Subiektywnie

6 podróży Lone Sloane’a. Delirius. Delirius 2 – Philippe Druillet, Jacques Lob, Benjamin Legrand

Wizja

Aleksander Kusz

Kiedy w latach 60. i 70. Druillet rysował swoje komiksy, nikomu się nawet jeszcze nie śniło, że można robić takie rzeczy, że komiks może tak wyglądać. Wcześniej panowała klasyka – równe kadry, ogólnie panujący porządek, wszystko podporządkowane fabule, również rysunek (z czym ogólnie się zgadzam, bo przecież uwielbiam fabułę). I właśnie wtedy pojawia się Druillet i rysuje całkiem inaczej, właściwie przewraca rynek komiksowy do góry nogami. Co jakiś czas przychodzą tacy artyści jak Druillet, niepoddający się rynkowi, tylko idący własną drogą, która potem staje się drogą dla innych twórców.
 
To drugie spotkanie z rysunkami Druilleta w Polsce (tak książkowo, bo wcześniej, z tego co pamiętam, fragmenty jego twórczości były prezentowane w czasopismach). W 2016 roku Egmont wydał serię tworzoną w latach 80. pod tytułem „Salambo”. Już wtedy mogliśmy się dowiedzieć, że Druillet Wielkim Artystą Jest! Natomiast w czerwcu tego roku Egmont wydał zbiór trzech opowieści: „6 podróży Lone Sloane’a. Delirius. Delirius 2”. I tę pozycję właśnie omawiam. To opowieści o kosmicznym piracie Lone Sloane próbującym przeżyć w świecie, którym rządzi wszechwładny imperator Shaan. Lone naraził się kiedyś imperatorowi i teraz jest tropiony przez jego służby. Ciągle gra na nosie władcy, robiąc niesamowite rzeczy, uciekając z kolejnych zasadzek i nieustannie prowokując sługusów panującego. Na dodatek główny bohater ma do czynienia z sektą Czerwonego Odkupienia, która także chce go złapać. Spotyka na swojej drodze rozmaite postaci – kosmitów, różne monstra, bestie i przeróżnej maści bogów. To właściwie cała treść. Jak dobrze widzicie, szału nie ma, ale na szczęście komiks Druilleta nie należy do tych, które potrzebują dobrej fabuły i głębszego sensu.

Top 10 – Alan Moore, Gene Ha, Zander Cannon

Superbohaterowie

Aleksander Kusz

Nie lubię komiksów o superbohaterach, ten amerykański trend jakoś nigdy do mnie nie przemawiał. Nie rozumiem tej idei, zabawy konwencją. Jednak podobały mi się niektóre filmy z superbohaterami, bo współczesne kino z dużą ilością efektów specjalnych potrafi czasem zachwycić. I nie chodzi tu o zachwyt nad pomysłem czy przesłaniem – tego zazwyczaj tam brakuje. Filmy o herosach ogląda się przede wszystkim dla efektów specjalnych.

Na Szortalu mamy mocną ekipę recenzującą komiksy superbohaterskie, więc nie ma potrzeby, żebym ja to robił. Brakuje mi wiedzy, wiadomości, które mogłoby mi pomóc przy pisaniu, inni robią to o wiele lepiej. Zazwyczaj omawiana jest część ósma części drugiej, podrozdział siedemnasty, więc skąd mam wiedzieć, o co chodzi? Gubię się w tym i doceniam tych, którzy potrafią się znaleźć. Żyje się jednak raz, zatem postanowiłem zaryzykować.

I zaryzykowałem, ale zachowałem ostrożność. Bo nie wszedłem od razu do świata typowych herosów, ale sięgnąłem po „Top 10” Alana Moore’a. To komiks na pozór superbohaterski, ale jak się zagłębić, to okazuje się, że jednak nie. Jest raczej, nie wiem jak to opisać, bardziej ironiczny? Taki z przymrużeniem oka, widać, że autor bawi się tematem. Bo przecież superbohater jest zwykle poważny, jak każdy wyzwoliciel albo obrońca, nieprawdaż?

Wiedziałem, że Alan Moore to autor sławnych „Strażników” – naprawdę dobrego komiksu. Nie znam jego innych prac, ale mogę się tylko domyślać, że powinny trzymać równie dobry poziom. Tak więc z dużą pewnością sięgnąłem po „Top 10”. I nie zawiodłem się, bo to komiks równie dobry jak „Strażnicy’, a może nawet lepszy, naprawdę! To zabawa konwencją, gra obrazami, słowem, wspomnieniem, nawiązaniem. To gra wielu tysięcy smaczków, z których większości pewnie nie wyłapałem, więc pewnie sięgnę po ten komiks jeszcze nie raz i nie dwa.

