Subiektywnie

Thorgal. Kriss de Valnor Tom 7: Góra Czasu – Xavier Dorison, Mathieu Mariolle, Frederic Vignaux

Im bliżej końca, tym wyższy poziom

Marek Adamkiewicz

Przez lata twórcy „Thorgala” wyrobili swojej serii taką renomę, że dzisiaj jest to komiks doskonale rozpoznawalny, generujący ogromne zainteresowanie odbiorców i, najprawdopodobniej, przynoszący spore zyski. Nic dziwnego, że w głowach osób odpowiedzialnych za markę powstał pomysł, by do głównego cyklu dopisać kilka pobocznych, skupiających się na innych znanych postaciach z uniwersum. Obecnie zbliżamy się do końca pierwszego thorgalowego spin-offu. Mowa o „Kriss de Valnor”. „Góra Czasu” dzieje się równolegle do „Szkarłatnego Ognia” i po kolejnym tomie połączy się fabularnie z „Thorgalem”.

Po wydarzeniach zaprezentowanych w „Wyspie zaginionych dzieci” bohaterka postanawia wyruszyć w niebezpieczną podróż, pragnie bowiem odnaleźć syna. Kriss nie ma jednak czasu na wielomiesięczne poszukiwania, korzysta więc z niesamowitych właściwości tak zwanej Góry Czasu, fenomenu natury pozwalającego na skrócenie drogi i szybsze osiągnięcie celu. Sęk w tym, że igrając z czasem, Kriss na swojej drodze spotyka inne, wcale nieskore do pomocy wersje samej siebie. Tymczasem Jolan, obecnie władający wikingami Północy, pragnie zakończyć wojnę z wyznawcami Javhusa. Dlatego, za namową pewnego mędrca, decyduje się na pojedynek z liderem przeciwników. Ten, kto wyjdzie z tej próby zwycięsko, przejmie kontrolę nad wojskami i ziemiami wroga, kończąc tym samym krwawy i wyniszczający konflikt.

Yoro – Marina Perezagua

Jagoda Wochlik

Marina Perezagua ukończyła historię sztuki na Uniwersytecie w Sewilli. Natomiast na Uniwersytecie Stanowym w Nowym Jorku obroniła doktorat z literatury. Do tej pory wydała dwa zbiory opowiadań, bardzo dobrze przyjęte przez krytykę. „Yoro” jest jej pierwszą powieścią. Jest to też pierwsza pozycja tej autorki, która ukazała się na rynku polskim.

H. stała się jedną z ofiar amerykańskiego ataku na Hiroszimę. Ale nawet przed wybuchem bomby nie była zwykłym dzieckiem. Chorowała na hermafrodytyzm – urodziła się zarówno z żeńskimi, jak i męskimi narządami rozrodczymi. Choć była wychowywana jako mężczyzna, zawsze czuła się kobietą. Bestialski atak na Hiroszimę otworzył przed nią nowe możliwości – mimo że straszliwie cierpiała z bólu i straciła penisa, wreszcie dzięki szeregowi operacji plastycznych mogła spełnić swoje marzenie i stać się kobietą. Jim natomiast był amerykańskim żołnierzem, który trafił do niewoli. Zmuszony do ciężkiej pracy w nieludzkich warunkach, cudem uniknął śmierci. Co ich łączy? Yoro, mała dziewczynka, wychowanka Jima, przedmiot tajnego, rządowego projektu. Dziewczynka, na której poszukiwaniach wspólnie strawią niejeden rok.

Torpedo 1972 – Enrique Sánchez Abulí, Eduardo Risso

Strzeż się cyngla z Parkinsonem

Maciej Rybicki

„Torpedo 1936” Enrique Sáncheza Abulíego i Jordiego Berneta cieszy się od lat opinią jednego z najlepszych europejskich czarnych kryminałów… a może i nie tylko europejskich. Perypetie tytułowego Torpedo – płatnego zabójcy, żyjącego w nowojorskim półświatku czasów Wielkiego Kryzysu – przez lata zdobywały uznanie i sympatię tak fanów, jak i krytyków. Najlepszym tego przykładem może być uhonorowanie serii nagrodą dla najlepszego albumu zagranicznego na Festiwalu w Angoulême w 1986 roku Lata jednak mijały, a o kolejnych przygodach gangstera było niepokojąco cicho… aż do tego roku, gdy do hiszpańskiego scenarzysty dołączył znany choćby ze „100 naboi” rysownik Eduardo Risso. W efekcie ich współpracy powstała kontynuacja cyklu. Przed państwem „Torpedo 1972”.

