Subiektywnie

Thorgal. Louve Tom 7: Nidhogg – Yann, Roman Surżenko

Uwaga, wąż!

Marek Adamkiewicz

Thorgalowe spin-offy powoli zbliżają się do końca. Ideę przyświecającą twórcom, gdy podejmowali się tego zadania, można oceniać różnie. Dla jednych jest to interesujące rozszerzenie świata przedstawionego i okazja do kolejnych spotkań z ulubionymi bohaterami, dla innych zaś projekt jest ewidentnym skokiem na pieniądze fanów. Prawda leży, jak zwykle, pośrodku. Z trzech serii pobocznych, „Louve” była tą najbardziej magiczną – pojawiali się w niej bogowie, tajemnicze stwory, a bohaterka przeżywała swoje przygody w kilku światach. Siódmy album jest ostatnim przed ponownym połączeniem się fabuł wszystkich cykli pobocznych i głównego.

Louve wyrusza w kolejną niebezpieczną podróż. Córka Thorgala zamierza tym razem przekonać węża Nidhogga, by ten pomógł w ratowaniu wszystkich dziewięciu światów i ponownie zaopiekował się korzeniami drzewa Yggdrasil. Temu zagrażają Czarne Elfy, które chcą ściąć drzewo, a tym samym wzniecić międzyświatową wojnę i pogrążyć wszystko w chaosie. Na drodze Louve czyha wiele niebezpieczeństw, ale dziewczynka odnajdzie na niej także sojuszników, którzy w miarę możliwości spróbują pomóc jej w wykonaniu zadania i zażegnaniu niebezpieczeństwa. Nie będzie to jednak łatwe i nie wszyscy doczekają końca tej przygody.

Fabuła ostatniej części „Louve” toczy się w bardzo szybkim tempie. To bezpośrednia kontynuacja poprzedniego zeszytu i obserwujemy tu dalszy ciąg zarysowanych tam wątków. Yann zdecydował się na swoistą żonglerkę motywami – kolejne prowadzone są bardzo krótko, na zasadzie „dwie strony i przeskok w inne miejsce”. Dzięki temu całość czyta się wyjątkowo szybko, ale z drugiej strony, manewr nie sprzyja budowaniu klimatu. Niestety, żadna z linii fabularnych nie wzbudza większych emocji, a fundamentalny wydźwięk całości (wszak zagrożone jest wszystkie dziewięć światów) przykrywa sobą wszystko, łącznie z bohaterami. A skoro o nich mowa…

Czerwone dziewczyny. Legenda rodu Akakuchibów – Kazuki Sakuraba

Piękne czerwone liście

Aleksander Księżopolski

Wydawnictwo literackie opublikowało dzieło autorki w Polsce niemal nieznanej – Kazuki Sakurabę. Jej powieść miała być poważna pozycją, wielopokoleniową sagą o kobietach, mandze i morderstwie. Biorąc pod wagę, że w Polsce japońskich autorów reprezentuje tak naprawdę wyłącznie Murakami, z chęcią sięgnąłem po tak intrygująco zapowiadający się tytuł.


„Czerwone...” to historia opowiedziana przez najmłodszą córkę rodu Akakuchibów, którą splata ze wspomnień przekazanych jej przez rodzinę. Opisuje głównie dzieje swojej babki – Manyō, jasnowidzącej przybłędy wybranej na żonę dziedzica potężnego lokalnego rodu oraz matki, Kemari, która lata szkolne spędziła na bijatykach i niebezpiecznej jeździe na motocyklach jako przywódczyni gangu, a potem stała się jedną z najpopularniejszych twórczyń mangi w kraju. W końcu Tōko przechodzi do swojego życia, bladego i nudnego w porównaniu do niemal pozłacanej wizji przeszłości, ale szybko nabierającego kolorów przez zaskakujące wyznanie babki.


Wszystkie trzy części mają swój ton: Manyō nostalgiczno-mistyczny, Kemari awanturniczo-gangsterski, Tōko refleksyjno-detektywistyczny. Chociaż pojawiają się inni członkowie rodziny, to kolejne części są zdominowane przez swoje bohaterki, co jest odzwierciedlone nie tylko w nacisku na pewne części narracji, ale również na perspektywę historyczną, która daje powieści dodatkowy walor.

