Subiektywnie

Ciemny las – Cixin Liu


Samotni rewolwerowcy


Marcin Knyszyński


Słynny włoski fizyk Enrico Fermi zastanawiał się kiedyś jak to możliwe, że przy bardzo wysoko oszacowanym prawdopodobieństwie istnienia rozwiniętych, pozaziemskich cywilizacji, nie obserwujemy żadnych śladów ich istnienia. Nikt nie kontaktuje się z Ziemianami, nie odbieramy sygnałów z kosmosu. Stanisław Lem we „Fiasku”, w bardzo naukowy sposób, odpowiadał na to pytanie teorią „okna kontaktu”. Cixin Liu, w drugim tomie swej trylogii również mocuje się z paradoksem Fermiego i przedstawia historię, której prawdopodobieństwo jest praktycznie zerowe, jeśli tłumaczyć ów paradoks w lemowy sposób.


Trisolarianie, cywilizacja pozaziemska, która nawiązała kontakt z Ziemią (jeśli wysłanie w naszym kierunku gigantycznej wojennej floty można tak nazwać), pochodzą z układu trzech gwiazd znajdującego się tuż pod naszym nosem. Ziemianie zostali postawieni przed faktem, że za czterysta lat do naszego układu słonecznego dotrze wróg, przewyższający nas technologicznie o milenia, którego celem jest anihilacja ludzkości. Wszechświat Fermiego milczy, więc możemy przypuszczać, że jeśli istnieją jakieś inne cywilizacje, to muszą być ulokowane gdzieś w innych galaktykach – a tu proszę, mamy sąsiada w najbliższym układzie planetarnym! Jak to w ogóle możliwe?


Szamańskie tango – Aneta Jadowska

Witkacy idzie w tango

Anna Szumacher

Pamiętacie Witkacego, człowieka, którego jedynym problemem był fakt, że nie ogarniał rzeczywistości i, by nie zostać przestępcą, zatrudnił się w toruńskiej policji? Tego samego, który zaprzyjaźnił się z Dorą Wilk, odkrył, że jest szamanem, a tylko nieco później – także ojcem? Cóż, jego problemy właśnie dorwały się do apteczki ze sterydami. Ratuj się, kto może!

Jeśli Piotr Duszyński, zwany Witkacym, myślał, że po pierwszym tomie będzie już z górki, to autorka cyklu szybko wyprowadziła go z błędu. O nie, chłopie – powiedziała – ja się dopiero rozkręcam, a ty lepiej trzymaj mocno kapelusz, bo nadchodzi sztorm. W porównaniu z „Szamańskim bluesem” w „Szamańskim tangu” wszystkiego jest więcej. Klimatu, kłopotów, wielowarstwowych kwestii międzyludzkich, szamańskich Zaświatów i rytuałów z nimi związanych oraz akcji. Naprawdę dużo akcji. Dzięki temu w ręce czytelników trafia prawdopodobnie najlepsza książka Jadowskiej, jaką napisała do tej pory.

Witkacy tym razem musi stanąć na wysokości zadania nie tylko jako szaman ratujący miasto przed plagą duchów i dziwacznych widm, ale także jako człowiek obarczony codziennymi, całkiem przeciętnymi obowiązkami. W policji atmosfera raczej grobowa, a i praca szamana nie do końca wiąże się z regularnymi składkami do ZUS-u i ubezpieczeniem zdrowotnym. Do tego wychowanie nastoletniej córki okazuje się bardziej problematyczne, niż mogłoby się wydawać. Szczególnie, gdy wspomniana przejawia talent do ściągania na siebie i otoczenie sporych kłopotów. Do tego Witkacy i Przedwieczni – ci sami, którzy chcą go oskórować, ugotować i rzucić na pożarcie temu, co będzie akurat w pobliżu – wchodzą na bardzo prywatną i pełną wzajemnej niechęci ścieżkę wojenną. No i jest jeszcze Sęp, chodzący chaos. Prawdziwą wisienką na torcie okazuje się jednak Wędrowiec, postać przekraczająca granice w każdym tego słowa znaczeniu. Myślę, że gdyby mógł oceniać, taka wizja jego kariery w Zaświatach przypadłaby mu do gustu.

