Subiektywnie

Rakietowe szlaki, tom 1 - Antologia


Rakietowego odlotu część pierwsza  

Aleksander Kusz  

Wszyscy, którzy wierzą w Boga, powinni Go chwalić, a ci, którzy w Niego nie wierzą, powinni chwalić Chaos, bądź cokolwiek innego, czemu wiarę dają, że w Polsce pojawił się Lech Jęczmyk. Śmiało mogę powiedzieć, że między innymi dzięki niemu pokochałem fantastykę. To on pokazał mi najlepsze rzeczy fantastyczno-naukowe, które powstały na świecie. To właśnie Lech Jęczmyk tłumaczył i redagował „Kroki w nieznane”, drugie wydanie „Rakietowych szlaków”, jak i wiele, wiele innych pozycji.

Lata temu, kiedy skończył się socjalizm i reglamentacja papieru, kiedy nadszedł upragniony kapitalizm, okazało się, że reglamentacja i przymus wyboru, przed którym stali wtedy redaktorzy wydawnictw, wyszedł nam na dobre. W tym czasie poznaliśmy większość najlepszych dokonań z dziedziny fantastyki, zarówno z Zachodu, jak i ze Wschodu. Osobą, która bardzo się do tego przyłożyła, jest właśnie Lech Jęczmyk - tłumacz i redaktor, który w tym roku obchodzi 75 rocznicę urodzin. Fantastyka w latach ’70 i ’80 ubiegłego wieku (jak to brzmi!) pozwoliła „nie zwariować” wielu tysiącom ludzi. Wyjaśnię młodemu pokoleniu: To nie żart. Ludzie chcieli czytać fantastykę, żeby oderwać się od dołującej rzeczywistości. Każda pozycja z fantastyki była wykupywana na pniu. Nawet mniejsze nakłady mieściły się w granicach 30 tysięcy, z reguły były to nakłady 50-tysięczne, a niektóre książki serii „z dżdżownicą” dochodziły nawet do 150 tysięcy egzemplarzy!

Porucznicy 1939 - Tomasz Stężała

Małe historie - wielka chwała, czyli o tym, jak dziadek wojowali

Sławomir Szlachciński  

Siadając do lektury powieści nie miałem żadnych informacji na temat jej autora. Szybki reaserch internetowy ujawnił fascynata historii, którego działalność literacka wynika z głębokiej pasji historycznej oraz z lokalnego patriotyzmu. Mieszanka tych cech skutkuje kolejnymi pozycjami w których istotną rolę odgrywa Elbląg i jego mieszkańcy. Porucznicy 1939 to druga powieść Tomasza Stężały, po dwutomowym Elbing 1945 w którym autor zirytowany dzisiejszym pojmowaniem drugowojennej historii Elbląga postanowił przybliżyć czytelnikom prawdziwe losy tego miasta. Książka została przyjęta bardzo dobrze w środowisku ludzi zainteresowanych drugą wojną swiatową i tzw. ”małymi historiami”.

Porucznicy 1939 to pierwsza pozycja trylogii zatytułowanej Trzy Armie, kolejne planowane to: Kapitanowie 1941 i Pułkownicy 1944. Konstrukcyjnie książka dzieli się wyraźnie na dwie, niemal idealnie równe części. Pierwsza z nich przedstawia przygotowania do wojny trzech armii: polskiej, niemieckiej i radzieckiej. Na tym tle poznajemy głównych bohaterów powieści oraz odmiennego ducha i specyfikę społeczeństw. Autor precyzyjnymi pociągnięciami pióra maluje radziecką niepewność bytu, stale zagrożonego niezbyt subtelnymi działaniami tajnych służb, niemieckie zamiłowanie do porządku i rzeczowości skąpane w ciężkiej atmosferze hitlerowskiej ideologii oraz polski, międzywojenny styl życia wraz z jego problemami – dychotomicznym stosunkiem do Żydów, niezadowoleniem biedniejszych klas społecznych i niezdrową sytuacją w polskiej armii. Zwłaszcza ten ostatni punkt jest wyraźnym komentarzem Stężały, który ciepło wyraża się o zwykłych żołnierzach jednocześnie poddaje krytyce postawy reprezentowane przez środowisko wyższych oficerów.

