Subiektywnie

Hellboy Tom 2. Spętana trumna. Prawa ręka zniszczenia – Mike Mignola

Rysowanie konturów

Marcin Knyszyński

W pierwszym tomie nowej edycji przygód Hellboy’a mogliśmy przeczytać dwie dłuższe opowieści, które fabularnie były dość wyraźnie powiązane ze sobą. Tajne plany rosyjskiego czarownika Rasputina, w których nasz czerwony przybysz z piekła ma odegrać niebagatelną rolę, stanowiły oś wydarzeń. Drugi tom jest skonstruowany zupełnie inaczej. Otóż tym razem dostajemy zbiór piętnastu opowiadań, pulpowych opowieści niesamowitych, połączonych tylko poprzez postać głównego bohatera. Najważniejszy wątek serii, czyli przeznaczenie Hellboy’a i tajemnica jego pochodzenia, jest tu zepchnięty zdecydowanie na dalszy plan (choć nie całkowicie), podobnie zresztą jak całe Biuro Badań Paranormalnych i Obrony.

Wszystkie historie z drugiego tomu „Hellboy’a” powstały jeszcze przed 2001 rokiem, kiedy to światło dzienne ujrzała kolejna długa „powieść” o piekielnym chłopcu – „Czerw zdobywca”. Niektóre z nich, te dość wczesne, zebrane zostały kiedyś w „Spętanej trumnie”; inne, późniejsze, złożyły się na „Prawą rękę zniszczenia”. Scott Allie w przedmowie nazywa ostatnie lata dwudziestego wieku „środkowym okresem Mike’a”, kiedy to autor „Hellboy’a” tworzył przede wszystkim krótkie formy, czyli to, co lubi najbardziej. Zupełnie jak w serialu „Z archiwum X” mamy do czynienia zarówno z opowiadaniami bezpośrednio budującymi mitologię świata Mignoli, jaki i z epizodami pojedynczymi, oderwanymi od głównego wątku. Najczęściej jest tak, że Mike Mignola bierze na tapetę jakieś stare ludowe podanie (głównie staroangielskie lub irlandzkie) i czyni jego założenia realnymi w świecie komiksu. Następnie wysyła czerwonego diabła w sam środek piekielnej zadymy, aby ten zrobił porządek z nadnaturalnym zagrożeniem.

Rat Queens. Tom drugi: Dalekosiężne macki N’Rygotha – Kurtis J. Wiebe, Roc Upchurch, Stjepan Šejić

Dalekosiężne macki vs okazałe jądra

Maciej Rybicki

Przy okazji recenzowania pierwszego tomu „Rat Queens” zwracałem uwagę na fakt, że nie ma na polskim rynku komiksowym wielu serii (szczególnie zza Oceanu), które prezentowałyby luźne, humorystyczne podejście do konwencji fantasy. Seria Kurtisa J. Wiebego i Roca Upchurcha była więc pewnym powiewem świeżości, prezentując stylistykę znacznie odbiegającą od frankofońskiego ujęcia tematu. Przerysowane, rubaszne i ociekające nieco przaśnym humorem przygody czterech najemniczek zrobiły jednak całkiem niezłe wrażenie. Pozostawało tylko czekać, na to, czy drugi tom utrzyma poziom początku serii.

Pigmej – Chuck Palahniuk

Borat-Dzong-Un z pasem szahida

Marcin Knyszyński

Czy prawdą jest, że Stany Zjednoczone to najwspanialszy kraj na naszej planecie? Istny raj na ziemi? Chuck Palahniuk tak nie uważa. Co prawda w poprzednich powieściach nie uderzał swoją antykonsumpcyjną i antycywilizacyjną tyradą bezpośrednio w Amerykę, ale nietrudno było się domyślić, jakie społeczeństwo krytykuje. W „Pigmeju” chodzi o USA, które pisarz pokazuje wręcz palcem. Ustami bardzo oryginalnego i groteskowego narratora opowiada historię absurdalną, komiksową, obrazoburczą i prześmiewczą. Uwaga! Rozpoczyna się szeroko zakrojona operacja „Chaos”!

