Subiektywnie

Ostatnie dni Nowego Paryża – China Mieville

Inwazja sztuki

Marcin Knyszyński

China Mieville lubi surrealizm. W każdej jego dotychczasowej książce możemy znaleźć jego elementy. Istoty ze skarabeuszami zamiast głów, ludzie-kaktusy, byty żyjące między wymiarami, dwa miasta koegzystujące z sobą w tym samym kawałku fizycznej przestrzeni, kosze na śmieci znające sztuki walki, czy absurdalne tory kolejowe. Jego ostatnia powieść, a właściwie krótka nowela, to już praktycznie pean na cześć surrealizmu. Marzenia André Bretona, twórcy dwóch Manifestów Surrealizmu sprzed dziewięćdziesięciu lat, spełniają się u Mieville’a w sposób przekraczający nasze najśmielsze wyobrażenia. Strefa Strugackich i Skoliodoi Dukaja zamiatają podłogę kapeluszami przed piekłem Nowego Paryża.

Wiecie co to manif? Od razu zaznaczam, że nie jest to męska wersja manify – chociaż, biorąc pod uwagę bardzo wyraziste poglądy społeczne i polityczne autora, mogłoby się tak kojarzyć. Otóż manif to zmaterializowana idea, ożywione dzieło sztuki surrealistycznej, owoc wspólnej jaźni artystów. Jest to byt powstały najpierw w ich umysłach, potem przelany na papier, płótno lub glinę, a następnie ożywiony. Jakim cudem? W 1941 roku w Paryżu ma miejsce tajemnicza S-plozja, po której w stolicy Francji zaroiło się od istot i rzeczy przyprawiających o obłęd. Z wieży Eiffla została tylko górna część, wisząca w niewytłumaczalny sposób nad miastem, a Łuk Triumfalny zamienił się w gigantyczny pisuar. Po ulicach biegają drewniane wilki-stoły, jeżdżą ludzie-rowery, przechadza się słoń o rozmiarach magazynu. Możemy natknąć się na gigantyczną kobietę, powstałą z otoczaków, rosiczkę polującą na przelatujące samoloty, dziecięcą głowę wielkości budynku lub płonącą żyrafę. A najbardziej przerażające manify, powstałe w wyniku pewnej surrealistycznej gry, w którą zabawiali się Breton i jego przyjaciele, to przeczące wszelkim prawom zdrowego rozsądku Wyrafinowane Trupy.

Zapadła dziura Bone Gap – Laura Ruby

Gdy ślepy poszukuje zaginionej

Jagoda Wochlik

Realizm magiczny największe triumfy święcił w XX wieku, w dziełach twórców takich jak Julio Cortázar, Michaił Bułhakow, Gabriel Garcia Márquez, Italo Calvino czy José Saramago. Trzeba mieć nielichą odwagę, by stawać w szranki z pisarzami, którzy dali światu „Sto lat samotności”, „Miasto ślepców” czy „Grę w klasy”. A jednak autorka „Zapadłej dziury Bone Gap”, Laura Ruby, odważyła się na ten krok. Jej książka szybko została doceniona. „Zapadłą dziurę” nominowano do National Book Award i nagrodzono nagrodą im. Edgara Allana Poe. Czy rzeczywiście to aż tak udana powieść?

Sam pomysł nie jest jakoś specjalnie oryginalny. Zapowiada raczej dobry thriller, kryminał, a może powieść sensacyjną. Oto Róża, młoda dziewczyna z zapadłej wiochy gdzieś w Polsce, przybywa do Ameryki, by spełnić swój wielki sen. Z realizacji marzeń, jak to w życiu, niewiele wychodzi i bohaterka podejmuje decyzję o powrocie do domu. Wtedy jednak zostaje porwana. Udaje jej się uciec oprawcy. Tak trafia do Bone Gap, miejsca, gdzie diabeł mówi dobranoc. Miejsca, gdzie wszyscy się znają i wiedzą o sobie więcej, niż powinni, a przynajmniej tak im się wydaje. Jednakże prześladowca Róży podąża za nią krok w krok. Odnajduje ją nawet w Bone Gap.

