Subiektywnie

Chłopaki Tom 7: Niewiniątka – Garth Ennis, Darick Robertson i inni

Problemy z zaufaniem

Marek Adamkiewicz

Od samego początku Garth Ennis konsekwentnie prezentuje w „Chłopakach” niekonwencjonalne podejście do superbohaterów. Przedstawia ich  jako bandę egocentrycznych drani, dla których nie ma żadnych świętości. Odstępstw od tej reguły jest bardzo mało, wydawać by się więc mogło, że prędzej czy później serię dopadnie zmęczenie materiału. I jakkolwiek lekkie wahania formy faktycznie można było na przestrzeni kolejnych tomów odnotować, tak nigdy ogólny poziom nie spadł poniżej przynajmniej dobrego. Siódmy tom nie przynosi w tej materii żadnych zmian, co więcej,  „Niewiniątka” to jedna z najciekawszych odsłon cyklu.

Związek Hughiego z Annie w końcu wychodzi na jaw. Sam Szkot co prawda nie wie, że jego dziewczyna jest superbohaterką, jednak Rzeźnik zdaje sobie z tego faktu sprawę. To prowokuje u niego pytania – czy Hughie jest tak oddany sprawie, jak twierdzi? A może szpieguje dla Aero American? Sprawa wymaga szybkiego wyjaśnienia. Ponadto zbliża się wielkie wydarzenie dla ludzi stawiających sobie herosów za wzór. Wiaraton, bo o nim mowa, zbiera wszystkich tych, którzy uważają, że różne supergrupy stanowią boski dar dla świata. Przy okazji festiwalu Ojczyznosław próbuje wprowadzić w życie pewien starannie skrywany plan.

W poprzednim tomie poznaliśmy kilka odpowiedzi na temat przeszłości poszczególnych członków grupy zwalczającej supków, tym razem fabuła wraca do teraźniejszości. Sposobem Ennisa na urozmaicenie opowieści było tym razem rzucenie podejrzenia, że któryś z Chłopaków może być wtyką Aero American. Padło na Hughiego, a sam wątek faktycznie dał całości odrobinę świeżości. Grupa stanowiła dotąd jedność, jednak nieporozumienia i przemilczenia potrafią wyszczerbić największy nawet monolit. Ennis dobrze rozegrał wątek niesnasek i braku zaufania, nie popadając przy tym w przesadę i zachowując charakterystykę każdego z bohaterów – wszystkie postaci są dokładnie takie, jakie je polubiliśmy.

Powiedz wszystko – Chuck Palahniuk

Bulwar zachodzącego słońca 2

Marcin Knyszyński

Chuck Palahniuk tym razem napisał powieść-film. Po coraz śmielszych eksperymentach z formą w „Snuff”, „Rancie” czy „Pigmeju”, przyszedł czas na doświadczenie chyba jak dotąd najbardziej radykalne. „Powiedz wszystko” jest praktycznie gotowym scenariuszem filmowym, pełnym cięć, didaskaliów, szczegółowych opisów scenografii oraz tego, co Palahniuk robi najlepiej – refrenowo powracających sentencji i aforyzmów, które czasem niebezpiecznie zbliżają się do obszarów zarezerwowanych dla Paulo Coelho.

Lata pięćdziesiąte, Złota Era Hollywood. Mamy dwie bohaterki. Pierwszą jest starzejąca się, samotna supergwiazda, Katherine Kenton. Drugą – narratorka powieści, Hazie Coogan, służąca Katherine. Według niej jest ona służącą dokładnie w takim stopniu, jak rolnik jest służącym świni albo kartofla. Hazie twierdzi, że jest hodowcą swej pani, fabryką jej osoby i sprawczynią jej sukcesu. A Katherine to produkt, starannie skrojony wytwór hollywoodzkiej maszyny, doglądany i chroniony przez Hazie. Gdy  poznaje pewnego dnia przystojnego młodziana, Webstera Carltona Westwarda III, i nawiązuje z nim romans, w głowie Hazie zapala się czerwona lampka. A co, jeśli to taki uśmiechający się, tańczący dookoła bawidamek wkradający się do życia samotnych, gasnących gwiazd filmowych? Może to złodziej tajemnic, wysłannik jakichś ówczesnych Pomponików i Pudelków? Hazie zrobi wszystko, aby ochronić swą panią przed zagrożeniem. Prawda, jak to bywa u Palahniuka, okazuje się zupełnie niespodziewana i wywraca wszystko do góry nogami.

