Subiektywnie

Invincible. Tom 3 – Robert Kirkman, Ryan Ottley

Tam i z powrotem

Marcin Knyszyński

Dziś czytamy trzeci tom „Invincible”, po zakończeniu którego jesteśmy już w jednej czwartej drogi do finału. Seria ta była dla Roberta Kirkmana prawdziwą trampoliną do sukcesu, o czym możemy przeczytać w posłowiu. Autor scenariusza twierdzi, że tak naprawdę zawdzięcza jej wszystko. Fani komiksów superbohaterskich też mogą być wdzięczni – to nadal świetna rozrywka, która przez cały czas trzyma równy poziom i gwarantuje dobrą zabawę. Oczywiście nie wszystkim – „Invincible” jest komiksem, którego jakość wynika w dużej mierze z ciągle obecnych i nieusuwalnych bezstratnie nawiązań do opowieści o ludziach w kolorowych kostiumach.

W drugim tomie doszło do niesamowitej ekspansji świata przedstawionego. Autorzy, pewni już tego, że komiks dobrze przyjął się na rynku i istnieje realna szansa na długoterminową serię wydawniczą, postanowili poszerzyć perspektywę. Pojawiło się mnóstwo nowych postaci, które swoimi występami zapowiedziały obowiązkowe powroty w późniejszych odcinkach. Mark Grayson, zwany Invincible, dorobił się swojego regulaminowego nemezis – Angstrom Levy, szalony superłotr potrafiący przenosić się między równoległymi światami, poprzysięga krwawą zemstę naszemu bohaterowi. Rozpoczęcie jego wątku i całej masy innych mogło sprawiać wrażenie chaosu – jednak było to bardzo przemyślane działanie. Pewna inwestycja w przyszłość serii.

Shazam. Potworne Stowarzyszenie Zła – Jeff Smith

Dziecięca radość

Marek Adamkiewicz

Gdy spojrzymy na mainstreamowy komiks superbohaterski,  w oczy w pierwszej kolejności rzuca się przede wszystkim powaga – herosi rzadko mają okazję na rozluźnienie, a ich przygody często wręcz ociekają patosem. Tak jest w przypadku Batmana, Supermana czy Wonder Woman (że wspomnę tylko o DC Comics). Fabuły, których autorzy pozwolili sobie na lekkie przymrużenie oka to w zasadzie rzadkość. W tym kontekście wyjątkiem jest z pewnością Kapitan Marvel (mowa o bohaterze DC, bo jak powszechnie wiadomo, obaj amerykańscy giganci superhero mają w swojej galerii bohaterów postać tytułującą się w ten sposób), którego perypetie miewają nie tylko humorystyczny wydźwięk, ale z racji pochodzenia samego bohatera są adresowane do najmłodszych fanów. Takie w każdym razie są korzenie Shazama, a w „Potwornym Stowarzyszeniu Zła” to one odgrywają najważniejszą rolę.

Komiks skupia się na początkach działalności młodego Billy’ego Batsona jako Kapitana Marvela. Dziewięciolatek, na co dzień zmagający się z bezdomnością, zostaje zauważony przez pewnego czarodzieja, który szuka kandydata do roli superbohatera. Szybko okazuje się, że Billy, dzięki cechom swojego charakteru, może stać się kimś takim. Gdy wypowie magiczne słowo (w tym przypadku jest to „Shazam”), zamienia się w muskularnego mężczyznę obdarzonego nadludzkimi mocami. Co ciekawe, powstała w ten sposób postać jest niejako połączeniem chłopca i Kapitana Marvela, bo posiada cechy ich obu. Billy, nieświadom jeszcze wszystkich swoich nowo nabytych umiejętności, musi jako Shazam przystąpić do akcji, bo na Ziemi dochodzi do inwazji najeźdźców z innego wymiaru, którzy chcą zniewolić ludzkość. Trzeba działać szybko i zdecydowanie.

