Subiektywnie

Jazz Maynard – Raule, Roger

Cały ten Jazz

Marek Adamkiewicz

Nie powiem, żebym był wielkim fanem i znawcą kontynentalnego komiksu europejskiego. Rzadko mam z takowym styczność, a w moje ręce częściej trafiają tytuły amerykańskich i brytyjskich scenarzystów. Jasne – jest znakomity do pewnego momentu „Thorgal”, który towarzyszy mi przez większą część życia i jest w dodatku jednym z moich najukochańszych dzieł popkultury, ale poza tym ten temat prezentuje się u mnie dość słabo. Od czasu do czasu dobrze  jednak spróbować poszerzyć trochę horyzonty i posmakować czegoś nowego, bo to, czego się nie zna, także może się okazać czymś wartościowym.

Główny bohater to włamywacz, który choć posługuje się swoistym kodeksem honorowym, będąc przy tym prawdziwym gentlemanem, nadal jest przestępcą. Jazz wraz ze swoją siostrą wraca, a właściwie ucieka z USA do rodzinnej Barcelony, gdzie z miejsca wpada w poważne kłopoty. Szybko okazuje się, że przeszłość nie zamierza zostawić Maynarda w spokoju. Dawni znajomi wykorzystują posiadane haki, by skłonić go do uczestnictwa w ryzykownym skoku. Co więcej, miastem rządzą skorumpowane elity, a Jazz może pomóc w ich zdemaskowaniu. Żeby tak się jednak stało, musi wyjść żywy z innych niebezpiecznych okoliczności.

W tym konkretnym wydaniu „Jazz Maynard” ukazały się zbiorczo trzy krótsze, prawie pięćdziesięciostronicowe albumy traktujące o przygodach naszego bohatera. Fabuła jest wyraźnie podzielona na trzy części, co rodzi pytanie – czy to dobry zabieg? Według mnie w niczym to przy lekturze nie przeszkadza – każdy segment traktuje co prawda o innej przygodzie Jazza, ale wszystkie są ułożone chronologicznie i mają wyraźnie zaznaczone powiązania. Czyli jeśli spojrzymy na wszystko całościowo, z łatwością dostrzeżemy główną linię fabularną, co wydaje się być rozwiązaniem optymalnym.

Hellblazer. Tom 1 – Brian Azzarello i inni

Constantine za oceanem

Marcin Knyszyński

Większość miłośników komiksu prawdopodobnie słyszała o Johnie Constantinie – facecie w szarym prochowcu, którego spowijają kłęby papierosowego dymu. „Hellblazer”, pierwsza, trzystuodcinkowa seria z tym bohaterem w roli głównej, ukazywała się od stycznia 1988 roku do kwietnia 2013 roku i przez całe to ćwierćwiecze była flagową pozycją imprintu DC Vertigo. Pod koniec pierwszej dekady obecnego wieku „Hellblazer” zawitał do Polski – mieliśmy wtedy okazję poznać jego przygody napisane przez Gartha Ennisa, autora znakomitego „Kaznodziei”. Teraz John Constantine powraca nad Wisłę – wydawnictwo Egmont rozpoczyna jeden z kilku zapowiadanych runów „starego” „Hellblazera” od Vertigo – na początek Brian Azzarello.

Kim jest John Constantine, którego kojarzymy już nie tylko z komiksu, ale i z adaptacji – filmowej oraz serialowej? To Anglik z Liverpoolu, urodzony w 1953 roku. Ten potomek starego rodu magów zadebiutował w komiksie w 1985 roku – w trzydziestym siódmym numerze „Sagi o potworze z bagien” autorstwa Alana Moore’a. Na co dzień zajmuje się egzorcyzmami, paranormalnymi śledztwami, naukami tajemnymi, walką z demonami różnej maści i stopniowym przywoływaniem tylko jednego potwora – raka płuc. Jest rasowym antybohaterem, cynicznym twardzielem, niebezpiecznym dla otoczenia i bardzo dwuznacznym moralnie, zapijaczonym łajdakiem. John, co jest ewenementem w długodystansowych seriach komiksowych, starzeje się w realnym czasie, upływającym wraz z kolejnymi odcinkami serii. Brian Azzarello zabiera nas do roku 2000 – Constantine ma czterdzieści siedem lat i ląduje w pace.