Batman. Detective Comics Tom 7: Anarky – Francis Manapul, Brian Buccellato i inni

Reinterpretacja

Marek Adamkiewicz

Szósty tom „Detective Comics” pozostawił po sobie bardzo pozytywne wrażenie. Francis Manapul i Brian Buccellato, twórcy dobrze przyjętych przygód Flasha z „Nowego DC Comics”, pokazali że mają pomysł jak poprowadzić Batmana w serii, w której Nietoperz zadebiutował. Pomysły autorów zaostrzyły niewątpliwie apetyty fanów, którzy mieli wszelkie podstawy wierzyć, że w dalszej części przygody artystów z tym konkretnym cyklem, będzie przynajmniej równie dobrze jak na łamach „Ikara”.


W „Anarky” znalazło się miejsce dla czterech opowieści. Pierwsza, „Terminal”, opowiada o próbie powstrzymania śmiertelnej choroby, która trafiła do Gotham na pokładzie samolotu. Wszystko wskazuje na to, że sprawa nie jest przypadkowa i ktoś chce, by wirus zdziesiątkował miasto. Tytułowa historia traktuje o kolejnym zamaskowanym osobniku w mieście Batmana. Anarky pragnie, by miasto ogarnęła rewolucja. Wydaje się, że działa w imieniu społeczeństwa, jednak ta tajemnicza postać ma także osobistą motywację i interes w tym, by metropolią zawładnął chaos. Całość zamykają dwie „jednozeszytówki”. Pierwsza nawiązuje do wydarzeń znanych z „Ostatecznej rozgrywki” i przedstawia historię młodego chłopaka, który w ogarniętym niepokojami mieście, chce uchronić od niebezpieczeństwa swoją mamę. Druga dzieje się podczas wielkiego komiksowego wydarzenia „Koniec przyszłości”, a na jej łamach Batman wyrusza, by powstrzymać Calendar Mana, który wziął zakładników w Azylu Arkham i pragnie skonfrontować się z człowiekiem, który zniszczył jego rodzinę.
 

Nie musisz się mnie bać - Joann Sfar

Do trzech razy sztuka, czyli czy można trzy razy strzelić w środek tarczy?

Aleksander Kusz


Jak zwykle zrobię coś niepoprawnego i od razu odpowiem na pytanie z tytułu. A co się będę ociągał! Niestety nie – Sfarowi ta sztuczka się nie udała. Omawiałem Wam kiedyś „Kota Rabina” oraz „Sokratesa Półpsa”. To rewelacyjne komiksy. Są świeże, ciekawe, abstrakcyjne, absurdalne i wnoszą coś nowego w świat komiksu. Nie mogę tego samego powiedzieć o „Nie musisz się mnie bać”.

To komiks wydany przez wydawnictwo Prószyński i S-ka. Miał być wydany wspólnie z Wydawnictwem Komiksowym, ale po kilkumiesięcznych perturbacjach wydał to w końcu tylko Prószyński i S-ka. Jest niemal sto stron, szału nie ma, ale tym razem nie dostajemy omnibusa, jak w przypadku dwóch poprzednich komiksów (wiadomo, tych omówionych), ale jednolitą, osobną opowieść.

Lubię kreskę Sfara. Sam nie wiem dlaczego, ale lubię. Jest lekko brudna, niedokładna, czasami zbyt prosta, ale od początku przyjąłem, że ma służyć do ilustracji tego, co Autor ma do powiedzenia. A do tej pory miał, co opowiadać. Jego dialogi były świeże, nowe, bardzo często błyskotliwe, na pewno pełne humoru i trafnych obserwacji ludzkich zachowań. Niestety, we właśnie omawianym komiksie nie jest tak dobrze. Jednak nie znaczy to, że ten komiks jest zły. Po prostu przyszedł do mnie w złym momencie. Tak samo jak do wszystkich polskich czytelników. Bo myślę, że gdyby był pierwszym komiksem Sfara, byłbym z niego zadowolony. Cieszyłbym się nowością kreski, pomysłów i ogólnie przesłania. Jednak to trzeci komiks autora i, niestety, najgorszy z całej trójki. Więc po prostu mam prawo być niezadowolony. I chyba sami rozumiecie, że boję się o następne pozycje Sfara. Po pierwsze, nie wiem, czy autor podoła, czy będzie w stanie stworzyć coś równie absorbującego, intrygującego jak „Kot…” i „Sokrates…”. Po drugie, czy jakiekolwiek polskie wydawnictwo będzie chciało kolejny komiks Sfara wydać.

