Subiektywnie

Ghost Money – Thierry Smolderen, Dominique Bertail

Gry zimnowojenne

Marek Adamkiewicz

Rynek komiksowy w Polsce wciąż się rozrasta i ewoluuje – jest superhero, manga, są klasyczne tytuły, rzeczy tak dla dzieci, jak i dorosłych. Właściwie co rusz pojawia się coś nowego i często także wartościowego. Ale thrillerów politycznych, w dodatku mocno osadzonych w bieżących (no powiedzmy) wydarzeniach, nie ma praktycznie w ogóle. Czy jest zapotrzebowanie na ten konkretny gatunek komiksowej rozrywki? Myślę, że „Ghost Money” ma po części być odpowiedzią na to pytanie. Jeśli wyniki sprzedaży będą dobre, zapewne dostaniemy kolejne wydawnictwa w podobnym klimacie. Żeby tak się jednak stało, już tester musi spełniać odpowiednie warunki, a przede wszystkim posiadać jakość.

Młoda studentka, Lindsey, zostaje uratowana z ulicznych zamieszek przez tajemniczą kobietę. Chamza, bo tak ma na imię wybawicielka, dysponuje potężną fortuną, a świat nie ma dla niej ograniczeń – podróżuje po nim swoim suborbitalem, zjawiając się tam, gdzie tylko ma ochotę. Sęk w tym, że kobieta jest obiektem amerykańskiego śledztwa jako podejrzana o finansowanie międzynarodowego terroryzmu, co sprawia, że znajduje się na celowniku służb. Lindsey mocno angażuje się w sprawę, która z dnia na dzień robi się coraz bardziej niebezpieczna. W tle przewija się też motyw poszukiwania zaginionego skarbu Al-Kaidy, zgromadzonego na spekulacjach giełdowych przed zamachami z jedenastego września.

„Ghost Money” jest historią dość bliskiego zasięgu, warto jednak pamiętać, że to nurt political fiction i zaprezentowana w nim rzeczywistość rozmija się z tą prawdziwą w kilku istotnych punktach. Autorzy nie do końca przewidzieli rozwój sytuacji w Stanach Zjednoczonych. Przekonani że to demokraci pozostaną władzy, wprowadzili tak zwanych neokonserwatystów, sugerując, że prawicowcy przez wiele lat byli w odwrocie. Cóż, wszystko potoczyło się w nieco innym kierunku, choć podczas lektury ta konkretna pomyłka nie jest szczególnie odczuwalna, bo wystarczająco dobrze grają inne elementy.

Post Scriptum – Milena Wójtowicz

Osikowy kołek z atestem BHB

Marek Ścieszek

Nie miałem jakoś wcześniej okazji, aby zaznajomić się z twórczością Mileny Wójtowicz. Tak się złożyło, cóż począć. Dzięki wydawnictwu Jaguar nadrobiłem tę zaległość. Zachęcono mnie, zapewniając w opisie na okładce, że w środku znajdę motywy fantastyczne oraz kryminalne, co zdecydowanie mi podchodzi. Co znalazłem? Atuty, które można jednocześnie potraktować jako wady.

W Brzegu, miasteczku na Dolnym Śląsku, obok siebie żyją normatywni, czyli ludzie, oraz istoty nienormatywne: wiły, wampiry, obłoczniki... Egzystują na równych prawach, pełnią jednakowe funkcje, oczywiście przy zachowaniu nienormatywności tych drugich w głębokiej, lecz nie ścisłej, tajemnicy. Kto spośród ludzi wie, ten wie, reszta nie musi. Dla własnego dobra nawet nie powinna wiedzieć. I w tej spokojnej społeczności ktoś zaczyna polować na nieludzi. Sprawą zajmują się Sabina Piechota, specjalistka ds. BHP oraz Piotr Strzelecki, psycholog, trener personalny, doradca post mortem. Nie są detektywami, jeśli już to amatorami. Posiadają jednak zupełnie inne umiejętności, pomocne w tropieniu zbrodniarza, wynikające zarówno z wykonywanych zawodów, jak i cech nienormatywnych.

