Subiektywnie

Szturm przez Gruzję, Piąta kolumna - S.M. Stirling


Klasyka - Ura Drakancy!

Hubert Przybylski  

Rok 1988. Jeden z najważniejszych w całym XX wieku. U nas zniesiono kartki na czekoladę i, na próbę,zaczęto bez kartek sprzedawać benzynę. W kinach pojawiły się „Zabij mnie, glino” i „Klątwa Doliny Węży”, a w ósmej „Fantastyce” ukazała się „Drogę, z której się nie wraca” Sapkowskiego. Stanisław Skalski został awansowany do stopnia generała brygady, a na sam koniec tego pięknego roku TVP wyemitowała pierwszy odcinek „W labiryncie”. Ale na zgniłym kapitalistycznym Zachodzie, a nawet na całym świecie, wcale nie było nudniej. Gibson wydał ostatni tom swojej trylogii Ciągu – „Mona Lizę Overdrive”, do kin trafiły „Szklana pułapka” i „Kto wrobił Królika Rogera”, po raz pierwszy w celach komercyjnych wystrzelono Ariane 3, Japończycy „machnęli” tunel pomiędzy wyspami Honsiu i Hokkaido, Saddam zagazował 5 tysięcy Kurdów w Halabdży, a Sowietom odechciało się wojny w Afganistanie. Nie zapominajmy też o tym, że pewien pan Morris pokazał światu swojego „robaka”…

Ale dla mnie, najważniejszym wydarzeniem tamtego roku było pierwsze wydanie książki „Szturm przez Gruzję” S.M. Stirlinga, która otwiera najlepiej napisaną, najbardziej szczegółową i dopracowaną alternatywno-historyczną epopeję w całych dziejach literatury S-F – cykl o Dominacji.

Wielka Inwersja - Catherine Asaro


W świecie Jugernautów

Aleksandra Brożek  

Nieraz spotykałam się z opiniami, że autorzy sięgający po science fiction mają niewielkie pole do popisu. Inni twierdzą, iż wręcz przeciwnie; repertuar pomysłów dotyczących wynalazków przyszłości jest niewyczerpany, więc pomysłowy autor nie tylko zaskoczy czytelnika, ale też ma możliwość, idąc w ślady Lema czy Dicka, poruszyć kwestie egzystencjalne i filozoficzne. Czy tak się dzieje w przypadku „Wielkiej inwersji”?  

Akcja powieści rozgrywa się w niedalekiej przyszłości. Ludzkość skolonizowała już wszechświat, osiągnąwszy oszałamiający postęp technologiczny, pozwalający między innymi na stworzenie Jugernautów czyli elitarnych żołnierzy wybieranych spośród nielicznych jednostek o zdolnościach empatycznych. Teraz w pokonaniu wroga ma pomóc poznanie jego uczuć. Jedną z najzdolniejszych i najlepiej wyszkolonych Jugernautów jest Sauscony Valdoria, która wraz z niewielką grupką towarzyszy przybywa na neutralną planetę Delos. Sytuacja komplikuje się, kiedy na ich drodze stają Handlarze.  

Jeśli do konfliktu pomiędzy Imperium Skoliańskim a Cesarstwem Eubiańskim (dysponującym równie sprawnymi co Jugernauci żołnierzami, którzy dodatkowo, przez błąd ich twórców, czerpią przyjemność z współodczuwania bólu przez ich ofiar) dodamy rozterki sercowe głównej bohaterki i jej przemianę, otrzymamy połączenie sci-fi, space opery, powieści przygodowej i romansu.  

Czy nie jest to aby zabójcza mieszanka? Jako że nie jestem miłośniczką tematyki militarnej czy politycznej, szczegóły dotyczące sztuki wojennej czy historii Imperium, wydawały się dość nużące. Niemniej trzeba przyznać, że sceny walk są dynamiczne i przekonujące, a świat stworzony przez autorkę godny uwagi.  

Najbardziej interesujący wydaje się motyw żołnierzy-empatów, którzy są w stanie wyczuć emocje ofiary. Wiąże się z tym szereg pytań natury psychologicznej, które stawia przed czytelnikiem autorka. Owszem – empatia, międzyplanetarne wojny, przekraczanie granic wytyczonych przez prawa fizyki – to wszystko już było. Nie można jednak zaprzeczyć, iż Asaro, bazując na sprawdzonych tematach, zdołała stworzyć świeżą i lekkostrawną lekturę.  