The Superior Spider-Man. Lud goblinów – Dan Slott, Christos Gage, Giuseppe Camuncoli

Wyszło szydło z worka

Maciej Rybicki

„The Superior Spider-Man”, czyli seria autorstwa Dana Slotta i Christosa Gage’a okazała się być tyleż efektowna, co kontrowersyjna – przede wszystkim ze względu na pomysł, wokół którego zbudowany został główny watek fabularny. Autorom udało się kreatywnie i bezkompromisowo potraktować dziedzictwo Pajączka, a jednocześnie utrzymać serię w konwencji niedającej się pomylić z żadnym innym tytułem (a właściwie bohaterem) – wszystko to stanowiło o sile „The Superior Spider-Man”. Każdy czytelnik (a także i niektórzy bohaterowie marvelowskiego uniwersum) oczekiwał jednak, że prędzej sytuacja wokół zachowującego się nieswojo Petera Parkera/Spider-Mana będzie musiała się wyjaśnić. Oto i jest – siódmy tom przynosi nam finał tej historii.


Trzeba przyznać, że tak jak Slottowi należą się brawa za sam pomysł leżący u podwalin serii, tak pospołu jemu i Gage’owi należą się słowa uznania za jej finał. Domknięcie wątku przejęcia ciała Petera Parkera przez osobowość Otto Octaviusa dzieje się bowiem „przy okazji” innych wydarzeń – a w „Ludzie goblinów” dzieje się naprawdę sporo. Przede wszystkim do ofensywy przechodzi organizacja Zielonego Goblina, przynosząca miastu chaose. Swoje dokłada jeszcze burmistrz Jameson, wprowadzający do akcji wyprodukowanych przez Alchemax Apider-Zabójców…
A to dopiero początek!

Elektryczna mrówka - Philip K. Dick

Philip K. Dick. Piąty tom opowiadań

Aleksander Kusz

Nadszedł czas na omówienie piątego tomu opowiadań Philipa K. Dicka. Nie wiem, czy nie będzie to już ostatnie omówienie książek mojego Guru. Może tak być z dwóch powodów. Po pierwsze na razie ani widu ani słychu o tym, żeby Rebis miał zamiar wydawać następne książki Dicka. A po drugie, cóż więcej mógłbym pisać na temat Dicka? Przecież już prawie wszystko Wam przedstawiłem. Kto mnie zna i toleruje moje wypociny wie, że piszę te omówienia tak „naokoło”. Bo ja nie potrafię napisać tak wprost, tak jak recenzję powinno się pisać. Zanudziłbym się na śmierć. Po prostu.


Lubię prozę Philipa K. Dicka i znam się na niej. Napisałem tak nieskromnie. Tak się pochwaliłem. Ale przeczytałem wszystko, co zostało wydane w Polsce. Niektóre pozycje po kilka razy. W końcu trochę tych książek mam, niektóre bardzo mi się podobają. Podobają się aż tak, że mogłem zdecydować się na powtórne czytanie. Bo wiecie, ja myślę, że jest tyle dobrych książek na świecie do przeczytania, że trzeba przede wszystkim dobrze wybierać. To połowa sukcesu. A potem należy je przeczytać z głową. Mam bardzo mało wolnego czasu. Więc kiedy tylko czytam jakąś książkę po raz kolejny, myślę sobie, że mógłbym w tym czasie przeczytać coś nowego, dobrego, może jeszcze lepszego niż to, co właśnie czytam. Rzadko mi się zdarza tak myśleć, bo więcej niż jeden raz czytam książki, które są naprawdę super, na przykład książki Dicka. Niestety, z wiekiem gust mi się wyostrzył i mam coraz większe wymagania. Z drugiej strony, kilka razy zdarzyło mi się, że moja ulubiona książka sprzed lat, nie wydawała mi się już tak dobra, kiedy ją ponownie czytałem. Bo kiedy czytałem ją po raz pierwszy, czasy były inne i ja byłem inny. Tak więc dochodzę do konkluzji, bo do czegoś trzeba przecież w życiu dojść – rzadko, naprawdę rzadko czytam książki jeszcze raz. Wyjątkiem jest proza Dicka. Tyle! Właśnie to chciałem podkreślić, że dla Dicka zawsze można zrobić wyjątek.