Drobinki nieśmiertelności – Jakub Ćwiek

Wycinki amerykańskiej codzienności

Marek Adamkiewicz

Jakub Ćwiek należy do tych pisarzy, których rzadko opuszcza wena. Kolejne wychodzące spod jego klawiatury książki pojawiają się na księgarskich półkach z podziwu godną regularnością. W tym momencie zasadne byłoby pytanie o ich jakość, ale, o dziwo, zazwyczaj nie ma z tym najmniejszego problemu – większość zbiera dobre recenzje i zyskuje uznanie fanów, choć znajdą się i tacy, którzy zarzucają Ćwiekowi grafomanię, jednak ich głosów jest zdecydowanie mniej. Do tej pory kojarzony był przede wszystkim z szeroko pojętą fantastyką i to w jej ramach najczęściej operował. Nadszedł jednak czas, by spróbować sił poza sprawdzonym nurtem. „Drobinki nieśmiertelności” to zbiór opowiadań, który zabiera czytelnika prosto do Ameryki i przedstawia jej sentymentalne oblicze.

Ćwiek porusza na łamach tej antologii kilka ciekawych tematów o bardzo szerokiej rozpiętości. Tytułowy tekst traktuje o historii pewnych schodów, które są przymierzane do roli w filmie. „Dumni Amerykanie” dotyczą rasizmu, a „Uśmiech” mówi o specyfice życia kierowcy ciężarówki i sposobach radzenia sobie ze stratą. W „Balladzie o wszystkim” autor odchodzi z kolei od współczesności, by w formie westernu zaprezentować garść przemyśleń na temat przemijania. Próbuje swoich sił także w krótkim tekście kryminalnym oraz stara się przedstawić czytelnikowi świat widziany oczami osoby cierpiącej na depresję.

Cień Gildii – Aleksandra Janusz

Więcej, szybciej, mocniej…

Hubert Przybylski

Miłość i nienawiść to niesamowicie silne, przeciwstawne uczucia*. Jedno wspaniale pozytywne, drugie obrzydliwie złe. Pierwsze skłania do poświęcania siebie, drugie do poświęcania innych**. Ale oba, choć oddziela je przepaść motywów i celów, mają cechy wspólne. Najważniejszą z nich jest ta, że potrafią odebrać rozum. Bardziej lub mniej, ale potrafią. I teraz pewnie zadajecie sobie pytanie, kogóż to ten Nieświeć nienawidzi i kocha, normalnie zdrowo jednocześnie, po lekturze trzeciego tomu Kronik Rozdartego Świata Aleksandry Janusz, któren to tom nosi nazwę „Cień Gildii”? Czyżby autorkę? I co ważniejsze, jak bardzo go te skrajnie odległe uczucia ogłupiły? Otóż odpowiadam – wszystkiego dowiecie się za chwilę.

Gdyż albowiem najsampierw musi stać się zadość tradycji. A więc czas na tycią zajawkę tego, co czeka na Was w „Cieniu Gildii”. Jak pewnie pamiętacie, drugi tom kończył się szczęśliwie***, a ekipa powróciła do Arborii. Teraz muszą zadbać o to, by połączenie Arborii i Bretanii było bezpieczne – dla obu stron. Tyle że układ polityczny w tej pierwszej się zmienił i dość realna stała się groźba inwazji oraz podboju oddzielonego pustką kontynentu. W dodatku trzeba zadbać o masę innych spraw – choćby o to, że Vincent jest Magiem Pustki, co jest w Arborii mocno niepopularnym zajęciem, a Lilianę, jako Smoka Bretanii, trzeba za wszelką cenę chronić przed jej własną ciotką i kierowanym przez nią stronnictwem. Jednym słowem, sytuacja jest napięta, a bohaterowie muszą bardzo uważać, bo od tego, co powiedzą lub zrobią, może zależeć los nie tylko ich, ale wszystkich. I właśnie w tak skomplikowanych okolicznościach przyrody wychodzi z ukrycia tajna organizacja, której celem jest uratowanie świata. Znaczy, uratowanie świata przed wszystkimi innymi****.