Tropiciel - Orson Scott Card


Zabawy z czasem

Marek Adamkiewicz

Najsłynniejsza powieść Orsona Scotta Carda „Gra Endera” opowiadała o chłopcu, będącym ostatnią nadzieją ludzkości w toczącej się wojnie z kosmicznymi najeźdźcami. Przez większą część akcji widzieliśmy Endera poddawanego przeróżnym testom, mającym na celu maksymalne doskonalenie jego i tak już dużych zdolności, by w chwili próby nie zawiódł. W swojej najnowszej książce Card po raz kolejny pokazuje czytelnikom dziecko jako głównego bohatera. Dziecko, które może zmienić oblicze świata. Czy i tym razem autorowi udało się stworzyć historię tak ciekawą jak w pierwszym tomie „Sagi Endera”?

Rigg jest chłopcem niezwykłym. Posiada zdolność widzenia ścieżek przeszłości, jakie zostawiają za sobą wszystkie żyjące stworzenia. Wiedza ta bardzo przydaje mu się podczas wędrówek z ojcem, gdy wspólnie zarabiają na życie, tropiąc zwierzynę. Niestety pewnego dnia ojciec ginie podczas jednej z wypraw, a Rigg zmuszony jest zacząć samemu kierować swoim życiem. Korzystając ze wskazówek i lekcji, które odebrał przy okazji wspólnych polowań, Rigg wyrusza w świat, stawić czoła własnemu przeznaczeniu. W wędrówce towarzyszyć mu będzie przyjaciel z dzieciństwa, Umbo, również posiadający specyficzny dar, który w połączeniu z talentem Rigga może dać obu chłopcom umiejętność przemieszczania się w czasie. Po drodze poznają byłego żołnierza, Bochna, który pomoże młodzieńcom dostać się do stolicy krainy, Aressa Sessamo, by znaleźć odpowiedzi na dręczące Rigga pytania i przekonać się kim chłopak tak naprawdę jest.

Z zimną krwią - Robert Foryś


Warszawa brocząca krwią  

Bartłomiej Cembaluk    

Powiadają, że każdy może napisać książkę, ale nie każdy powinien. Nic dodać, nic ująć. W ostatnich latach polska literatura zalewana jest nowymi pozycjami wychodzącymi spod piór debiutujących autorów. Niektórzy z nich są zwyczajnymi grafomanami, inni wybili się wyłącznie w wyniku społecznej mody na jakąś tematykę, ale są i tacy, którzy rokują na przyszłość. Wśród nich śmiało można umieścić Roberta Forysia, który na poważnie zaczął pisać trzy lata temu, a na koncie ma już cztery powieści (piąta wyjdzie lada moment). Czym wyróżnia się on na tle innych autorów? Postaram się odpowiedzieć na to pytanie na przykładzie jego najnowszej powieści -„Z zimną krwią”.  

Akcja książki ma miejsce w Warszawie i przypada na czasy panowania ostatniego króla Polski, Stanisława Augusta Poniatowskiego. W stolicy dochodzi do serii tajemniczych morderstw, których jedyną wspólną cechą jest pozostawiony przy ofiarach medalion z wizerunkiem Wielkiej Nierządnicy. Na polecenie wojewody ruskiego, księcia Augusta Czartoryskiego, sprawa ta zostaje przyznana rotmistrzowi Hieronimowi Woyskiemu – byłemu żołnierzowi pruskiemu i brytyjskiemu oraz obieżyświatowi, który w swoich wojażach dotarł nawet na kontynent amerykański. Czeka go niełatwe zadanie, gdyż morderca nie zostawia żadnych wyraźnych wskazówek, które mogły by doprowadzić śledczego na jakikolwiek trop. Woyski zmuszony jest więc zdać się wyłącznie na własny instynkt i umiejętność dedukcji, aby poznać tożsamość zabójcy. Czy jest nim jakiś fanatyk religijny czy raczej agent obcego wywiadu, mający za zadanie zasiać ziarno strachu w upadającej Rzeczpospolitej? A może to żądny zemsty kochanek lub po prostu ogarnięty szałem psychopata, który w zapachu krwi odnajduje radość i ukojenie?  