Największym atutem „Post Scriptum” jest dowcipny styl opowieści. Z główną bohaterką można się zżyć bardzo szybko, dzięki jej bezpośredniości i słabościom, którym otwarcie hołduje. Jest nienormatywna, ale wady ma iście ludzkie. Jest gadatliwa, wścibska i łasa na słodkości. Słodycze pozwalają jej zapanować nad drzemiącą tuż pod skórą naturą strzygi. Świetnie uzupełnia się z Piotrem, skrytym, spokojnym nie wiadomo czym. Paradoksalnie jednak ta swobodna forma może również działać na niekorzyść, nadmiar bowiem częściej szkodzi, niż daje. A tutaj tego luzu jest dużo, bardzo dużo. W efekcie w połowie książki zacierają się granice pomiędzy charakterami licznych postaci. Pomimo różnic dzielących bohaterów, niemal wszyscy są tacy sami: podobnie się zachowują, podobnie się wypowiadają. Strzyga Sabina, jej ludzkie przyjaciółki, gliniarz-człowiek, gliniarz-wilkołak...

Jessica Jones. Tom 1: Wyzwolona – Brian Michael Bendis, Michael Gaydos

Nowy początek

Marek Adamkiewicz

Kiedy Brian Michael Bendis i Michael Gaydos poprzednio zajmowali się postacią Jessiki Jones, seria ukazywała się w ramach imprintu Max, który prezentował fabuły przeznaczone dla dojrzałego czytelnika. Można się w nich było natknąć między innymi na dosadny język i motywy nie do końca odpowiednie dla młodego fana komiksu. Teraz, gdy obaj postanowili wziąć się za kolejną odsłonę przygód właścicielki agencji detektywistycznej Alias Investigations, cykl jest już bardziej uniwersalny i w teorii nieprzeznaczony wyłącznie dla dorosłego odbiorcy. Brak wulgaryzmów nie oznacza jednak, że postać pani Jones straciła cokolwiek ze swojej wyrazistości. Nic z tych rzeczy, klimat wciąż jest bardzo gęsty, a opowieść wielowymiarowa.

Po wyjściu z więzienia Jessica postanawia ponownie otworzyć swoje biuro detektywistyczne. Szybko trafia się pierwsza sprawa – pewna kobieta jest przekonana, że jej mąż od jakiegoś czasu zachowuje się inaczej niż wcześniej. Zmienił się jego charakter, a sam mężczyzna twierdzi, że jest przybyszem z innego wymiaru – rzeczywistości, która w wyniku działań superbohaterów uległa zniszczeniu, on zaś ocalał jako jeden z nielicznych. I choć całość brzmi jak majaczenia wariata, ma w sobie coś mocno niepokojącego. Jakby problemów było mało, źle się dzieje w życiu prywatnym bohaterki. Jessica unika kontaktów ze swoim mężem i ukrywa przed nim ich córeczkę. Co zaszło między tą dwójką i czy sytuację można naprawić?

Mając w pamięci miejsce, w którym zostawiliśmy Jessicę po lekturze „Pulsu”, zawiązanie akcji nowej serii jest cokolwiek konfudujące. Bohaterka przebywa w więzieniu? Co się, na bogów wszelakich, stało? Przyjemność z odkrywania kolejnych tajemnic jest naprawdę duża, nie zdradzę więc bezpośrednio zarysów wprowadzanych przez Bendisa wątków, ale mogę powiedzieć tyle, że autor wspina się tu na wyżyny swoich twórczych umiejętności. Fabuła jest misternie skonstruowana i bardzo ekscytująca, a im więcej szczegółów poznajemy, tym bardziej rośnie nasze uznanie dla kunsztu scenarzysty.

Magia i stal – Nik Pierumow

Biedne misie

Hubert Przybylski

Wyobraźcie sobie, co byście zrobili, gdybyście żyli nie w swoim kraju, tylko na dalekiej obczyźnie. Łatwe? Pewnie że łatwe, kto jak kto, ale Polacy mają niezłe doświadczenie w kwestii emigrowania. No to ździebko podkręćmy poziom trudności. Wyimaginujcie sobie jeszcze, że naprawdę mocno i szczerze kochacie swoją ojczyznę. Że jesteście prawdziwymi patriotami, gotowymi dla niej zrobić wszystko. Z tym już niektórzy mogą mieć problem, nie*? Ale to jeszcze nie koniec. Bo do wyobrażonego bycia emigrantem i patriotą dodajcie jeszcze takie założenie, że Wasz rodzinny kraj niedawno przestał być mocarstwem, a jednocześnie od dawna „słynie” z braku poszanowania prawa, zwłaszcza praw człowieka, korupcji, bandytyzmu, z cywilizacyjnego zacofania i chronicznej agresji wobec sąsiadów – jednym słowem, spora część mieszkańców naszej kochanej Ziemi uważa Waszą ojczyznę za kraj barbarzyńców. Już? I co byście w takiej sytuacji zrobili? Nik Pierumow, Rosjanin, postanowił napisać steampunkową sagę, Blackwater, a jej pierwszy tom, „Magia i stal”, właśnie się u nas ukazał. Jak to się wszystko wiąże**?

