Subiektywnie

Black Kiss 2 – Howard Chaykin

Miłość jest prawem, miłość podług woli

Marek Adamkiewicz

Wydany w 1988 „Black Kiss” jest komiksem nietuzinkowym i obrazoburczym. Wypełniony seksem i przemocą, od momentu premiery budzi niepokój jednych, a fascynację innych odbiorców. Dla mnie stanowi bardzo intrygującą mieszankę czarnego jak noc kryminału, mocnej i przechodzącej miejscami w pornografię erotyki oraz okultystycznego horroru. Chaykin podlał całość gęstym sosem campu i pulpy, co w efekcie dało dzieło specyficzne, które, jeśli nie lubi się takiej celowo przerysowanej konwencji, z miejsca odrzuci co wrażliwszych czytelników. Ja jednak podczas lektury bawiłem się wybornie, dlatego wieść, że Planeta Komiksów wyda kontynuację tej historii, powitałem z dużym zadowoleniem.

Dalszy ciąg „Black Kiss” jest w znacznej mierze prequelem. Scenarzysta przenosi nas daleko w przeszłość i pokazuje, w jaki sposób Beverly Grove stała się nieśmiertelnym demonem (bądź też wampirem lub sukkubem – kwestia nazewnictwa pozostaje otwarta). Akcja toczy się na przestrzeni wielu dziesięcioleci i portretuje zmiany zachodzące na świecie, określa też napędzające ludzi i społeczeństwa namiętności. Na kolejnych kartach dowiemy się też dokładnie, kim jest rozpustna Dagmar, wierna towarzyszka Beverly. Ponadto polski wydawca zawarł tu dodatek specjalny, odsłaniający nieznane karty historii głównej bohaterki serii.

Drugi tom „Black Kiss” jest bez wątpienia tytułem dla tych, którzy mają już za sobą lekturę pierwszej części. Bez jej znajomości przyjemność płynąca z poznania dawnych i przyszłych losów Beverly Grove będzie znikoma. Chaykin tym razem nieco zmienił swoje podejście do narracyjnej strony komiksu, zdecydował się bowiem na wprowadzenia narratora. Jego brak był jednym z czynników, które sprawiały, że wejście w opowieść snutą w tomie numer jeden nie było zbyt płynne. Tutaj jest inaczej, a zabieg znacząco poprawia przejrzystość lektury i sprawia, że perypetie głównych bohaterów są zdecydowanie łatwiejsze w odbiorze.

Koniec śmierci – Cixin Liu

Nadmiar człowieczeństwa

Marcin Knyszyński

No dobra, to na czym skończyliśmy? Aha, wiemy już, że wszechświat to przerażający ciemny las a nasza mała planetka to krzykliwy, jaskrawo upierzony ptak na gałęzi jednego z drzew. Wielkie, drapieżne ptaszysko, czyli Trisolarianie, zostało w ostatniej chwili powstrzymane przez fortel Luo Ji. Ten socjolog kosmicznych cywilizacji okazał się ostatnią nadzieją ludzkości. Zagrał va banque i wygrał – zaczęła się  kosmiczna zimna wojna. Trzecia część trylogii „Wspomnienie o przeszłości Ziemi” to dalsze dzieje ludzkości, skazanej na potworną samotność z konieczności. Cixin Liu ma rozmach – jego „Koniec śmierci” zabiera nas w tak odległą przyszłość, tak niezmierzone przestrzenie i tak abstrakcyjne wymiary, jak mało która powieść science fiction.

Pewna pani naukowiec z Państwa Środka, Cheng Xin, pracowała dla Planetarnej Agencji Wywiadowczej w czasach, gdy Trisolarianie byli jeszcze w drodze do Układu Słonecznego. Z dnia na dzień stała się obiektem zazdrości większości kobiet na świecie – jakiś tajemniczy wielbiciel kupił jej gwiazdkę z nieba. Dosłownie. Otóż jej były kolega ze studiów o imieniu Tianming postanawia wydać cały swój majątek na prezent dla ukochanej, zanim rak płuc zje go żywcem. Cheng Xin dowiaduje się o tym trochę za późno, więc postanawia odnaleźć go w przyszłości wśród gwiazd. Również dosłownie. Nie przypuszcza jeszcze, że ostatecznie otrzyma od Tianminga prezent, przy którym bledną wszystkie gwiazdy. Także jak najbardziej dosłownie.