Milczysz, moja śliczna – Rhys Bowen

Milczysz, moja śliczna

Jagoda Wochlik

„Milczysz, moja śliczna” jest siódmym tomem cyklu o prywatnej detektyw Molly Murphy, w skład którego wchodzą także „Prawo panny Murphy”, „Śmierć detektywa”, „Do grobowej deski”, „Pieniądze to nie wszystko”, „O mój ukochany” oraz „Dublin, moja miłość”. Są to kryminały retro, dziejące się na początku XX wieku, napisane przez Rhys Bowen.

Molly Murphy ma ręce pełne roboty. Żydowska rodzina wynajmuje ją do sprawdzenia kandydata na męża ukochanej córki, podczas przechadzki z absztyfikantem po Central Parku natyka się na ciało nieprzytomnej kobiety, której postanawia pomóc, zostaje również zatrudniona do ochrony pewnej znanej aktorki, właśnie wystawiającej nową sztukę. Znajoma prosi ją także o zbadanie sprawy zaginięcia jej bliskiego krewnego.

Choć jest to już siódma część cyklu, a ja nie czytałam żadnej z poprzednich, prawie w niczym mi to nie przeszkadzało. Owszem, autorka odwołuje się do fabuły wcześniejszych tomów, gdyż losy głównych bohaterów zachowują ciągłość, jednak nie utrudnia to poznawania nowej historii.

„Milczysz, moja śliczna” ma szeroko rozbudowane tło obyczajowe. Przede wszystkim przewodnim tematem jest tu walka kobiet o niezależność i możliwość dołączenia do świata mężczyzn. Starania takie czyni zarówno Molly, jak i pojawiająca się w książce pierwsza detektyw w nowojorskiej policji – Sabella Goodwen. Możemy dowiedzieć się, jak na początku XX wieku wyglądało środowisko aktorów na Broadwayu, wnętrze szpitala psychiatrycznego i zachowanie personelu wobec pacjentów. Na dodatek autorka chętnie korzysta z autentycznych postaci. Wspominany zostaje Zygmunt Freud, a jedną z ważnych postaci w tym tomie jest Nellie Bly – pierwsza dziennikarka śledcza, kobieta, która dała się zamknąć w szpitalu dla umysłowo chorych, by opisać tamtejsze warunki i sposób traktowania pacjentów.

Outcast. Opętanie. Tom 5: Inwazja – Robert Kirkman, Paul Azaceta

Konfrontacje

Marek Adamkiewicz

Choć „Outcast. Opętanie” nie dorobił się takiego statusu jak inny komiks Roberta Kirkmana, „Żywe Trupy”, to i tak był to do tej pory tytuł warty uwagi. Amerykanin zaprezentował w nim nieszablonowe spojrzenie na temat demonicznego opętania, które okazało się nie do końca tym, czego można się było spodziewać. W czterech poprzednich częściach dostaliśmy sporo pytań, ale stosunkowo mało odpowiedzi. Te zaczynamy poznawać teraz, wraz z premierą kolejnego, podwójnego tomu serii. Czy są satysfakcjonujące? Wydaje się, że tak, ale jak na Kirkmana przystało, nic nie jest do końca przejrzyste.

Kyle, ponownie zjednoczony ze swoją rodziną, musi znaleźć miejsce, w którym wszyscy będą bezpieczni przed coraz tłumniej przybywającymi do Rome demonami. Po długich poszukiwaniach cała grupa osiada na pewnej opuszczonej farmie. Miejsce ich pobytu próbują zlokalizować wrogowie, którzy na szczęście nie dysponują jeszcze na tyle dużymi siłami, by przyspieszyć ten proces. A czas jest istotny – nadchodzi, wciąż dość enigmatyczne, „Wielkie Scalenie”, do którego za wszelką scenę dążą antagoniści. Mimo nieznanej natury tego wydarzenia Kyle czuje, że zapobieżenie mu będzie kluczowe dla dalszego życia jego rodziny i przyjaciół.

