Subiektywnie

BBPO 1946–1948 – Mike Mignola i inni

Pierwsze lata

Marcin Knyszyński

Zanim Mike Mignola zaczął tworzyć postać Hellboya, myślał o napisaniu opowieści o całej grupie bohaterów. Miała to być ekipa pracująca dla rządu Stanów Zjednoczonych, której zadaniem będzie walka z nadnaturalnymi zagrożeniami. Gdy jednak to Hellboy został centralną postacią uniwersum Mignoli, grupa B.B.P.O (Biuro Badań Paranormalnych i Obrony) rozmyła się w tle jako uzupełnienie świata. Po kilku latach dorobiła się jednak własnej serii. Po wydaniu trzydziestu ośmiu zeszytów, jej autorzy z Mikem Mignolą na czele wpadli na pomysł, aby trochę namieszać w chronologii wydarzeń. Postanowili cofnąć się w czasie do początków B.B.P.O.

W 1944 roku rosyjski czarny mag, Rasputin, przywołał z zaświatów małego Hellboya. Przybysz trafił od razu pod opiekę profesora Bruttenholma, głównej postaci rozpoczynającego dopiero swą działalność Biura Badań Paranormalnych i Obrony. Fabuła „Hellboya” bardzo szybko skoczyła pięćdziesiąt lat do przodu, Hellboy jest już najważniejszym członkiem grupy. Ale co się działo pomiędzy? „BBPO 1946–1948” to zbiorcze wydanie trzech albumów (piętnastu odcinków), opowiadających o wydarzeniach z czasów, gdy Hellboy miał odpowiednio dwa, trzy i cztery lata (dorosłość osiągnął jako ośmiolatek, tak na marginesie).

W 1946 roku przedstawiciele B.B.P.O. wybierają się do zrujnowanego Berlina, aby zebrać i uporządkować jak najwięcej danych, związanych z pracami hitlerowców nad okultyzmem. Na miejscu okazuje się, że jest tu już sowiecka grupa, wykonująca analogiczne badania. Radzieckim oddziałem dowodzi bardzo, bardzo niezwykła „osoba”, która pojawia się potem we wszystkich kolejnych rozdziałach komiksu. Rozpoczyna się trudna i niewygodna współpraca, która jest jednak konieczna, ponieważ to, co bohaterowie odkrywają w Berlinie – nazistowski program „Vampir Sturm”, powrót pewnego koszmarnego generała, istoty w słoikach, nieludzkie eksperymenty i słowiańskie demony – może sprowadzić zagładę na całą ludzkość.

Hex – Thomas Olde Heuvelt

Błyskawica na pogodnym niebie

Marek Ścieszek

Konwencja, którą w jej najprzeróżniejszych odmianach władają konkretni autorzy o ugruntowanych nazwiskach, czasami wydaje na świat kogoś, o kim jeszcze przed chwilą mało kto słyszał. Z efektem porównywalnym do błyskawicy na błękitnym niebie. Horror od lat straszy Kingiem, Koontzem czy Mastertonem. Straszy Straubem, Castle’em czy Rice. Wspomina też dawnych mistrzów: Lovecrafta, Poego, Stokera, Howarda. Niebawem zostanie przypomniana Jackson. Aby wielbicielom grozy podarować łyk świeżego powietrza, okazjonalnie dodaje się nowy składnik. Przed paru laty świat usłyszał o Joem Hillu i nie był to łyk lecz prawdziwy haust ożywczego tlenu. Hill już dawno przeniósł się na regał z innymi mistrzami. Czy ta sama przyszłość czeka Thomasa Olde Heuvelta? Pierwsza powieść Holendra jasno określa jego cel, dokładnie ten sam, który stał się udziałem najstarszego syna Stephena Kinga. Autor zawiesił sobie poprzeczkę bardzo wysoko.