Thor. Gromowładna – Jason Aaron, Russel Dauterman, Jorge Molina

Kopernik była kobietą

Maciej Rybicki

„Thor Gromowładny” autorstwa Jasona Aarona niewątpliwie należał do najciekawszych serii linii Marvel Now!. Po genialnych pierwszych dwóch tomach, pochodzący z Alabamy scenarzysta zaczął wprowadzać do swojej serii coraz więcej elementów komediowych, a także eksperymentować z konwencją. Radykalne zmiany, które przyniósł „Grzech pierworodny”, stały się dobrą okazją, by serię o bogu gromu poddać lekkiemu faceliftingowi. Tyle tylko, że Aaron nie za bardzo lubi półśrodki. Dostaliśmy więc do rąk nie tylko opowieść o Odinsonie, który nie jest już godny, by władać Mjolnirem, ale i historię o nowym dzierżycielu tego potężnego młota… a właściwie o dzierżycielce. Tak się bowiem składa, że nowy Thor jest… kobietą.

The Black Monday Murders Tom 2: Waga – Jonathan Hickman, Tomm Coker

Pieniądz rządzi światem

Marek Adamkiewicz

Pierwszy tom „The Black Monday Murders” spadł na mnie jak grom z jasnego nieba. To był bez wątpienia jeden z najlepszych komiksów wydanych w Polsce w 2017 roku. Dzieło Hickmana w brawurowy sposób łączyło w sobie motywy okultystyczne ze światem wielkich finansów, nie popadając w żadnym momencie w banał i trzymając niezwykle wysoki poziom od początku do końca. Taki stan rzeczy sprawiał, że kontynuacja była przeze mnie niezwykle mocno wyczekiwana, choć przy okazji w głowie pojawiały się pytania o jej jakość. Teraz, gdy „Waga” trafiła w końcu na księgarskie półki, można zweryfikować te oczekiwania.

Rośnie napięcie między dwiema szkołami wchodzącymi w skład konglomeratu Caina-Kankrin. W wyniku morderstwa dokonanego przez przedstawiciela jednej z nich na osobie członka drugiej, wszystko wywraca siędo góry nogami. Ustalony przed dekadami porządek podlega dynamicznym i nieodwracalnym zmianom. Usunięta onegdaj w cień Grigorija Rothschild sięga po pełnię władzy, jednak żeby osiągnąć cel, musi pokonać mordercę swego brata. Tymczasem detektyw Dumas zstępuje do podziemi Banku Rezerwy Federalnej, by tam stanąć oko w oko z jedną z największych tajemnic współczesnego świata.

Drugi tom „The Black Monday Murders” od pierwszych stron atakuje czytelnika niezwykle dusznym i sugestywnym klimatem, jednak tym razem nie zostajemy rzuceni na tak głęboką wodę jak poprzednio. Gdy jest się już zaznajomionym z tym niezwykłym i mrocznym światem przedstawionym, ponowne weń wejście odbywa się zdecydowanie płynniej, chociaż Hickman nie rezygnuje z obranej konwencji – wciąż więcej tu pytań niż odpowiedzi. Dominują tajemnica i enigmatyczność, które dotyczą zarówno poszczególnych bohaterów, jak i podejmowanych przez nich działań. Istotne jest jednak to, że ta konwencja zagadkowości ani przez moment nie sprawia wrażenia sztuki dla sztuki, a na pierwszym miejscu niezmiennie stoi treść.

