Subiektywnie

Niuch - Terry Pratchett

Węch gliniarza

Hubert Przybylski


Od prawie osiemnastu lat, czasami raz na kilka miesięcy, czasami częściej, odbywam podróż do pewnego przedziwnego i, na swój dość zakręcony i przewrotny sposób, całkiem realistycznego świata. Wykreowanego ponad trzydzieści lat temu przez brytyjskiego pisarza, Terry’ego Pratchetta, Świata Dysku.

Ten wymyślony świat powstał, jak mi się wydaje, żeby pewnej, siedmioletniej wtedy dziewczynce (a zupełnym przypadkiem również pewnej grupce czytelników) łatwiej przybliżyć złożoność naszego własnego świata. W miarę jak owa dziewczynka (i czytelnicy) rosła i poważniała, poważniały też tematy, na których skupiały się poszczególne części cyklu. A jeszcze później Autor dowiedział się, że jest nieuleczalnie chory i zdecydował, że należy nieco przyspieszyć tempo edukacji, przy okazji nadrabiając omijane do tej pory najtrudniejsze i najdrażliwsze kwestie.

Pomagać w tym szczytnym celu ma specjalnie dobrana kadra naukowa. Na przykład wykładający geografię, niezwykle ekspresyjny i nieco samozachowawczy maggus Rincewind. Psychologii, logiki i ogólnie trzeźwej oceny otaczającego świata uczą mistrzynie w tym fachu - czarownice z Lancre i Kredy. Wiedzą o społeczeństwie oraz podstawami dyplomacji i politologii dzieli się sam

Smuga krwi - Johan Theorin

Elfy, trolle i mordercy

Maciej Musialik

Popularność skandynawskich kryminałów nie słabnie, a na jej fali dotarło już do naszego kraju bardzo wielu autorów. I choć uwaga czytelników skupia się głównie na najbardziej znanych nazwiskach, pokroju Mankella czy Larssona, warto zwrócić uwagę także na tych mniej rozpoznawalnych twórców. Ich dokonania bowiem często nie tylko dorównują dziełom słynniejszych kolegów, ale w wielu przypadkach zwyczajnie je przewyższają. Jednym z takich autorów jest Johan Theorin, którego trzecia książka właśnie trafia do naszych rąk.

„Smuga cienia” to kolejne ogniwo kryminalnego cyklu, rozgrywającego się na szwedzkiej wyspie Olandia, zapoczątkowanego przez „Zmierzch” (nie mylić z wampirycznym bestsellerem) i kontynuowanego przez „Nocną zamieć”. Powieść, choć rozgrywa się w tej samej okolicy, a niektóre z pojawiających się w niej postaci są już fanom autora doskonale znane, można z powodzeniem czytać w oderwaniu od reszty, jako że fabularnie stanowi ona autonomiczną całość. W książce śledzimy kilka przeplatających się wątków, z których najważniejszy opowiada historię Pera Mörnera, rozwodnika w średnim wieku, zamierzającego spędzić Wielkanoc w odziedziczonym domu na prowincji. Plany bohatera burzy jednak spotkanie z niedołężnym ojcem, byłym baronem przemysłu pornograficznego, którego syn cudem ratuje z pożaru. Jak się szybko okazuje, w płomieniach znajdowały się jeszcze dwie osoby, które niestety nie miały tyle szczęścia. Rozpoczyna się śledztwo, a sam Mörner postanawia powęszyć również na własną rękę, podejrzewając, że ocalały, z którym w wyniku przebytego udaru trudno się porozumieć, nie powiedział mu wszystkiego.

