Subiektywnie

Troy: Zdobywcy Troy – Christophe Arleston, Ciro Tota, Sebastien Lamirand

Piękny komiks o niczym

Aleksander Kusz

Nie wiem, czy kiedyś podsumowałem komiks już w tytule recenzji. Jeżeli nie, to właśnie udało mi się to zrobić. Najpierw chciałem zatytułować omówienie inaczej, a mianowicie – „Definitywnie…” – rozumiecie, że niby taki inteligentny jestem, że delikatnie informuję Was, że już takich komiksów nie będę brał do recenzji, że to próżny trud, że ja do takiej orki się nie nadaję itd. Jednak zmieniłem tytuł, bo chciałem Was nim zaskoczyć, tak po prostu.

Dla mnie tytuł omówienia to istotna rzecz, nie najważniejsza w tekście, ale ma za zadanie zasygnalizować, czego możecie się spodziewać po moim omówieniu. Właśnie – po omówieniu, a nie po recenzji. Bo według mnie ja nie piszę typowych recenzji, piszę omówienia i zawsze chciałem, aby takie były na Szortalu. Nie sztampowe recenzje książek czy komiksów pisane od linijki, ale omówienia czytanych pozycji, takie od serca.

„Zdobywcy Troy” to prequel znanej opowieści „Lanfeust z Troy”, która była publikowana w Polsce przez Egmont w latach 2001–2004. Na ten cykl składa się kilka opowieści. Po sukcesie „Lanfeusta z Troy” autor postanowił napisać kilka sequeli oraz prequeli. Cóż… Wiadomo przecież, że jak się ludziom coś spodoba, to nie można z tego rezygnować, ku radości wszystkich stron. Piszę z odrobiną sarkazmu, ale jak widać nie do końca jestem zadowolony z omawianej pozycji. Dlaczegóż to? – zapytalibyście pewnie. Cóż, uwielbiam europejski komiks, problemowy, sięgający do całkiem innej estetyki niż te amerykańskie wygibasy (chociaż wiadomo, że od każdej reguły są wyjątki, a ja tę zasadę też stosuję). Ale, o dziwo, z biegiem lat przestały mnie kręcić europejskie komiksy fantasy. Nie wiem, chyba po prostu się zestarzałem, bo kiedyś mi się podobały, przynajmniej niektóre. Takie odczucia mam w stosunku do „Cyann”, podobnie jest z omawianym komiksem. Po prostu szkoda mi czasu na czytanie komiksu, który jest dopracowany tylko w warstwie wizualnej.

Virginia C. Andrews – Mroczny las

Plastikowy świat

Jagoda Wochlik

Virginia Cleo Andrews jest znaną autorką powieści obyczajowych z gotyckim zabarwieniem. W jej powieściach standardem są stare domostwa z tajemnicami, wielkie fortuny zdobyte niewiadomymi sposobami, tajemnice rodzinne, które wychodzą na światło dzienne w najbardziej nieoczekiwanych momentach oraz związki kazirodcze. Najbardziej znana seria, która wyszła spod pióra autorki, to „Kwiaty na poddaszu”. Choć Andrews zmarła w drugiej połowie lat osiemdziesiątych XX wieku, zachęcone popularnością jej książek wydawnictwo zatrudniło ghostwritera. W ten sposób ukazują się kolejne powieści firmowane jej nazwiskiem.

„Mroczny las” jest kontynuacją „Willow” i wchodzi w skład nowego cyklu o rodzinie De Beers. W pierwszej części poznaliśmy główną bohaterkę i jej skomplikowaną historię – po śmierci ojca, znanego psychiatry, Willow dowiaduje się, że miał romans ze swoją pacjentką. Młoda kobieta postanawia odnaleźć matkę i w tym celu wyrusza do Palm Beach. Na miejscu poznaje super-hiper-przystojnego prawnika, w którym się (jakżeby inaczej!) zakochuje. „Mroczny las” opowiada o tym, jak  nawiązuje relacje rodzinne ze świeżo odnalezionymi krewnymi. Ważny jest także  rozwój związku Willow ze znanym z pierwszego tomu prawnikiem, Thatcherem.

„Mroczny las” to plastikowa książka. Plastikowa do granic możliwości. I nie chodzi tu nawet o to, że fabuła jest fatalna, kreacje postaci zupełnie niewiarygodne, ich problemy wydumane i dla zwykłego zjadacza chleba śmieszne lub nawet irytujące, a realizm oscyluje gdzieś w okolicach „kosmici właśnie wylądowali w moim ogródku i wszyscy to łyknęli”. Bo czyż normalnej, przeciętnej, pracującej kobiety, nawet takiej, która czyta książki tylko dla przyjemności, nie zdenerwuje Bunny Eaton, którą nieudane przyjęcie doprowadza do depresji i z tego powodu musi wyjechać do spa? Czy taka kobieta nie zacznie się zastanawiać: „Kto tak, do cholery, żyje, bo na pewno nie ja i ludzie, których znam?”