Lanfeust z Troy, tom 2 – Christophe Arleston, Didier Tarquin

Tu Thanos, tam Thanos

Maciej Rybicki

Muszę przyznać, że jestem pod ogromnym wrażeniem dynamiki, jakiej w ostatnich latach nabrał nasz rynek komiksowy. Wydawnicza ofensywa trwa w najlepsze i choć pewnie prędzej czy później balonik pęknie, na razie czytelnicy mogą najwyżej narzekać na klęskę urodzaju. Oferta rodzimych wydawców jest bowiem coraz większa. Co ważne, wzrost podaży nie ogranicza się tylko do komiksów zza Wielkiej Wody, ale powoduje także coraz lepszą dostępność pozycji europejskich. To, wraz z modą na wydania zbiorcze, przekłada się na wznowienia znanych już u nas serii frankofońskich, tym razem w formie integrali. Nie inaczej jest z „Lanfeustem z Troy”. Ta publikowana już w Polsce seria – jedna z najbardziej cenionych na polu europejskiego komiksowego fantasy – tym razem trafia do czytelników w postaci wydań zbiorczych. Tom otwierający serię był zdecydowanie udany. Jak więc wypada zwieńczenie historii Lanfeusta?

Na przestrzeni czterech zawartych w omawianym tomie albumów Arleston trzyma się sprawdzonego schematu, w którym, wychodząc z niemal sielankowego staus quo, prowadzi bohaterów przez szereg komplikacji, aż po efektowny finał. Choć fabuła rozkręca się dość leniwie, koniec końców nabiera jednak sporego tempa, trzymając czytelnika w napięciu do samego końca, po drodze oferując kilka zwrotów akcji. I jak to zwykle w przypadku komiksów ze świata Troy bywa, w środku znajdziemy mnóstwo dobrej zabawy. Ta wynika z kilku czynników.

Batman Detective Comics Tom 2: Syndykat Ofiar – James Tynion IV, Marguerite Bennett, Eddy Barrows, Ben Oliver i inni

Odwet ofiar

Marek Adamkiewicz

„Odrodzenie” nie jest obecnie inicjatywą, która dawałaby spore pole do popisu Batmanowi. Główny tytuł z udziałem tego bohatera szoruje na tę chwilę (drugi tom zbiorczy) po dnie, „Noc Ludzi Potworów”, czyli crossover kilku bat-tytułów okazał się katastrofalnie słaby, także działalność Nietoperza w ramach Ligi Sprawiedliwości nie porywa. Jest jednak jedna jedyna seria, która trzyma poziom i po którą fani Mrocznego Rycerza nie muszą bać się sięgać. To „Detective Comics”, cykl, którego pierwsza odsłona była zaskakująco wręcz udana. Choć drugi tom nie trzyma aż tak wysokiego poziomu, także warto zawiesić na nim oko.

Przez lata walki z przestępczością w Gotham Batman stoczył niezliczone ilości potyczek z rzeszą różnych łotrów. Starcia były nieuniknione, a bohater po prostu bronił swojego miasta przed kolejnymi zagrożeniami. Jednak efektem jego działań było też cierpienie cywili. Ludzie tracili swoje domy, miejsca pracy, a także życie i zdrowie. Teraz poszkodowani chcą wykrzyczeć Nietoperzowi prosto w twarz wszystkie swoje żale. Tak zwany Syndykat Ofiar, zbierający kilkoro przypadkowych ofiar , przystępuje do kontrataku. Ich celem jest, by zamaskowany pogromca zbrodni z Gotham zakończył swoją działalność, ponieważ w ich opinii przynosi ona więcej szkody niż pożytku, a im dłużej trwa, tym więcej niewinnych osób cierpi.

Vei. Tom 1 – Sara B. Elfgren, Karl Johansson

Przygoda wśród olbrzymów

Marek Adamkiewicz

Na komiksowym rynku wydawniczym nie ukazuje się obecnie zbyt wiele cykli, które można by uznać za chociaż częściowo adresowane do młodzieży. To z pewnością kilka superbohaterskich serii z DC Comics, z „Nastoletnimi Tytanami” na czele – jednak w ich przypadku dyskusyjną kwestią pozostaje jakość artystyczna. Co poza tym? Może „Thorgal”? Jeśli uznamy go za komiks młodzieżowy (sądzę, że przynajmniej dwie serie spin-offowe można pod ten podgatunek podciągnąć), to może nawet się nada. Poza tym na myśl przychodzi mi jedynie „Amulet”, ale tutaj grupą docelową są chyba trochę młodsze dzieci, dopiero wchodzące w wiek nastoletni. Tym milsze będzie zaskoczenie, gdy już chwycimy w ręce najnowszą propozycję od Non Stop Comics.