Sam King wyraża się o pierwszej anglojęzycznej powieści Heuvelta wyłącznie w superlatywach. Jest to czynnik, który – jak i sama jakość książki – może zmotywować, ale także sprawić, że Holender spali się w blokach. Zewsząd płyną pochwały, dla zasady poprzetykane pojedynczymi krytycznymi uwagami, aby przypadkiem nie okazało się, iż oto mamy do czynienia z arcydziełem literatury grozy. Nie mamy, na szczęście. Gdybyśmy mieli, przyszłość nie niosłaby już ze sobą obietnicy czegoś równie dobrego, zaś o lepszym nawet nie byłoby co marzyć. Jest to jednak książka naprawdę dobra, stworzona w oryginalny sposób na starym, ogranym motywie, świetnie rozbudowana i przemyślana. Może dzięki temu, że mamy do czynienia z przepisaną wersją powieści, funkcjonującej już wcześniej na rynku holenderskim? Gdyby Heuvelt napisał ją od zera, nie dając sobie tyle czasu na refleksję i dopracowanie pomysłów, byłaby równie dobra? Sam autor, przerabiając ją pod gust oraz dostosowując do możliwości poznawczych odbiorcy z Ameryki, poddał to w wątpliwość.

Batman/Sędzia Dredd: Wszystkie spotkania – Alan Grant, John Wagner, Simon Bisley, Cam Kennedy, Carl Critchlow, Glenn Fabry i inni

Twarde prawo i nieuchronna sprawiedliwość

Marek Adamkiewicz

Przygody Mrocznego Rycerza stanowią na tę chwilę prawie połowę komiksów wchodzących w skład linii wydawniczej „DC Deluxe”. Nie ma co się temu dziwić, jest to wszak jeden z najbardziej rozpoznawalnych superbohaterów, nie tylko tego konkretnego wydawnictwa, ale także w ujęciu globalnym. „Batman/Sędzia Dredd” to przykład połączenia dwóch różnych fikcyjnych światów, tak zwany crossover, podgatunek który w latach dziewięćdziesiątych poprzedniego wieku przeżywał złoty okres, przynosząc fanom komiksów wiele dobrego, między innymi starcia Supermana z Obcymi, Batmana z Predatorem czy właśnie spotkanie Batmana z sędzią Dreddem.

Wszystko zaczyna się, gdy do Gotham City trafia niejaki Sędzia Śmierć. Wyznaje on pogląd, w myśl którego wszystkich przestępstw dokonują żywi, zatem zbrodnią jest samo życie, dlatego trzeba je anihilować. W ślad za nim podąża para sędziów z Mega-City One – Anderson i Dredd, którzy wspólnie z Batmanem spróbują powstrzymać uciekiniera z innego wymiaru. Następnie Dredd wraz z Nietoperzem będą usiłowali okiełznać Brzuchomówcę, chcącego podłożyć bombę na przedstawieniu teatralnym i zabić w ten sposób jednego z włodarzy miasta. W kolejnej opowieści Mroczny Rycerz stanie się obiektem polowania istot z innych wymiarów, a wszystko pod czujnym okiem Riddlera. Ostatnie spotkanie obu bohaterów tego tomu ma miejsce w Mega-City One, gdzie czterej Mroczni Sędziowie, wraz z przeniesionym z Gotham Jokerem, próbują wprowadzić rządy chaosu.

Królowa zbrodni – Andrew Wilson

Agatha Christie bohaterką literacką

Jagoda Wochlik

Agatha Christie jest niekwestionowaną królową kryminału. To jedna z najbardziej rozpoznawalnych autorek na świecie, a stworzony przez nią detektyw od dziesiątków lat podbija serca czytelników w każdym wieku. Herkules Poirot, niewysoki Belg z sumiastym wąsem i masą przywar, jest już praktycznie ikoną popkultury, do której odwołuje się wielu późniejszych twórców. A Poirot to jedynie początek stawki. Za nim przybyli następni: Jane Marple, Parker Pane.