Jak przeżyć w fantastycznonaukowym wszechświecie - Charles Yu


W poszukiwaniu straconego ojca  

Aleksander Kusz  

Dawno nie czytałem książki o tak długim i skomplikowanym tytule - Jak przeżyć w fantastycznonaukowym wszechświecie. Przyznacie, że dziwny tytuł. Kiedyś usłyszałem, że ludzie z krótkim nazwiskiem powinni dawać dzieciom dłuższe imiona i na odwrót, dłuższe nazwisko to krótsze imię. Tutaj widocznie autor zastosował tę metodę do tytułu swojej pierwszej powieści. Krótkie nazwisko (Yu), to musi być długi tytuł, zobaczymy jak będzie przy następnej.

Charles Yu dla polskiego czytelnika został odkryty przez Marcina Zwierzchowskiego. Muszę przyznać, że odkąd malakh objął dział zagraniczny Nowej Fantastyki, jakość zagranicznych opowiadań znacznie się poprawiła. W lipcu tego roku w NF zamieścił jego – Standardowy zestaw samotności, bardzo dobre, klimatyczne opowiadanie. Na początku sierpnia w wydawnictwie Prószyński i S-ka ukazała się właśnie omawiana książka. Krótka jak na powieść, 280 stron, literki wcale nie takie małe i dużo światła. Natomiast w środku niekiedy aż za dużo treści.

To jest powieść, a właściwie przypowieść o czasie. Trochę o wehikule czasu, ale tylko trochę, przede wszystkim opowiada o czasie, teraźniejszym, przyszłym i tym przeszłym. Następna dygresja, coś bardzo dygresyjny jestem dzisiaj. Myślę, że tłumacz Wehikułu czasu H.G. Wellsa (Feliks Wermiński?) zrobił krzywdę tej maszynie, nazywając ją wehikuł, w końcu sugeruje to jednak coś starszego.

Tytułowy bohater - Charles Yu, muszę przyznać, że to intrygujące (i znowu odjeżdżam), najpierw nadać głównemu bohaterowi i narratorowi swoje imię i nazwisko, by potem w wywiadach bronić się, że nie jest to powieść autobiograficzna, ciekawe jakby mogła być z tym wehikułem czasu!?

Może się wydawać, że o podróżach w czasie zostało już opowiedziane wszystko, pod każdym względem, ale nie, okazało się, że nie było jeszcze książki o czasie tak naładowanej emocjonalnie.

Kraken - China Mieville

Szalony koniec świata  

Aleksander Kusz  

China Mieville to następny ulubieniec „okularników” sf. W Polsce od początku jest wydawany przez wydawnictwo Zysk i S-ka. Najpierw trylogia New Crobuzon (Dworzec Perdido, Blizna, Żelazna Rada), następnie zbiór opowiadań W poszukiwaniu Jake’a i inne opowiadania, potem powieść dla dzieci (młodzieży) LonNiedyn. W 2010 wydano świetne Miasto i miasto, wreszcie w sierpniu tego roku ukazał się Kraken.

Mogę się tak naśmiewać z okularników, bo sam się do nich zaliczam, czy słusznie, nie mnie oceniać. Lubimy tak sobie wziąć autora i hołubić go, po prostu. Pal licho, jak hołubimy autora zagranicznego, gorzej z polskim, bo rozumie co mówimy i piszemy i jeszcze przez przypadek weźmie to do siebie i uwierzy, że jest taki świetny…

Mieville na dodatek nie tylko u nas jest lubiany i doceniany, pomimo młodego wieku (poniżej czterdziestki, znaczy się młody jest) na Zachodzie był wielokrotnie nagradzany. Właściwie każda jego książka jest zauważana i omawiana. Podobnie jest z Krakenem - został on uhonorowany nagrodą Locusa za 2011 rok.

Kraken jest opowieścią o mieście, jak właściwie każda powieść Mieville’a. Tak sobie myślę, że gdyby wywieźć autora na wieś, postawić go w szczerym polu, to na pewno byłaby mu potrzebna pomoc psychoanalityka. Mieville jest „miejski” do szpiku kości. On nie umie inaczej, on musi pisać o Mieście. To jest jego miejsce, jego dżungla, jego piekło i jego raj.

To jest opowieść o Londynie, ale o innym Londynie. O mieście w mieście, zamkniętym przed oczami „normalnych” ludzi. O mieście, w którym może zdarzyć się wszystko. Jest to też na swój sposób kryminał, bo przecież od kradzieży i pogoni za złodziejami wszystko się zaczęło.