Wydrążony człowiek. Muza ognia - Dan Simmons

W oparach depresji  

Marek Adamkiewicz    

„Wydrążony Człowiek. Muza Ognia” to pakiet dwóch tekstów Dana Simmonsa, autora uznanego, rozpoznawalnego i wielokrotnie nagradzanego, niewymagającego w zasadzie szerszego przedstawienia, gdyż prawdopodobnie każdy fan literatury fantastycznej kiedyś się z tym nazwiskiem zetknął. Zawarte w książce utwory są częścią interesującej serii wydawnictwa Prószyński i S-ka, promowanej szyldem „Nowej Fantastyki”.  

Wydrążony Człowiek

Pierwszy z zawartych w zbiorze tekstów zajmuje większość książki. To pełnoprawna powieść, już wcześniej w Polsce publikowana. Głównym bohaterem „Wydrążonego Człowieka” jest Jeremy Bremen, matematyk, wykładowca akademicki, a przy okazji telepata. Swoją umiejętność wykorzystuje między innymi do komunikacji z żoną, Gail, także telepatką, z którą łączy go bardzo silna więź. Gdy Gail umiera, Jeremy przestaje kontrolować swój dar, który zaczyna go wręcz przytłaczać. Porzuca dom i wyrusza w podróż, która albo pozwoli mu pokonać żal, albo doprowadzi go do obłędu.

Autor pokazuje nam wydarzenia z dwóch punktów widzenia. Z jednej strony śledzimy rozwój bieżących wypadków z perspektywy głównego bohatera, a z drugiej zagłębiamy się w jego przeszłość, patrząc na wszystko oczami tajemniczego obserwatora. Dzięki przeplataniu się obu linii narracyjnych mamy możliwość lepszego poznania motywacji Bremena, oglądu jego uczuć, pasji i ambicji. Pomaga to też Simmonsowi uniknąć liniowości fabuły, a to w obliczu średniego tempa akcji mogłoby się źle odbić na odbiorze całości.

Atutem powieści jest kreacja głównego bohatera. Bardzo dobrze pokazana jest przemiana Bremena. Z człowieka powszechnie szanowanego przeistacza się on w przytłoczonego żalem bezdomnego wędrowca, poszukującego ukojenia po śmierci ukochanej osoby i zmagającego się przy okazji ze swoją telepatią. Wszystko to opisane jest bardzo sugestywnie i naturalnie. Nie ma wrażenia sztuczności, jakie mogłoby się pojawić przy tak radykalnej zmianie zachowania bohatera.

Rakietowe szlaki, tom 1 - Antologia


Rakietowego odlotu część pierwsza  

Aleksander Kusz  

Wszyscy, którzy wierzą w Boga, powinni Go chwalić, a ci, którzy w Niego nie wierzą, powinni chwalić Chaos, bądź cokolwiek innego, czemu wiarę dają, że w Polsce pojawił się Lech Jęczmyk. Śmiało mogę powiedzieć, że między innymi dzięki niemu pokochałem fantastykę. To on pokazał mi najlepsze rzeczy fantastyczno-naukowe, które powstały na świecie. To właśnie Lech Jęczmyk tłumaczył i redagował „Kroki w nieznane”, drugie wydanie „Rakietowych szlaków”, jak i wiele, wiele innych pozycji.

Lata temu, kiedy skończył się socjalizm i reglamentacja papieru, kiedy nadszedł upragniony kapitalizm, okazało się, że reglamentacja i przymus wyboru, przed którym stali wtedy redaktorzy wydawnictw, wyszedł nam na dobre. W tym czasie poznaliśmy większość najlepszych dokonań z dziedziny fantastyki, zarówno z Zachodu, jak i ze Wschodu. Osobą, która bardzo się do tego przyłożyła, jest właśnie Lech Jęczmyk - tłumacz i redaktor, który w tym roku obchodzi 75 rocznicę urodzin. Fantastyka w latach ’70 i ’80 ubiegłego wieku (jak to brzmi!) pozwoliła „nie zwariować” wielu tysiącom ludzi. Wyjaśnię młodemu pokoleniu: To nie żart. Ludzie chcieli czytać fantastykę, żeby oderwać się od dołującej rzeczywistości. Każda pozycja z fantastyki była wykupywana na pniu. Nawet mniejsze nakłady mieściły się w granicach 30 tysięcy, z reguły były to nakłady 50-tysięczne, a niektóre książki serii „z dżdżownicą” dochodziły nawet do 150 tysięcy egzemplarzy!