Bohaterowie - Joe Abercrombie

Joe Abercrombie – Bohaterowie

Marek Adamkiewicz

Mimo paru książek na koncie Joe Abercrombie to wciąż pisarz początkujący. Trylogią „Pierwsze Prawo” zdobył sobie uznanie i szacunek fanów. Kolejną powieścią - „Zemsta najlepiej smakuje na zimno” potwierdził pozytywne wrażenie co do swojego pisarstwa. Wszystkie wspomniane toczyły się w jednym uniwersum, nie inaczej jest też z najnowszym dziełem autora. Czy kurczowe trzymanie się świata, który czytelnicy polubili, nie okaże się błędem? Czasem warto oderwać się od tego co do tej pory wychodziło i zmierzyć się z czymś nowym, by nie popaść w rutynę. O tym jak jest w tym przypadku, przeczytacie poniżej.

„Bohaterowie” opowiadają o wojnie pomiędzy przybywającą z Południa Unią, a zjednoczoną armią ludów Północy, której stawką jest niepodległość tych ostatnich. Południowcy mają chrapkę na nowe tereny i chcą stłamsić swoich rywali, natomiast oponenci Unii nie mają najmniejszej ochoty oddawać komukolwiek swoich terenów i wolności. Dlatego też, wojna nie będzie ani łatwa, ani przyjemna.

Jak wspomniałem, świat w którym dzieje się akcja „Bohaterów” był już eksploatowany w poprzednich dziełach autora. Mimo że opisywana powieść jest odrębną całością i można ją czytać w oderwaniu chociażby od trylogii „Pierwsze Prawo”, to spotkanie z opisywanymi realiami mogło być dla czytelnika poznającego dopiero twórczość autora nieco niekomfortowe. Bywa, że twórcy trochę zapominają się i kolejne utwory osadzone w tych samych realiach są dosyć zagmatwane. Abercrombie jednak uniknął tego błędu. Odniesienia do przeszłych wydarzeń są na tyle czytelne, że nawet rozpoczynający swą przygodę z tym uniwersum czytelnik nie poczuje się zagubiony. Pomocny może być tutaj spis głównych postaci powieści, umieszczony na początkowych stronach. Gdy cokolwiek zaczyna się mieszać, wystarczy tam zajrzeć, by rozjaśnić powstałe wątpliwości.

Za progiem grobu - Andrzej Ziemiański

Przez szparkę w dębowej jesionce

Hubert Przybylski

Jeśli chodzi o Andrzeja Ziemiańskiego, to mało jest w Polsce tak znanych i tak, nie ma co ukrywać, „nierówno” piszących autorów. Stąd każdy jego nowy utwór, oprócz zrozumiałego zainteresowania wymyśloną fabułą, powoduje u mnie także pewien dreszczyk emocji: da się to czytać - czy nie da, będzie super - czy co najwyżej średnio… No cóż, tym razem się dało czytać. I było na tyle dobrze, że przeczytałem ją w ciągu jednego popołudnia i dwóch zarwanych nocy.

„Za progiem grobu”, najnowsza powieść Ziemiańskiego, to kryminał z domieszką fantastyki. Fabuła opowiada o śledztwie, prowadzonym przez prywatnego detektywa (nie mówcie tak o nim w jego obecności) Andrzejewskiego, wspomaganego przez śliczną i inteligentną panią doktor (psychiatrii) Beatę Bader i policjanta Różyckiego. Śledztwo, które początkowo dotyczy odnalezienia uciekiniera z domu, później zmienia się próbę wyjaśnienia dziwnych kradzieży, jakich ofiarą padają bogacze. A z tym wszystkim wiążą się jeszcze porwania bezdomnych. A i tak to dopiero początek góry lodowej.