Susan Richards – Koń, który mnie wybrał. Jak znękana klacz uleczyła sponiewierane serce

Gdy się spotkają kobieta z przeszłością i koń po przejściach


Jagoda Wochlik


„Koń, który mnie wybrał” Susan Richards jest jej pierwszą książką, która ukazała się na polskim rynku. Wpisuje się w inne propozycje wydawnictwa Replika dotyczące zwierząt, które wpłynęły na życie ludzi. Tak też było w przypadku Susan Richards i klaczy Lay Me Down.


Susan Richards nigdy nie lubiła szpitali. Zawsze wykręcała się jak mogła od pomagania przyjaciołom z medycznymi problemami. Jej wsparcie dla ludzi i zwierząt dotkniętych chorobami, sprowadzało się do wypisania czeku. Tamtego dnia było jednak inaczej. Postanowiła jako dom tymczasowy przyjąć pod swój dach jednego z czterdziestu koni odebranych nieodpowiedzialnemu właścicielowi. Tak w jej życiu pojawiła się Lay Me Down.


Wiedźmy – Scott Snyder, Jock, Matt Hollingsworth

A Ty kogo byś ofiarował?


Marek Adamkiewicz


Scott Snyder należy do najbardziej rozpoznawalnych scenarzystów komiksowych naszych czasów. Popularność przyniosła mu przede wszystkim praca przy postaci Batmana, ale ma w swoim dorobku także dzieła mniej spektakularne, w których kładzie nacisk na inne elementy niż te prezentowane zazwyczaj w komiksie superbohaterskim, jak choćby nastrój grozy („Severed”) czy intrygujący, futurystyczny świat przedstawiony („Przebudzenie”). Najnowsza propozycja amerykańskiego twórcy to horror czystej wody, którym stara się namieszać w nieco skostniałym gatunku i pokazać czytelnikowi coś świeżego, intrygującego i przerażającego.


Rodzina Rooksów przeprowadza się do nowego miejsca – małego amerykańskiego miasteczka na obrzeżach cywilizacji. Chce zostawić za sobą problemy, które dręczą każde z trojga domowników. W największym stopniu chodzi jednak o córkę, Sailor, cierpiącą na stany lękowe i wyjątkowo strachliwą. W dodatku niedawno była prześladowana przez starszą dziewczynę, która zginęła w tajemniczych okolicznościach. By przezwyciężyć tę traumę, Charlie i Lucy Rooks podjęli decyzję o zmianie otoczenia. Szybko okazuje się jednak, że także po przeprowadzce kłopoty ani myślą ich opuszczać. Różnica jest taka, że tym razem będą miały o wiele bardziej złowieszczą naturę.


Catherine Dunne – Te wszystkie następne lata

Kształt życia jest konsekwencją podjętych decyzji


Jagoda Wochlik


Catherine Dunne jest irlandzką pisarką mieszkającą w Londynie. Choć jej twórczość była nagradzana (między innymi Giovanni Boccaccio International Prize for Fiction, jej nazwisko pojawiło się także w związku z pierwszą edycją nagrody Irish Fiction Award) i przetłumaczono ją na wiele języków, w Polsce jest mało znana. Do tej pory opublikowano jedynie „Początek”. „Te wszystkie następne lata” ukazały się na naszym rynku nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka.


Dwie kobiety. Dwa miasta. Dwie historie. I dwa momenty dziejowe. Jedno… morderstwo. Pilar żyje w Madrycie. Jest dozorczynią w kamienicy zamieszkiwanej przez zamożnych ludzi. Ma za sobą burzliwą przeszłość – miłość do nieodpowiedniego mężczyzny i utratę dziecka. Calista również dokonała kilku złych wyborów. Jednym z nich był związek, który unieszczęśliwił ją na większość życia.


Te wszystkie następne lata” są typową opowiastką dla kobiet. Obie historie łączą nie tylko przewijający się w życiorysach Pilar i Calisty bohaterowie poboczni, ale także wątek przewodni – uczucia do nieodpowiedniego, dużo starszego mężczyzny. Miłość, która niesie ze sobą rozczarowanie, złamane życie, ale także chęć odwetu. Jest to powieść o podejmowaniu decyzji, które nierzadko determinują przyszłość.


Catherine Dunne – Te wszystkie następne lata

Kształt życia jest konsekwencją podjętych decyzji


Jagoda Wochlik


Catherine Dunne jest irlandzką pisarką mieszkającą w Londynie. Choć jej twórczość była nagradzana (między innymi Giovanni Boccaccio International Prize for Fiction, jej nazwisko pojawiło się także w związku z pierwszą edycją nagrody Irish Fiction Award) i przetłumaczono ją na wiele języków, w Polsce jest mało znana. Do tej pory opublikowano jedynie „Początek”. „Te wszystkie następne lata” ukazały się na naszym rynku nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka.


