Subiektywnie

Rękawica Nieskończoności – Jim Starlin, Ron Lim, George Pérez

Nieskończenie dobry crossover

Maciej Rybicki

Gdyby porównać współczesny rynek mainstreamowego amerykańskiego komiksu z tym sprzed trzydziestu lat, jedną z największych różnic, jakie dostrzeżemy, okażą się wielkie eventy i crossovery. Obecnie mamy do czynienia z ich ogromnym natłokiem, a  wydawnictwa takie jak Marvel czy DC podporządkowują całe linie wydawnicze jednemu lub dwóm takim wydarzeniom w roku. Trzeba jednak pamiętać, że na przełomie lat 80. i 90. tego rodzaju komiksowe przedsięwzięcia były czymś naprawdę wyjątkowym, a „Rękawica Nieskończoności” jest jednym z najlepszych.

Co czyni tę historię tak wyjątkową? Przede wszystkim temat i postacie. „Rękawica Nieskończoności” wraz z wchodzącą w skład omawianego albumu „Wyprawą Thanosa” stanowi doskonałe studium pragnienia władzy i… akceptacji. Jest to bowiem historia zdobycia przez Szalonego Tytana sześciu Klejnotów Nieskończoności, a wraz z nimi boskiej mocy. I jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, naprzeciw złoczyńcy o maniakalnych zapędach staje grupka dzielnych herosów, którzy mają uratować wszechświat. Sztampa, nawet w tamtych czasach. A jednak Jimowi Starlinowi udało się stworzyć historię, która zapadła w pamięć fanów na lata, zaś sam Thanos stał się jedną z najbardziej rozpoznawalnych, wyjątkowych postaci uniwersum Marvela. „Rękawica Nieskończoności” czerpie zresztą z kilku źródeł. Widać w niej dziedzictwo wcześniejszych udanych crossoverów (nie tylko Marvela), jak „Kryzys na Nieskończonych Ziemiach” i „Tajne Wojny”. Przede wszystkim bazuje jednak na pracach samego Starlina, jego skrupulatnym budowaniu „kosmicznej” części uniwersum w  tytułach takich jak „Captain Marvel”, „Warlock” i „Silver Surfer”. Na łamach zawartych w tym albumie miniserii wszystkie elementy układanki wskoczyły na swoje miejsce, dając nam w efekcie jeden z najlepszych crossoverów w historii komiksu.

Zabij albo zgiń. Tom 4 – Ed Brubaker, Sean Phillips

Godne zakończenie

Marek Adamkiewicz

Nie będę ukrywał – bardzo lubię twórczość Eda Brubakera i uważam go za jednego z najlepszych komiksowych scenarzystów nie tylko pracujących obecnie w branży, ale w ogóle. Być może nie wszystko, czego Amerykanin się dotknie, zamienia się w czyste złoto, ale wiele projektów, które tworzył lub w których brał udział jako jeden z autorów, prezentuje się wybornie. Przykłady? „Fatale”, „Zaćmienie”, „Gotham Central”. Wystarczy? Kolejna znakomita seria jego autorstwa, „Zabij albo zgiń”, dobiegła właśnie końca, a w księgarniach wylądował domykający wszystkie wątki tom numer cztery. Czy utrzymał dotychczasowy wysoki poziom? Ba! Ktoś w ogóle myślał, że może być inaczej?

W wyniku incydentu, podczas którego omal nie zabija swojego współlokatora, Dylan trafia do szpitala psychiatrycznego. Starając się znaleźć pozytywne strony tego zdarzenia, ma nadzieję, że tu dowie się ostatecznie czy nękający go demon to wytwór chorego umysłu, czy jednak coś realnego. Jedno jest jednak pewne – obie możliwości nie wydają się szczególnie optymistyczne. W międzyczasie okazuje się, że po zamknięciu głównego bohatera w placówce morderstwa tajemniczego mściciela wcale nie ustały. Czy to jedynie naśladowca? A może Dylan ostatecznie oszalał?

Od pierwszego tomu Brubaker konsekwentnie zasiewa kolejne ziarna wątpliwości odnośnie do poczytalności Dylana. Czy chłopak jest zdrowy na umyśle? Czy faktycznie nawiedził go nadprzyrodzony byt i zlecił morderczą misję? Także tym razem nie dostajemy żadnych jasnych wyjaśnień, ale takowych wcale nie potrzeba. Nader często twórcy wpadają w pułapkę dookreślania wszystkich wątków i serwowania czytelnikom oczywistych rozwiązań. To z kolei każe myśleć, że inteligencja odbiorcy bywa zwyczajnie niedoceniana. Tymczasem w przypadku „Zabij albo zgiń” jest inaczej, a scenarzysta pozostawia nam pole do własnej interpretacji. To naprawdę odświeżające.