Porucznicy 1939 - Tomasz Stężała

Małe historie - wielka chwała, czyli o tym, jak dziadek wojowali

Sławomir Szlachciński  

Siadając do lektury powieści nie miałem żadnych informacji na temat jej autora. Szybki reaserch internetowy ujawnił fascynata historii, którego działalność literacka wynika z głębokiej pasji historycznej oraz z lokalnego patriotyzmu. Mieszanka tych cech skutkuje kolejnymi pozycjami w których istotną rolę odgrywa Elbląg i jego mieszkańcy. Porucznicy 1939 to druga powieść Tomasza Stężały, po dwutomowym Elbing 1945 w którym autor zirytowany dzisiejszym pojmowaniem drugowojennej historii Elbląga postanowił przybliżyć czytelnikom prawdziwe losy tego miasta. Książka została przyjęta bardzo dobrze w środowisku ludzi zainteresowanych drugą wojną swiatową i tzw. ”małymi historiami”.

Porucznicy 1939 to pierwsza pozycja trylogii zatytułowanej Trzy Armie, kolejne planowane to: Kapitanowie 1941 i Pułkownicy 1944. Konstrukcyjnie książka dzieli się wyraźnie na dwie, niemal idealnie równe części. Pierwsza z nich przedstawia przygotowania do wojny trzech armii: polskiej, niemieckiej i radzieckiej. Na tym tle poznajemy głównych bohaterów powieści oraz odmiennego ducha i specyfikę społeczeństw. Autor precyzyjnymi pociągnięciami pióra maluje radziecką niepewność bytu, stale zagrożonego niezbyt subtelnymi działaniami tajnych służb, niemieckie zamiłowanie do porządku i rzeczowości skąpane w ciężkiej atmosferze hitlerowskiej ideologii oraz polski, międzywojenny styl życia wraz z jego problemami – dychotomicznym stosunkiem do Żydów, niezadowoleniem biedniejszych klas społecznych i niezdrową sytuacją w polskiej armii. Zwłaszcza ten ostatni punkt jest wyraźnym komentarzem Stężały, który ciepło wyraża się o zwykłych żołnierzach jednocześnie poddaje krytyce postawy reprezentowane przez środowisko wyższych oficerów.

Jak przeżyć w fantastycznonaukowym wszechświecie - Charles Yu


W poszukiwaniu straconego ojca  

Aleksander Kusz  

Dawno nie czytałem książki o tak długim i skomplikowanym tytule - Jak przeżyć w fantastycznonaukowym wszechświecie. Przyznacie, że dziwny tytuł. Kiedyś usłyszałem, że ludzie z krótkim nazwiskiem powinni dawać dzieciom dłuższe imiona i na odwrót, dłuższe nazwisko to krótsze imię. Tutaj widocznie autor zastosował tę metodę do tytułu swojej pierwszej powieści. Krótkie nazwisko (Yu), to musi być długi tytuł, zobaczymy jak będzie przy następnej.

Charles Yu dla polskiego czytelnika został odkryty przez Marcina Zwierzchowskiego. Muszę przyznać, że odkąd malakh objął dział zagraniczny Nowej Fantastyki, jakość zagranicznych opowiadań znacznie się poprawiła. W lipcu tego roku w NF zamieścił jego – Standardowy zestaw samotności, bardzo dobre, klimatyczne opowiadanie. Na początku sierpnia w wydawnictwie Prószyński i S-ka ukazała się właśnie omawiana książka. Krótka jak na powieść, 280 stron, literki wcale nie takie małe i dużo światła. Natomiast w środku niekiedy aż za dużo treści.

To jest powieść, a właściwie przypowieść o czasie. Trochę o wehikule czasu, ale tylko trochę, przede wszystkim opowiada o czasie, teraźniejszym, przyszłym i tym przeszłym. Następna dygresja, coś bardzo dygresyjny jestem dzisiaj. Myślę, że tłumacz Wehikułu czasu H.G. Wellsa (Feliks Wermiński?) zrobił krzywdę tej maszynie, nazywając ją wehikuł, w końcu sugeruje to jednak coś starszego.

Tytułowy bohater - Charles Yu, muszę przyznać, że to intrygujące (i znowu odjeżdżam), najpierw nadać głównemu bohaterowi i narratorowi swoje imię i nazwisko, by potem w wywiadach bronić się, że nie jest to powieść autobiograficzna, ciekawe jakby mogła być z tym wehikułem czasu!?

Może się wydawać, że o podróżach w czasie zostało już opowiedziane wszystko, pod każdym względem, ale nie, okazało się, że nie było jeszcze książki o czasie tak naładowanej emocjonalnie.

