Subiektywnie

Diablo III. Zakon - Nate Kenyon

Nate Kenyon – Diablo III. Zakon

Marek Adamkiewicz

Nie da się ukryć, że nowelizacje gier komputerowych zazwyczaj nie są literaturą najwyższych lotów. Do ich pisania nie zatrudnia się mistrzów pióra, ale raczej sprawnych rzemieślników. Skutkuje to najczęściej książką, którą trudno nazwać arcydziełem, ale która sprawdza się jako lekka lektura rozrywkowa. Seria Diablo jest tego dobrym przykładem. Całkiem interesujące uniwersum, w którym dzieje się akcja czy to tej, czy poprzednich książek, to dodatkowe ułatwienie dla autora, który musi jedynie dodać do niego w miarę przynajmniej chwytliwą fabułę. Jednak to, co wydaje się być dziecinnie proste, nie zawsze musi takie być w rzeczywistości. I tak niestety jest w przypadku powieści Nate’a Kenyona.

Fabuła „Zakonu” to na dobrą sprawę prequel komputerowej wersji Diablo III. Jej głównym bohaterem jest powszechnie znany Deckard Cain, który mimo podeszłego wieku, musi wyruszyć w daleką i męczącą podróż. Chce zapobiec kolejnemu zejściu Piekła na ziemię, którego tym razem miałby dokonać Belial. W podróży towarzyszyć będzie Cainowi pewna dziewczynka o niezwykłych mocach, a po drodze przyjdzie im stawić czoła wielu niebezpieczeństwom. Dybać na życie bohaterów będą sługi Beliala, na czele z bezwzględnym czarownikiem, zwanym Mrocznym.

Diabłu ogarek. Kolumna Zygmunta - Konrad T. Lewandowski

Nihil novi

Diabłu ogarek. Kolumna Zygmunta.

Sławomir Szlachciński

             Jakiś czas temu z przyjemnością przeczytałem lekką, przyjemnie rozrywkową książkę Konrada T. Lewandowskiego Diabłu ogarek. Czarna wierzba. Zgrabnie wykoncypowana i skomponowana pozostawiła mnie w miłym nastroju i z postanowieniem zapoznania się z kolejnymi częściami przygód siedemnastowiecznych bohaterów. I oto mamy tom drugi, zapowiadany z podtytułem Serce infamisa ukazał się ostatecznie jako Diabłu ogarek. Kolumna Zygmunta.

            Czytelnicy, którzy zapoznali się z pierwszą częścią przygód Stanisława Lawendowskiego, woźnego trybunału ziemi liwskiej, w zasadzie wiedzą, czego się spodziewać w tomie drugim. Z pewnością wiele ich nie zaskoczy. Główny bohater jest, jaki był. Prawy, szlachetny i tolerancyjny, odważny, umny i nad podziw rozsądny, bronią wszelaką robi jak mało kto. A jak trzeba to i diabła potrafi nabić w butelkę. Dosłownie. No dobra, może to nie sam Lucek, lecz pomniejszy diablik ale to i tak nie lada osiągnięcie, nieprawdaż? Podobnie ma się sprawa z antagonistami naszego bohatera. Podłość i nikczemność to zasadnicze filary noszące konstrukcję ich charakterystyk. Autor nie bawi się w półcienie, nieokreśloności i skomplikowane dylematy moralne. Kreski rysuje grube i wyraźne, barwy mocne i jednoznaczne.

Mróz - Marcin Ciszewski

Krajowa ósemka - gołoledź i zamieć

Hubert Przybylski

Marcin Ciszewski jest Autorem szczególnym. Mimo, że pisze głównie literaturę z gatunku military-fiction, która jest jedną z odnóg science-fiction, to bardzo rzadko jego książki pojawiają się na półkach z fantastyką. „Mróz”, który dziś zamierzam opisać, jest bardziej miksem powieści kryminalnej i political-fiction i mimo, że wątki fantastyczne są w nim dość mocno widoczne, to w dalszym ciągu spodziewać się go należy raczej na półkach z mainstreamową sensacją, niż tuż obok książek Drake’a, Flinta czy Ringo.

A o czym jest „Mróz”? Akcja powieści zaczyna się 3 grudnia 2011 roku od zamachu na szefów i przedstawicieli najważniejszych agencji wywiadowczych krajów natowskich, którzy w jednej z podwarszawskich miejscowości mają spotkanie robocze. Kilkanaście dni później, tuż przed świętami Bożego Narodzenia, ginie pewien meteorolog, a do wykrycia jego zabójcy naprędce zorganizowana zostaje w Komendzie Głównej Policji grupa dochodzeniowa pod dowództwem nadkomisarza Jakuba Tyszkiewicza. Ale ledwo śledztwo rusza i przypadkiem odnaleziony zostaje raport meteorologiczny ofiary, zapowiadający kilkudniowy atak super-zimy (z temperaturami dochodzącymi do -60’C, huraganowymi wiatrami i katastrofalnymi opadami śniegu), grupa Tyszkiewicza zostaje rozwiązana. Tuż po tym w kolejnym zamachu ginie prezydent RP, a byli członkowie grupy nagle odkrywają, że są śledzeni, i że i oni, i ich bliscy, nie są już bezpieczni. Pogoda pogarsza się z godziny na godzinę, paraliżując pogrążone w politycznym kryzysie państwo, a Tyszkiewicz zostaje obarczony przez premiera misją ostatniej szansy. Musi za wszelką cenę rozwiązać zagadkę zabójstwa meteorologa, gdyż jest to klucz do znalezienia osób odpowiedzialnych za oba zamachy i jedyny sposób na zapobieżenie zamachowi stanu...