Dwie kobiety. Dwa miasta. Dwie historie. I dwa momenty dziejowe. Jedno… morderstwo. Pilar żyje w Madrycie. Jest dozorczynią w kamienicy zamieszkiwanej przez zamożnych ludzi. Ma za sobą burzliwą przeszłość – miłość do nieodpowiedniego mężczyzny i utratę dziecka. Calista również dokonała kilku złych wyborów. Jednym z nich był związek, który unieszczęśliwił ją na większość życia.


Dzienniki, tom 4 – Agnieszka Osiecka

Dzienniki i zapiski po raz czwarty

Anna Szumacher

Od kilku lat na księgarskich półkach pojawiają się „Dzienniki” Agnieszki Osieckiej. To dzielenie na tomy jest o tyle wskazane, że jedna książka ma od czterystu do sześciuset stron, więc wydawanie ich razem – w twardej oprawie – nie służyłoby chociażby kręgosłupom czytelników. Ta najnowsza, obejmująca okres od 1 stycznia 1953 do Sylwestra tego samego roku, liczy prawie pięćset stron. Osiecka, pisząca dziennik od 1949 roku, ma w ostatnio wydanych „Dziennikach” siedemnaście lat i wciąż zaskakuje, zachwyca i intryguje. A może raczej warto by powiedzieć: dopiero się rozkręca.

Zazdroszczę Osieckiej bezproblemowego przelewania myśli i uczuć na papier. Mimo iż pisze o wszystkim, od recenzji poezji, spotkań ze znajomymi, zawodów pływackich zaprzyjaźnionej drużyny po śmierć Stalina (ta ostatnia informacja zajęła jej trzy linijki: „Umarł Józef Stalin”), nie zanudza. Raczej daje do myślenia i zaciekawia. Czasami bawi. Nie wystrzega się przy tym patosu i niektóre fragmenty wołają o pomstę do nieba, ale koniec końców widać, że z tego miejscowego bełkotu wyłania się poczwarka późniejszej dziennikarki i literatki.

Jak i w poprzednich tomach, Osiecka ma dokładnie przemyślane i zanalizowane kwestie polityki społecznej i krajowej, stosunki na uczelni, kwestie działalności aktywistycznej, filozofii, wiary czy miłości. Prawdę mówiąc, to trochę przerażające, jeśli nastoletnia dziewczyna wie wszystko o wszystkim. I wyciąga dosyć sensowne i zrozumiale wnioski – co skłania czytelnika do podejrzeń, że Osiecka nie była na tym ziemskim padole po raz pierwszy, a na dodatek wracając pod postacią dziennikarki, pisarki, eseistki i krytyczki pamiętała swoje poprzednie wcielenia i posiadała wiedzę wyniesioną z wcześniejszych żyć.

Liga Sprawiedliwości, tom 8: Wojna Darkseida, część 1 – Geoff Johns, Francis Manapul, Jason Fabok, Ivan Reis i inni

A kto umarł, ten nie żyje

Maciej Rybicki

„Wojna Darkseida” była jednym z ważniejszych eventów 2016 roku w uniwersum DC – także dlatego, iż niejako zamykała pętlę w „Lidze Sprawiedliwości”. Gdy startowała wersja tego tytułu z Nowego DC Comics, pierwszy tom dotyczył konfrontacji grupy z Darkseidem. Powrót tej postaci stanowił wiec efektowne zwieńczenie zbliżającej się do końca serii (przecież ledwie kilka miesięcy później nastąpił restart całego świata DC wraz z „Odrodzeniem”), a trudno o bardziej widowiskowy finał niż postawienie naprzeciw siebie dwóch najpotężniejszych istot w uniwersum: Antymonitora i wspomnianego już władcy Apokolips. Pierwsza część „Wojny Darkseida” faktycznie okazała się udana. Choć na pozór dość typowa, to jednak bardzo dobrze poprowadzona i nieźle narysowana historia. Punkt wyjścia dla części drugiej wydawał się więc nad wyraz interesujący.