100 naboi. Tom 5 – Brian Azzarello, Eduardo Risso

Piękna kanonada

Marcin Knyszyński

Przed nami piąty i ostatni tom jednej z najlepszych opowieści komiksowych w historii. Brian Azzarello i Eduardo Risso kończą wielką, stuodcinkową opowieść o tajnej wojnie wewnątrz jeszcze bardziej tajnej organizacji, odpowiadając na większość pytań, które nurtowały czytelników poprzednich tomów. Zakończenie „100 naboi” przeznaczone jest (tak jak każdy tom zresztą) tylko dla osób znających poprzednie odcinki. Podobnie jak poniższa recenzja – musimy wrócić na chwilę do końcówki czwartego tomu.

Na meksykańskiej pustyni doszło do dramatycznych wydarzeń. Dwie dążące do konfrontacji grupy zawodowych zabójców, którymi kierują coraz mniej jasne motywacje, rozminęły się o włos – jednak każda z nich wraca do Stanów Zjednoczonych z „łupem”. Dizzy Cordova wpada w ręce Gravesa i jego Minutemenów, którzy zastanawiają się, do czego tak naprawdę zmierza ta cała, zapoczątkowana przez ich szefa, vendetta przeciwko Firmie. Benito Medici, syn przywódcy Firmy, zostaje odnaleziony przez ekipę cyngli swojego ojca w miejscu, w którym nie powinien się nigdy znaleźć. Wszyscy wracają na północ, aby wziąć udział w ostatecznej rozgrywce. Prawie wszyscy – trup Wyliego Timesa, jednego z najciekawszych bohaterów całej serii, zasypywany jest stopniowo piaskiem, nawiewanym przez meksykański wiatr. Times próbował pójść po rozum do głowy i nie opowiadać się po żadnej ze stron – to, jak skończył, sugeruje, że była to zła droga.

Royal City. Tom 2: Sonic Youth – Jeff Lemire

Co gryzie Tommy'ego Pike'a?

Marek Adamkiewicz

Odnoszę ostatnimi czasy wrażenie, że każdy chce mieć „swojego” Lemire’a. Chodzi mi rzecz jasna o komiksowe wydawnictwa, bo w katalogach większości z nich znajdują się pozycje, których autorem jest właśnie ten utalentowany Kanadyjczyk. Egmont ma „Czarnego Młota”, Mucha wydaje „Descendera”, Kboom zaprezentowało nam niedawno „Podwodnego spawacza”, a „Opowieści z Hrabstwa Essex” ukazały się dzięki Timofowi i jego cichym wspólnikom. W tyle nie pozostaje także Non Stop Comics, które pod koniec zeszłego roku umieściło w swoim katalogu pierwszy tom „Royal City”. Teraz nadszedł czas na kontynuację tej znakomitej opowieści.

Po tym jak poznaliśmy rodzinę Pike’ów i problemy przeżywane przez jej  kolejnych członków w chwili obecnej, autor prezentuje nam minione wydarzenia, , które ukształtowały ich charaktery. Mamy więc okazję obserwować ostatnie tygodnie życia Tommy’ego, najmłodszego z czworga rodzeństwa. Nastolatek cierpi na tajemnicze migreny, utrudniające mu normalną egzystencję, a co za tym idzie, powodujące także niezrozumienie otoczenia. Swoje problemy mają też pozostali członkowie rodziny. Gdy spojrzy się na nie zbiorczo, tworzą niezwykły obraz zwykłej codzienności.

W kolejnych recenzjach najczęściej rozpływam się nad pomysłami Lemire’a oraz tym w jaki sposób prowadzi narrację i opowiada o przeżyciach swoich bohaterów. Cóż jednak zrobić, skoro Kanadyjczyk rzadko schodzi poniżej pewnego poziomu, a historie, które pisze, autentycznie chwytają za serce i angażują emocjonalnie czytelnika? Nie inaczej jest w przypadku „Royal City” – już pierwsza odsłona tego trzytomowego przedsięwzięcia zachwycała wiarygodnym ujęciem życia w małej miejscowości i wspaniale oddaną warstwą obyczajową, a „Sonic Youth” jest na tym polu równie dobre, jeśli nawet nie odrobinę lepsze.