Kraken - China Mieville

Szalony koniec świata  

Aleksander Kusz  

China Mieville to następny ulubieniec „okularników” sf. W Polsce od początku jest wydawany przez wydawnictwo Zysk i S-ka. Najpierw trylogia New Crobuzon (Dworzec Perdido, Blizna, Żelazna Rada), następnie zbiór opowiadań W poszukiwaniu Jake’a i inne opowiadania, potem powieść dla dzieci (młodzieży) LonNiedyn. W 2010 wydano świetne Miasto i miasto, wreszcie w sierpniu tego roku ukazał się Kraken.

Mogę się tak naśmiewać z okularników, bo sam się do nich zaliczam, czy słusznie, nie mnie oceniać. Lubimy tak sobie wziąć autora i hołubić go, po prostu. Pal licho, jak hołubimy autora zagranicznego, gorzej z polskim, bo rozumie co mówimy i piszemy i jeszcze przez przypadek weźmie to do siebie i uwierzy, że jest taki świetny…

Mieville na dodatek nie tylko u nas jest lubiany i doceniany, pomimo młodego wieku (poniżej czterdziestki, znaczy się młody jest) na Zachodzie był wielokrotnie nagradzany. Właściwie każda jego książka jest zauważana i omawiana. Podobnie jest z Krakenem - został on uhonorowany nagrodą Locusa za 2011 rok.

Kraken jest opowieścią o mieście, jak właściwie każda powieść Mieville’a. Tak sobie myślę, że gdyby wywieźć autora na wieś, postawić go w szczerym polu, to na pewno byłaby mu potrzebna pomoc psychoanalityka. Mieville jest „miejski” do szpiku kości. On nie umie inaczej, on musi pisać o Mieście. To jest jego miejsce, jego dżungla, jego piekło i jego raj.

To jest opowieść o Londynie, ale o innym Londynie. O mieście w mieście, zamkniętym przed oczami „normalnych” ludzi. O mieście, w którym może zdarzyć się wszystko. Jest to też na swój sposób kryminał, bo przecież od kradzieży i pogoni za złodziejami wszystko się zaczęło.

Ocalony - Sean Slater


Prawdziwie policyjna opowieść

Bartłomiej Cembaluk    

O wydarzeniach w Virginia Tech i Columbine słyszał chyba każdy. Masakry uczniów, które miały tam miejsce, wstrząsnęły całym światem. Mało kto mógł uwierzyć, że za śmierć tych młodych osób odpowiadają ich koledzy i przyjaciele. Podobną tragedię opisuje w swojej debiutanckiej powieści Sean Slater. Jednak to, co wydarzyło się w Liceum Świętego Patryka, nie było wyłącznie aktem bezmyślnej przemocy, ale perfekcyjnie zaplanowaną akcją, której przyczyn nie sposób się domyślić.  

Autor „Ocalonego” z zawodu jest policjantem, co łatwo zauważyć podczas lektury tej książki. Za przykład mogą posłużyć opisy poszczególnych zdarzeń i sytuacji, a także miejsc, ludzi i przedmiotów. Slater jest w nich tak dokładny, że nie szczędzi nam nawet informacji na temat wzrostu bohaterów, ani rodzaju kawy, którą piją. Wbrew pozorom nie jest to jednak suchy tekst posiadający znamiona protokołu zeznań. Coś takiego tylko by spowalniało akcję i odrzucało czytelnika po kilku pierwszych stronach. Mamy tu do czynienia z dogłębną analizą świata przedstawionego, dzięki czemu staje się on bardzo autentyczny i prawdziwy, włącznie ze wszystkimi elementami składowymi. Natomiast sama akcja nie jest w żadnym wypadku powolna. Wręcz przeciwnie: już na samym początku rusza z kopyta i nie zwalnia aż do epilogu. Co chwila pojawiają się nowe dowody, poszlaki i ofiary, a badający sprawę funkcjonariusze muszą mierzyć się z groźnym przeciwnikiem. Dziw bierze, że nie gubią się w całym tym gąszczu szczegółów. Ba, są je w stanie logicznie ze sobą połączyć i uzyskać odpowiedzi na trapiące ich pytania. Momentami ciężko uwierzyć, że wszystko to wydarzyło się zaledwie w przeciągu trzech dni, bo chyba żaden przeciętny człowiek nie byłby w stanie sprostać tylu wyzwaniom, w tak krótkim czasie.  

Strony