Jedną z najciekawszych postaci poprzednich tomów był główny antagonista, niejaki Sidney. Jego zniknięcie z areny wydarzeń wydaje się być dość ryzykownym krokiem ze strony Kirkmana, postać ta zaczęła bowiem zyskiwać drugie oblicze i mimo tego, że nadal była zła, dostrzegało się w niej pewną frapującą niejednoznaczność. W „Inwazji” na jego miejsce zjawia się niejaki Rowland. Nie jest to ktoś równie charyzmatyczny jak Sidney, ale też intryguje. Podobać może się na przykład pokazanie kontrastu widocznego w postawie mężczyzny gdy rozmawia ze swoją rodziną i w momentach, gdy rozstawia po kątach podwładnych. To dwie zupełnie różne twarze, obie wypadają naprawdę przekonująco i wiarygodnie.

Klaus – Grant Morrison, Dan Mora

Klaus

Jagoda Wochlik

Wszyscy kojarzą świętego Mikołaja – starca z długą brodą i wydatnym brzuchem, ubranego w czerwony płaszcz, czapkę i wysokie buty, a na plecach taszczącego worek z prezentami. I choć jest on postacią historyczną, mało kto wie, że jego obecny wizerunek, utrwalony w popkulturze, powstał na potrzeby reklamy Coca Coli. Mniej osób kojarzy natomiast Krampusa – złego ducha, pół demona, pół kozła, który piątego grudnia karał niegrzeczne i źle zachowujące się dzieci. Te dwie postaci postanowili w swojej historii wykorzystać Grant Morrison i Dan Mora, tworząc komiks „Klaus”.

Grant Morrison jest uznanym scenarzystą, który pracował zarówno dla Marvela, jak i DC. Najbardziej znany i ceniony jest za swoje autorskie pomysły, które bardzo często bywają mocno nietuzinkowe. Również Dan Mora ma swoją markę. Rysował między innymi „Batgirl” i „Secret Empire”.

W niewielkim norweskim miasteczku źle się dzieje. Ludzie muszą coraz więcej pracować w znajdującej się pod miastem kopalni, by zaspokajać zachłanność swojego władcy. Dzieciom nie wolno się bawić ani śmiać, a wszystkie ich zabawki są konfiskowane dla niesympatycznego syna lorda. Panują coraz gorsze nastroje, które osiągają apogeum, gdy władca odwołuje święto Jul.

W opowieści Morrisona i Mora wiele elementów z historii świętego Mikołaja znajdzie swoje miejsce – choćby określanie go mianem „świętego”, czerwony i biały kolor stroju, nordyckie pochodzenie, wchodzenie przez komin, dawanie prezentów dzieciom. Choć próżno tu szukać pogłębionych portretów psychologicznych postaci, a niektóre rozwiązania fabularne są oczywistym pójściem na łatwiznę, „Klaus” naprawdę ciekawie gra z historią świętego Mikołaja.

Choć scenariusz jest tu niezły, to tak naprawdę rysunki sprawiają, że nie można się oderwać od tego albumu. Dan Mora przedstawił niezwykły świat – zarówno mroczny, jak pełen barw, przesycony okrucieństwem i w pewien sposób niesamowicie piękny. „Klaus” gwarantuje niesamowite wrażenia wizualne.

Fear Agent. Tom 1 – Rick Remender, Tony Moore, Jerome Opena

Po pijaku przez galaktykę

Marcin Knyszyński

Gdyby z okładki pierwszego tomu „Fear Agent” wyciąć postać faceta w okularach i wkleić w jego miejsce wielkiego, muskularnego, czarnowłosego barbarzyńcę, otrzymalibyśmy grafikę pasującą do dowolnego tomu przygód Conana. Nowa seria, rozpoczęta właśnie przez Non Stop Comics, jest pod kilkoma względami podobna do twórczości Roberta E. Howarda – ale zamiast pulpowego fantasy spod znaku magii i miecza otrzymujemy pulpowe science fiction. Musimy jeszcze wyrzucić patos, dołożyć trochę humoru i wymienić niezłomnego Cymmeryjczyka na zapijaczonego antybohatera zmagającego się z traumami przeszłości.