Szamański blues – Aneta Jadowska

Ciężkie życie szamana

Anna Szumacher 

Szaman nie ma lekko. Jedyny szaman w Thornie z pewnością nie ma lekko. Szaman bez doświadczenia w trybach machiny Anety Jadowskiej ma naprawdę przerąbane. Witajcie w świecie Witkacego.   

Ci, którzy mają za sobą lekturę heksalogii o Dorze Wilk, poznali Witkacego już wcześniej: jako jej partnera w toruńskiej policji. Na pierwszy rzut oka to spokojny, melancholijny facet przed czterdziestką starający się zagłuszyć rzeczywistość co dziwniejszymi używkami. Gdyby jednak był zwyczajnym narkomanem ze skłonnościami do popadania w depresję, nie zasłużyłby sobie na osobny cykl, prawda?

We wspomnianej heksalogii dowiadujemy się, że Witkacy nie do końca jest normalnym człowiekiem, a po przeprowadzeniu magicznych badań diagnoza okazuje się dosyć jednoznaczna: jego problemy dopiero się zaczęły. Witkacy-policjant zostaje dodatkowo wciągnięty w świat Dory. Starszyzna Thornu – magicznego odpowiednika Torunia – zwala jedynemu szamanowi w mieście na głowę wszystkie duchowe sprawy mieszkańców. I w tym wypadku „duchowe” oznacza „związane z duchami”. Jakby tego było mało, w drzwiach Witkacego – mężczyzny z przeszłością – staje ona – kobieta po przejściach. Dokładniej rzecz ujmując, stara miłość szamana: Konstancja. Wciąga go w tajemniczą sprawę noworodków umierających w pobliskim szpitalu, w którym sama pracuje. Jak możecie się domyślić, nie chodzi wyłącznie o kiepski stan polskiej służby zdrowia. Witkacy musi wziąć się w garść i poczuć szamański blues, jeśli chce ogarnąć swoje życie zawodowe, obowiązki magiczne i kwestie osobiste. Nie będzie to proste, bo za każdym razem, kiedy pojawia się Konstancja, szaman rozpada się na kawałki, szczególnie drobne, gdy stara miłość ćwierka przez telefon z niejakim Kurczaczkiem. A do tego po fabule kręci się Katia, nekromantka i dziewczyna Witkacego. Oj, to nie będzie dla niego łatwy miesiąc.

Delhi. Stolica ze złota i snu – Rana Dasgupta

Ze skrajności w skrajność.

Justyna Madan


Życie w Delhi to nieustająca sinusoida. Od zachwytu po płacz rozpaczy. Czasem budzisz się i widzisz za oknem cudowne słońce i kwitnące drzewo mango, a już za chwilę wchodzisz w krowią kupę albo goni cię wredny, bezpański pies. I tak każdego dnia.


Nie mogłam się doczekać kiedy będę mogła przeczytać książkę Rany Dasgupty. Już początkowe kilkanaście stron pokreśliłam ołówkiem tak bardzo, że trudno było cokolwiek z tego zrozumieć. Okazuje się, że jako mieszkanka tego miasta mam wiele podobnych spostrzeżeń na temat stolicy Indii jak autor, który w tym roku otrzymał za swoje dzieło Nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego. Zasłużoną.