Początkowo przy czytaniu realizm magiczny przeszkadzał mi dość mocno. Uważałam, że ta historia bardzo dobrze broniłaby się jako kawałek świetnie napisanej powieści popularnej o porwaniu i przetrzymywaniu biednej, polskiej imigrantki. Jednakże w miarę rozwoju akcji przyzwyczaiłam się do konwencji i zrozumiałam, że to, co z pozoru mogłoby być prostą historyjką, zamieniło się w ponadczasową opowieść o poświęceniu, cierpieniach i wysiłku, jaki związany jest z każdym rodzajem miłości – rodzicielską, braterską, kochanków.

Złoty dom Goldenów - Salman Rushdie

Nie całkiem złote koleje losu

Magdalena Golec

Salman Rushdie kojarzy się chyba najbardziej z „Szatańskimi wersetami”. Pozycję tę wciąż mam na swojej liście „chcę przeczytać". Pisarza poznałam natomiast z jego nowszej powieści, „Czarodziejki z Florencji”. Zachwycił mnie językiem, atmosferą baśni, przenikaniem się w jego opowieści magii i rzeczywistości. I mimo że historia była dosyć prosta, to poruszała też poważniejsze tematy, jak chociażby rola kobiety w społeczeństwie, siła władzy, odmienność kultur. Z tego też względu, kiedy pojawiła się okazja przeczytania „Złotego domu Goldenów”, bez wahania z niej skorzystałam.

W dniu inauguracji Obamy jako prezydenta USA do Nowego Jorku przybywa tajemniczy bogacz, Neron Golden. Wraz ze swoimi trzema synami zamieszkuje w Ogrodach, zabytkowej dzielnicy miasta. Cała czwórka zostawiła za sobą przeszłość, odcięła się od swoich korzeni, by rozpocząć całkiem nowe życie. Początkowo było rzeczywiście bardzo udane, ale okazuje się, że zarówno od siebie samego, jak i od własnej historii nie da się uciec. Prędzej czy później minione dni dają o sobie znać, a skrywane tajemnice wychodzą na jaw. Trzeba stawić czoło dawnym problemom, wspomnieniom, niezamkniętym sprawom.

Ms Marvel. Zdruzgotana – G. Willow Wilson, Takeshi Miyazawa, Elmo Bondoc i inni

Niebezpieczne związki

Maciej Rybicki

Grudzień, Mikołajki, Święta za pasem… a radosny nastrój może być jeszcze lepszy, gdyż do księgarni trafił też kolejny tom rewelacyjnej serii o najnowszym wcieleniu Ms Marvel. Seria, stworzona przez G. Willow Wilson, stała się sztandarowym przykładem sukcesu formuły „nowego Marvela” – prawdę mówiąc, jednym z nielicznych, gdzie zmiana wizerunku bohatera lub bohaterki wniosła coś naprawdę nowego. „Ms Marvel” stanowi udane połączenie komiksu z głównego nurtu uniwersum Domu Pomysłów (przede wszystkim obserwujemy wzrost roli Inhumans… co pewnie niedługo się skończy, biorąc pod uwagę zakup Foxa przez Disneya, który niechybnie przywróci do łask X-Men i Fantastyczną Czwórkę), subtelnego podjęcia problematyki mniejszości społecznych z klasycznym komiksem o nastolatkach. Oczywiście wszystko utrzymane jest w konwencji superbohaterskiej.

Hal Jordan i Korpus Zielonych Latarni Tom 1: Prawo Sinestro – Robert Venditti, Ethan van Sciver, Rafa Sandoval

Czy w blasku dnia, czy w cieniu nocy…

Marek Adamkiewicz

„DC Odrodzenie” przyniosło w Polsce taki wysyp komiksów superbohaterskich, jakiego do tej pory nie widziano. Egmont trochę niespodziewanie zdecydował się na wprowadzenie na rynek wielu serii, których albo jeszcze nie mieliśmy okazji czytać po polsku, albo były u nas nieobecne przez naprawdę długi czas. Do tej drugiej grupy należą przygody Korpusu Zielonych Latarni. Ostatnie zeszyty TM-Semic wydał jeszcze w latach dziewięćdziesiątych poprzedniego wieku, nic więc dziwnego, że od dłuższego czasu fani domagali się powrotu tytułu do łask. Nie stało się to co prawda w ramach „Nowego DC Comics”, ale kolejna inicjatywa amerykańskiego wydawnictwa już ten stan rzeczy zmienia.