Wszystko rozpoczyna się, gdy grupa wikingów, poszukująca drogi do mitycznej krainy olbrzymów, Jotunheimu, trafia na dryfujące w wodzie ciało młodej dziewczyny. Vei, bo tak ma na imię, nie jest jednak człowiekiem. Szybko okazuje się, że pochodzi ona z miejsca, do którego chce trafić dowodzona przez księcia ekspedycja. Lud niedoszłej topielicy znajduje się pod opieką gigantów, którzy są skonfliktowani z panteonem bóstw, wyznawanych przez wojowniczych wodzów z północy. Sprawy jeszcze bardziej się komplikują, gdy Vei zostaje wyznaczona jako przedstawicielka swojego ludu w turnieju, którego stawką jest władza nad Midgardem, światem ludzi.

Na pierwszym miejscu w „Vei” stoi bez wątpienia akcja. Czytelnik zostaje rzucony w wir przygody właściwie już od pierwszej strony, a na kolejnych tempo wcale zbytnio nie siada. Komiks nie aspiruje przy tym do bycia niczym więcej ponad dobrą rozrywką. Scenarzysta obficie czerpie ze skandynawskiej mitologii, przekształcając ją na własną modłę i udanie wprowadzając na arenę wydarzeń postacie boskie i mityczne. Zwraca większą uwagę na olbrzymów, Asów stawiając z kolei bardziej w cieniu. Rasa Jutundów, jakkolwiek starożytna, wydaje się jednak bardzo podobna do ludzi – u jej przedstawicieli widać analogiczne motywacje i dążenia, co pozwala lepiej ich zrozumieć.

Atlas lądów niebyłych – Edward Brooke-Hitching

Fantastyka według kartografów

Anna Szumacher

„Atlas lądów niebyłych” stał się białym krukiem zanim jeszcze wszedł na rynek. Pojawił się w zapowiedziach, potem – podobno – na moment dotknął półek księgarni i zniknął. Jeszcze nie było tak, że na zrecenzowanie książki trzeba było czekać, aż ukaże się dodruk. Co spowodowało, że ciężki, twardy, pełen historycznych map atlas rozszedł się jak świeże bułeczki w społeczeństwie, które – również podobno – nie czyta? No cóż…

Powodów jest kilka. Zacznijmy może od najbardziej rzucającego się w oczy. „Atlas lądów niebyłych. Największe mity, zmyślenia i pomyłki kartografów” opracowany przez Edwarda Brooke’a-Hitchinga jest najbardziej wypasionym wydaniem roku 2017. Już sama okładka wygląda jak milion dolarów: twarda oprawa, złocenia, wypukłe litery, duży format. Takie książki same przylepiają się do rąk i trudno je odłożyć. Jeszcze trudniej jest, kiedy zajrzy się do środka. Książka pachnie tak, jak powinna. Ma papier dobrej jakości, do tego jest bogato ilustrowana przedrukami map historycznych. Map, które aż się proszą, by powiesić je na ścianie, choć przecież są pełne błędów. No właśnie, bo to książka o błędach jest…

Z przedmowy dowiadujemy się, że trzymamy w rękach atlas, w którym zebrane zostały nie tylko lądy czy wyspy, ale też kraje, miasta, góry, rzeki, kontynenty i rasy okołoludzkie, które nigdy nie istniały, ale z jakiegoś powodu znalazły się na mapach i niekiedy przez setki lat uważane były za prawdziwe. A przez to przepisywano je do kolejnych i kolejnych atlasów. Pomyślicie sobie: no tak, w starożytności czy średniowieczu ludzie nie podróżowali aż tak dużo, poza tym mogli nieprawidłowo określać długość czy szerokość geograficzną… I tak, macie rację. Do pewnego stopnia.