Łasuch. Tom 2 – Jeff Lemire i inni

W poszukiwaniu lekarstwa na brak człowieczeństwa

Marek Adamkiewicz

Pierwszy tom „Łasucha” spadł na mnie jak grom z jasnego nieba. Jeff Lemire zaprezentował w nim motywy postapokaliptyczne, które choć nie grzeszyły zbytnią oryginalnością, to dzięki niezwykłym pisarskim umiejętnościom autora bardzo mocno intrygowały. Pokazał świat, w którym najwięcej empatii zachowały hybrydy ludzi i zwierząt, a typowi przedstawiciele homo sapiens w ogromnej większości ulegli zezwierzęceniu. Fabuła chwytała za serce, dostarczając naprawdę mocnych wrażeń, więc teraz, gdy na księgarskich półkach pojawiła się kontynuacja, zasiadłem do lektury z bardzo dużymi oczekiwaniami.

Po tym jak przez jego działania Gus trafił do niewoli, Jepperd ma wyrzuty sumienia oraz świadomość, że zawiódł zaufanie chłopaka w najgorszy możliwy sposób. Chcąc naprawić swój błąd, wchodzi w sojusz z niebezpiecznymi mieszkańcami miasta i razem ruszają do siedziby milicji, by odbić przetrzymywane tam hybrydy. Jednak nowym sojusznikom niekoniecznie można ufać, sprawa, która ich połączyła jest bowiem chwilowa, a ukryte motywacje każdej ze stron doprowadzą do konfliktu raczej prędzej niż później. Okazuje się też, że chłopiec-jelonek może być kluczowy w kwestii odkrycia pochodzenia choroby, która zdziesiątkowała ziemską populację. Żeby wyjaśnić tę tajemnicę konieczna jest podróż na daleką Alaskę, ale trudno ruszyć się gdziekolwiek, przebywając pod kluczem.

Kaznodzieja Tom szósty – Garth Ennis, Steve Dillon

Ostatnie rozdanie

Marcin Knyszyński

Szósty, ostatni tom „Kaznodziei” to zamykanie wątków, duchowe rozliczenia, rachunki sumień, odkupienia, darowanie win, sądy, wyroki i egzekucje. Swoje pięć minut mają wszystkie ważne postacie z wszystkich dotychczasowych odcinków – niektóre dostają nawet dziesięć czy piętnaście. A skoro przez cały czas grzebaliśmy w amerykańskich mitach, opowieść musi zakończyć się w miejscu mitycznym. Alamo, gdzie  teksańscy rewolucjoniści stoczyli słynną bitwę z wojskiem Republiki Meksyku, staje się sceną dramatycznych wydarzeń. Pora na wyrównanie wszystkich rachunków.

Zanim jednak dotrzemy do Alamo, musimy wrócić na chwilę do miejsca, w którym rozstaliśmy się z naszymi bohaterami. Jesse Custer próbuje za wszelką cenę znaleźć Cassidy’ego i zrozumieć jego postępowanie. Prawda o irlandzkim wampirze okazuje się przerażająca – Cassidy jest tym rodzajem człowieka (ba, nawet nie człowieka), który nie zasługuje na drugą szansę. Jesse nie może ruszyć na dalsze poszukiwania Boga, dopóki nie usunie ciernia wbitego mu przez jego najlepszego przyjaciela.