Punisher Max tom 3 – Garth Ennis, Leandro Fernandez, Goran Parlov

Zwalczając ogień za pomocą ognia

Marek Adamkiewicz

Dwie poprzednie odsłony „Punisher Max” przyniosły nam kawał niezwykle mrocznej i bardzo brutalnej sensacji. Garth Ennis zaproponował w nich spojrzenie w głąb zdegenerowanego świata przestępczości zorganizowanej, a lektura całości robiła bardzo przygnębiające, ale zarazem także osobliwie hipnotyzujące wrażenie. Skala opisywanego zwyrodnienia powodowała, że zaczynaliśmy kibicować poczynaniom Punishera podczas jego krwawych rozpraw z bandytami. Najnowszy tom serii nie tylko tego obrazu nie zmienia, ale jeszcze go pogłębia. Mamy tu do czynienia prawdopodobnie z najbardziej udanymi historiami wydanymi w ramach cyklu.

Tym razem Frank Castle bierze na cel szajkę pochodzących z Europy Wschodniej handlarzy żywym towarem i stręczycieli kobiet. Grupa jest wyjątkowo okrutna, a konsekwencją traktowania przez nich „podopiecznych” są złamane życia i rany, których nie sposób wyleczyć. Po zakończeniu tej sprawy Punisher ląduje w Miami, gdzie postanawia rozprawić się z członkami pewnej korporacji. Na miejscu trafia na godnego siebie przeciwnika – wynajętego przez szefa firmy, niejakiego Barracudę, najemnika bez zasad i litości, który uwielbia stosować wobec przeciwników wymyślne sposoby zadawania bólu.

Zapach diabła – Mons Kallentoft

Nic nowego pod słońcem

Jagoda Wochlik

Mons Kallentoft od lat dzielnie walczy o tytuł króla szwedzkich kryminałów. Debiutował powieścią „Pesetas”. Otrzymał za nią nagrodę Związku Pisarzy Szwedzkich. Prawdziwy rozgłos przyniósł mu jednak cykl o komisarz Mallin Fors. Pierwszą jego częścią była „Ofiara w środku zimy”. Obecnie, nakładem wydawnictwa Rebis, otrzymaliśmy już dziesiąty tom serii, zatytułowany „Zapach diabła”. Powieścią tą pisarz planuje otworzyć także nowy cykl, w którym skupiał się będzie na ludzkich zmysłach.

Niewyjaśniona sprawa morderstwa małego chłopca sprawia, że Mallin Fors pije coraz więcej i coraz częściej. Zatroskani przyjaciele wysyłają ją na odwyk lecz to niewiele pomaga. Jedynym ratunkiem dla kariery policjantki z Linköping okazuje się wyjazd do szwedzkiej ambasady w Tajlandii, gdzie Mallin ma podjąć funkcję oficera łącznikowego. Krótko po objęciu przez nią stanowiska, brutalnie zamordowana zostaje obywatelka Szwecji. Mallin coraz bardziej angażuje się w śledztwo

Nie czytałam poprzednich książek o Mallin Fors, dlatego będę tę powieść oceniać jako autonomiczny byt, nie natomiast część większej całości. Jak zatem prezentuje się „Zapach diabła”? Przede wszystkim powiela znane z tysięcy innych książek, a moim zdaniem nieco już przebrzmiałe, schematy. Kallentoft nie oszczędza swojej bohaterki. Każe jej pić na umór, zataczać się po ulicy, wymiotować w ciemnych alejkach i odwiedzać podejrzane lokale. Obdarowuje ją przeszłością nie do pozazdroszczenia – byłym mężem, partnerem, który zostawił ją dla młodszej, z którą w dodatku będzie miał dziecko i konfliktem z córką.    Mallin dręczy także nierozwiązana do tej pory sprawa. Wszystko to jest czytelnikowi znane i niemiłosiernie już ograne, ale z drugiej strony pozwala czuć się jakże swojsko i bezpiecznie. Czytasz i otrzymujesz dokładnie to, czego się spodziewasz.

