami oraz mnóstwem rozmaitych historii: w Castle Rock.

Exodus – Łukasz Orbitowski

Tam i z powrotem

Marek Adamkiewicz

Łukasz Orbitowski już dawno przestał być kojarzony przede wszystkim z horrorem. Owszem, od tego gatunku zaczynał, ale nawet w jego wczesnych powieściach groza była często pretekstem do snucia rozważań o ludziach i tym, co w nich siedzi. Najnowsze dokonania autora są już praktycznie całkowicie pozbawione pierwiastka fantastycznego (no, może z wyjątkiem finału „Szczęśliwej Ziemi”), ale czy jest to stary, czy nowy Orbitowski, jedno pozostaje niezmienne – jego proza potrafi dotrzeć do głębi duszy i poruszyć pewne jej struny. Nie inaczej jest z najnowszym dziełem pisarza. „Exodus”, jakkolwiek nie jest książką do końca przystępną, intryguje i nie pozostawia obojętnym.

Życie potoczyło się w taki sposób, że Janek musi uciekać. Nie bierze ze sobą prawie niczego poza gotówką, z której czyści swoje konto bankowe. Pozostawia całą resztę – karty kredytowe, komórkę, dowód osobisty. Musi zacząć wszystko od nowa. Mężczyzna potrzebuje odwrócenia się od przeszłości, odcięcia się od niej grubą kreską. Tylko czy to się uda? Czy przebywając w Niemczech, na Słowenii, a w końcu w Grecji, będzie w stanie zapomnieć o wszystkim, co wydarzyło się w Polsce i odnaleźć spokój? Podróż ma przynieść odpowiedzi na dręczące bohatera pytania i pomóc rozwikłać kwestię, czy będzie mógł jeszcze kiedyś powrócić do ojczyzny i pewnych niedokończonych spraw.  

Sandman. Noce nieskończone – Neil Gaiman

Siedmiu wspaniałych

Marcin Knyszyński

Pomiędzy styczniem 1989 roku i lutym 1996 w świecie komiksu panował „Sandman”. Seria złożona z siedemdziesięciu pięciu odcinków podbiła serca zarówno czytelników, jak i krytyków. Została obsypana nagrodami i zapisała się na zawsze w historii nie tylko komiksu, lecz po prostu literatury. Neil Gaiman postanowił wrócić po siedmiu latach do świata snów i w 2003 roku, wraz z siedmioma zaprzyjaźnionymi grafikami, stworzył kolejne arcydzieło – „Noce nieskończone”.

Głównym bohaterem „Sandmana” jest Morfeusz, zwany też Snem. To spersonifikowana idea marzeń sennych, czyli tego elementu ludzkiej egzystencji, który jest z nią związany od zarania dziejów. Morfeusz ma szóstkę rodzeństwa, razem stanowią rodzinę Nieskończonych. Są to uosobienia odwiecznych, starszych niż kosmos idei, archetypów i wzorców wpływających na życie wszystkich rozumnych ras we wszechświecie. To nie gaimanowscy bogowie – w Nieskończonych nie trzeba wierzyć, aby istnieli. Byli przed naszym wszechświatem i będą po jego końcu. Gaiman, poproszony o krótkie podsumowanie tego, o czym był „Sandman”, powiedział: „Władca snów odkrywa, że każdy musi się zmienić bądź umrzeć i dokonuje wyboru”.

Właśnie o tym przede wszystkim jest „Sandman”. Ta wspaniała opowieść o opowieściach zadaje pytanie o potrzebę istnienia niezmiennych wartości w nowoczesnym, nieustannie zmieniającym się świecie. Morfeusz i jego rodzeństwo uczłowieczają się coraz bardziej, zsuwają się z zajmowanego od zawsze piedestału. „Noce nieskończone” są powrotem do ich przeszłości, do prapoczątków wszelkiego istnienia, kiedy to rodzeństwo było całkowicie oderwane od ludzkich spraw. Były to byty prawdziwie nieskończone.

„Noce nieskończone” to zbiór małych komiksowych dzieł sztuki, siedmiu opowieści, do których scenariusze napisał sam Neil Gaiman. Każdy z odcinków, ilustrowany przez innego mistrza, opowiada o jednym z Nieskończonych.