Podoba mi się sposób, w jaki Ziemiański skonstruował postacie bohaterów. Andrzejewski nie jest typowym „marlow’o-podobnym” okazem

Stan wstrzymania - Charles Stross

Zemsta najlepiej smakuje na zimno - Joe Abercrombie

Smaczny odwet

Maciej Musialik

Trudno oprzeć się wrażeniu, iż żyjemy w czasach, w których znaczna część powieści z gatunku fantasy cierpi na, chwilami dość uciążliwą, przypadłość, polegającą na byciu elementem większej całości. Rynek wydawniczy pełen jest niekończących się epickich tasiemców, a w najlepszym wypadku – trylogii czy kwadrologii. W tej sytuacji bardzo cieszy książka fabularnie stanowiąca zamkniętą całość. Zemsta najlepiej smakuje na zimno Joe Abercrombiego, bo o niej mowa, umiejscowiona jest co prawda w uniwersum znanym polskiemu czytelnikowi z cyklu „Pierwsze prawo”, lecz do jej lektury znajomość spowinowaconych tytułów w żadnym wypadku nie jest niezbędna. Radość sprawia to tym większą, iż powieść brytyjskiego autora z całą pewnością warta jest uwagi.

Jej bohaterką jest Monzcarro Murcatto, słynna najemniczka, dowodząca oddziałem podobnych sobie „wolnych strzelców” i pozostająca na usługach księcia Orso, który od wielu lat prowadzi krwawą wojnę z konkurencyjnymi władcami, chcąc podporządkować sobie cały kraj. Po powrocie z najnowszej, zakończonej sukcesem wyprawy, kobietę spotyka jednak niemiła niespodzianka. Oto jej pracodawca, podjudzany przez plotki i w obawie przed

Miasteczko Nonstead - Marcin Mortka

Mortka straszy

Bartłomiej Cembaluk

Małe amerykańskie miasteczko położone z dala od wielkich metropolii, gdzie każdy zna każdego, a życie toczy się swoim własnym, powolnym rytmem. Cisza i spokój. Idealne miejsce, aby odizolować się od świata korporacji i wyścigu szczurów. Jednak to tylko pozory. Tak naprawdę mieszkańcy skrywają straszliwe tajemnice, a wokół czai się Zło. Brzmi znajomo? Skojarzenia narzucają się same, a ten opis można by dopasować zarówno do kultowego serialu „Twin Peaks”, jak i którejś z niemniej popularnych książek Stephena Kinga. Tym razem mowa jest jednak o powieści Marcina Mortki - „Miasteczko Nonstead”.

Do tytułowej mieściny przyjeżdża Nathaniel McCarnish, angielski pisarz, który postanawia zerwać z dotychczasowym życiem. Jest totalnie załamany, ponieważ niedawno opuściła go ukochana kobieta, a jeden z jego czytelników, pod wpływem lektury, popełnił samobójstwo. Napisane przez niego „Szepty” nie tyle się ludziom podobają, co budzą w nich niezdrową fascynację. Opowiedziane tam historie brzmią przerażająco, ale i niesamowicie prawdziwie, co ten strach tylko potęguje. Nathaniel opuszczając Nowy Jork, trafia do miejsca jakby wyjętego ze swojej książki. Córka nauczycielki rozmawia przez sen z demonem, do miejscowego proboszcza dzwoni diabeł, a za oknami czają się upiory. Wydaje się, że McCarnish nie zjawił się tu przypadkowo i to do niego należy rozwiązanie zagadki Nonstead. A może jego przeznaczenie jest zupełnie inne?

Horrory są po to, żeby się bać. Ciarki na plecach, szybsze bicie serca i nerwowe rozglądanie się dookoła mają towarzyszyć ich lekturze. Książka Marcina Mortki takie reakcje bez wątpienia wywołuje. Oprócz dreszczyku emocji autor serwuje nam jeszcze szybką akcję i wciągającą fabułę, w której biorą udział ciekawi bohaterowie. Ich charaktery są wyraźnie określone, co doskonale widać w umiejętnie skonstruowanych dialogach. Mortka bez wątpienia wie, jak posługiwać się słowem, za pomocą którego buduje napięcie. Zwłaszcza zakończenie jest kapitalne. Po takim finale łatwo się o „Miasteczku Nonstead” nie zapomni.

Strony