Wojny przyszłości – Marek Wrzosek

Bo to zła książka była…

Hubert Przybylski

Na co dzień szczycę się tym, że potrafię wybrać sobie dobrą książkę do recenzji. Widać to zresztą po wystawianych ocenach*. Ale że nieświeć to nie saper**, może się mylić, więc i mnie przytrafiają się pomyłki. No i właśnie jedna się zdarzyła. Trochę rozgrzesza mnie fakt, że gdy się jest analitykiem systemowym ze specjalnością polityka bezpieczeństwa informacyjnego łamane przez przestępczość komputerową – a przy tym wielkim miłośnikiem historii wojskowości – i natrafia się na zapowiedź opracowania w rodzaju właśnie omawianej „Wojny przyszłości” autorstwa samego płk prof. dra hab. inż. Marka Wrzoska, wieloletniego wykładowcy Akademii Obrony Narodowej (obecnie Akademii Sztuki Wojennej), to nie można przejść obok takiej pozycji obojętnie. Że to nie będzie recenzja pochlebna, już się pewnie domyśliliście. Kwestią otwarta pozostaje, jak wielka okazała się moja pomyłka. I choć kusi mnie, żeby to Wam wszystko opisać w „krótkich żołnierskich słowach”, to się powstrzymam.

Ale najpierw małe wprowadzenie do samej zawartości. Książka zaczyna się od mniej więcej stustronicowego omówienia zmian koncepcji wojen i armii od starożytności po koniec Układu Warszawskiego i otwarcie NATO na kraje byłego bloku wschodniego. Następna część to około siedemdziesiąt stron dotyczących broni przyszłości – między innymi laserów, broni mikrofalowej, geofizycznej, biotyki, automatyzacji czy medycyny genetycznej. Ostatnia i najdłuższa, bo blisko dwustustronicowa część książki dotyczy wojny informacyjnej, cyberwojny, operacji sieciocentrycznych oraz wojny hybrydowej i psychologicznej.

Cień rycerza – Sebastien de Castell

Wielkie Płaszcze (próbują uratować świat i nie dać się zabić… do końca)

Anna Szumacher

Teoria pisania mówi: weź grupę bohaterów, wrzuć ich w sam środek problemu i patrz, jak próbują sobie z nim poradzić. Sebastien de Castell, autor serii książek o Wielkich Płaszczach, doskonale zna tę regułę. A jego bohaterowie: Falcio, Kest i Brasti w „Cieniu rycerza” mają tych problemów o wiele więcej (w porównaniu z pierwszym tomem swych przygód). I są to problemy o zdecydowanie większym kalibrze.

Krótkie wprowadzenie dla tych, którzy nie mieli w rękach „Ostrza zdrajcy”. Akcja tetralogii rozgrywa się w świecie fantasy przypominającym średniowieczną, niemagiczną Europę. Wydarzenia mają miejsce w Tristii, kraju rządzonym przez kilku skorumpowanych, intryganckich książąt. Celem ich życia jest dobicie podwładnych podatkami i samostanowionymi prawami. A jeśli przy okazji dokopią też arystokratycznemu sąsiadowi… Po takim właśnie kraju wędrują niedobitki Wielkich Płaszczy, pozostałości oddziałów króla Paelisa – zabitego pięć lat wcześniej przez knujących możnowładców. Wielkie Płaszcze, w tym nasi trzej główni bohaterowie: Falcio val Mond, Pierwszy Kantor i błyskotliwy szermierz, Kest, obecnie Święty od Mieczy i Brasti Goodbow, łajdak z dwoma siejącymi śmierć łukami, nie mają łatwo. Wszyscy nienawidzą ich jako zdrajców, a lista osób, organizacji i grup, które życzą im śmierci i próbują to życzenie spełnić, jest naprawdę długa.