Powraca w końcu organizacja Graal, z komicznym, wiecznie wściekłym Wszechojcem Starrem i zakochaną w nim asystentką. Starr ma kłopoty – Graal chce wyjaśnień w sprawie zadymy na Monument Valley (patrz: „Kaznodzieja. Tom czwarty”) i wysyła na zwiady swojego pitbula, budzącego grozę pana Eisensteina wraz z nieludzkim ochroniarzem. Starr będzie musiał podjąć odważne decyzje i postawić nieodwołalne kroki, płacąc za nie niewyobrażalną cenę. Zamknięty zostaje również wątek Gębodupy, bezbronnej ofiary drapieżnego showbussinesu. Czy los pozwoli mu w końcu znaleźć spokój, ukojenie i to co najistotniejsze – da drugą szansę? No i wreszcie Święty od Morderców, chyba jedna z najpotężniejszych postaci, jakie kiedykolwiek pojawiły się w komiksach. Jesse Custer musi znaleźć sposób na porozumienie się z aniołem śmierci – tylko wtedy możliwa będzie konfrontacja z Bogiem. Droga Gębodupy wiedzie do znanego z poprzedniego tomu miasteczka Salvation, drogi wszystkich innych bohaterów prowadzą do Alamo.

Głębia. Tom 4: Zewnętrzne aspekty wewnętrznych postaw – Rick Remender, Greg Tocchini, Dave McCaig

Wyrwać się z głębin

Maciej Rybicki

Po wielu latach dominacji na naszym rynku komiksowym (a przynajmniej jego części zainteresowanej pozycjami zza Oceanu) publikacji Marvela i DC nareszcie dostajemy coraz więcej tytułów z nieco mniejszych wydawnictw: Image, Dark Horse czy też ostatnio Valiant. Co ważne, stają się one platformą dla nowych wydawców jak Non Stop Comics, czy KBoom, udanie przełamujących duopol Egmontu i Muchy. Szczególnie pierwsza ze wspomnianych oficyn – komiksowa odnoga wydawnictwa Sonia Draga – poczyna sobie bardzo śmiało, swa ofertę budując w znacznym stopniu na tytułach z katalogu Image. „Głębia” Ricka Remendera i Grega Tocciniego należy do najciekawszych z nich. Właśnie dostaliśmy do rąk jej czwarta odsłonę.

Green Arrow. Tom 4: Powstanie Star City – Benjamin Percy, Juan Ferreyra i inni

Urbanistyczne rewolucje

Marek Adamkiewicz

Obecna seria o Green Arrowie od początku trzyma dosyć wysoki poziom. Benjamin Percy ma dobrą rękę do Szmaragdowego Łucznika, potrafi oddać ducha jego przygód i stworzyć rozrywkową fabułę, z lekkimi aspiracjami. Poruszane w komiksie kwestie społeczne są bowiem interesującym smaczkiem i wyróżniają serię spośród innych. Oliver Queen zawsze był herosem obywatelsko zaangażowanym, trudno więc, żeby „Odrodzenie” przyniosło zmianę tego charakterystycznego wizerunku. Także i tym razem widzimy dokładnie takiego bohatera, jakiego znamy i lubimy.

Seattle pogrąża się w kryzysie. Powodem jest seria wypadków nawiedzających miasto. Na lotnisku rozbijają się samoloty, płoną ulice i walą się budynki – dosłownie wszystko ulega zniszczeniu. Takie natężenie katastrof sugeruje, że za wydarzeniami stoją osoby trzecie. Żeby odkryć, kto to taki, Green Arrow będzie musiał skorzystać z pomocy swoich sprzymierzeńców. Tylko czy wybuchowy charakter pozwoli mu porozumieć się z każdym z nich? Czasu na konflikty wewnątrz grupy nie ma zbyt wiele, ale kompromis musi zostać zawarty bardzo szybko, inaczej miasto może ulec zagładzie.

Na łamach „Powstania Star City” scenarzysta cofa się do wątków zasygnalizowanych w poprzednich tomach swojego runu i trzeba przyznać, że nie tylko nie odcina od nich kuponów, ale twórczo je rozwija, sprawiając, że tutaj są jeszcze bardziej interesujące. Dziewiąty Krąg, tajna organizacja bankowa silnie oddziałująca na Seattle, wydaje się inspirowana Trybunałem Sów z kart „Batmana”. Podobieństwa w ogólnych zarysach obu organizacji są dość oczywiste, diabeł tkwi jednak w szczegółach. Dziewiąty Krąg kładzie większy nacisk na ekonomiczną kontrolę nad miastem, co ma stać się kluczem do ostatecznego sukcesu, czyli przejęcia nad nim władzy. I wychodzi to naprawdę ciekawie, nawet pomijając fakt, że motyw konspiracji nie jest niczym nowym. Percy jednak prezentuje go z dużym entuzjazmem, co po prostu widać, i co warto docenić.