Głównym bohaterem komiksu jest Heath Huston, ostatni z „bandy teksańskich twardzieli, znanych jako Agenci Strachu”, czyli grupy żołnierzy zajmującej się eksterminacją zagrożeń płynących z przestrzeni kosmicznej. Agentów już nie ma, a jedyny pozostały przy życiu członek tej ekipy podróżuje samotnie przez wszechświat, łapiąc jakieś przypadkowe fuchy. Właściwie to nie jest tak całkiem samotny – za towarzyszy ma gadającą sztuczną inteligencję o imieniu Annie oraz butelczynę bourbona o imieniu Jim Beam. Masę butelczyn – bez nich nie jest w stanie iść na akcję. Właśnie jedną totalnie schrzanił – nie dość, że nie zlikwidował plemienia małpoludów, zagrażających płacącej mu wiosce, to doprowadził jeszcze do tego, że agresorzy puścili ową wioskę z dymem. Wszystko dlatego, że poszedł na akcję trzeźwy.

Porwanie – Manuro

Możesz zginać na tyle sposobów…

Jagoda Wochlik

Komiksy paragrafowe od jakiegoś czasu stają się w Polsce coraz bardziej popularne. Zainstalowały się w niszy między książką a grą komputerową. Trudno bowiem ocenić, czy przystępując do lektury, jesteśmy bardziej czytelnikiem, czy też graczem. „Porwanie” to pierwszy komiks paragrafowy przeznaczony zdecydowanie dla dorosłego odbiorcy.

Dla porządku wyjaśnijmy, czym jest komiks paragrafowy. To szczególny rodzaj powieści graficznej, w którym to sam odbiorca tekstu decyduje, co się stanie z opowieścią. Nasze decyzje będą przenosić nas do różnych miejsc, a każda lektura-rozgrywka może wyglądać inaczej. Komiks ten bowiem czyta się nielinearnie, „skaczemy” po tekście zgodnie z naszymi decyzjami i poleceniami gry.

Przystępując do lektury, musimy zaopatrzyć się w długopis lub ołówek i kartkę papieru. Nasza postać wyposażona jest bowiem w pewne cechy. Niektóre z nich, jak „siła” czy „determinacja” ustalamy sami, inne gra-lektura określa na samym początku, jeszcze inne zależą od przebiegu rozgrywki-lektury. Cały szkopuł polega na tym, by skończyć rozgrywkę, zanim nasz bohater utraci wszystkie punkty żywotności albo zostanie zamordowany lub zginie na inny z wielu możliwych sposobów.

Bohaterem „Porwania” jest policjant, któremu uprowadzono córkę. Mężczyzna otrzymuje żądanie okupu. Ma doręczyć go do pewnego wielkiego domu na odludziu. Stare gmaszysko pełne jest jednak niespodzianek, a odzyskanie dziewczynki może okazać się niełatwe.

Trzeba przyznać, że autor komiksu już na pierwszych kilku stronach tworzy niesamowity, gęsty klimat, który sprawia, że od początku wciągamy się w opowieść. Muszę przyznać, że moja pierwsza rozgrywka nie poszła najlepiej. Już w jakieś dziesięć minut było po wszystkim i bohater został zabity. Rozgrywałam „Porwanie” wielokrotnie i ani razu nie udało mi się poskładać całej historii i uratować córki policjanta. Żadna z moich prób nie zakończyła się happy endem, co mnie nieco sfrustrowało.

Wojny Bizancjum – John Haldon

Historię piszą historycy

Hubert Przybylski

Znaczy, chciałoby się, żeby tak było naprawdę. Że historię piszą tylko profesjonalni, obiektywni historycy. Ale niestety, robią to też różni inni. Zwycięzcy*, przegrani, politycy, amatorzy**, youtuberzy*** i Jan Tomasz Gross****. Na szczęście***** w moje ręce trafiła ostatnio praca autorstwa zawodowo-naukowego historyka, „Wojny Biznacjum” Johna Haldona. Ona przywróciła mi ździebko wiarę w ludzkość. „Jak ździebko?” zapytacie. O tym za chwilę.

Gdyż albowiem najsampierw pokrótce przynajmniej należałoby wspomnieć, o czym traktuje wspomniana książka. Już sam tytuł to ździebko wyjaśnia, dodam więc tylko, że autor omawia wybrane wojny i bitwy z okresu od VI do XII wieku. W opracowaniu znajdziemy nie tylko same suche opisy wojennych zmagań, ale także kwestie lokalnych geografii******, transportu, gospodarki czy społeczne.