Jedną nogą w niebie – Izabella Frączyk

Jedną nogą w niebie

Jagoda Wochlik

Izabella Frączyk rozpoczęła swoja karierę pisarską dziewięć lat temu, w 2009 roku. Od tamtej pory napisała już całkiem sporo książek – „Dziś jak kiedyś”, „Jak u siebie”, „Do trzech razy sztuka”. W 2017 roku, nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka, ukazała się trylogia „Stajnia w Pieńkach”, której ostatnim tomem jest „Jedną nogą w niebie”. Zresztą po jej zakończeniu autorka bardzo zgrabnie przeskoczyła w kolejnej książce znad morza w góry, gdzie bohaterom, zamiast stadniny, kazała prowadzić kurort narciarski. Jak odświeżająco. Jak odmiennie.

Gdy ponownie spotykamy Magdę, wszystko w jej życiu układa się jak należy. Na dobre pozbyła się byłego męża, jego kochanicy i roszczeniowej, na szczęście byłej już, teściowej. Stadnina może i nie generuje wielkich dochodów, ale też nie przynosi strat. Magda poukładała sobie życie z Adamem, właścicielem sąsiedniego hotelu, więc tylko czekać, kiedy połączą biznesy. Słońce, ach wzeszło słońce.

Nic bardziej mylnego. Autorka bezlitośnie wrzuca swoją bohaterkę z jednych problemów w drugie. Jest wredny brat ukochanego, zapijaczeni stajenni i powódź, która wszystko niszczy. I kiedy się wydaje, że Magda stadninę sprzeda… ach, wychodzi słońce. Jak to dobrze, że ktoś zawsze może zachorować na nieuleczalnego raka i popełnić samobójstwo, prawda? A ktoś inny może znaleźć kupę pieniędzy, jakimś cudem ulokowaną wewnątrz porcelanowego spodka doniczki, wyrzuconej przez rzekę. Tak, a zakochany w Was właściciel hotelu zawsze będzie gotowy odkupić waszego chevroleta i podarować go wam w prezencie ślubnym. Bo przecież świat jest taki piękny i prosty. No ręce opadają.

Kaznodzieja Tom czwarty – Garth Ennis, Steve Dillon i inni

W poszukiwaniu drugiej szansy

Marcin Knyszyński

Jesse, Tulip i Cassidy nadal szukają Boga. Chcą mu zadać serię niewygodnych pytań. Czwarty tom „Kaznodziei” przynosi wyraźne przyspieszenie akcji oraz powrót groteskowego Herr Starra, nowego Wszechojca tajnej organizacji Graal. Bierzemy udział w największej i najbardziej spektakularnej zadymie jak do tej pory. A do tego (co stało się już regułą) otrzymujemy aż trzy historie specjalne, przybliżające nam ważne drugoplanowe postacie. Powoli, lecz nieodwołalnie, szykujemy się na finał.

Odcinki specjalne, podobnie jak miało to miejsce w trzecim tomie, rysowane są przez nowych twórców. Historię dwóch zabójczo niebezpiecznych rednecków z luizjańskich bagien, których znamy z pierwszego tomu „Kaznodziei”, ilustruje znany grafik – Carlos Ezquerra. Opowieść zupełnie nic nie wnosi do głównego wątku, jednak nie wyobrażam sobie, aby mogło jej zabraknąć. Ennis w rozbrajający sposób parodiuje kiczowate filmy akcji sprzed trzydziestu lat, robiąc z Jody’ego (prześladowcy rodziny małego Jessego) współczesnego Conana z blondyną owiniętą wokół uda.

Richard Case zabiera nas do pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych – czasów garażowych brzmień prosto z Seattle, flanelowych koszul w kratę i buntowniczych tekstów Kurta Cobaina. Dowiadujemy się w jaki sposób Gębodupa – którego zostawiliśmy w momencie, gdy zaczął robić karierę w showbiznesie – zasłużył sobie na swój przydomek. Przygnębiający odcinek, w którym nie ma tak naprawdę pozytywnych postaci: ojciec, ultrakonserwatywny oszalały wojskowy, żywcem wyjęty z filmu „American Beauty”; matka-alkoholiczka udająca, że nie widzi przemocy wobec swojego dziecka i w końcu syn, całkowicie oderwany od rzeczywistości egocentryk z obsesją na punkcie własnej niedoli – kopia bohatera komiksu „Śmierć: Wysoka cena życia” Neila Gaimana.