Bezimienny narrator jest jednym z kilku nastolatków, którzy przybyli do Stanów Zjednoczonych w ramach uczniowskiej wymiany. Przybysze pochodzą z nieokreślonego bliżej kraju (choć kojarzy się on jednoznacznie z Koreą Północną z małym dodatkiem terrorystycznej ideologii Państwa Islamskiego), w którym jedyną siłą cementującą społeczeństwo jest nienawiść do wszystkiego co amerykańskie i przerażająca indoktrynacja od najmłodszych lat. Narrator, który z racji swojego niskiego wzrostu zostaje szybko nazwany „Pigmejem”, próbuje zaaklimatyzować się w swoim nowym domu i wraz z innymi przybyłymi uczniami wykonać tajne zadanie. Pigmej trafia do takiej, a nie innej rodziny nieprzypadkowo – jej głowa („Krowi Ojciec, śmierdzący wołowiną i przetrawioną viagrą”) pracuje w jakiejś naukowej placówce i ma dostęp do neurotoksyn. Stany Zjednoczone muszą upaść, legowisko żmij musi zostać unicestwione.

Batman: Świt Mrocznego Księżyca – Matt Wagner

Obraz początków kariery

Marek Adamkiewicz

„Świt Mrocznego Księżyca” to kolejny już album „DC Deluxe”, którego głównym bohaterem jest Zamaskowany Krzyżowiec, co doskonale pokazuje, jaką popularnością cieszy się ta postać w Polsce. Czytelnicy wciąż chcą czytać o jego perypetiach, lecz ostatnio, choć komiksów z Batmanem ukazuje się u nas naprawdę dużo, to nie wszystkie stoją na odpowiednio wysokim poziomie. Jednak ta konkretna linia wydawnicza prezentuje opowieści uznane, które na przestrzeni lat zyskały naprawdę dużą popularność i renomę. Następna z nich skupia się na początkach działalności Nietoperza w Gotham.

Krótko po wydarzeniach zaprezentowanych w „Roku pierwszym” Batman bierze na celownik przestępczość zorganizowaną w Gotham City. Bohater chce wyśledzić, skąd pochodził duży transport narkotyków, natyka się jednak przy okazji na sprawę o wiele bardziej tajemniczą. W różnych punktach miasta pojawiają się rozszarpane ludzkie zwłoki. Kto stoi za morderstwami i dlaczego są takie brutalne? To jedno z pytań, które będą wymagały szybkiej odpowiedzi. Rozwiązanie zagadki nie przynosi jednak miastu wiele spokoju. Gdy znika jedno zagrożenie, pojawia się kolejne – znów ktoś morduje, ale tym razem tylko młode kobiety. Zwłoki noszą ślady dziwnych rytuałów, a Batman musi sprawdzić, jaki nowy złoczyńca pojawił się w strzeżonej przez niego metropolii.

Zajęcie się pierwszymi latami działalności danego bohatera nie jest w komiksie niczym nowym. Twórcy często decydują się na ten krok, gdy chcą pokazać w jaki sposób kształtowała się osobowość prowadzonego przez nich herosa i zaprezentować wydarzenia, które pozwoliły utrwalić jego sposób działania w walce ze zbrodnią. W przypadku Batmana najbardziej znanym dziełem tego typu jest bez wątpienia „Rok pierwszy” autorstwa Franka Millera. Okres krótko po przedstawionych tam wydarzeniach postanowił z kolei przybliżyć inny uznany scenarzysta, Matt Wagner.

Star Wars: Legendy. Dziewczyna z Rebelii. Zdławiona nadzieja – Brian Wood, Stéphane Créty, Facundo Percio, Carlos D’Anda i inni

Apokryfy z Odległej Galaktyki

Maciej Rybicki

Gdy patrzymy na historię gwiezdnowojennego komiksu – od jego początków w stajni Marvela, przez ogromny rozrost Expanded Universe w „czasach Dark Horse’a”, aż po powrót do Marvela/Disneya i powstanie Nowego Kanonu – nietrudno zobaczyć, że niemal zawsze centralnymi postaciami okazywali się bohaterowie Oryginalnej Trylogii. „Halo, zaraz!” zawołacie. Przecież pod skrzydłami (kopytami?) Czarnego Konia eksplorowano praktycznie każdy możliwy zakątek czasu i przestrzeni Odległej Galaktyki! Prawda, jak najbardziej. Ale warto też pamiętać, że koniec końców zwrócono się ponownie do okresu klasycznych filmów, a w rolach głównych znów znaleźli się Luke, Leia i Han. Pisana przez Briana Wooda seria, zatytułowana po prostu „Star Wars” – bo o niej mowa – choć okazała się łabędzim śpiewem Gwiezdnych Wojen w barwach Dark Horse, położyła w pewnym sensie podwaliny pod to, co już pod szyldem Disneya stworzyli Jason Aaron i Kieron Gillen.