Wieczni Batman i Robin #2 – James Tynion IV, Scott Snyder, Tim Seeley, Tony S. Daniel i inni

Matka jest tylko jedna

Marek Adamkiewicz

Batman, przez lata działalności w Gotham City, dorobił się nie tylko wielu wrogów, ale przede wszystkim zyskał grono oddanych sojuszników. Część z nich weszła do najbliższego otoczenia Mrocznego Rycerza, stając się dla niego czymś na kształt rodziny. Do najistotniejszych sprzymierzeńców zawsze należeli Robinowie, których pomoc z czasem stała się dla Nietoperza nieoceniona. Każdy z młodzieńców zakładających kostium z charakterystycznym „R” był inny, jednak wszyscy zostali niezwykle istotnymi postaciami w Uniwersum DC. W momencie gdy na scenie zabrakło oryginalnego Batmana, jego rodzina ma w końcu okazję wyjść z cienia.

Najbliżsi współpracownicy starego Batmana podążają tropem tajemniczej Matki. Kobieta przewodzi organizacji specjalizującej się w tworzeniu ludzkiej broni, którą stają się szkolone przez niądzieci. Szybko okazuje się, że jej zamierzenia mają zasięg globalny, a na szali położony zostaje los całego świata, ponieważ Matka chce ukształtować go na nowo, na swoją modłę. By nie dopuścić do realizacji tych planów, cała bat-rodzina decyduje się zewrzeć szyki i wspiąć na wyżyny swoich umiejętności. By doprowadzić do konfrontacji, bohaterowie muszą jednak najpierw dowiedzieć się, gdzie znajdą miejsce, z którego Matka kontroluje swoich nieletnich żołnierzy.

Flash, tom 5: Lekcje historii – Brian Buccelato, Patrick Zircher i inni

Duchy przeszłości

Maciej Rybicki

Choć „Flash” z Nowego DC Comics był jak dotąd serią dość nierówną, jednak przynajmniej nie schodził poniżej przyzwoitego poziomu. To pozytywne wrażenie w znacznej części było zasługą twórczego duetu składającego się z Briana Buccellato i Francisa Manapula. Piąty tom, zatytułowany „Lekcje historii”, przynosi zmiany w sztabie kreatywnym tytułu. Filipińczyk tworzący dotąd zarówno skrypt, jak i fenomenalną oprawę graficzną wcześniejszych zeszytów oddał pełnię odpowiedzialności za scenariusz swojemu dotychczasowemu partnerowi. Rysunki zaś powierzono kilku artystom, głównie Patrickowi Zircherowi. Czy te zmiany wyszły tytułowi na dobre?

Harley Quinn Tom 5: Joker nie śmieje się ostatni – Amanda Conner, Jimmy Palmiotti, Chad Hardin

Constans

Marek Adamkiewicz

Wydawać by się mogło, że wraz z każdym kolejnym tomem „Harley Quinn” wzrasta ryzyko, że twórcom w końcu skończą się pomysły na zwariowane przygody głównej bohaterki. Razem  z tym wydanym teraz liczba wydań zbiorczych  na naszym rynku to pięć ksiąg, a obrana konwencja niesie ze sobą pewne ograniczenia. Jednak, o dziwo, Conner i Palmiotti cały czas potrafią utrzymać wysoki poziom pisanej przez siebie serii – owszem, zdarzają im się chwilowe wahania formy, ale nie zanotowali jeszcze żadnej spektakularnej wpadki. „Joker nie śmieje się ostatni” tego stanu rzeczy na pewno nie zmieni.

Kłopoty i przygody nie przestają omijać Harley Quinn. Z odmętów przeszłości do żywych wraca pewna rosyjska femme fatale. Kobieta, która obecnie bardziej przypomina cyborga niż zwykłego człowieka, ma do wyrównania rachunki z Sy Borgmanem i Harley. Kolejne niebezpieczeństwo nadciąga z zupełnie innej strony. Najnowszy wybranek panny Quinn, Mason Macabre, trafia do więzienia, gdzie odsiaduje wyrok za (przypadkowe) zabójstwo syna burmistrza. Problem w tym, że ktoś chce, by jego żywot zakończył się przedwcześnie, Mason musi więc odpierać ataki morderców. Ostatecznie mężczyzna trafia do Azylu Arkham, a żeby go stamtąd wydostać, Harley będzie musiała zmierzyć się ze swoim eks, Jokerem.