Dynia i jemioła – Aneta Jadowska

Cuda i magia w Thornverse

Anna Szumacher

„Dynia i jemioła” to książka, na którą czekali fani Dory i miłośnicy Nikity. A także wielbiciele Robina, adoratorki gorącego Baala, sympatycy Witkaca, Romana i Karmy. Do tego na kartach pojawiają się Koźlaki. Krótko mówiąc, na tę publikację czekała jakaś szalona liczba ludzi o absurdalnie wysokich oczekiwaniach. Potrzeba było cudu, by nie poczuli się rozczarowani. Ale w końcu to antologia opowiadań świątecznych, a w święta cuda się zdarzają. I tak jest właśnie w tym przypadku.

W najnowszej książce Anety Jadowskiej nie dostajecie jednej historii, a dziesięć niezależnych opowiadań umiejscowionych czasowo gdzieś między dynią i jemiołą, czyli tak naprawdę między Halloween a Bożym Narodzeniem. Znajdziecie tu Nikitę, która spędza nawet dwa Halloween, jedno w miarę spokojnie (czyli strzelając do ludzi przez okna), a jedno normalnie, jak to ona, mordując w noc Samhain potwory w Sawie. Natomiast Dora Wilk powita was w okolicach Bożego Narodzenia, choć jej świąteczny duch zostanie nieco „przyduszony” przez pewnego dobrze znanego wampira, w tekście „Wampir, który ukradł Święta”. To ważny tekst dla wszystkich fanów heksalogii, ponieważ jest tak naprawdę ciągiem dalszym tej serii i dochodzi w nim do dosyć istotnych zmian w samym Thornie. Dodatkowo w opowiadaniu pojawia się ulubiony szaman Jadowskiej, więc mamy aż trzy w jednym: Dorę, Romana i Witkacego. A jak już o tym ostatnim i duchach mowa, możemy płynnie przejść do przesłodkiego opowiadania „Duch, który stał się lisem”, gdzie pojawia się tytułowa zjawa, Witkacy i pewna dziewczynka, która dobrze rozumie przesłanie płynące z „Małego Księcia” Saint-Exupéry’ego.

Co jeszcze? No cóż, mamy wyczekiwane przez damski fandom Karmazynowego Księcia „50 twarzy Baala” i jest to tekst, który was nie rozczaruje. Aneta Jadowska z godnością autora-wyjadacza podniosła rzuconą w prima aprilis rękawicę i napisała opowiadanie-legendę. To jest coś, o czym będzie się mówiło. Przez łzy. Ze śmiechu.

Monstressa. Tom 3 – Przystań – Marjorie Liu, Sana Takeda

Krok w mrok

Maciej Rybicki

Chociaż wielu może się to wydać nieco naciągane, uważam, że branżowe nagrody bywają całkiem niezłym miernikiem sukcesu, ale i jakości danego dzieła. Jasne, często bywa to złudne, gust jurorów (lub mas) może odbiegać od gustu indywidualnego odbiorcy, jednak trudno dyskutować z faktem, że zdobycie tego czy innego lauru wynika, po prostu, z utrafienia w czyjeś upodobania (lub potrzebę rynku). Otrzymanie tej czy innej nagrody jest więc może nie gwarancją, ale na pewno mnożnikiem prawdopodobieństwa, że dane dzieło trafi w nasze gusta. Na komiksowym poletku świetnym przykładem jest od lat brylująca w plebiscytach „Saga”. Ostatnio po piętach depcze jej jednak inny tytuł ze stajni Image – „Monstressa”.

W latach 2016–2018 Marjorie Liu i Sana Takeda zgarnęły za swą serię trzy Nagrody Hugo, jedną British Fantasy Award i pięć Eisnerów (dokładając jeszcze pięć nominacji). Niewątpliwie obfity plon. Tymczasem do naszych rąk trafia trzecie wydanie zbiorcze „Monstressy” zawierające pozostałe z wydanych dotąd zeszytów. „Przystań”, bo taki nosi tytuł, jest bezpośrednią kontynuacją dotychczasowych perypetii Maiko Półwilk i jej towarzyszy. Tym razem trafia ona do miasta Pontus, które choć ma przynieść jej odrobinę wytchnienia, staje się tak naprawdę areną dalszych kłopotów.