Jonah Hex Tom 6: Kule nie kłamią – Justin Gray, Jimmy Palmiotti, Darwyn Cooke i inni

Sześć twarzy Hexa

Marek Adamkiewicz

Oferta DC Comics kojarzona jest przede wszystkim z superbohaterami. Nie ma w tym niczego dziwnego, wszak Batman czy Superman to postaci powszechnie znane, które na przestrzeni lat doczekały się statusu prawdziwych ikon popkultury. Jednak amerykańskie wydawnictwo ma w swoim katalogu także tytuły, które trzymają się z daleka od trykotów. Cały imprint Vertigo to jedna rzecz, kolejną jest „Jonah Hex” – seria utrzymana co prawda w głównym nurcie, lecz oderwana od wydarzeń dziejących się współcześnie. Twórcy cofają się w niej do czasów Dzikiego Zachodu, prezentując perypetie bezwzględnego łowcy nagród.

Kolejne tomy cyklu mają formę antologii i prezentują różne epizody z życia głównego bohatera. Podobnie jest i tym razem. Na kartach albumu „Kule nie kłamią” dowiemy się między innymi jak przebiegł pościg Hexa za poszukiwanym bandytą oraz  w jaki sposób zakończyła się próba wynajęcia Jonaha przez pewnego meksykańskiego watażkę. Istotnym epizodem będzie też opowieść o próbie rozpoczęcia nowego życia przez oszpeconego łowcę nagród, z kolei w innej historii poznamy odpowiedź na pytanie, czy jest on rasistą. Przekrój tematyczny jest dosyć szeroki, ale kolejne składowe łączy jedna wspólna cecha – brutalność i bezwzględność świata przedstawionego.

„Kule nie kłamią” nie przynoszą żadnej rewolucji w kwestii charakterystyki głównego bohatera. Jonah Hex od zawsze kreowany jest jako postać, której nie da się nazwać pozytywną, a mimo to czytelnik mocno z nią sympatyzuje. Dzieje się tak głównie dlatego, że Hex, mimo pozornego braku dbałości o cudzy los, potrafi postąpić właściwie. Jednak do takiego zachowania nie może skłonić go nic innego poza własnym rozumieniem świata i sprawiedliwości. Poza odosobnionymi przypadkami protagonista czuje jednakowy wstręt do wszystkich ludzi. Ta cecha pomaga mu nie przywiązywać się do niczego ani nikogo i unikać nieuniknionych rozczarowań związanych z relacjami międzyludzkimi.

Podziemne życie – Tullis C. Onstott

Podróż do wnętrza Ziemi (w poszukiwaniu bardzo małych żyjątek)

Anna Szumacher

Warto od czasu do czasu sięgnąć po książkę, która jest wymagająca. Może być nawet trochę za trudna i nieco niezrozumiała pod kątem naukowym, jednak zawsze coś zostaje w głowie, poszerza horyzonty, mówi nam o świecie więcej, niż moglibyśmy przypuszczać. I „Podziemne życie” pełni właśnie taką funkcję –informuje, jak mali jesteśmy i jak niewiele jeszcze wiemy. Pokazuje także, że cały czas staramy się odkrywać nowe.

Tak jak wspominałam w leadzie, „Podziemne życie” nie jest książką łatwą, szczególnie dla humanistów. Po pierwszych siedemdziesięciu stronach umysłowego wysiłku zwątpiłam, czy dam radę przeczytać całość. Z drugiej strony te fragmenty, które zrozumiałam, były szalenie ciekawe. Autor przeplatał kwestie laboratoryjno-badawcze różnymi anegdotami dotyczącymi pozyskiwania próbek (moją ulubioną pozostaje użycie specjalnego barwnika dodawanego do płuczki, co skończyło się niekontrolowanym wybuchem i zafarbowaniem całego stanowiska, wraz z maszynami, naukowcami i robotnikami na trudno zmywalny różowy kolor. Błagam, niech ktoś powie, że są z tego zdjęcia). Więc tak, to skomplikowana książka, w której skróty nazw przeplatane są bardzo długimi i kompletnie niezrozumiałymi słowami i sformułowaniami takimi jak: wysokosprawna chromatografia cieczowa, znacznik perfluorowęglowodorowy czy SLiMEs (podpowierzchniowe litosferyczne systemy mikrobialne). Jednocześnie to lektura delikatnie popularnonaukowa, przez którą mają szansę przebić się co bardziej ambitni humaniści.

Strony