W grudniu 1926 roku Agatha Christie zniknęła na jedenaście dni. Jej samochód znaleziono zepchnięty ze zbocza, a w środku pozostały dokumenty oraz futro pisarki. Choć autorka się odnalazła, nigdy nie zabrała publicznie głosu na temat tego, co się wydarzyło, nigdy też nie podjęła tego tematu w swojej twórczości ani autobiografii. Andrew Wilson w powieści „Królowa zbrodni” postanowił wypełnić owe jedenaście „zagubionych” dni. Nasycił je mianowicie intrygą kryminalną.

Agatha Christie właśnie dowiedziała się, że jej mąż, Archie, ma romans. Jest także załamana niedawną śmiercią ukochanej matki, co sprawia, że ma problem z ukończeniem swojej kolejnej powieści o Poirocie – „Błękitnego ekspresu”. W tym newralgicznym momencie swojego życia poznaje doktora Kursa. Mężczyzna zaczyna szantażować autorkę – jeśli Christie nie zamorduje jego żony, Kurs nie tylko ujawni prasie fakt romansu jej męża, ale także skrzywdzi córkę pisarki.

Jessica Jones. Alias Tom 4 – Brian Michael Bendis, Michael Gaydos i inni

Raniąca purpura

Marek Adamkiewicz

Jessica Jones to jedna  z tych bohaterek Marvela, której perypetie autentycznie angażują. Swoje na pewno robi fakt, że seria „Alias” ukazywała się w ramach imprintu „Max”, prezentującego opowieści dojrzalsze, często wypełnione przemocą, a przede wszystkim przeznaczone dla dorosłych czytelników. To inne spojrzenie na uniwersum, które choć zazwyczaj jawi się jako kolorowe i krzykliwe, tutaj nabiera więcej odcieni szarości. To także zamknięcie pewnego etapu w życiu bohaterki i powolne wkraczanie w nowy. Poprzednie części cyklu były bez dwóch zdań jednymi z najlepszych komiksów oscylujących wokół tematyki superhero wydanych ostatnimi laty w Polsce. Zamknięcie całości na pewno tego obrazu nie zmieni.

Trzy pierwsze tomy „Alias” dotyczyły w znacznej mierze spraw, które Jessica Jones rozwiązywała w prowadzonej przez siebie agencji detektywistycznej. Bohaterka pomaga zwykłym ludziom i jest w tym po prostu dobra. Co sprawiło, że zdecydowała się na tę konkretną drogę kariery, rezygnując z bardziej ekscytującego życia superbohaterki? W końcu poznamy odpowiedź na to frapujące pytanie, dowiemy się także, w jakich okolicznościach Jessica odkryła swoje moce i co konkretnie ukształtowało jej charakter, sprawiając, że stała się samotniczką i osobą, która z trudem ufa innym.

Ja dobra, zła – Ali Land

Spór dwóch wilków

Jagoda Wochlik

Istnieje legenda, że każdy z nas ma w sobie dwa wilki – dobrego i złego. Zwycięża ten, którego dokarmiamy. Pogląd ten stał się punktem wyjścia dla powieści Ali Land „Ja dobra, zła”. Jest to jej pisarski debiut, wcześniej przez wiele lat pracowała jako pielęgniarka i zajmowała się osobami chorymi psychicznie.

Annie jest córką seryjnej morderczyni. Jej matka zabiła, a wcześniej brutalnie torturowała, dziewięcioro dzieci. Została złapana, gdyż dziewczyna zadenuncjowała ją policji. Annie, która ma być głównym świadkiem podczas procesu, trafia do rodziny zastępczej. Jest nią psychiatra Michael, jego żona Saskia oraz ich nastoletnia córka, Phoebe.

Najmocniejszą stroną powieści Ali Land jest powolne poznawanie całej historii. Razem z Annie, podczas spotkań z psychologiem, ponownie przechodzimy przez piekło jej życia z matką. Dzięki zastosowaniu pierwszoosobowej narracji mamy możliwość usłyszeć myśli bohaterki, co zwłaszcza na końcowym etapie opowieści okaże się bardzo istotne. Również poznawanie jej nowego życia, w zdawałoby się „normalnej” rodzinie, czytelnik będzie śledził z coraz większym zainteresowaniem. W pewnym momencie nie wiadomo już, kto w tej historii jest dobry, kto zły, i który wilk tak naprawdę wygra, bowiem rodzina Michaela to typowy przykład na potwierdzenie tezy, że szewc bez butów chodzi.