Letnia noc – Dan Simmons

Młodzież kontra zło

Marek Adamkiewicz

Powrót do dzieciństwa to motyw często pojawiający się w literaturze. Jego atrakcyjność polega na tym, że stwarza autorowi duże pole do popisu, pozwalając przede wszystkim zagrać na sentymentach czytelnika i dając mu możliwość porównania starego z nowym i cofnięcia się do czasów, które większość z nas uważa za lepsze lub przynajmniej bardziej beztroskie. Swoją podróż w przeszłość Dan Simmons okrasza narastającą grozą, a „Letnia noc”, według słów samego autora, nawiązuje do jego przeżyć z dzieciństwa, które zostały tu rozwinięte w pasjonującą opowieść o walce z pochodzącym z otchłani czasu złem.

Rok 1960. Grupa chłopaków kończy kolejny rok szkolny. Tym razem sytuacja jest wyjątkowa, bo wraz z ostatnim dzwonkiem zamknięta zostanie placówka, w której wszyscy uczyli się przez kilka ostatnich lat. Bohaterowie nie czują jednak sentymentu do starego budynku. Co więcej, w jego otoczeniu zaczynają dziać się dziwne rzeczy, w które zamieszany może być personel Old Central. Coraz bardziej nieprawdopodobne i przerażające fakty wychodzą na światło dzienne, stając się realnym zagrożeniem dla członków paczki, którzy muszą radzić sobie ze wszystkim sami, bo kto potraktuje poważnie grupę dwunastolatków twierdzących, że napotkali pradawne zło i muszą z nim walczyć?

Tempo akcji „Letniej nocy” jest w znacznej mierze dość powolne. Ta cecha może zniechęcić tych odbiorców, którzy liczą na horror intensywny, bo nie z takowym mamy tu do czynienia. Simmons stawia na inne elementy. Dużą wagę przywiązuje zwłaszcza do szczegółowego opisania otoczenia i realiów, w jakich rozwija się opowieść. To daje dobre tło, pozwala odpowiednio wczuć się w życie codzienne bohaterów i dostrzec, w jaki sposób pojawia się w nim element obcy. Groza nie uderza od początku z pełną siłą, lecz narasta, co jest wyborem bardzo dobrym, ponieważ potęguje klimat zagrożenia.

Hellboy Tom 5. Zew ciemności. Dziki gon. – Mike Mignola i Duncan Fegredo

Krew… Nic prócz krwi…

Marcin Knyszyński

Na początku 2007 roku Mike Mignola, z powodu notorycznego braku czasu i nawału zobowiązań, zdecydował się na bardzo odważny krok. Powierzył rysowanie „Hellboya” nowemu twórcy, skupiając się tylko na tworzeniu scenariusza. Przyznał po czasie, że miał z tym problem, bowiem trudno mu było zrezygnować z kontroli jakichkolwiek elementów serii. Piąty tom „Hellboya” zaczyna się jednak dedykacją Mignoli: „Dla Duncana Fegredo, za podjęcie się tytanicznego zadania – i to w ostatniej chwili”. To znaczy, że obawy były bezpodstawne.

Pierwsza część tomu, „Zew ciemności”, wychodziła w odcinkach od maja do listopada 2007 roku. Jej fabuła kończy się mniej więcej w tym samym czasie co historia opowiedziana w trzecim tomie „B.B.P.O. Plaga żab” – członkowie Biura pojawiają się nawet w epilogu „Zewu…”. Hellboy przebywa właśnie w Wielkiej Brytanii. Pewnego dnia spotyka w lesie trzy dziwne stwory, które próbują przywrócić do życia wiedźmy, powieszone w XVII wieku przez Henry’ego Hooda, bezwzględnego łowcę czarownic. Brytyjskie wiedźmy, pod nieobecność uwięzionej Hekate, mają swoje plany wobec czerwonego diabła. Powraca również Baba Jaga, dysząca żądzą zemsty na Hellboyu, pojawia się Kościej Nieśmiertelny prosto z rosyjskich legend oraz kolejna trójka dziwacznych indywiduów. Znamy je z poprzednich części – ich działania to preludium do niesamowitych wydarzeń z drugiej części tomu.