Światłoczuły – Sebastian Hejankowski

Światłoczuły

Jagoda Wochlik

„Światłoczuły” to debiut powieściowy Sebastiana Hejankowskiego, który wcześniej opublikował jedynie opowiadanie w antologii „Geniusze fantastyki” wydanej z okazji drugiej rocznicy działalności wydawnictwa Genius Creations. I choć fakt, że jest to debiut, nie powinien sprawiać, że uprzedzimy się do autora, bo wszak jakąś książką rozpocząć karierę trzeba, to można zrobić to dobrze, można też tak, jak bydgoski autor.

„Światłoczuły” to historia kilkorga osób biorących udział w eksperymencie doktora Rafała Żmudowicza, niegdyś zapalonego miłośnika ezoteryki i poszukiwacza duchów, obecnie ich gorliwego przeciwnika, zamierzającego udowodnić, że to, co ludzie biorą za duchy, jest jedynie śladami pozostawionymi przez światło w powierzchniach, w których się odbija.

Zdecydowałam się na lekturę „Światłoczułego” ze względu na dość ciekawego blurba. Ujęło mnie zawarte w nim pytanie: „Czy miejsca mogą pamiętać?”. Przyznaję, dałam się złapać na  frazę, a potem plułam sobie w brodę. Ta książka jest tak strasznie zła. Tak fatalna na tylu polach.

Przede wszystkim fabuła to zlepek różnych zdarzeń, które nijak się mają do siebie. Z jednej strony jest naukowiec i jego eksperyment, któremu poświęcono niemal połowa książki. Dodać należy, że wszystkie czynności związane z eksperymentem zostały drobiazgowo opisane, ale w tak mało zajmujący sposób, że można umrzeć z nudów. Potem, lepiej nie wyjawiać dlaczego, eksperyment nagle schodzi na dalszy plan, ustępując długaśnym i równie nudnym opisom pracy w korpo. Mamy też wątek Sylwestra Sapiehy, zdecydowanie najciekawszy ze wszystkich i próbujący spajać ten miszmasz w całość, kłopot tylko w tym, że autor tak bardzo nie wie, o czym książka miałaby traktować, że ostatecznie „Światłoczuły” jest w gruncie rzeczy o niczym.

All-Star Batman. Tom 3: Pierwszy sojusznik – Scott Snyder, Rafael Albuquerque i inni

Bez pomysłu

Marek Adamkiewicz

Scott Snyder ma już na swoim koncie ładnych kilka komiksów z Batmanem w roli głównej. Zaczynał od rewelacyjnego „Mrocznego odbicia” w ramach „Detective Comics” (to zresztą na tę chwilę jeden z moich ulubionych Nietoperzy ever), później przeszedł do głównego miesięcznika, gdzie także dostarczył nam produkty o wysokiej jakości („Trybunał Sów”, „Ostatnia rozgrywka”). Nieco gorzej zaczęło się dziać pod koniec jego runu. Pomysły miały co prawda pewien potencjał (Gordon jako Mroczny Rycerz), ale zaczęło szwankować wykonanie. Przy kolejnym restarcie uniwersum Snyderowi przydzielono tytuł stojący bardziej w cieniu. „All-Star Batman”, bo o nim mowa, rozpoczął się dość zadowalająco, choć można było dostrzec mankamenty, takie jak bezrefleksyjna akcyjność czy brak większych ambicji całej linii fabularnej. Druga odsłona, dzięki postawieniu na tajemniczy klimat, okazała się trochę lepsza, były więc podstawy sądzić, że w trzecim Snyder wróci w końcu do nieco wyższej formy.

Sprawy „zawodowe” wypychają Batmana poza Gotham City. Bohater zjawia się w odległym Miami, gdzie musi zapobiec wypłynięciu tak zwanej „machiny rodzaju”, tajemniczego urządzenia, o które walczy cały przestępczy półświatek. Kolejna już potężna broń na drodze Nietoperza wiąże się tym razem z osobą najstarszego z jego sojuszników, Alfreda. Obecny kamerdyner Wayne'a i prawa ręka w operacjach Batmana musi zmierzyć się z własną przeszłością i spróbować naprawić niektóre z błędów, jakie kiedyś zdarzyło mu się popełnić. Od tego może zależeć nie tylko dalsza relacja z jego chlebodawcą, ale i własny spokój ducha. Z kolei w opowieści towarzyszącej Batman pojawia się w Rosji, gdzie próbuje zapobiec przemytowi do Gotham dużego ładunku broni.

Strony