Od samego początku wydawana w ramach Nowego DC Comics seria charakteryzuje się sporą dawką przemocy. W najnowszym tomie jest ona nadzwyczaj krwawa, co nieco zaskakuje, zważywszy na fakt, że mamy do czynienia z komiksem mainstreamowym. Oczywiście, wciąż daleko tu do poziomu takiego „Punisher Max”, ale na kolejnych kartach można znaleźć tak sugestywne obrazki jak krwawy headshot, pręt wbity w bebechy czy też pałka rozkwaszająca oko. Niektórzy zapewne powiedzą, że taka jest w końcu zasada – im dalej w kontynuację, tym więcej krwi i zgonów, ale tutaj ten stan rzeczy pasuje, ponieważ podkreśla, że Harley Quinn, jakkolwiek stara się postępować właściwie, pozostaje osobą, która nie przebiera w środkach, czasami przesadza w użyciu siły i wciąż dużo w niej z szalonej łotrzycy, jaką była przez lata.

Wilcza godzina – Andrius Tapinas

Wilno w objęciach Rothschildów

Magdalena Makówka

Litewska literatura nie jest w Polsce szczególnie popularna. Próżno szukać autorów z tego kraju na wyeksponowanych miejscach na półkach księgarni czy antykwariatów. Litwini nie zasłynęli na świecie w żadnym gatunku, w przeciwieństwie do swoich kolegów po fachu ze Skandynawii. W rezultacie łatwiej znaleźć książkę twórcy pochodzącego z Islandii niż naszego sąsiada ze wschodu. Być może jednak Litwini zawładną naszymi księgarniami za sprawą fantastyki. Pierwszym krokiem w tym kierunku może być steampunkowa powieść autorstwa Andriusa Tapinasa.

Jest początek XX wieku. Rothschildowie postanowili wykorzystać swój majątek do zbudowania pozycji politycznej. W tym celu wykupili kilka europejskich miast i utworzyli z nich związek zwany Aliansem. Jedną z metropolii członkowskich jest Wilno. Rozwija się tam przemysł oparty na parze oraz wynalazkach konstruowanych przez alchemików bądź wskrzesicieli, których największym osiągnięciem było stworzenie golemów. Nic dziwnego, że mocarstwa niechętnie spoglądają na struktury kierowane przez Rothschildów. Najlepszą okazją do skompromitowania Aliansu będzie corocznie organizowany Szczyt, podczas którego do Wilna przybędą przedstawiciele największych europejskich potęg. Carscy agenci nie mogliby przegapić takiej okazji.

Wszyscy patrzyli, nikt nie widział – Tomasz Marchewka

Grając znaczonymi kartami

Magdalena Makówka

Fantasy łotrzykowska nie od dziś cieszy się dużą popularnością. Któż nie lubi czytać o złodziejach, którzy przy bliższym poznaniu okazują się całkiem sympatyczni? Tak jak w przypadku każdego poczytnego gatunku, wydawcy publikują pozycje zarówno wartościowe, jak i wtórne i niewnoszące nic nowego. Czy Tomasz Marchewka ustrzegł się powielania schematów i napisał powieść na miarę Scotta Lyncha?

Niełatwo zrobić karierę w Hausenbergu, zwłaszcza gdy jest się początkującym szulerem. Z takim wyzwaniem musi poradzić sobie Slava, marzący o sławie największego kanciarza w historii miasta. Posiada wszystkie cechy potrzebne, aby tego dokonać: nutkę bezczelności, talent do karcianych sztuczek i szkolenie pod okiem najlepszego z oszustów Hausenbergu. Do tego do pomocy ma niezawodnego przyjaciela Petra, który sam nie jest debiutantem w przestępczym światku miasta. Życie Slavy znacznie się  skomplikuje, gdy zwróci na siebie uwagę zbyt wpływowych osób, niemających skrupułów w dążeniu do zamierzonego celu i nieprzebierających w środkach. Jakby tego było mało, okaże się, że osoby bliskie bohaterowi snują własne intrygi, znacznie bardziej niebezpieczne, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.