Inny rodzaj zła – Andrew Wilson

Agatha Christie i okultyzm

Jagoda Wochlik

„Inny rodzaj zła” jest drugim tomem serii Andrew Wilsona, której główną bohaterką uczyniono najsłynniejszą autorkę kryminałów na świecie – Agathę Christie. Pierwszy tom, zatytułowany „Królowa zbrodni”, opowiadał o jedenastu zaginionych dniach, podczas których jej samochód znaleziono na poboczu drogi, a sama Christie została uznana za zaginioną, w związku z czym pojawiły się sugestie, że nie żyje. Akcja drugiej książki rozpoczyna się rok później, w 1927, kiedy Agatha wraz ze swoją przyjaciółką i córką Rosalind udaje się w rejs na Teneryfę.

Pisarka otrzymuje propozycję od Davidsona. Ma wyjaśnić pewną tajemniczą sprawę dla angielskiego wywiadu. Otóż w jaskini na wyspie odnaleziono zmumifikowane zwłoki, zupełnie pozbawione krwi. Kto dokonał morderstwa? Czy ma z nim coś wspólnego mieszkający na wyspie okultysta i czciciel diabła? Jaką rolę w śledztwie odegrają osoby, które pisarka poznała podczas rejsu?

Pierwsza powieść Andrew Wilsona nie zyskała aprobaty organizacji „Agatha Christie Limited”. Obecnie kieruje nią prawnuk Christie, James Prichard, dbając o jej legendarną już spuściznę. Być może potomkom pisarki nie podoba się wizerunek Christie, jaki wykreował w swoich Wilson. Przyznam, że ja też odczuwam pewien dyskomfort, czytając książki, w których autor swobodnie poczyna sobie z bohaterami, nie tylko stworzonymi na podobieństwo prawdziwych osób, ale mającymi wręcz być tymi osobami.

Wilson łączy autentyczne wydarzenia z życia pisarki z fikcją literacką. W poprzedniej powieści skupił się na romansie jej męża, w tym tomie natomiast swobodnie korzysta z faktu, że po całej aferze Agatha Christie rzeczywiście odbyła kilkutygodniowy rejs statkiem, by następnie przez jakiś czas odpoczywać w hotelu na Teneryfie. Ponownie wspomniana zostaje jej znajomość trucizn i fakt, że była pielęgniarką podczas wojny. Autor odwołuje się też do jej silnej relacji z matką.

Cena szczęścia – Steven Erikson

Hołd dla pisarzy science fiction

Magdalena Makówka

Steven Erikson jest w Polsce najlepiej znany ze swojego monumentalnego cyklu fantasy „Malazańska Księga Poległych”. Po wielu latach prac nad uniwersum, o którym napisał już kilkanaście powieści, postanowił zmienić tematykę kolejnej książki i spróbować swoich sił w opowieści o pierwszym kontakcie. Czy „Cena Szczęścia” pokazuje, że Erikson potrafi tworzyć nie tylko historie osadzone w Malazie?

Pewnego dnia znana, acz wzbudzająca liczne kontrowersje pisarka science fiction Samatha August zostaje porwana przez UFO. Zbiega się to w czasie z pojawieniem się na Ziemi dziwnych barier, które nie pozwalają ludziom niszczyć środowiska, a także krzywdzić siebie nawzajem. Nie trzeba wiele czasu, aby ludzkość zorientowała się, że kosmici postanowili zaingerować w jej sprawy. Mieszkańcy Ziemi będą musieli stanąć przed wyzwaniem odpowiedzenia sobie na pytanie, jak żyć, gdy zmienią się podstawowe prawdy o wyjątkowości człowieka.

Giant Days #6: Nie wariuj, Daisy – John Allison, Max Sarin

Bo tak robią dorośli

Jagoda Wochlik

„Nie wariuj, Daisy” jest kolejną odsłoną cyklu komiksowego „Giant days”, który na polskim rynku ukazuje się nakładem wydawnictwa Non Stop Comics od 2017 roku. Szósty tom zawiera zeszyty od 21 do 24. Fabułę komiksu tworzy John Allison, natomiast rysunki Max Sarin.

W najnowszym tomie tempo wydarzeń wokół naszych bohaterek wcale nie zwalnia. Będą musiały zmierzyć się z różnorakimi problemami – od włamania do ich wynajmowanego mieszkania po śmierć nielubianego sąsiada. Każda z nich przechodzi masę zawirowań osobistych – Susan wciąż nie przebolała rozstania z McGrawem, Daisy mierzy się z faktem, że jest lesbijką, a jej nowa dziewczyna w równej mierze ją fascynuje, co odpycha, zaś Esther postara się zdobyć pracę, która nie będzie polegała tylko na myciu piekarników.