Guardians of the Galaxy. Strażnicy w rozsypce – Brian Michael Bendis, Nick Bradshaw i inni

Dziel i rządź

Maciej Rybicki

W zasadzie od samego początku wydawanej w ramach Marvel Now! serii „Guardians of the Galaxy”, autorstwa Briana Michaela Bendisa grupa gwiezdnych herosów była stylizowana na kosmiczną wersję Avengers, jeśli wręcz nie na ich pozaziemski oddział. Zaangażowanie w sprawy naszej planety, kontakty z Tonym Starkiem, wreszcie czynny udział w wydarzeniach „Nieskończoności” czy „Procesu Jean Grey” pokazały, że związek Star-Lorda, Draxa, Gamory, Rocketa i Groota z naszą planetą jest znacznie ciaśniejszy, niż można by się spodziewać. Najnowszy tom serii nawiązuje nieco do jednej z najlepszych historii o Avengers nawet tytułem, choć, w polskim tłumaczeniu, może to umknąć czytelnikowi. W oryginale album ten został jednak wydany pod jednoznacznie kojarzącym się tytułem: „Guardians Disassembled”.

Batman. Noc Ludzi Potworów – Steve Orlando, Riley Rossmo, Roge Antonio, Andy MacDonald

Potwornie słabe potwory

Marek Adamkiewicz

Spoglądając na dzisiejszą wersję Batmana, trudno się oprzeć wrażeniu, że bohater nie przeżywa najlepszego okresu w swojej historii. Wydawane w ramach „Odrodzenia” battytuły raczej nie porywają, skręcając często w stronę wyjątkowo niewymagającej pulpy oraz stawiając na akcję kosztem mroku i detektywistycznego zacięcia bohatera. Zarówno obecna, jak i poprzednia linia wydawnicza DC Comics nie zawiera ponadto takiej opowieści z Nietoperzem w roli głównej, która za kilka lat mogłaby aspirować do miana klasyki. Szansy na poprawę należałoby prawdopodobnie upatrywać w miniseriach i crossoverach. Do tych drugich należy „Noc Ludzi Potworów” – pierwsze takie wydanie w ramach „Odrodzenia”.

Nad Gotham City nadciąga burza stulecia. Możliwa jest klęska żywiołowa na skalę, jakiej miasto jeszcze nie widziało. Podczas gdy Batman i jego drużyna zbierają siły, by w czasie kryzysu nieść pomoc mieszkańcom, na ulicach zaczynają grasować cztery potwory. Nikt nie wie, skąd się wzięły, ale w obliczu zniszczeń, jakie przynosi ich przemarsz, Mroczny Rycerz i jego towarzysze są zmuszeni do zmiany priorytetów i podziału zadań – część bohaterów zajmuje się ewakuacją ludzi z zagrożonej metropolii, podczas gdy reszta bierze na cel potwory. Wszyscy zaś muszą działać szybko, ponieważ monstra z każdą godziną rosną w siłę i dewastują coraz większe tereny.

Podstęp Hetytów – Sylvain Runberg we współpracy z F. Miville-Deschênesem

Cel wciąż za horyzontem

Marek Ścieszek

Nie zawsze jest tak, że mnogość wątków dodaje opowieści atrakcyjności. Bywa, że w gąszczu pomysłów gubi się fabuła. Słabszą stroną pierwszej części „Podbojów” był właśnie scenariusz: nazbyt urozmaicony, zbudowany na elementach zaczerpniętych z różnych epok historycznych, a także mitologii ludów geograficznie oraz historycznie od siebie odległych. Niezaprzeczalnie mocna była strona graficzna „Hordy żywych”. Twórcy stanęli na wysokości zadania, przekazując czytelnikom coś przyciągającego uwagę pięknem, wzbudzającego zachwyt na tyle silny, aby osłabić minusy. W „Podstępie Hetytów”, drugiej części cyklu, proporcje zaczęły się wyrównywać, przy czym wizualnie wszystko pozostało po staremu, czyli na bardzo wysokim poziomie.

Suicide Squad. Legion Samobójców Tom 1: Czarne Więzienie – Rob Williams, Jim Lee i inni

Towarzyskie występy w Rosji

Marek Adamkiewicz

Zeszłoroczna kinowa wersja przygód Suicide Squad okazała się sporą artystyczną porażką. Swoje jednak zarobiła, bo co jak co, ale poszczególne elementy grały w niej całkiem przyzwoicie. Zabrakło przede wszystkim dobrego scenariusza, co w przypadku tematu o takim rozrywkowym potencjale jest prawdziwym horrorem. Podobnie rzecz miała się z komiksowymi przygodami Legionu w „Nowym DC Comics” – Egmont wydał tylko dwa tomy zbiorcze tej serii, rezygnując z jej dokończenia. Może więc kolejne podejście do drużyny superłotrów, tym razem w ramach „Odrodzenia”, wykorzystało w pełni jej możliwości?