„Ja dobra, zła” zawiera ciekawe pytania o naturę człowieka. Czy programują nas geny? Czy istnieje „gen zła”? W jakiej mierze sami odpowiadamy za siebie, a w jakim stopniu kształtuje nas środowisko? Czym jest choroba psychiczna? Czy człowiek może być zły z natury? Kłopot w tym, że choć Ali Land stawia powyższe pytania, w toku opowiadanej historii nie bardzo próbuje na nie odpowiedzieć. A przecież tyle jeszcze można by z tej historii wyciągnąć. Ostatecznie autorka proponuje nam znacznie mniej, niż osoba z jej wykształceniem i doświadczeniem mogłaby wycisnąć z tego tematu. To rozczarowuje.

Jupiter’s Legacy. Dziedzictwo Jowisza Tom 1 – Mark Millar, Frank Quitely

Trykociarze w innym ujęciu

Marek Adamkiewicz

Mark Millar należy do grona najbardziej rozpoznawalnych i rozchwytywanych scenarzystów komiksowych. Wiele tytułów, które wyszły spod jego pióra, trafiło na listę bestsellerów, kilka zostało także z powodzeniem zekranizowanych (na przykład „Kingsman” i „Kick-Ass”). Szkot ma duży talent do pisania historii lekkich, szalenie rozrywkowych, a jednak niosących z sobą coś więcej. W Polsce ukazało się do tej pory sporo komiksów należących do tzw. Millarworld, a za ich wydawanie odpowiada Mucha Comics. Teraz, także ich nakładem, mamy okazję zapoznać się z „Jupiter’s Legacy”, przez wielu uznawanym za jedno ze szczytowych osiągnięć autora.

W 1932 roku dowodzona przez Sheldona Sampsona drużyna wyrusza na wyprawę na zachód od Zielonego Przylądka, by odnaleźć wyspę, która ukazała się Sheldonowi we śnie. Nikt nie kwestionuje pomysłu mężczyzny, ponieważ jego przeczucia do tej pory sprawdzały się bezbłędnie. Co prawda nikt nie wie, co znajdą na miejscu, lecz wedle zapewnień dowódcy ma to być coś niesamowitego. I faktycznie, po dotarciu do celu członkowie wyprawy zostają obdarzeni nadludzkimi mocami. Wiele lat później superbohaterowie są w Ameryce codziennością. Sheldon i jego brat, Walter, czuwają nad bezpieczeństwem największego mocarstwa świata, lecz mają problem z własnymi dziećmi, które nie chcą podjąć odpowiedzialnej misji rodziców, a ich jedyną ambicją jest dobra zabawa. To jednak zaledwie zapowiedź czarnych chmur, jakie zbierają się nad tą zamkniętą superspołecznością. W rodzinie dochodzi do konfliktu, który odbije się na życiu całego świata.

Pape Satàn aleppe. Kroniki płynnego społeczeństwa – Umberto Eco

Anna Parot

Książka budziła we mnie sprzeczne skojarzenia na długo przed rozpoczęciem lektury. Z jednej strony czekałam na podobnie dowcipny zbiór jak „Zapiski na pudełku od zapałek”, również składający się z osławionych felietonów z „L'Espresso”. Z drugiej był tytułowy cytat z „Boskiej Komedii” Dantego – tajemnicze zdanie wykrzykiwane u wrót piekielnych. Czy przeklina tych, co dalej iść się nie boją? Do tego „płynne społeczeństwo” w podtytule; nawiązanie do Zygmunta Baumana nadawało mojemu oczekiwaniu gorzki smak.