Droga do Odrodzenia. Superman: Lois i Clark – Dan Jurgens, Lee Weeks i inni

Supertata

Marek Adamkiewicz


Minęło trochę czasu, odkąd w Polsce ukazał się poprzedni album z solowymi przygodami Supermana. Owszem, mieliśmy okazję cieszyć się obecnością najbardziej rozpoznawalnego superbohatera w seriach o Lidze Sprawiedliwości oraz w „Supermanie Wyzwolonym”, ale to nieco za mało dla prawdziwych fanów eSa. Wydaje się jednak, że posucha dobiegła nareszcie końca. „Lois i Clark”, czerwcowa nowość Egmontu, to nie tylko interesująca historia, ale także (a właściwie przede wszystkim) wstęp do zupełnie nowego rozdziału w historii DC Comics – Odrodzenia.

W wyniku wydarzeń opisanych w seriach „Flashpoint” i „Konwergencja” świat Lois Lane i Clarka Kenta uległ zniszczeniu. Bohaterowie trafili na inną Ziemię, która stanowi jeden z pięćdziesięciu dwóch nowych światów, tworzących razem tak zwane Multiwersum. Jednak na tej planecie istnieje już Superman, co więcej, budzi on w ludziach nieufność. Pojawienie się kolejnego może zakłócić delikatną równowagę i doprowadzić do kataklizmu. Świadomi stanu rzeczy Clark i Lois decydują się na życie w ukryciu, wychowując przy okazji syna, Jonathana. Oboje wciąż robią to, do czego zostali stworzeni, ale działają w cieniu. Pewnego dnia tajemnice zaczynają wychodzić na jaw, co może być znakiem, że czas na to, by „stary” Człowiek ze Stali ponownie pokazał światu swoje oblicze.

Kolacja dla wrony - Jonathan Carroll

Kolaż ze słów

Anna Szumacher

Trudno zakwalifikować gatunkowo najnowszą książkę Jonathana Carrolla. Ani to powieść, ani pamiętnik, ani poradnik dla aspirujących pisarzy. A jednocześnie „Kolacja dla wrony” jest po trochu wszystkimi powyższymi, z dodatkiem obserwacji życiowych, fragmentów prozy oraz psów. Jest tu naprawdę sporo psów.

Lubię twórczość Jonathana Carrolla, choć mam z nim pewien specyficzny problem. Czytam wszystkie jego książki. Podobają mi się w trakcie lektury. Czasami zachwycają opisami ludzi lub sytuacji, ponieważ Carroll jest niekwestionowanym mistrzem, jeśli chodzi o obserwowanie świata i zamykanie otaczającej go rzeczywistości w krótkich scenkach lub dialogach. A jednocześnie, żebyście mnie przypalali rozgrzanym żelazem, nie byłabym w stanie streścić fabuły ani jednej z jego powieści. Po prostu ich nie pamiętam. Jak to jest, że w sumie dobre książki kompletnie nie zapadają w pamięć?

Jak już wspominałam, w przypadku „Kolacji dla wrony” nie będę miała problemu z zapamiętaniem fabuły, bo jej tu nie ma. Carroll ubiera w słowa przyszłość, przeszłość i teraźniejszość, w dialogach zamykając uczucia, w scenkach rodzajowych emocje. Zdradza, jak powstawały jego książki i jakie momenty z życia zaprocentowały przy narodzinach konkretnych postaci czy historii. Przenosi nas do swojego szkolnego dzieciństwa, w którym unikał książek i pisania jak ognia, by kilka stron później poinformować, jaki napis chciałby widzieć na swoim nagrobku. Podpowiada także innym, młodym i aspirującym pisarzom, jak tworzyć lub jak nie tworzyć. A potem zabiera nas na spacer z psem.

„Kolacja dla wrony” może być uznana za przedłużenie innej książki, której tłumaczenie wyszło ze stajni Rebisu. Chodzi mi oczywiście o „Oko dnia”, wydrukowany blog pisarza – sporą część oryginalnych tekstów można zresztą przeczytać na jonathancarroll.com. A jednak „Kolacja dla wrony” okazuje się bogatsza i ciekawsza od „Oka…”, choć jednocześnie nieco rozczarowuje, że nie jest pełnoprawną powieścią. Szczególnie, że poprzedniczka „Kolacji…”, czyli „Ucząc psa czytać”, była tak naprawdę nowelką, a nie powieścią, i pozostawiła po sobie pewien niedosyt.

Strony