Nowa Fantastyka 7 (358) 2012

Prawdziwe męstwo - Charles Portis

Troje na prerii

Hubert Przybylski

Charles Portis jest w naszym kraju prawie całkowicie nieznanym autorem. Piszę „prawie”, bo jest grupka zagorzałych miłośników westernu, którym to nazwisko nie jest obce. Ale jeśli chodzi o wydane u nas jego książki, to sytuacja przedstawia się gorzej niż biednie. Dawno temu Iskry wydały jedną z jego książek, później wznowiły ją jeszcze raz i to wszystko. W 2010 roku, wraz z premierą nowej ekranizacji jego najsłynniejszej powieści, Wydawnictwo Sonia Draga postanowiło przybliżyć nam twórczość Portisa, wydając właśnie tę, przeniesioną na srebrny ekran, książkę.

„Prawdzie męstwo”, bo o tej książce będzie mowa, opowiada o wyprawie czternastoletniej dziewczyny, Mattie Ross, która przy pomocy zapijaczonego, gburowatego i skorego do przemocy szeryfa federalnego Reubena J. 'Roostera' Cogburna oraz pyszałkowatego Strażnika Teksasu LaBoeufa, ściga zbiegłego na Terytorium Indiańskie mordercę swojego ojca – Toma Chaney’a.

Od razu zaznaczę, że jeśli ktoś oglądał „Prawdziwe męstwo” z Johnem Waynem w roli Cogburna i teraz ma wątpliwości, czy warto zaczynać czytać książkę, to może śmiało przestać się wahać. Bo warto. Film jest dość słaby i niespecjalnie wierny papierowemu oryginałowi (zwłaszcza w szczegółach), a Wayne’owi daleko do prawdziwego Roostera. Dużo lepiej w tej roli wypada ostatni odtwórca tej roli – Jeff Bridges. Ale wróćmy do książki.

Naznaczeni błekitem, księga 1 - Ewa Białołęcka

Nowy stary Tkacz

Hubert Przybylski

Minęło prawie osiemnaście lat od ukazania się pierwszego tekstu o głuchoniemym Tkaczu Iluzji, Kamyku, za który jego Autorka, Ewa Białołęcka, dostała Nagrodę Fandomu Polskiego im. Janusza A. Zajdla w kategorii „Opowiadanie”. Trzy lata później, w 1997 roku, ukazał się cały zbiór opowiadań o przygodach Kamyka, zatytułowany „Tkacz Iluzji”, a Autorka zdobyła kolejnego „Zajdla”, tym razem za tekst „Błękit maga” (opowiadanie ukazało się mniej więcej równocześnie także w „Nowej Fantastyce”). I powiem szczerze, że od tamtej pory był to mój ulubiony polski zbiór opowiadań fantasy. Do dziś dnia przeczytałem go co najmniej z dziesięć razy, wliczając w to lekturę z zeszłego tygodnia.

Później Ewa Białołęcka przeniosła się do Runy i tam ukazały się kolejne dwa tomy przygód Kamyka i jego przyjaciół, „Kamień na szczycie” i „Piołun i miód”, tworząc tym samym cykl nazwany Kronikami Drugiego Kręgu. W 2005 roku przepisany od nowa, uzupełniony od nowe teksty i podzielony na dwie części „Tkacz Iluzji” ukazał się ponownie, jako „Naznaczeni błękitem”. I od tego czasu, o Kamyku i jego przyjaciołach, cisza. No, może poza kolejnymi wznowieniami poszczególnych części cyklu.

Dla tych,

Futbolowa gorączka - Nick Hornby

Dziedzictwo - Christopher Paolini

Szewc z Lichtenrade - Andrzej Pilipiuk

Szewska pasja
Hubert Przybylski


„Szewc z Lichtenrade” to kolejny „bezjakubowy” zbiór opowiadań Andrzeja Pilipiuka. Tym razem otrzymujemy dziesięć tekstów. Dwa łączy postać doktora Skórzewskiego, bohaterami pięciu są doktor Olszakowski i Robert Storm (doktor ma na wyłączność jedno, Storm trzy teksty, natomiast piątym dzielą się po równo), a trzy ostatnie są historiami niepowiązanymi głównymi bohaterami.


I teraz mam zagwozdkę, bo praktycznie wszystko to, co napisałem przy okazji mojego omówienia poprzedniego „bezjakubowego” tomu opowiadań Autora,„Aparatusa”, pozostaje aktualne. Teksty są bardzo równe pod względem jakościowym - na poziomie pomiędzy 7,5/10 a 8,5/10. Fabuła jest ciekawa, a opowiadania są inteligentne, lekkie, pełne humoru i z delikatnym dreszczykiem. Historie z Robertem Stormem są „ździebko” bardziej nostalgiczne, te z doktorem Olszakowskim nieco bardziej cwaniacko-łobuzerskie, a te, w których bohaterem jest doktor Skórzewski leżą gdzieś pomiędzy. Znowu otrzymujemy solidną porcję wiedzy historycznej, przyrodniczej i „ogólnożyciowej”. Język jest praktycznie pozbawiony wulgaryzmów, a w tekstach nie uświadczymy niepotrzebnej przemocy.

Tym razem stosunek tekstów nowych do tekstów „odgrzewanych”

Strony