Otwarłam paczkę z książką, artykuły z ostatnich 15 lat życia autora (2000–2015), a tam feeria bollywoodzkich barw. Pomarańcze i róże. Ani trochę nie zmniejszyło to wewnętrznego rozdźwięku. Spojrzałam na książki Baumana na półce – czarno i szaro. Wyruszyłam w podróż po lekturze „Pape” z lekką konfuzją, ale i wielką ciekawością.

Zamieszczane w kultowym włoskim tygodniku teksty Eco w założeniu miały być krótkie i zwięzłe. Jak pociągnięcia pędzla wprawnego portrecisty. Dzięki tej formule czytelnik otrzymuje esencję treści zwieńczoną szybką, precyzyjną puentą. To lektura dla ludzi lubiących błyskotliwe, ironiczne szkice. Stajemy się uczestnikiem barwnego dialogu prowadzonego przez uczonego ze współczesnością.

Daredevil. Nieustraszony! Tom 2 – Brian Michael Bendis, Alex Maleev i inni

Rządy nieustraszonego

Maciej Rybicki

Co tu dużo pisać, pierwszy tom „Daredevila” autorstwa Briana Michaela Bendisa i Alexa Maleeva okazał się nie tylko najbardziej wyczekiwaną premierą 2017 roku na polskim rynku komiksowym, ale prawdopodobnie i jednym z najlepszych tytułów, które ukazały się w naszym kraju w ostatnim czasie.. Po długich perypetiach z wydaniem tej serii przez Sidecę sprawy w swoje ręce wziął największy rodzimy wydawca i momentalnie ruszyły one z kopyta. Już dwa miesiące po premierze pierwszego albumu czytelnicy dostali w swoje ręce tom drugi.

Makabryczne interpretacje opowieści – Stephen King, Berni Wrightson, Michele Wrightson, Jack Kamen

Anna Parot

W zasadzie wszystko składa się idealnie. Po obejrzeniu 2 sezonów „Stranger Things” i dawce filmowych wspomnień o tym, jak wyglądało życie amerykańskich dzieciaków w latach 80-tych, sięgam po klasyczny komiks ze scenariuszem Stephena Kinga. No czego chcieć więcej, żeby zaspokoić mojego wewnętrznego smarkacza, który w PRL-u mógł tylko marzyć o fantastycznych wydawnictwach jak „DC Comics” czy „Marvel”?

W środku świetne kadry autorstwa Berniego Wrightsona, kultowego, zmarłego w 2017 roku, rysownika. Przepiękne nawiązanie do stylowej kreski klasycznych komiksów grozy z lat 50-ych. Jednocześnie wyszły spod ręki artysty, który tchnął życie w postać Potwora z Bagien, rysował Batmana czy stworzył epickie dzieło, ilustrując powieść Mary Shelley „Frankenstein”. Jego prace są mocno osadzone w epoce niezapomnianych „żywych trupów” i doskonale oddają klimat powieści graficznych retro. Był w 1982 roku wymarzonym kandydatem do zilustrowania pięciu makabrycznych opowiastek Stephena Kinga. Co ciekawe, historie składały się na scenariusz filmu George’a A. Romero – „Creepshow”. Dwie mistrz grozy napisał specjalnie na potrzeby ekranizacji, trzy są interpretacją wcześniejszych utworów.

Film wchodzi do kin w tym samym roku, w którym  książka trafia na półki. Na okładce pierwszego amerykańskiego wydania zeszytu znajdziemy wyraźne odwołanie do nazwiska reżysera. Idealny zabieg marketingowy i wielka konsekwencja stylistyczna. Filmowcy zbudowali klimat obrazu, korzystając z efektów specjalnych wprost zaczerpniętych z komiksu.

Mamy więc kultowego pisarza, rewelacyjnego rysownika i charakternego reżysera. Mamy masę ciekawych zapożyczeń, smaczków, stylizacji. Jest duch epoki. Jest zabawa obrazem, kreską – przenikanie się filmu i literatury. Mamy wreszcie – może nie straszne, ale za to zabawne – stylowe przypowiastki horror comedy. Faktycznie gratka dla miłośników klasyków w typie „Opowieści z krypty”. Gdyby nie jedno.

Strony