Rodzinna planeta Zielonych Latarni, Oa, przestała istnieć. Na jej miejscu pojawił się Świat Wojny, potężna jednostka kierowana przez Korpus Sinestro, zaprzysięgłych wrogów Latarni, operujących żółtą mocą strachu. Na domiar złego dotychczasowi strażnicy pokoju we wszechświecie zniknęli, a Thaal Sinestro wprowadza własne porządki – kolejne planety zostają spętane terrorem, zaś idący za nim lęk jest paliwem dla sprzymierzonej z żółtymi parareligijnej sekty. Wydaje się, że nie ma już żadnej nadziei, jednak na scenę próbuje powrócić Hal Jordan, który najpierw musi odzyskać własne ciało. Ponadto, w odległym zakątku galaktyki pojawiają się sygnały świadczące o tym, że lada chwila do gry może włączyć się także reszta Green Lanternów.

Anihilacja, tom 3 – Keith Giffen, Andrea DiVito i inni

Warto było czekać?

Maciej Rybicki

Rok temu największy polski wydawca komiksowy postanowił przybliżyć miłośnikom Marvela jeden z najpopularniejszych eventów w historii Domu Pomysłów – „Anihilację”. Epicka, gwiezdna opowieść o inwazji sił Annihilusa na nasz wszechświat doczekała się godnej oprawy, wzorowanej na amerykańskim, trzytomowym wydaniu zbiorczym. Już to przyprawiało wielu fanów o drżenie serca z ekscytacji – do tej pory bowiem większość eventów prezentowano nam jedynie w postaci  głównej serii. Szlak przecierała „Nieskończoność”, którą uzupełniły zbiorcze, dedykowane wydania powiązanych tytułów. Tym razem mieliśmy jednak dostać do ręki coś więcej. W trzech opasłych tomach zebrano wszystkie łączące się z eventem miniserie, preludia i postscripta.

Empress. Cesarzowa Tom 1 – Mark Millar, Stuart Immonen

Kosmiczna ucieczka

Marek Adamkiewicz

Z twórczością Marka Millara zasadniczo jest tak, że albo się ją kocha, albo się jej nie znosi – przez lata pracy Szkot wypracował specyficzny styl, dzięki któremu część miłośników komiksu stoi za nim murem, podczas gdy inni nie dają się porwać proponowanej przez niego rozrywce. Kolejne pisane przez niego tytuły cechują się najczęściej dużą dozą przemocy i wieloma scenami bezkompromisowej rozwałki. Głębsza myśl zazwyczaj schodzi w związku z tym na dalszy plan. Nie inaczej jest w przypadku najnowszego dzieła twórcy „Kick-Ass” i „Jupiter’s Legacy”.

Mężem Emporii jest kosmiczny despota, który najmniejszy przejaw nieposłuszeństwa swoich podwładnych karze śmiercią. Królowa postanawia zabrać ze sobą troje dzieci, uciec na drugi koniec galaktyki i zerwać z przeszłością. Osłaniani przez wiernego ochroniarza, Dane’a, rozpoczynają podróż, której celem jest umknięcie z rąk bezwzględnego Moraxa. Dzięki elementowi zaskoczenia i korzystaniu z najnowocześniejszego „statku”, początkowo zyskują przewagę nad ścigającą ich machiną zagłady, jednak pętla zaciska się z każdym kolejnym skokiem na nową planetę.

Na kartach „Empress” akcja prawie nigdy nie staje w miejscu. Cały czas coś się dzieje, a momenty wytchnienia można policzyć na palcach jednej ręki. Dzięki takiemu manewrowi Millar nie pozwala czytelnikowi na nudę. Ucieczka Emporii i jej rodziny zajmuje większość objętości albumu. Zbiegów czekają, zgodnie z regułami kosmicznej przygody, niespodziewane perypetie i trudności, ale ostatecznie, jak nietrudno zgadnąć, zawsze udaje im się umknąć przed niebezpieczeństwem. Dynamice opowieści sprzyja pomysł, by protagoniści korzystali z pomocy statku będącego w istocie teleporterem, co pozwala im błyskawicznie przenosić się z planety na planetę.