Batman. Tom 4: Wojna żartów z zagadkami – Tom King, Mikel Janin, Clay Mann

Nareszcie jakość!

Marek Adamkiewicz

Ujmując rzecz dość delikatnie, dotychczasowe wyczyny Toma Kinga jako prowadzącego główną serię z Nietoperzem w roli głównej nie sprawiały zbyt dobrego wrażenia. Ba, jedyne sceny, które zostawały w głowie po lekturze jej trzech pierwszych odsłon to te epatujące głupotą, gdy bohaterowie „przeskakiwali rekina”. Nie z tym chcemy kojarzyć Gacka, nie z tym... Przesłanki ku temu, by spodziewać się nagłej poprawy jakości, były więc wyjątkowo nikłe. Tym większe okazało się moje zaskoczenie przy lekturze „Wojny żartów z zagadkami”, kiedy uśmiech na twarzy rósł z każdą kolejną przewróconą stroną. Bo oto King dostarczył nam produkt naprawdę wysokiej jakości.

Krótko po wydarzeniach znanych jako Rok Zerowy ścieżki Batmana i Riddlera krzyżują się ponownie. Złoczyńca uczynił z obrońcy Gotham cel w chorej rywalizacji z Jokerem, a przedmiotem sporu stała się kwestia kto ma większe prawo do pozbawienia bohatera życia. Konflikt eskaluje w błyskawicznym tempie – kolejni przestępcy muszą wybierać po czyjej stronie stanąć, a na zakrojonych na szeroką skalę działaniach walkach traci tylko miasto i jego mieszkańcy. Batman musi znaleźć sposób, by zakończyć spiralę przemocy, będąc przy tym sprytniejszym niż Riddler. Od tego czy uda mu się przechytrzyć mistrza zagadek zależy los całego Gotham.

Batman. Rozbite miasto i inne opowieści – Brian Azzarello i Eduardo Risso

Batman. Rozbite miasto i inne opowieści

Jagoda Wochlik

„Batman. Rozbite miasto i inne opowieści” to zbiór wszystkich historii o Batmanie, jakie stworzyli Brian Azzarello i Eduardo Risso. Scenarzysta i rysownik współpracowali ze sobą także przy innych projektach, takich jak choćby bardzo dobrze przyjęte „100 naboi”. Obaj mają na koncie Nagrodę Eisnera. Również ich indywidualne projekty zasługują na uwagę. Spod ręki Azzarella wyszedł scenariusz do „Luthora”, a Risso rysował kadry między innymi do „Logana”. W październiku, nakładem wydawnictwa Egmont, ukazał się album zawierający wszystkie ich wspólne historie o Batmanie.

Otwiera go historia zawarta w kilku zeszytach. Jest ona detektywistyczną opowiastką o poszukiwaniach zaginionego Angela Lupo, którego Nietoperz podejrzewa o zabójstwo siostry. Wraz z Batmanem zagłębimy się więc w trzewia miasta, by odkryć prawdę. Fabularnie historia jest bardzo prosta, ale oprócz kryminalnej historyjki i pewnej, trzeba przyznać, wciągającej zagadki, mamy tu jeszcze opowieść o przeżywanej wciąż na nowo traumie oraz o tym, jak jedno wydarzenie determinuje całe dalsze życie. Jest to też komiks o tym, jak działanie z niewłaściwych, choć zdawałoby się dobrych, pobudek może doprowadzić do tragedii.

„Rozbite miasto” zawiera także przepiękną graficznie opowieść, przedstawioną w czerni i bieli, w której Batman ucina sobie krótką pogawędkę z jednym ze schwytanych przestępców. Sposób, w jaki Risso ją narysował, naprawdę zwala z nóg. To zaledwie dwie barwy, ale zupełnie wystarczają, by stworzyć niepowtarzalny klimat.

Największe wrażenie zrobiła na mnie jednak historia o losach Thomasa i Marty, rodziców Bruce'a. Jest to alternatywna wersja, w której podczas napadu giną nie Marta i Thomas, ale ich synek. Jego rodzice muszą radzić sobie ze stratą dziecka tak, jak potrafią. To zdecydowanie najlepszy i najciekawszy zeszyt z tego zbioru.