Ocalony - Sean Slater


Prawdziwie policyjna opowieść

Bartłomiej Cembaluk    

O wydarzeniach w Virginia Tech i Columbine słyszał chyba każdy. Masakry uczniów, które miały tam miejsce, wstrząsnęły całym światem. Mało kto mógł uwierzyć, że za śmierć tych młodych osób odpowiadają ich koledzy i przyjaciele. Podobną tragedię opisuje w swojej debiutanckiej powieści Sean Slater. Jednak to, co wydarzyło się w Liceum Świętego Patryka, nie było wyłącznie aktem bezmyślnej przemocy, ale perfekcyjnie zaplanowaną akcją, której przyczyn nie sposób się domyślić.  

Autor „Ocalonego” z zawodu jest policjantem, co łatwo zauważyć podczas lektury tej książki. Za przykład mogą posłużyć opisy poszczególnych zdarzeń i sytuacji, a także miejsc, ludzi i przedmiotów. Slater jest w nich tak dokładny, że nie szczędzi nam nawet informacji na temat wzrostu bohaterów, ani rodzaju kawy, którą piją. Wbrew pozorom nie jest to jednak suchy tekst posiadający znamiona protokołu zeznań. Coś takiego tylko by spowalniało akcję i odrzucało czytelnika po kilku pierwszych stronach. Mamy tu do czynienia z dogłębną analizą świata przedstawionego, dzięki czemu staje się on bardzo autentyczny i prawdziwy, włącznie ze wszystkimi elementami składowymi. Natomiast sama akcja nie jest w żadnym wypadku powolna. Wręcz przeciwnie: już na samym początku rusza z kopyta i nie zwalnia aż do epilogu. Co chwila pojawiają się nowe dowody, poszlaki i ofiary, a badający sprawę funkcjonariusze muszą mierzyć się z groźnym przeciwnikiem. Dziw bierze, że nie gubią się w całym tym gąszczu szczegółów. Ba, są je w stanie logicznie ze sobą połączyć i uzyskać odpowiedzi na trapiące ich pytania. Momentami ciężko uwierzyć, że wszystko to wydarzyło się zaledwie w przeciągu trzech dni, bo chyba żaden przeciętny człowiek nie byłby w stanie sprostać tylu wyzwaniom, w tak krótkim czasie.  

Wielkie porażki militarne. Jak pogoda wpłynęła na losy wojen - C.E. Wood


Poradnik dla początkującego autora-militarysty. Część pierwsza: Błoto.

Hubert Przybylski

Uwielbiam książki z zacięciem militarystycznym. Bez względu na to, czy będzie to mainstream, czy military fiction. Po prostu, jak już moje łapki taką chwyca, to nie ma bata, żebym jej nie przeczytał. A że książek o wojenno-przygodowej tematyce jest "tyle, że ho-ho, a nawet więcej" (że pozwolę sobie wtrącić taki kabaretowy cytacik), a i coraz to pojawiają sie nowe, więc raczej nie obawiam się jakiegoś deficytu w tej materii. Niestety to, że tych książek jest tak dużo, nie znaczy absolutnie, że wszystkie są dobre. Pół biedy, jeśli trafiam na książkę nudną, czy źle napisaną. Cała bieda jest wtedy, kiedy autor nie ma zielonego pojęcia o wojennych realiach, które w swoim tekście opisuje. Naprawdę - można zjeść własne zęby, kiedy się czyta opisy broni, która ze względu na istnienie tak bzdurnej (dla autora, oczywiście) rzeczy jak fizyka, nie ma prawa funkcjonować. Albo kiedy autor, nie mający nic wspólnego z wysiłkiem fizycznym i żadnej wiedzy na temat ludzkiej fizjologii, opisuje "nadludzkie wysiłki" bohaterskich i niezmordowanych wojaków (tak, na ten przykład, można sobie wyobrazić autora skądinąd świetnej "Taktyki błędu" - Gordona R. Dicksona).

Stąd też, wpadłem na pomysł, żeby dla wszystkich tych, którzy chcą napisać jakiś "wojenny" tekst, wyszukiwać książki czy opracowania, które pomogą im, przede wszystkim, nie popełniać kretyńskich błędów faktograficznych i które pozwolą na lepsze wczucie się autora w realia wojny i pola walki. I to by było na tyle tytułem wstępu.