Wszyscy powinniśmy być feministami – Chimamanda Ngozi Adichie

Wszyscy powinniśmy być feministami

Jagoda Wochlik

Chimamanda Ngozi Adichie jest uznaną pisarką, której twórczość była wielokrotnie nagradzana. Na polskim rynku wydawniczym pojawiły się wcześniej inne pozycje jej autorstwa: „Fioletowy hibiskus”, „Amerykaana”, „Połówka żółtego słońca”, „To coś na Twojej szyi”. Ostatnio, nakładem oficyny Zysk, ukazał się też esej, który wygłosiła podczas konferencji w Nigerii, „Wszyscy powinniśmy być feministami”. Wydawnictwo opracowało  bardzo sensowną kampanię promocyjną. Dostałam esej razem z materiałową torbą imitującą okładkę książki, zatem głoszącą wszem i wobec, że wszyscy powinniśmy być feministami oraz uprzejmym listem, w którym wydawnictwo określa się wyraźnie jako popierające ruch feministyczny. Brawo, odważny ruch w obecnych czasach w Polsce. To prawie jakby powiedzieć, że się popiera Czarny Protest lub małżeństwa jednopłciowe.

Chłopaki Tom 6: Instynkt przetrwania – Garth Ennis, Darick Robertson i inni

Sztuka dobrej kontynuacji

Marek Adamkiewicz

Od samego początku „Chłopaki” trzymają równy, wysoki poziom. Jednak w poprzednim tomie można było zauważyć pewną powtarzalność wykorzystywanych przez Ennisa motywów. Konfrontacje dowodzonej przez Billy’ego Rzeźnika grupy z zastępami superbohaterów zaczęły zmierzać powoli w stronę, która nie przynosi większych zaskoczeń. Jakkolwiek były to zaledwie lekkie symptomy stagnacji, bo całość „Herospazmu” nadal dawała masę dobrej zabawy, autorowi trzeba oddać, że dosyć szybko doszedł do podobnych wniosków, bowiem kolejny, szósty już tom serii, przyniósł nam kilka innowacji.

Działanie polującej na „supków” grupy powoli staje ością w gardle samym herosom i nadzorującej ich korporacji, która decyduje się postawić na jedyne logiczne rozwiązanie – przejście do zabójczego kontrataku. Zlecenie na głowy Hughie’go i reszty ekipy dostaje Odwet, drużyna, która bardzo chciałaby być tak popularna, jak Siódemka. Drogą do celu może być właśnie nowe zadanie, więc dowodzeni przez Swaściaka, prawdziwego nazistę z supermocami, herosi zrobią wszystko, by dorwać przeciwników. Problem polega na tym, że Chłopaki nie zamierzają się poddawać, a co za tym idzie – nieuchronnie nadciągająca potyczka ma duże szanse na to, by stać się legendą.

Tym, co odróżnia szósty tom „Chłopaków” od poprzednich, jest z pewnością odwrócenie schematu, w którym nasi bohaterowie polują na „supków”. Tym razem bowiem to Rzeźnik i spółka stali się obiektem brutalnego ataku i trzeba przyznać, że manewr wypadł naprawdę odświeżająco, ponieważ dobitnie pokazał, że akcja spotyka się jednak z reakcją. Dotychczas herosi prezentowani byli jako totalne dupki (bez obaw, nadal takowymi są), ale do tej pory nie za bardzo umieli odgryźć się tropiącej ich grupie, stanowiąc jedynie (mimo całego posiadanego arsenału supermocy!) zwierzynę łowną. Tym razem jest inaczej – widać, że Odwet naprawdę tego odwetu chce.

Silmarillion – J.R.R. Tolkien

Echa dawnych dni

Jagoda Wochlik

Niewątpliwie gdyby nie twórczość takich pisarzy jak John Ronald Reuel Tolkien, C.S. Lewis, Marion Zimmer Bradley czy Robert Howard, nie mielibyśmy dziś całego gatunku literackiego, który dla wielu czytelników jest właśnie tym najbardziej ukochanym – pełnym dzielnych wojowników, pięknych czarodziejek, rozmiłowanych w kruszcach krasnoludów. A nawet jeśli fantastyka zaistniałaby, to nie w takim kształcie, w jakim znamy ją obecnie.