Bękarty z Południa. Tom 3: Powrót do domu – Jason Aaron, Jason Latour, Chris Brunner

Powrót do hrabstwa Craw

Maciej Rybicki


Pierwsze dwa tomy „Bękartów z Południa” spotkały się z bardzo dobrym przyjęciem polskiej publiczności. Znakomita seria dwóch Jasonów – Aarona i Latoura – urzekała bezkompromisowym scenariuszem, wyrazistymi rysunkami, ale przede wszystkim dusznym klimatem Alabamy. Stanowiące arenę przedstawianych w tej serii wydarzeń Hrabstwo Craw zdążyliśmy już poznać całkiem dobrze, podobnie jak niektóre z postaci z nim związanych. O ile jednak dwa pierwsze tomy cyklu były wyraźnie skupione na konkretnych bohaterach (Earlu Tubbie i trenerze Eulessie Bossie) o tyle tom trzeci przynosi w tym względzie pewną odmianę.


Jason Aaron urozmaicił nieco scenę, bądź to dając nieco więcej miejsca bohaterom już znanym, bądź też wprowadzając nowych. Swoje pięć minut na kartach komiksu dostają więc  na przykład Szeryf, Esaw, Matterhead i mały Toby, ale także mieszkający w lasach łucznik Boone, czy też przybywająca do Craw Roberta Tubb – córka Earla. Scenarzysta daje tym postaciom czas na opowiedzenie swojej historii – czy to przez retrospekcje, czy to przez działania w głównym wątku wydarzeń. Ważne jest to, że ubogacają one obraz hrabstwa Craw… który staje się coraz bardziej skomplikowany i intrygujący!

Nietrudno się domyślić, że elementem spajającym wszystko w całość jest futbol. Centralnym wydarzeniem tego albumu jest tytułowy powrót do domu, czyli mecz dumy hrabstwa Craw – drużyny Rebeliantów – z ich największym rywalem, ekipą Wojowników z Wentumpki. Choć sam mecz zajmuje „zaledwie” jeden zeszyt, to przygotowania do tego wydarzenia w znacznym stopniu wpływają kształtują fabułę rozdziałów wcześniejszych.

Człowiek z sąsiedztwa – Christopher Priest

Palimpsest

Marcin Knyszyński


Czy okryty złą sławą Trójkąt Bermudzki ma kształt trójkąta równobocznego? Po lekturze „Człowieka z sąsiedztwa” Christophera Priesta łatwo w to uwierzyć, nawet jeśli atlas geograficzny mówi coś innego. Nowa powieść wydana w serii Uczta Wyobraźni jest kolejną fabularną układanką, która może równie dobrze zachwycić, jak i zirytować. Priest używa ponownie tych scenografii, które już widzieliśmy w znakomitym „Prestiżu” i rewelacyjnej „Rozłące”, stosuje też nowe tricki. Jednak „Człowiek z sąsiedztwa” nie przeskakuje wysoko ustawionej poprzeczki.

Tibor Tarent to fotograf żyjący w niedalekiej, alternatywnej przyszłości. Jego żona, Melania, zginęła podczas wojny w Turcji, gdzie pracowała jako pielęgniarka w szpitalu. W miejscu, gdzie powinno znajdować się jej ciało, znaleziono tylko wypalony kształt trójkąta. Gdy Tibor wraca do Londynu, stolicy Islamskiej Republiki Wielkiej Brytanii, okazuje się, że w podobny sposób zniknęła wschodnia część miasta. Wszystko wskazuje na to, że za tragedię odpowiedzialny jest dziwny wynalazek holenderskiego naukowca, potrafiący dosłownie wiercić dziury między równoległymi wszechświatami.

Ale to nie wszystko. Wątek Tarenta możemy nazwać głównym, gdyż powracamy do świata przyszłości regularnie co kilka rozdziałów. Po drodze odwiedzamy inne światy i czasy, obserwujemy iluzjonistę Trenta, wynajętego przez brytyjską armię do pomocy przy kamuflażu samolotów zwiadowczych podczas I wojny światowej, śledzimy rodzący się podczas kolejnej wojny romans między mechanikiem samolotowym i polską pilotką. Uczestniczymy też w trzech zazębiających się historiach, osadzonych na dziwnej, odrealnionej wyspie Prachous, która wydaje się być już zupełnie innym, alternatywnym uniwersum.