100 naboi. Tom 4 – Brian Azzarello, Eduardo Risso

Rozstawianie figur

Marcin Knyszyński

Wszyscy, którzy przystępują do czytania czwartego tomu „100 naboi”, muszą wiedzieć jedno – bez znajomości wcześniejszych części nie zrozumieją za wiele z tej historii. Ta, naprawdę epickich rozmiarów, stuodcinkowa (tytuł zobowiązuje) opowieść, za którą od początku do końca stoi tylko dwóch twórców, jest niepodzielną całością. W czwartej odsłonie pojawiają się wszystkie dotychczas poznane ważne postacie oraz kilka nowych. Zmieniają się układy sił, poszerza czytelnicza perspektywa, klarują pewne rozwiązania, a kunszt Briana Azzarella i Eduarda Rissa, choć wydawało się to niemożliwe, rośnie nieprzerwanie.

Firma to głęboko zakonspirowana i od wieków trzymająca prawdziwą, bo niewidzialną, władzę nad Ameryką organizacja. Jak wiemy z poprzednich części, trzynaście rodzin trwa w napiętym i niezbyt stabilnym sojuszu. Kiedyś było łatwiej, ich wewnętrzna „policja”, złożona z najlepiej wyszkolonych zawodowych zabójców na świecie, pilnowała wewnętrznego porządku. Dominująca w organizacji rodzina Medici wymusiła na reszcie decyzję o likwidacji tych tak zwanych „Minutemanów”. Ich przywódca, agent Graves, poprzysięga zemstę i zniszczenie Firmy. Tyle powinny wiedzieć osoby rozpoczynające przygodę z komiksem od czwartego tomu, choć ta wiedza w sumie i tak niczego nie gwarantuje.

Rękawica Nieskończoności – Jim Starlin, Ron Lim, George Pérez

Nieskończenie dobry crossover

Maciej Rybicki

Gdyby porównać współczesny rynek mainstreamowego amerykańskiego komiksu z tym sprzed trzydziestu lat, jedną z największych różnic, jakie dostrzeżemy, okażą się wielkie eventy i crossovery. Obecnie mamy do czynienia z ich ogromnym natłokiem, a  wydawnictwa takie jak Marvel czy DC podporządkowują całe linie wydawnicze jednemu lub dwóm takim wydarzeniom w roku. Trzeba jednak pamiętać, że na przełomie lat 80. i 90. tego rodzaju komiksowe przedsięwzięcia były czymś naprawdę wyjątkowym, a „Rękawica Nieskończoności” jest jednym z najlepszych.

Co czyni tę historię tak wyjątkową? Przede wszystkim temat i postacie. „Rękawica Nieskończoności” wraz z wchodzącą w skład omawianego albumu „Wyprawą Thanosa” stanowi doskonałe studium pragnienia władzy i… akceptacji. Jest to bowiem historia zdobycia przez Szalonego Tytana sześciu Klejnotów Nieskończoności, a wraz z nimi boskiej mocy. I jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, naprzeciw złoczyńcy o maniakalnych zapędach staje grupka dzielnych herosów, którzy mają uratować wszechświat. Sztampa, nawet w tamtych czasach. A jednak Jimowi Starlinowi udało się stworzyć historię, która zapadła w pamięć fanów na lata, zaś sam Thanos stał się jedną z najbardziej rozpoznawalnych, wyjątkowych postaci uniwersum Marvela. „Rękawica Nieskończoności” czerpie zresztą z kilku źródeł. Widać w niej dziedzictwo wcześniejszych udanych crossoverów (nie tylko Marvela), jak „Kryzys na Nieskończonych Ziemiach” i „Tajne Wojny”. Przede wszystkim bazuje jednak na pracach samego Starlina, jego skrupulatnym budowaniu „kosmicznej” części uniwersum w  tytułach takich jak „Captain Marvel”, „Warlock” i „Silver Surfer”. Na łamach zawartych w tym albumie miniserii wszystkie elementy układanki wskoczyły na swoje miejsce, dając nam w efekcie jeden z najlepszych crossoverów w historii komiksu.

Strony