„Dziewczyna z Rebelii. Zdławiona nadzieja” to trzeci – i ostatni – tom linii Star Wars Legendy, w którym sięgnięto po run Briana Wooda. Krótko po ukazaniu się zawartych tu zeszytów, pałeczkę przejął Marvel. Zamieszczone w nim trzy opowieści wydają się jednak względnie niezależne – na tyle, że bez wielkiego wysiłku dałoby się je wpasować i w aktualnie obowiązujący kanon. Ale to już inna historia. Wszystkie wyszły spod pióra wspomnianego już Wooda, jednak zauważalnie różnią się tak klimatem, jak i podejmowaną tematyką. No i oczywiście tym, kto dzierżył ołówek. Ta, jak to określił w posłowiu Jacek Drewnowski, „eklektyczność” przekłada się też zresztą na poziom poszczególnych części. Zatem po kolei.

Superman. Action Comics Tom 2: Powrót do Daily Planet – Dan Jurgens, Patch Zircher, i inni

Porządkowanie świata przedstawionego

Marek Adamkiewicz

Pierwsze tomy obu odrodzonych serii z Człowiekiem ze Stali w roli głównej prezentowały przyzwoity poziom. Nieco lepsze wrażenie sprawiał „Superman”, którego fabuła w znacznej mierze skupiła się na  relacji między członkami rodziny Kentów. Z kolei „Action Comics”, jak sama nazwa wskazuje, przyniósł ze sobą mnóstwo intensywnej akcji. W drugiej odsłonie oba cykle nieco się zmieniają. W przypadku omawianego tytułu Dan Jurgens nieco wyhamował pędzącą na złamanie karku fabułę i skupił się na ugruntowaniu pozycji bohaterów w świecie przedstawionym. Jak udała się ta zmiana? Trzeba przyznać, że naprawdę dobrze.

Jeden Superman zginął, jego miejsce zajął inny, a na scenie wydarzeń pałęta się także Clark Kent, który w tym świecie nie jest alter ego żadnego z nich. Kim zatem jest ów reporter „Daily Planet” i dlaczego nie posiada supermocy? Na to pytanie musi odpowiedzieć obecny obrońca Metropolis. Tajemnice otaczające zmarłego bohatera wydają się mieć duży wpływ na życie tego aktualnego. Z kolei Lois Lane chce dowiedzieć się, co przydarzyło się jej odpowiedniczce z tego świata. By to osiągnąć, musi powrócić do swoich dawnych dziennikarskich obowiązków. Jednak jednym z jej szefów jest Lex Luthor. Tutaj aspiruje on do miana superbohatera, ale czy w istocie jest taki nieskazitelny, na jakiego stara się pozować?

Spider-Man i Czarna Kotka. Zło, które ludzie czynią – Kevin Smith, Terry Dodson

#onateż

Maciej Rybicki

Gdyby przyjrzeć się temu, jakie tematy najbardziej rozpalały publiczną debatę w drugiej połowie 2017 roku, na pierwszy plan bez wątpienia wysuwa się problem molestowania na tle seksualnym i budowania świadomości tego zjawiska. Tym bardziej, że temat okazał się uniwersalny bez względu na lokalizację, kulturę, status społeczny czy nawet orientację seksualną – od głośnych deklaracji i zarzutów stawianych gwiazdom Hollywood, aż po miliony kobiet (i mężczyzn), którzy zainicjowali w mediach społecznościowych akcję #metoo. Można by się zastanawiać, na ile wspominanie o tym jest adekwatne do recenzji komiksu. Okazuje się jednak, że jest – i to bardzo! Największy komiksowy wydawca na naszym rynku postanowił bowiem wydać album zatytułowany „Spider-Man i Czarna Kotka. Zło, które ludzie czynią” –  który do tego tematu odnosi się bezpośrednio.

Kaznodzieja Tom trzeci – Garth Ennis, Steve Dillon

Nietypowa logika damsko-męska

Marcin Knyszyński

Serial „Zmiennicy”, ostatnie dzieło legendarnego Stanisława Barei, oprócz częstego punktowania absurdów życia w Polsce roku 1986, brał na tapet również stereotypy związane z męską lub żeńską wizją świata. A także wizją mieszaną, będącą wypadkową dwóch pierwszych. Ba, jego czwarty odcinek miał nawet charakterystyczny tytuł – „Typowa logika damsko-męska”. Co wspólnego mają perypetie warszawskich taksówkarzy sprzed trzydziestu lat z trzecim tomem nowej edycji „Kaznodziei”? To znaczy: oprócz rzucającego się nieco w oczy lekkiego podobieństwa aparycji głównych bohaterów?