Herrenvolk - Sebastian Uznański


Efekt Schmetterlinga  

Anna Klimasara

Biorąc pod uwagę problemy wydawnicze nękające „Herrenvolk”, nie będzie przesadą, jeśli napiszę, że na tę powieść czekałam całe lata. A wiadomo jak to w życiu bywa – im dłużej się na coś czeka, tym boleśniejsze może być rozczarowanie, więc choć nabyłam książkę w dniu premiery, nieco wahałam się, czy natychmiast po nią sięgnąć i pewnie gdyby nie motywacja (żeby nie napisać subtelne naciski...) ze strony autora, jeszcze trochę bym się do niej przymierzała. Ale stało się, „Herrenvolk” za mną i już wiem, czy warto było czekać...

Na wstępie muszę zaznaczyć, że lubię teksty Sebastiana. Odważne, bezkompromisowe, szalone i nieprzewidywalne. Autor przyzwyczaił mnie do odwiedzin w dziwacznych i powykręcanych do granic możliwości krainach, obnażających najgłębiej skrywane ludzkie lęki i najdziksze pragnienia, dlatego też nieco zaskoczył mnie fakt, że akcja osadzona jest w znanym nam świecie podczas drugiej wojny światowej i na dodatek bazuje na wykorzystywanym już miliony razy motywie przenosin w czasie niczego niespodziewającego się nieszczęśnika. Co można zrobić z historią zaczynającą się w chwili, gdy Artur, młody germanista z Polski, trafia nagle z niewiadomych przyczyn w przeszłość, do okupowanego przez Niemców Krakowa? W zasadzie wszystko... a jeśli ma się do dyspozycji wyobraźnię Uznańskiego, to wszystko i jeszcze trochę.

NF 9 (348) 2011


Marketing i zarządzanie?!  

Aleksander Kusz  

Wrześniowy numer Nowej Fantastyki przeczytałem szybciej niż wrześniowy numer SFFiH, ale piszę o nim później. Zobaczymy co pamiętam po dwóch tygodniach od przeczytania.

Publicystyka.

Na początek Jakub Ćwiek, który wrócił do „normalności”, to znaczy, jest felieton zabawka, tym razem nie trafił ani na Allena, ani na Kafkę, więc nie ma mi się co podobać w tym felietonie. Musiałbym krzyknąć, Więcej Kafki Panie Ćwiek! Ale czy usłyszy, czy zrozumie? Nie żeby jego felietony były słabe, ale pomimo tego, że próbuje, bardzo próbuje, są jakieś takie, letnie? Następnie mamy artykuł Bartosza CzartoryskiegoDziedzictwo Conana, z tej racji, że nie jest to mój ulubiony bohater, zabierałem się za niego jak pies za jeża. Tutaj jednak niespodzianka, dowiedziałem się paru rzeczy, nie żeby jakoś mi bardzo do szczęścia były potrzebne, ale fajny kawałek publicystyki. Mam dzisiaj dobry humor, więc na wywiad Jerzego Rzymowskiego z Jasonem Momoą spuszczę zasłonę milczenia. Tylko takie pytanie ciśnie mi się na usta: Nie da się lepiej wykorzystać dwóch kolorowych stron? Marek Grzywacz w artykule Nowa Brytania opisuje nam angielskie seriale sf, przeczytałem, zapomniałem, nie jest to zbyt interesujący mnie temat. Na koniec dłuższych artykułów Jerzy Rzymowski serwuje nam opis nowych seriali telewizyjnych. Chyba pierwszy raz, ale popieram, człowiek coś przeczyta, człowiek coś zapamięta, może się przydać. W artykule najbardziej przykuwa wzrok reklama Innych okrętów Romka Pawlaka, tak się ładnie kolorkiem odcina. Peter Watts pokazał, że niepotrzebnie byłem złośliwy pod jego adresem w zeszłym miesiącu, fajny, zwięzły kawałek o „tabletkach moralności”, styl i forma trochę mi przypomina felietony Grzędowicza z SFFiH. Ciekawe. Jak zwykle pod koniec numeru mamy felieton mojego ulubionego felietonisty – Łukasza Orbitowskiego. Facet, który pisze niby o filmach, a tak właściwie, środkiem, bokami pisze o sobie. Tutaj niesamowicie zaciekawił mnie filmem, oświadczam wszystkim, że na Ascension na pewno się wybiorę, bardzo mnie zainteresował.

Proza.