Potter’s Field. Cmentarz Bezimiennych – Mark Waid, Paul Azaceta

Przywracanie pamięci i godności

Marek Adamkiewicz

Podczas gdy popularyzację komiksów superbohaterskich przejęło inne wydawnictwo, Mucha Comics skupiła się na powieści graficznej mniej typowej, nie tak bardzo mainstreamowej, i eksplorującej inne rejony rozrywki. Jednym z tytułów, które można do tej kategorii przypisać jest właśnie „Potter’s Field – Cmentarz bezimiennych”. Mark Waid i Paul Azaceta zaproponowali czytelnikowi wycieczkę do Nowego Jorku innego niż widziany w setkach kolorowych filmów. Wydanie albumu lekko się opóźniło, ale na dobre rzeczy warto czekać. Spojrzenie twórców na mroczne rejony miasta okazało się bowiem bardzo intrygujące.

Na peryferiach Nowego Jorku funkcjonuje cmentarz, na którym chowane są osoby o nieustalonej tożsamości, często ofiary niewyjaśnionych zbrodni. Pewien mężczyzna chce przywrócić tym ludziom imiona i opowiedzieć ich historię. Niejaki John Doe jest człowiekiem tajemniczym, nikt nie wie skąd przybył i dlaczego robi to, co robi. Dlaczego Doe wymierza pośmiertną sprawiedliwość i jaki jest cel jego misji? Co kryje jego przeszłość? To pytania, na które odpowiedzi chcą poznać niektórzy ze współpracowników anonimowego i samozwańczego dobroczyńcy umarłych.

„Potter’s Field” zwraca uwagę przede wszystkim oryginalnym pomysłem wyjściowym. Mark Waid zaprezentował nam bohatera bez przeszłości i imienia, którego praca, mimo swojej niecodzienności, jest zwyczajnie dobra. Nieznana pozostaje motywacja Johna Doe (w Stanach Zjednoczonych tych personaliów używa się w przypadku osoby o nieustalonym imieniu i nazwisku), tajemnicą jest także to, czy do działania skłoniły go jakieś wydarzenia z przeszłości – istotne, że dają mu  poczucie sprawiedliwości. Na początkowych stronach albumu śledzimy sposób postępowania bohatera, obserwujemy, jak dochodzi do prawdy o bezimiennych zmarłych i co robi, by przywrócić im tożsamość. To także w początkowej fazie albumu mamy okazję przeczytać jego najbardziej poruszający fragment, traktujący o przetrzymywanej w odosobnieniu dziewczynie, której bohater zwrócił imię.

Modyfikowany węgiel – Richard Morgan

Cybernoir

Marcin Knyszyński

Bardzo rzadko się zdarza, aby główny bohater ginął już w pierwszym rozdziale. A tu jednak ginie i nie jest to symulacja, sen czy prekognicja. Tak oto rozpoczyna się powieść Richarda Morgana, wznowiona właśnie przez wydawnictwo MAG. Takeshi Kovacs umiera podziurawiony pociskami, by w następnym rozdziale kontynuować swą opowieść. O co chodzi?

„Modyfikowany węgiel” to cyberpunk ze wszystkimi przynależnymi temu gatunkowi rekwizytami. Autor zbudował świat przyszłości, w której ludzkość zasiedliła już inne planety, a wymiana informacji (i nie tylko) odbywa się z nadświetlną prędkością za pomocą tak zwanego transferu strunowego. Kosmiczna skala kreacji Richarda Morgana zaznaczona jest jednak tylko mimochodem, ponieważ cała akcja dzieje się na Ziemi i przez prawie całą powieść w jednym mieście – Bay City. Weźmy wizję z „Neuromancera” Gibsona (ale bardziej przygodowo nakreśloną), dołóżmy do tego pomysł kopiowania osobowości i klonowania ciał z „Perfekcyjnej niedoskonałości” Jacka Dukaja (ale w bardziej rozrywkowej formie) i zalejmy to wszystko obrazem przeludnionego, rozkrzyczanego i rozświetlonego neonami miasta z „Blade Runnera” Ridleya Scotta. Będziemy mieli wtedy pewien obraz tego, czym jest powieść Morgana.

All-New X-Men. Jeden z głowy – Brian Michael Bendis, Stuart Immonen, David Marquez i inni

Jaki ojciec, taki syn?

Maciej Rybicki

„All-New X-Men” miało szansę, by stać się jednym z koni pociągowych linii Marvel Now!. W końcu scenarzystą został nie byle kto, a Brian Michael Bendis. I wszystko niby byłoby fajnie, zasadniczy pomysł na serię – przeniesienie do czasów obecnych młodych, oryginalnych X-Men i konsekwencje tego faktu – niewątpliwie jest interesujący. Problem w tym, że scenarzysta w pewnym momencie zaczął wyraźnie gonić w piętkę. Po czterech zasadniczych wydaniach zbiorczych i dwóch crossoverach („Bitwie Atomu” z pozostałymi seriami mutanckimi i „Procesie Jean Grey” ze „Strażnikami Galaktyki”, zresztą także pisanymi przez Bendisa) wiemy jednak, że seria ta wywołała pewne rozczarowanie. Z każdym kolejnym tomem zadawałem sobie bowiem pytanie: czy scenarzyście uda się wyjść poza tematyczne ramy, które sam sobie założył.