Sente – Michał Cholewa

O łojzicku…

Hubert Przybylski

Są takie książki, których nie pamięta się tuż po zakończeniu lektury. Czasami zostają jakieś flesze odnośnie zakończenia, bo jednak czytało się je jako ostatnie, ale często nie ma nawet tego. Ot, takie książki-pętle, parapetum mobilne – kończysz czytać i możesz zaczynać od nowa i wciąż się zaskakiwać zwrotami akcji*. Są też takie, po których lekturze zostaje w głowie zarys fabuły i jakieś wyjątkowe momenty, jeśli były**. To też niezła opcja dla czytelników lubiących czytać a nielubiących bibliotek czy wydawania na książki pieniędzy. Po roku czy dwóch pamięć zanika i można czytać ją od nowa***. No i wreszcie są takie, po których skończeniu nie da się ich z głowy wyrzucić nawet siłą ducha****. Do której kategorii możemy zaliczyć „Sente” Michała Cholewy?

Zanim odpowiem na to pytanie, krótkie wprowadzenie do fabuły najnowszej, piątej części cyklu Algorytm Wojny. Między EU i USA panuje kruchy rozejm. Obie strony stworzyły Strefę, w której wspólnie badają przechwycony okręt SI nazywającej samą siebie Hakken. Normalne zdrowe kłopoty zaczynają się szybko, bo SI nie zasypia gruszek w popiele. Tyle że te kłopoty, w porównaniu z tym, co rozpęta się niedługo potem, to betka. A drużyna Wierzby, jak zwykle, znajduje się w centrum wydarzeń…

I teraz Wam odpowiem – „Sente” to bez wątpienia trzecia z wymienionych kategorii. Wkręca się mózg jak chomik w kołowrotek***** i zostaje tam na długo. Fabuła jest świetnie poprowadzona, żywa, pełna zwrotów akcji i w odpowiednich miejscach umiejętnie tonowana warstwą obyczajową. Główna intryga jest zagmatwana, ale w końcówce elegancko się rozwiązuje, zapowiadając jednocześnie to, co dostaniemy w szóstym tomie cyklu.

Doman – Janusz Florkiewicz, Andrzej Nowakowski

Doman

Jagoda Wochlik

„Doman” to seria stworzona przez Janusza Florkiewicza i Andrzeja Nowakowskiego. Składa się na nią siedem komiksów z akcją osadzoną w czasach Polan. Scenariusze poszczególnych historii są luźno oparte na „Starej Baśni” Józefa Ignacego Kraszewskiego. W czasach swojej świetności, która przypadała na koniec lat osiemdziesiątych i początek dziewięćdziesiątych, nakład „Domana” liczono nawet w stu tysiącach egzemplarzy. We wrześniu tego roku, nakładem Egmontu, ukazało się pierwsze zbiorcze wydanie wszystkich zeszytów cyklu, pięknie wpisując się w obchody stulecia państwa polskiego.

Po zasięgnięciu języka u znajomych okazało się, że wśród ludzi zaledwie kilka lat starszych ode mnie „Doman” robił prawdziwą furorę. Nowakowski nie ukrywał, że tworząc komiksy, odwoływał się do Howardowskiego Conana i słynnych filmów z Arnoldem Schwarzeneggerem. Rzeczywiście, wpływy te są widoczne już na pierwszy rzut oka.

Przyjrzyjmy sie jednak, jak „Doman” broni się dziś – trzydzieści lat od pierwszych publikacji. Jeśli chodzi o fabułę, mamy tu wątki znane z podań i legend, a także ze „Starej Baśni”. Przeczytamy więc historię grodu w Krakowie oraz smoka wawelskiego, a także księżniczki Wandy, która nie chciała Niemca. Zapoznamy się z opowieścią o Popielu i grodzie w Kruszwicy, a także o postrzyżynach syna Piasta oraz jego późniejszym porwaniu. Jako słowiańskie opowieści zeszyty bronią się nieźle. Są zajmujące, niezbyt długie i doskonale znane, co paradoksalnie także stanowi pewną wartość.

Natomiast warstwa wizualna postarzała się mocno,  tak jak  mocno trąci myszką i nieco śmieszy kiczowata estetyka lat osiemdziesiątych. A „Doman”, nasz słowiański „Conan”, jest nią przesiąknięty. Rysunki  mogą więc budzić nostalgię i uśmiech, trudno jednak, by się podobały, bo sztuki wizualne poszły już mocno do przodu.

Niewątpliwie „Domana” warto znać jako reprezentanta polskiego komiksu, który niegdyś święcił triumfy i wzniósł się na szczyty popularności. Mam jednak wrażenie, że d to tylko taka przyjemna ramotka, która już raczej nie zachwyca.

Strony