SFFiH 9 (71) 2011


Dwa w jednym  

Aleksander Kusz  

Prenumerata nie przyszła, po małym śledztwie okazało się, że skończyła się na numerze sierpniowym, a nikt mnie nie powiadomił, że to już koniec, jak to bywało w latach poprzednich. No i pomyślałem sobie, może to jakiś znak? Może czas odpuścić? Na jakiś czas, albo definitywnie zakończyć przygodę z czytaniem tego czasopisma?

Jednak kolekcjonerstwa nie da się wyplenić tak szybko, człowiek sobie myśli, że nie po to ma wszystkie poprzednie numery, żeby teraz przestać zbierać. Bo ja taki zbieracz jestem, zwłaszcza czasopism sf. Posiadam prawie wszystko co wyszło u nas. F/NF, SF/SFFiH, Ubik, MF i wiele, wiele innych, nawet wycięte tzw. żółte strony z Problemów. Właściwie wszystko co zawierało opowiadania, bo opowiadania to moja miłość. Sami więc rozumiecie, że nie mogłem odpuścić nowego numeru SFFiH. Kupiłem w kiosku, tak też się da.

Przy okazji pisania tego omówienia, okazało się, że nic nie napisałem na temat poprzedniego numeru, ale to nie dlatego, że nie było o czym pisać, zapomniałem po prostu. Nadrabiam więc zaległości, najpierw krótka notka o numerze 70, potem trochę dłuższa o numerze 71.

Na przykładzie numeru 70, czytanego ponad miesiąc temu spróbuję opisać zjawisko szybkiego zapominania o tekstach. Nie wiem czy jest to związane z wiekiem, czy z ilością czytanych rzeczy, czy z niedokładnym czytaniem, ale coraz częściej łapię się na tym, że nie pamiętam o czym dane opowiadanie było. Zlewają mi się one w jedno ogromne płaskie, w miarę poprawnie napisane opowiadanie o niczym. Są oczywiście wyjątki, perełeczki, które będę chyba pamiętał do końca życia. Na przykład: prawdopodobnie najkrótsze opowiadanie sf świata, to nawet nie drabble, bo ma dokładnie 38 słów. Mowa oczywiście o Tęsknocie Tuli Kupferberga, opublikowanego kiedyś przez Lecha Jęczmyka w Krokach w nieznane, a przypomniane ostatnio w pierwszym tomie wznowionych przez Solaris - Rakietowych szklaków.

Wracając do numeru 70 - pamiętam, że felietony były w miarę ok., nic nie rzuciło mnie na kolana, ale też nic nie odrzuciło. Z opowiadań pamiętam natomiast, że:

Inne okręty - Romuald Pawlak


Inne Inne okręty?

Hubert Przybylski

Kiedy równo dwa lata temu przeczytałem pierwszą wersję "Innych okrętów" Romka Pawlaka, byłem zarazem oczarowany (bardzo mocno), jak i rozczarowany (troszeczkę) opowiedzianą w powieści historią. Dlatego, kiedy tylko Romek Pawlak zapowiedział, że możliwe jest ukazanie się nowej wersji książki, zacząłem zacierać ręce. Zwłaszcza, że ze słów autora wynikało, że to, co mi w historii Pedra de Manjarresa przeszkadzało i rozczarowało, zostało usunięte lub poprawione. Ale do tego wrócę za chwilkę, bo teraz wypadałoby tym, którzy jeszcze nie zetknęli się z "Innymi okrętami", przybliżyć pokrótce zarys fabuły.

Przede wszystkim, akcja powieści rozgrywa się w czasach hiszpańskich prób podboju imperium Inków, gdzieś w latach sześćdziesiątych XVI wieku. Dlaczego prób? Bo to historia alternatywna, w której wyprawa Pizarra, za sprawą zwykłego pecha i zbiegu okoliczności, kończy się spektakularną klęską konkwistadorów i w rezultacie wzmocnieniem inkaskiego imperium. Mniej więcej dwadzieścia lat po śmierci Pizarry, Hiszpanie podejmują kolejną próbę – Cristobal Vaca de Andegoya zbiera dużo większe, niż Pizarra, siły i ponownie dokonuje najazdu na Inków. Na tle tych właśnie zmagań są przedstawione losy głównego bohatera powieści, de Manjarresa, który chcąc uratować z terenów ogarniętych wojną swoją ukochaną, Asarpay, jest co chwila wplątywany w rozgrywane przez obie walczące strony przeróżne intrygi.

Strony