„Giant days” od samego początku stało bohaterami. Choć od momentu, gdy dziewczyny poszły na studia, minął już rok, a one zaczęły właśnie trzeci semestr i żyją obecnie poza kampusem, na własny rachunek, z zadowoleniem stwierdzam, że wciąż są tak samo cudownie niedostosowane. Nigdy nie wiadomo, co zrobią. Czytając „Giant days”, wprost pęka się ze śmiechu. Choć kanwą komiksu jest właściwie zwykłe życie grupki studentek, każda jego strona skrzy się od dowcipu.

Autor nie stroni też od trudniejszych tematów. Nasze dziewczyny poczynią w „Nie wariuj, Daisy” pewne refleksje na temat samotnego życia, odpowiedzialności, bycia w związkach. Natomiast zdanie: „Trzeba się tak zachować, bo tak robią dorośli” będzie pojawiać się coraz częściej, niemal niczym mantra.

„Nie wariuj, Daisy” jest też prawdziwą kopalnią nawiązań do popkultury. Są te zupełnie oczywiste, jak zastanawianie się bohaterów, kto wygrałby pojedynek Wolverine vs Hulk, odwołania do „Ataku Tytanów” czy nawet gry „Until down”. Im większa wiedza dotycząca popkultury, tym lepiej człowiek bawi się podczas lektury tego komiksu.

Cena szczęścia – Steven Erikson

Gardło sobie podrzynam…

Hubert Przybylski

Tytuł tej recenzji nie bez powodu nawiązuje do postaci najsłynniejszego handlowca w literaturze*. Są bowiem wśród pisarzy i tacy, którzy próbują nam sprzedać, a właściwie to bardziej pasowałoby „wcisnąć”, różne dziwne koncepcje, a czasem nawet i pomysły. O ile jeszcze potrafię bez większego obrzydzenia przejść obok przeróżnej maści eksperymentów literackich**, o tyle literatury ideologiczno-utopijnej nie trawię. Niestety, Steven Erikson, mój ulubiony pisarz fantasy, którego do tej pory uważałem za autora bardzo mądrego i utalentowanego, postanowił… Ech... Postanowił napisać po raz pierwszy w życiu poważną powieść science fiction i to dla mnie nie problem. Ale że jego „Cena szczęścia”, świetnie się zapowiadająca fantastyka bliskiego zasięgu o pierwszym (oficjalnym) kontakcie ludzkości z obcymi, została sprowadzona do poziomu naiwno-ideologiczno-utopijnego, tego mu nigdy nie wybaczę***.

Sam pomysł na start fabuły jest świetny. Na dzisiejszą, wyeksploatowaną i zaśmieconą do granic możliwości Ziemię, z jej wszystkimi wojnami, konfliktami, Trumpami i Putinami, z przemocą rodzinną, bandytyzmem, brakiem tolerancji i w ogóle, przylatują obcy. Trzy najbardziej rozwinięte rasy we wszechświecie/wszechświatach monitorowały rozwój ludzkości i stwierdziły, że tak dalej być nie może. Będąc pod wrażeniem twórczości najsłynniejszej kanadyjskiej pisarki fantastyki, porywają ją w nie do końca typowy dla UFO sposób. Jednak zamiast tradycyjnie, po ufockiemu, wsadzić jej jakąś sondę lub dwie w dolną część pleców****, stawiają przed nią inne zadanie – ma ich przekonać, że ludzie potrafią się zmienić, przestać wyzyskiwać ekosystem planety i stać się jego częścią, a przy tym nowymi, godnymi członkami społeczności obywateli wszechświata. Bo jak nie, to kęsim-kęsim.

Podwodny spawacz – Jeff Lemire

Czysta jakość

Marek Adamkiewicz

Od jakiegoś czasu na rodzimym rynku komiksowym mamy nowego gracza. Wydawnictwo Kboom rozpoczęło działalność z wysokiego „C” – na dzień dobry dostaliśmy kilka tytułów z oferty Valiant Comics, budujących nowe superbohaterskie uniwersum (bez obaw, nie będzie to bezmyślne powielanie patentów DC i Marvela), poza tym znalazło się też miejsce na bardziej niezależne projekty. Jednym z nich jest kolejny w Polsce komiks Jeffa Lemire'a. A mając na uwadze wysoki poziom większości z dotychczas wydanych u nas dzieł Kanadyjczyka, można się było spodziewać, że i tym razem czeka nas wiele dobrego.