Bad Mommy. Zła mama – Tarryn Fisher

Podglądaczka


Justyna Madan


Dział marketingu wydawnictwa SQN powinien dostać jakąś specjalną nagrodę. Wykonali świetną robotę i kupili mnie w dwie sekundy. Reklama nowej książki Tarryn Fisher w mediach społecznościowych zadziałała na mnie tak, że koniecznie musiałam zdobyć Bad Mommy. Miałam obłęd w oczach i gotowa byłam gryźć i szarpać, by dostać w swoje ręce świeżutką, pachnącą nowością powieść.

W tym momencie spodziewacie się pewnie opisu, jak to skakałam z radości, kiedy kurier przyniósł mi książkę i jak niecierpliwie zaczęłam ją czytać tylko po to, żeby się rozczarować. Zawiodę Was. Nie będę budowała napięcia, tak jak napięcie nie rośnie w Złej mamie. Czytało się ją świetnie, naprawdę. Jednak zabrakło mi tego... czegoś.

Kolacja dla wrony – Jonathan Carroll

Nic nowego pod słońcem

Jagoda Wochlik

Kiedy Jonathan Carroll miał piętnaście lat, postanowił zostać pisarzem. Jednak  z tych planów długo nic nie wychodziło. Zatrudnił się jako nauczyciel. Aż w którejś z jego kolejnych książek nastąpił przełom – pies przemówił. Swoją pierwszą powieść wydał dzięki wstawiennictwu Stanisława Lema, którego syna był korepetytorem. Dziś jest jednym z najbardziej uznanych autorów piszących w nurcie realizmu magicznego. Spod jego pióra wyszły „Zaślubiny patyków”, „Całując ul” oraz „Kąpiąc lwa”.

„Kolacja dla wrony” to zbiór krótkich szkiców na różne tematy. Carroll poświęca w nich uwagę relacjom damsko-męskim i rodzinnym, a także upływającemu czasowi. Pisze o literaturze i filmie. Odnosi się do genezy niektórych ze swoich książek. Często zupełnie błahe wydarzenia, jak spacer z psem czy scena zaobserwowana w kawiarni, stają się kanwą dla tych krótkich wprawek. Określam te, często półstronicowe teksty, nieraz nawet krótsze, jako „wprawki”, gdyż nie jestem pewna, jaką przynależność gatunkową powinny otrzymać. Ze względu na poważny charakter trudno te teksty nazwać felietonami, z kolei na eseje są zdecydowanie zbyt krótkie i błahe. Może najbezpieczniej byłoby powiedzieć, że to zbiór przemyśleń na różne tematy. Zapisanych, ale jednak przemyśleń.

Niewątpliwie teksty, które wyszły spod pióra Carrolla, napisane są pięknym językiem. Niektóre z nich ocierają się nawet o poezję, przyjemnie się je czyta. Z drugiej strony podczas lektury miałam wrażenie, że już to wszystko wiem, że już to gdzieś widziałam, czytałam, słyszałam. Że sama tak myślę, więc nie potrzebuję, by autor obwieszczał mi to w natchniony sposób, bowiem w jego miniaturkach nie ma nic odkrywczego. Chyba że chcemy spojrzeć na Carrolla nie jako na pisarza, lecz na niestrudzonego tropiciela magii codzienności, który, tak jak my, wychodzi na spacer z psem, spotyka się z przyjaciółmi i udziela im rad, obcuje z kulturą i wyraża sądy na jej temat.

Uniwersum DC: Odrodzenie – Geoff Johns, Gary Frank, Ethan van Sciver i inni

Nowy początek

Marek Adamkiewicz

Komiksowe światy superbohaterskie uwielbiają zmiany. Wielkie opowieści, po których nic nie jest już takie samo – takowych znajdziemy we wszelkiej maści uniwersach naprawdę sporo. DC Comics ostatnią rewolucję przeprowadziło w 2011 roku, gdy na księgarskich półkach zaczęły pojawiać się tytuły z „Nowego DC Comics”. Projekt, zapoczątkowany przez „Flashpoint”, pchnął losy wielu herosów na inne tory, zmienił ich życiorysy i zaprezentował znane postacie na nowo. Jednak i ta inicjatywa znalazła w końcu swój kres. Omawiany tytuł daje początek „Odrodzeniu”, także wprowadzającemu wiele nowości, spośród których kilka intryguje.