Hellboy Tom 1. Nasienie zniszczenia. Obudzić diabła – Mike Mignola

Piekielne pulp fiction

Marcin Knyszyński

W grudniu 1994 roku przeczytałem komiks „Batman: Sanctum” legendarnego już wydawnictwa TM-Semic. Była to bardzo dziwna rzecz, jakże inna od wszystkiego, co wcześniej ukazywało się w serii o Batmanie: horror, cmentarz, katakumby, wielkie plamy cienia, mrok i zero akcji. Nie doceniłem tego wtedy. A teraz wracam do tego odcinka ze świadomością, że Mike Mignola – dokładnie w tym samym czasie, kiedy tworzył „Sanctum” – intensywnie pracował nad swoją pierwszą miniserią o jednym z najbardziej rozpoznawalnych bohaterów komiksowych ostatnich dwudziestu lat – Hellboyu.

„Batman: Sanctum” to tak właściwie opowieść o samym Hellboyu, którego przypadkowo zastąpił Człowiek Nietoperz. Estetyka, sposób prowadzenia narracji, rozwiązania fabularne – są praktycznie takie same. O czym zatem jest „Hellboy”? W 1944 roku przybywa do Anglii trzech przedstawicieli tajnej organizacji B.B.P.O. (Biuro Badań Paranormalnych i Obrony). Profesor Bruttenholm i jego towarzysze są na tropie tajemniczego rosyjskiego czarownika – Rasputina – pozostającego na usługach nazistowskich okultystów. Rasputin przeprowadza pewien mroczny rytuał, w wyniku którego na Ziemię sprowadzona zostaje mała, czerwona istota – Hellboy. Ten pół człowiek, pół demon dziwnym trafem pojawia się dokładnie w miejscu, gdzie przebywają członkowie Biura oraz towarzyszący im amerykański oddział. Mija pięćdziesiąt lat, Hellboy jest już potężnym, dwumetrowym siłaczem pozostającym na usługach B.B.P.O. Nazistów nie ma, o Rasputinie słuch zaginął, a nasz bohater, w towarzystwie wiekowego profesora Bruttenholma, a także takich osobników jak człowiek ryba czy kobieta władająca pirokinezą, zajmuje się likwidacją paranormalnych zagrożeń spoza naszego świata. Ale przeszłość, jak to zwykle bywa, lubi dać znać o sobie.

Głębia. Tom 1: Iluzja nadziei – Rick Remender, Greg Tocchini

Podwodna dystopia

Maciej Rybicki

Pisząc o „Rat Queens” – jednej z niedawnych premier Non Stop Comics – wspomniałem, że fakt wydania tej serii cieszy mnie między innymi ze względu na to, iż stanowi cenne uzupełnienie polskiego rynku komiksowego. Pokazuje bowiem nieco odmienne, amerykańskie podejście do konwencji fantasy, którą w polskich warunkach zdominowały komiksy europejskie. Nie inaczej jest w przypadku „Głębi”, tyle tylko, że na niwie konwencji science fiction. Tu także mamy do czynienia ze sporą nadreprezentacją komiksów spoza anglosaskiego kręgu kulturowego. Nie znaczy to jednak, że dobra twarda fantastyka naukowa za Oceanem się nie ukazuje. Znakomitym przykładem może być choćby „Black Science” Ricka Remendera i Matteo Scalery. Tym razem dostajemy do ręki pierwszy tom innej, nieco nowszej serii, pisanej przez tego samego scenarzystę.

„Głębia” jest serią osadzoną w bardzo dalekiej przyszłości Ziemi, gdy Układ Słoneczny znajduje się na skraju zagłady wywołanej rychłym wybuchem naszej gwiazdy. W związku z zabójczym promieniowaniem ludzkość od tysięcy lat egzystuje pod powierzchnią oceanów, gdzie skupiła się w niewielkich enklawach. Od mileniów prowadzone są też poszukiwania planet, które mogłyby posłużyć mieszkańcom naszej planety za nowy dom. Jak dotąd bezskutecznie. Remender głównymi bohaterami czyni Stel Caine i jej rodzinę – ostatnich żyjących sterników jednego z podwodnych miast.

Strony