Jack Joseph jest podwodnym spawaczem. Pracuje na platformie wydobywczej niedaleko swojego miejsca zamieszkania. Jego żona niedługo będzie rodzić – jest już na „ostatnich nogach”, ale Jack, zamiast przebywać w domu i nieść jej pomoc, zatraca się w pracy. Mężczyzna wydaje się wręcz szukać ucieczki od czekającego go ojcostwa. Wpływ na taki stan rzeczy może mieć przeszłość – jego relacja z ojcem nigdy nie należała do najłatwiejszych, więc teraz, gdy sam oczekuje na pojawienie się na świecie potomka, obawia się, że nie jest gotowy na odwrócenie dotychczasowego życia o sto osiemdziesiąt stopni.

Żeby pokazać pełnię swojego talentu, Jeff Lemire musi mieć określone warunki. Nie są one jednak szczególnie trudne do spełnienia, bo po pierwsze – trzeba mu po prostu pozwolić pisać, a po drugie – dać swobodę twórczą i nie starać się wpasować go w określone ramy gatunkowe. Złamanie drugiej reguły może skutkować słabszym efektem końcowym, jak w przypadku niedawno wydanego pierwszego tomu „Extraordinary X-Men” z linii Marvel Now 2.0. Ale jeśli zostawi się miejsce dla wyobraźni Kanadyjczyka, efekty mogą przejść najśmielsze oczekiwania. Przykłady? Proszę bardzo – sentymentalne „Opowieści z Hrabstwa Essex”, chwytający za serce „Łasuch”, prezentujący wiele oblicz „Czarny Młot” (oraz inne opowieści z tego świata). Teraz do tego grona dołącza także „Podwodny spawacz”.

Dracula – Roy Thomas, Mike Mignola

Cóż to za stworzenie, jedynie kształtem przypominające człowieka?

Jagoda Wochlik

W 1992 roku słynny reżyser Francis Coppola nakręcił kultową już dziś adaptację powieści Brama Stokera „Dracula”. W filmie zagrały same gwiazdy – Gary Oldman wcielił się w Drakulę, Winona Rider zagrała Minę, Keanu Reeves odtworzył postać Jonathana, zaś Anthony Hopkins Van Helsinga. Równolegle wydano komiks stworzony przez Roya Thomasa i Mike’a Mignolę, który kadrami oddawał filmową stylistykę. Dziś tę niesamowitą powieść graficzną podziwiać może także polski czytelnik, a to wszystko dzięki wydawnictwu KBoom.

Roy Thomas jest znany polskiemu czytelnikowi z wydawanego niegdyś przez TM Semic „Conana” czy historii wypuszczanych w ramach Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela („X Men”, „Avengers”, „Defenders”).  Mike Mignola również jest u nas rozpoznawalną postacią, jako autor chociażby rysunków do „Hellboya”, „Pan Higgins wraca do domu” i „Wiedźmina”.

Właściwie każdy mniej lub bardziej szczegółowo kojarzy historię Draculi. Książę z Transylwanii był postrachem swoich czasów. Słynął z okrucieństwa. Kiedy stracił ukochaną, zaślepiony złością, został wampirem. Po wielu wiekach odkrył, że pewna londyńska arystokratka wygląda zupełnie jak jego zmarła miłość, i postanowił ją zdobyć.

Mam wrażenie, że nieznającym książkowego pierwowzoru albo choćby adaptacji Coppoli, którą inspirowali się twórcy komiksu historia wydawałaby się zupełnie nieuporządkowana. Zdecydowano się bowiem na zastosowanie licznych retrospekcji, by ukazać wcześniejszą historię Draculi. Dodano także wstawki z dziennika Jonatana i pamiętnika Miny. I choć wszystkie te elementy występują w powieści Stokera, w komiksie tworzą istny chaos narracyjny, a ten wielogłos raczej szkodzi tej opowieści, niż ją wzbogaca.

Strony