Spójrzmy najpierw na zawartość komiksu. Ostatni odcinek drugiego tomu był originem mojej ulubionej postaci całej historii – wampira Cassidy’ego. Po zakończeniu trzeciego tomu musiałem jednak mocno zrewidować swój rozkład sympatii do bohaterów „Kaznodziei” – ale pozwolę wam samodzielnie przekonać się, co mam na myśli. Akcja w najnowszej części wyhamowuje, jest więcej zadumy, analizy psychologicznej, rozmów przy stoliku lub w łóżku i sporo retrospekcji. Groteskowy i niezamierzenie prześmieszny Herr Starr zostaje nowym Wszechojcem Graala – organizacji, z którą walczyliśmy w tomie drugim. Starr oczywiście nadal snuje swoje absurdalne plany wobec Jessego. Ale cała sprawa Graala jest tu tylko delikatnie zaznaczona, na kolejne przyspieszenie akcji musimy chyba poczekać. Tymczasem skupiamy się na trójce bohaterów i ich coraz bardziej skomplikowanej relacji. Ale najpierw spin-off.

Wolverine –Jason Aaron, Yanick Paquette, Ron Garney i inni

Szpony, knajpy i kobiety

Maciej Rybicki

Są pewne rzeczy, które do siebie po prostu pasują. Śledzik do wódki, Messi do Barcelony, Jason Aaron do Wolverine’a itd. Ten ostatni przypadek jest ciekawy, bo choć kariera tego scenarzysty zaczęła się właśnie od pisania przygód Logana, to mocniej związał się z Marvelem już jako uznany i nagradzany scenarzysta ze stajni Vertigo. Ale że wilka ciągnie do lasu, to po napisaniu kilku krótszych historii urodzony w Alabamie autor dostał własny tytuł z Rosomakiem w roli głównej. Kilka jego początkowych zeszytów mieliśmy okazję przeczytać w tomie otwierającym kolekcję pisanych przez Aarona opowieści o Wolverinie. Egmont poszedł jednak za ciosem i właśnie dostaliśmy do ręki kontynuację antologii.

Moon Knight. Z martwych – Warren Ellis, Declan Shalvey

Szaleństwo księżycowej nocy

Maciej Rybicki

Zacznijmy od krótkiej zagadki. Co to za postać? Ubiera się cokolwiek monochromatycznie, nocami walczy z przestępczością, często nieformalnie współpracując z lokalną policją, otacza go aura mistycyzmu, ma opinię ekscentryka (jeśli nie szaleńca), wozi się drogimi limuzynami albo lata dziwnym latawcem, rzuca w bandziorów metalowymi (?) rzutkami. Proste? No jasne! Przecież to Batma… A, właśnie! Zapomniałem dodać, że to postać z uniwersum Marvela! Czyli zdecydowanie nie Batman. Moon Knight – bo o nim mowa – to jednak świetny przykład na to, że koncept podobny do Mrocznego Rycerza można pchnąć jeszcze dalej, zaś sama stworzona na jego bazie postać wciąż być oryginalna i charakterystyczna.

Piszę o tym dlatego, iż Egmont dołożył do polskiej odsłony linii Marvel Now kolejną serię, poświęconą właśnie Moon Knightowi. Marc Spector, były najemnik, zginął podczas misji w Egipcie, lecz został wskrzeszony przez Khonshu – tamtejszego boga księżyca. Obecnie znów działa na ulicach Nowego Jorku, walcząc z rozmaitymi przeciwnikami lub też badając sprawy dziwne, straszne i niebezpieczne. Księżycowy Rycerz pozornie tylko kalkuje pewne rozwiązania znane z komiksów o nocnym stróżu Gotham City. Jego twórcy postanowili dodać jeszcze więcej mistycyzmu i jeszcze więcej szaleństwa, dzięki czemu powstał jeden z najbardziej intrygujących bohaterów Marvela. Co nie znaczy, że jeden z  najbardziej znanych. A już na pewno nie polskiemu czytelnikowi, który Marca Spectora i jego księżycowe alter ego mógł dotąd spotkać jedynie na kartach komiksów poświęconych Avengers lub w ramach gościnnych występów. Stąd też niezmiernie cieszy fakt otwarcia u nas jego własnej serii – tym bardziej, że run Warrena Ellisa cieszy się w światowym komiksowie bardzo dobrą opinią. No ale po kolei.

Strony