Jednakże o ile o „Hobbicie” czy „Władcy Pierścieni”, czy to za sprawą samych książek, czy adaptacji Petera Jacksona, słyszały nawet osoby, które nie są fanami fantastyki, o tyle lekturą „Silmarillionu” może poszczycić się niewielu nawet spośród najbardziej wytrwałych miłośników gatunku. Bowiem jest on znany jako ta książka Tolkiena, w której tylko idą i idą, a poza tym niewiele się dzieje. Nigdy do tej pory nie zetknęłam się z tym dziełem twórcy Śródziemia. Jednakże gdy nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka ukazało się wznowienie „Silmarillionu”, postanowiłam nadrobić to niedopatrzenie z dawnych lat.

Przyznaję się bez bicia, łatwo nie jest. Najpierw trzeba przebić się przez wstęp autorstwa syna Tolkiena, będącego redaktorem tomu, który wyjaśnia, dlaczego poszczególne części mogą się wydać dość nierówne i dlaczego zdecydował się na wybór właśnie tych, a nie innych opowieści, by utworzyły tom, nazwany przez niego „Silmarillionem”, wydany już po śmierci ojca. Potem trzeba przebrnąć przez list Tolkiena do jego wydawcy, w którym poniekąd streszcza fabułę „Silmarillionu” i „Władcy Pierścieni”, jednocześnie dając wykład o własnym poglądzie na sztukę. I wreszcie, po trzydziestu stronach, docieramy do właściwej treści książki.

Zabij albo zgiń Tom 2 – Ed Brubaker, Sean Phillips, Elizabeth Breitweiser

Podszepty zła

Marek Adamkiewicz

Eda Brubakera nie trzeba nikomu przedstawiać. Ten utalentowany scenarzysta pracował w swojej karierze dla obu największych wydawnictw zajmujących się superbohaterszczyzną, więc każdy, kto choć odrobinę orientuje się w komiksie amerykańskim, na pewno się o jego twórczość otarł. Od jakiegoś czasu tworzy dla firm nieco mniejszych, oferujących swoim autorom większą swobodę artystyczną. Takie podejście zaowocowało kilkoma błyskotliwymi seriami, a najnowszą spośród nich jest „Zabij albo zgiń”, tytuł wciąż wydawany w USA. U nas ukazuje się właśnie drugi tom zbiorczy, który, po znakomitej pierwszej odsłonie, był jedną z największych nadziei pierwszego kwartału komiksowego roku 2018.

Dylan zawarł pakt z demonem. Musi co miesiąc zabić jedną osobę, by zaspokoić głód piekielnego bytu. Wybór ofiar nie jest przypadkowy – to osoby, których śmierci nikt nie będzie żałował, ludzie krzywdzący i niszczący innych. Pojawia się jednak pewien problem – Dylanowi coraz trudniej jest operować w mieście, ponieważ lokalna policja wie już o jego morderczej działalności. Co prawda służby porządkowe wciąż nie mają nazwiska sprawcy, ale pętla się zaciska, a ulice  patrolowane są przez coraz liczniejsze siły, staje się więc coraz ciaśniejszym miejscem dla kogoś, kto musi kontynuować zabójczą misję.

Już w poprzednim tomie nękający Dylana demon był postacią, co do której prawdziwości nie mieliśmy pewności. Tym razem wątpliwości zostają pogłębione. Brubaker pokazuje wysłannika piekieł tylko w określonych okolicznościach – spośród bohaterów widzi go tylko nasz zamaskowany zabójca, nigdy też nie pojawia się, gdy w pobliżu jest ktoś inny. Czy to diabeł wyimaginowany? Argumentem przemawiającym za taką teza może być fakt, że Dylan zażywa leki, które mogą mieć wpływ na jego postrzeganie rzeczywistości. Jak jednak jest w istocie? Czy autor opisuje autentyczną piekielną interwencję, czy może jednak nasilającą się chorobę psychiczną? Tego nie można stwierdzić ze stuprocentową pewnością.

Strony