Członkowie Legionu Samobójców zostają wysłani do Rosji, gdzie mają zlokalizować i zneutralizować (lub przywieźć do domu) odnaleziony tam bliżej nieokreślony obiekt pochodzenia kosmicznego. Sprawa nie jest jednak tak prosta, jak mogłoby się początkowo wydawać, gdyż strzegą go nie tylko rosyjscy żołnierze, ale także tamtejsza wersja Oddziału Specjalnego X. Amerykańscy superłotrzy będą musieli zmierzyć się takimi przeciwnikami jak Gułag czy Tunguski. Ponadto, w ramach kilkustronicowych dodatków, dowiemy się co nieco o przeszłości kolejnych członków oddziału.

Po „Suicide Squad” chyba nikt nie spodziewa się czegoś więcej aniżeli prostej, emocjonującej rozwałki. Ten tytuł zawsze był czystą rozrywką, bez absolutnie żadnych dodatkowych ambicji. Taki obraz zostaje utrzymany także w „Czarnym Więzieniu”. Same założenia fabularne, przedstawiające nam kolejną niebezpieczną misję, dają jasno do zrozumienia, że na kolejnych stronach największe znaczenie będzie miała akcja. Tak w istocie jest. Wszystko toczy się tu szybko, ze sporą dozą strzelania i mordobicia. Czy jednak całość jest odpowiednio emocjonująca? Tutaj można mieć akurat pewne wątpliwości, ze względu na przewidywalność fabuły. Nie jest to jednak zarzut zbyt dużego kalibru, bo „pościgi i wybuchy” zawarte na kartach albumu są efektowne, a poszukujący odmóżdżenia czytelnik będzie z tempa i charakteru tej historii zadowolony.

Poważnie zabawne, nieskończenie cytowalne – Terry Pratchett

Mała rzecz, a cieszy

Anna Szumacher

Kiedy kurier wręczył mi paczkę z recenzowaną poniżej książką, miałam poważne wątpliwości, czy coś w ogóle jest w środku. Lekkie jak piórko, rozmiarów niepozornych... Cóż, prawdziwe jest twierdzenie, że rozmiar nie zawsze ma znaczenie.  

Chodzi o małpy. Tak naprawdę zawsze chodzi o małpy – nie mylić z małpisz... ekhm, bo za takie określenie pewien zwykle spokojny Bibliotekarz wepchnie wam łokcie przez gardło. Wasze własne. Słowa zmieniają nas z małp w ludzi, choć – pewnie – lepiej być ewoluującą małpą niż upadłym aniołem. Jeśli osiągnęliśmy już odpowiedni poziom abstrakcji, możemy przejść do recenzji.

„Poważnie zabawne, nieskończenie cytowalne” to nieduża, zielona książeczka, w której zgromadzone zostały cytaty Mistrza. Są podzielone tematycznie, dlatego w ramach zmiennego nastroju możemy wybierać sobie myśl dnia z konkretnej kategorii: „Ludzka natura”, „Romans”, „Wykształcenie i mądrość”, „Sukces”, „Życie i śmierć”, „Zwierzęta”, „Religia”, „Polityka” oraz „Słowa i pismo”. Da się ten zbiór czytać w dowolny sposób; od początku do końca, od końca do początku, zaczynając ze środka, losowo albo do góry nogami. Ta ostatnia wersja ułatwia czytanie, jeśli i czytelnik, i książka zostaną odwróceni.

Niektórzy pewnie powiedzą, że to wyciskanie pieniędzy od nieutulonych w smutku fanów. Pewnie coś w tym jest, ale – szczerze – istnieją głupsze rzeczy, na które można wydać pieniądze. Na przykład na wizytę w szpitalu, gdy nazwie się pewnego Bibliotekarza małpiszo... O czym to ja...? A tak, o książce. Na stu dwudziestu ośmiu stronach znalazło się w sumie nieco ponad sto cytatów pochodzących głównie ze  Świata Dysku, „Dobrego omenu”, „Nomów księgi kopania”, ale też z wystąpień Pratchetta czy jego wypowiedzi na stronie alt.fan.pratchett.

Strony