Wolverine by Jason Aaron –Jason Aaron, Ron Garney i inni

Snikt!… po raz pierwszy

Maciej Rybicki

Zacznę od tego, że wobec pierwszego tomu zebranych przygód Wolverine’a autorstwa Jasona Aarona miałem cokolwiek wygórowane oczekiwania. Raz, że pochodzący z Alabamy scenarzysta należy do moich ulubionych współczesnych twórców; dwa, że mam także sporo sentymentu do postaci Logana; trzy, że połączenie tych dwóch czynników – twórcy i materii – dawało spore nadzieje na komiks na wysokim poziomie. Aaron swoją wielką przygodę z pisaniem komiksów zaczynał właśnie od „Wolverine’a” i to chyba właśnie ta postać pojawia się najczęściej w jego scenariuszach. Przez lata był bowiem autorem co najmniej kilku serii z niewysokim, włochatym mutantem w roli głównej.

Omawiany album stanowi pierwszą część zebranych krótszych historii (one-shotów, miniserii, opowieści w ramach regularnego tytułu itp.), które wyszły spod ręki Aarona, a za bohatera mają właśnie Logana. I, jak to bywa w takich wydaniach zbiorczych, otrzymaliśmy spory miszmasz stylistyczny. Motywem przewodnim jest więc swoista relacja między autorem a głównym bohaterem – zmieniają się fabuły, rysownicy, stylistyka i konwencja, ale bez wątpienia czuć, że scenarzysta ma swoją wizję tej postaci i konsekwentnie ją realizuje. Logan to zawzięty twardziel, ale twardziel, który odczuwa ból,  dusi w sobie emocje i jest na swój sposób refleksyjny. Tyle tylko, że niespecjalnie wylewny. Na szczęście dla czytelnika Aaron dość często stosuje narrację pierwszoosobową, co pozwala „wejść” nieco w sposób myślenia i postrzegania świata przez Logana, a dzięki temu poznać tę postać lepiej. Nieco światła rzucają też na Rosomaka jego relacje z nielicznymi bliskimi mu osobami – szczególnie, że zdecydowanie nie należą one do najprostszych.

Pomiędzy nami góry – Charles Martin

Jagoda Wochlik

W swoich, przyznaję, poniekąd obsesyjnych poszukiwaniach dobrej literatury kobiecej, która nie obraża inteligencji czytelniczek i byłaby przyzwoitym mariażem tego, co istotne w literaturze z tym, co popularne, zabrnęłam w różne rejony literackiego świata. Czytałam autorów polskich i zagranicznych. Z niektórych z tych doświadczeń nie mogę się do dziś otrząsnąć. „Pomiędzy nami góry” jest właśnie tego typu przypadkiem. I żeby to udowodnić, nie zawaham się przed bezczelnymi spojlerami.

Fabuła jest tu prosta jak konstrukcja cepa. Mężczyzna poznaje na lotnisku kobietę. Wsiadają razem do samolotu. On wraca z konferencji do domu, do żony, ona leci na swój ślub. Z powodu złych warunków pogodowych samolot nie startuje. Ben wpada na genialny wprost pomysł, by wynająć prywatnego pilota z sąsiedniego lotniska i małą awionetką przedostać się do sąsiedniego miasta. Chcąc umożliwić świeżo poznanej kobiecie wyjście za mąż, zaprasza ją na pokład samolotu. Niestety, podczas lotu pilot ma zawał, a Ben i Ashley lądują wysoko w górach. Sami. W kompletnej pustce.

Grzech pierworodny: Hulk kontra Iron Man – Mark Waid, Kieron Gillen, Mark Bagley, Luke Ross

Duchy przeszłości

Maciej Rybicki

Jeśli chodzi o możliwości wywrócenia komiksowego świata na nice, mało który event ma potencjał równie niszczycielski względem status quo, co „Grzech pierworodny”. Już sam stojący w centrum tej historii koncept poznania najgłębiej skrywanych sekretów rozmaitych osób wydaje się niezwykle interesujący. Co prawda pewne fragmenty wymuszają nieco więcej zawieszenia niewiary niż zwykle (no bo niby czemu bohaterowie poznawali akurat te sekrety, a nie inne? Czemu wyjawiono wszystkie?), jednak sama lektura dawała sporo satysfakcji. Mam jednak nieco mieszane uczucia względem miniserii powiązanych z zasadniczym eventem. „Thor i Loki. Dziesiąty świat” opierał się na niezłym pomyśle, gorzej jednak prezentowało się wykonanie. Nie inaczej jest w przypadku serii zatytułowanej „Hulk kontra Iron Man”.

Strony