Kołysanka – Chuck Palahniuk

Pan życia i śmierci

Marcin Knyszyński

W pierwszym odcinku „Latającego Cyrku Monty Pythona” ludzie umierają ze śmiechu po usłyszeniu najzabawniejszego dowcipu w historii świata. W piątej powieści Chucka Palahniuka mamy do czynienia z bardzo podobnym pomysłem, jednak nikomu do śmiechu nie jest. „Kołysanka” jest powieścią pełną smutku i goryczy, napisaną szybko i pod wpływem emocji. Jest to też pierwsza z tych książek autora, w których fabuły wplecione zostają elementy groteskowego horroru.


Carl Streator jest dziennikarzem, pracującym nad cyklem artykułów, dotyczących serii śmierci łóżeczkowych. W każdym dziecięcym pokoiku znajduje książkę z bajkami dla dzieci, otwartą na tej samej stronie. Prywatne śledztwo ujawnia, że ten jeden podejrzany wierszyk to tak naprawdę afrykańska klątwa, której wypowiedzenie zabija każdego, do kogo skierujemy swe słowa. Carl w trakcie zgłębiania tajemnicy „kołysanki”, dociera do Helen – agentki nieruchomości, która sprzedaje ludziom nawiedzone domy i która zdaje się być jakoś powiązana ze śmiercionośnym tekstem. Poznajemy też jej zwariowaną sekretarkę Monę – zaangażowaną ideologicznie czarownicę-wiccankę oraz irytującego chłopaka Mony o ksywie Ostryga, który – jako weganin, ekolog i mizantrop ekstremalny – ma swoje plany co do kołysanki.

I znowu wariacka eskapada przez Amerykę, zupełnie jak w „Niewidzialnych potworach”. Tylko, że tym razem czwórka bohaterów przed niczym nie ucieka – wręcz przeciwnie, goni za czymś. Pragnie odnaleźć wszystkie egzemplarze książeczki dla dzieci, aby nikt już więcej nie umarł. Taka władza nie może do nikogo należeć, taka władza korumpuje absolutnie, taka władza odczłowiecza. Tylko, że pomimo szczerych intencji i wygłaszanych głośno haseł, szlak ich podróży nasiąka ludzką krwią a trasę odtworzyć można na podstawie pozostawionych ludzkich trupów.

Anomalia – Krzysztof T. Dąbrowski

Kilka ważnych problemów

Karol Mitka

Kim jesteśmy? Dokąd zmierzamy? Po co żyjemy? Pytania, które ludzkość zadaje sobie chyba od zawsze. Pytania, na które odpowiedzi szukali mędrcy, filozofowie, zwykli zjadacze chleba. I oczywiście pisarze, wytworami swojej fantazji usiłujący choćby zbliżyć się do rozwiązania tajemnicy. Jednym z nich jest Krzysztof T. Dąbrowski. W swojej najnowszej powieści pod tytułem „Anomalia” Krzysiek przedstawia nam własną wizję rzeczywistości.

Bohaterem książki jest Adrian, siedemnastolatek mieszkający na jednym z wielkomiejskich blokowisk. Jego życie nie należy do najłatwiejszych - nie potrafi dogadać się z rodzicami, nie ma dziewczyny, jest regularnie okradany przez osiedlowego osiłka, w dodatku nie stroni od alkoholu.

Pewnego dnia cała jego rodzina ginie w wypadku samochodowym. Tylko on jakimś cudem wychodzi z kraksy bez szwanku. To zdarzenie wywraca świat chłopaka do góry nogami. Z dnia na dzień zostaje sam. Na szczęście okazuje się, że tragedia, wbrew pozorom, ma także pozytywne skutki. Adrian zaczyna układać sobie życie. Znajduje dochodowe zajęcie i wiąże się z dziewczyną, w której skrycie się podkochiwał. Sielanka nie trwa jednak wiecznie. Bohater otrzymuje propozycję uczestniczenia w specjalnym programie, w założeniu mającym za zadanie stworzenie wirtualnych odpowiedników jego zmarłych bliskich. Gdy wyraża zgodę, wszystko zaczyna się komplikować.

Lektura „Anomalii” była dla mnie zaskoczeniem. Poprzednie powieści i opowiadania Krzyśka, jakie miałem przyjemność czytać, choć również poruszały poważne tematy, napisane były w żartobliwym tonie. Tutaj jest inaczej, panuje pełna powaga. Świat przedstawiony w powieści jest szary, brudny i ponury. Smutek wyziera zewsząd. Nawet jeśli pojawi się jakiś optymistyczny akcent, jest on tylko preludium do dalszych, tym razem nie tak wesołych następstw. Atmosfera grozy i niepewności towarzyszy nam od pierwszej do ostatniej strony.

Strony