„Nowe DC Comics” opierało się na zmianach wywołanych przez działania Flasha. Tym razem ponownie centralną postacią jest speedster, jednak na pierwszym planie znajduje się Wally West, dawniej znany jako Kid Flash, były członek Nastoletnich Tytanów. West został uwięziony poza czasem i chce powrócić do znanej mu rzeczywistości. Sprawa jest o tyle ważna, że posiada on wiedzę na temat obecnych wydarzeń. Twierdzi też, że superbohaterom ktoś ukradł całe lata życia. Owa tajemnicza persona, prawdziwy motor wszystkich zmian i zakłóceń, nadal ukrywa się w cieniu, a o jej istnieniu wie tylko Wally. Problem w tym, że nikt nie pamięta o jego istnieniu, a dopóki taki stan rzeczy trwa, zagrożenie pozostaje nieujawnione.

Centralną postacią tego, dosyć krótkiego w sumie, komiksu jest Wally West. Człowiek, dla którego „stary” Flash był idolem i wzorem, znajduje się w podobnej sytuacji, w jakiej niegdyś był jego mentor. Walka bohatera o powrót do świata żywych jest motywem przewodnim albumu. Johns nieco ryzykował, stawiając na postać Westa, nie jest to wszak, ani nigdy nie był, ktoś wiodący w Uniwersum DC. Wybór okazał się jednak całkiem trafny, scenarzysta umiejętnie przedstawił pobudki herosa, udało się także wytworzyć więź między nim a odbiorcą. O to ostatnie zresztą zawsze łatwiej, gdy motywacja protagonisty jest, tak jak tutaj, szlachetna.

Różaniec – Rafał Kosik

Jak amen w pacierzu

Hubert Przybylski

Jakże łatwo jest o czymś zapomnieć. Czasami to wręcz normalnie zdrowo zbyt łatwo. Pal licho sytuacje, gdy zapominamy o jakichś pierdołach*, ale raz na jakiś czas zapominamy o czymś, o czym zapomnieć nie wolno. Mnie się ostatnio przydarzyło zapomnieć o tym, że Rafał Kosik pisze też książki dla dorosłych. Wiem, dziewięć lat odstępu między „Kameleonem” a „Różańcem”, w czasie których ukazało się kilkanaście pozycji dla dzieci i młodzieży, oraz moja wrodzona skleroza** bardzo mi w zagubieniu owej dość ważnej wiedzy pomogły i troszkę mnie usprawiedliwiają. Ale jak by nie było, w rezultacie wyszło na to, że przez trzysta z pięciuset stron omawianego dziś dla Was „Różańca” czułem spory dyskomfort. A co sądzę po lekturze całości?

Sądzę mianowicie, że najsampierw wypada przybliżyć Wam zarys fabuły. A więc***, w niedalekiej (by się zdawało) przyszłości istnieje sobie odizolowana od innych miast-enklaw Warszawa. Nadzoruje ją sztuczna inteligencja nazwana g.A.I.a., zajmująca się wszystkim, co decyduje o przetrwaniu mieszkańców miasta. Kontrolę nad samą ludnością sprawuje za pomocą Nadzoru, Prowokacji i Eliminacji, a o dalszym być albo nie być człowieka decyduje liczba Punktów Zagrożenia, jakie można dostać lub stracić za dosłownie każde podjęte, lub nie, działanie. W tych pełnych permanentnej inwigilacji okolicznościach przyrody główny bohater powieści, Harpad, musi lawirować pomiędzy dwiema organizacjami, o wątpliwej reputacji i skrajnie różnych celach, a samym systemem, aby uratować życie swojej córki i – jeśli się uda – również własne.

Strony