Jak się jednak okazuje, dobry punkt wyjścia to czasem za mało. Druga połowa „Wojny Darkseida” nie wykorzystuje bowiem potencjału początkowych zeszytów. Geoff Johns oczywiście kontynuuje rozpoczęte wątki (wszak w zamyśle jest to całość, jedynie rozbita na dwa tomy w wydaniu zbiorczym), jednak skupia się na sytuacji „pustki”, jaką w uniwersum DC wywołało zakończenie części pierwszej. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że scenarzysta najzwyczajniej w świecie chciał w kilku zawartych tu zeszytach pokazać i wykorzystać zbyt dużo. W efekcie wyszło nieco po łebkach i banalnie. Nie da się ukryć, że na stronach „Wojny Darkseida” nie brakuje akcji. Sama fabuła płynie zresztą wartko, a Johns dobrze reguluje tempo, szczególnie że początek ma bardzo mocny. W efekcie wieńczącego część pierwszą starcia Darkseida z Antymonitorem członkowie Ligi Sprawiedliwości (i nie tylko) obdarzeni zostali boskimi mocami. Rozwiązanie takie samo w sobie to bardzo wyrazisty element fabuły. Jej oś stanowi jednak budowa wielkiej koalicji bohaterów i prowadzone przez nich polowanie na Mobiusa. Jak widać, sporo grzybków w tym barszczu. Johns ewidentnie chciał uczynić wszystko, by finał „Wojny Darkseida” był efektowny i dynamiczny. Niestety, momentami jest też nieco bełkotliwie.

Avengers: Wieczni Avengers – Jonathan Hickman, Leinil Francis Yu

Z Avengers przez czas

Maciej Rybicki

Epicka opowieść o zbliżającym się końcu uniwersum Marvela powoli płynie na łamach „Avengers” i „New Avengers”. Z niewielkim wyjątkiem, jaki stanowiła „Nieskończoność”, można jednak dość wyraźnie oddzielić od siebie obie serie. Autorzy „New Avengers” skupili się bowiem na działaniach podejmowanych przez Iluminatów – tajną grupę największych umysłów superbohaterskiego światka, która prowadzi zakulisowe działania mające na celu ocalenie naszej Ziemi, podczas gdy w „Avengers” przyjęto szerszą perspektywę. „Wieczni Avengers” znów wyraźnie przeplatają wątki obu tych tytułów.

Warto bowiem pamiętać o tym, że stojący na czele Avengers Kapitan Ameryka został wykluczony z tajnego kręgu. Moralizujący, idealistyczny, mało elastyczny i kwestionujący potrzebę podejmowania działań tak radykalnych jak uratowanie jednego świata przed skutkami inkursji kosztem innego – po prostu nie stał w tym samym szeregu co pozostali Iluminaci. Tyle tylko, że Rogers nie został po prostu wyrzucony – wymazano mu też wspomnienia o ponownym zejściu się i działaniach Tony’ego Starka, Reeda Richarsa i innych superbohaterów. Gdy jednak z fragmentów nocnych koszmarów udaje mu się odtworzyć bieg wydarzeń, postanawia działać. Skrzykuje Avengers i przechodzi do konfrontacji ze Starkiem… która przyjmuje dość nieoczekiwany przebieg.

Kroniki Wardstone: Zemsta czarownicy – Joseph Delaney

Siódmy syn siódmego syna

Marek Ścieszek

Książka Josepha Delaneya to pierwszy tom sagi o młodym uczniu stracharza: Tomie Wardzie, siódmym synu siódmego syna. Kilkunastotomowa opowieść poprzez dobór bohatera oraz przyjęty styl bez najmniejszych wątpliwości stworzona została z myślą o młodym odbiorcy. Trudno mi powiedzieć, czym się różni od innych cykli młodzieżowej fantasy, szczególnie tego opowiadającego o losach pewnego nastoletniego czarodzieja imieniem Harry, z którego przygodami rozstałem się już dawno temu po pierwszym tomie. Nie ujęły mnie, nazbyt dziecinne i kompletnie wyjałowione z grozy. Toma Warda chcę poznać lepiej.

Tom, jako siódmy syn siódmego syna, idealnie nadaje się do roli przyszłego stracharza. Jego moc pozostaje jeszcze uśpiona – Tom jest dzieckiem – prześwituje jednak, objawiając się choćby zdolnością wyczuwania rzeczy niewidzianych przez innych. To trzeszczenie sznurów, obraz gałęzi okolicznych drzew uginających się pod ciężarem widmowych wisielców. Nie tylko on doświadcza tych wizji. Miewa je też jego matka, osoba której do końca w pierwszym tomie nie poznajemy, mimo to jest zdecydowanie postacią pierwszoplanową na równi z samym Tomem i mistrzem Gregorym. Z pewnością posiada więcej zdolności niż każda lokalna akuszerka i nie ma wątpliwości, że w przyszłych tomach ujawnią się one  w jakiś sposób. To ona szykowała Toma do roli przynależnej mu z racji urodzenia (siódmy syn siódmego syna); to ona wpoiła mu podstawy umiejętności, które staną się przydatne w dalszej nauce, prowadzonej już przez samego stracharza. Mając świadomość, że w przeciwieństwie do sześciu starszych braci przyszłością chłopca nie jest rola farmera, kramarza czy rzemieślnika, matka staje się dla Toma pierwszym nauczycielem fachu strażnika równowagi magicznej.

Strony