Subiektywnie

Jezus z Judenfeldu. Alpejski przypadek księdza Grosera. – Jan Grzegorczyk

Jezus-Aryjczyk?

Paulina Kuchta

Jan Grzegorczyk, znany polskiemu czytelnikowi z trylogii Przypadki księdza Grosera, nie planował, ba, nawet postanowił, że nie napisze kolejnego tomu o polskim księdzu. Trwał w tym postanowieniu długo, twierdząc, że liczba trzy jest ulubioną przez Boga. Nie ulegał namowom ani prośbom, aż w końcu opowiadanie rozrosło się do takich rozmiarów, że tylko powieść mogła je pomieścić. I wtedy konsekwencję diabli wzięli. Bo jak twierdzi mistrz Grzegorczyka Roman Brandstaetter jest ona przymiotem diabelskim. Zatem czasem warto być niekonsekwentnym. Dzięki temu, że życie ciągle weryfikuje nasze plany możemy cieszyć się tą powieścią.

Chociaż miasteczka Judenfeld nie ma i nigdy nie było, to ta historia mogła się naprawdę wydarzyć. Wierzę, że się wydarzyła, bo mnie urzekła. To co napisał Grzegorczyk to coś więcej niż opowiastka o życiu księdza.
Przyznam, że do lektury książki byłam uprzedzona już na wstępie, bo jak nie dostaje do recenzji erotyk, to o żywocie księdza. Myślałam, że to będzie nudna lektura, taki usypiacz do poduszki, w sam raz na bezsenność. No bo jaka pasjonująca historia mogłaby przydarzyć się księdzu, który jest w dodatku „kaleką” i ze złamaną nogą ugrzązł w małym miasteczku, gdzie gospodarzami są protestanci. Ale po przeczytaniu kilku stron zrobiło się ciekawiej, a potem jeszcze bardziej ciekawie… Po czym uznałam, że, o zgrozo, podoba mi się.

Fabuła powieści cofa się w czasie, przed okres opisany we wcześniejszych powieściach Grzegorczyka. Ksiądz Wacław Groser jedzie rowerem przez Alpy do Rzymu w odwiedziny do papieża Jana Pawła II. Z powodu niekontrolowanego zachwytu nad przyrodą traci równowagę i tak zamiast wyprawy do Rzymu (bo z nogą w gipsie nie ma mowy o dalszej wycieczce) grzęźnie na dobre w górskiej miejscowości Judenfeld.
Po pobycie w austriackim szpitalu (można pozazdrościć takiej służby zdrowia), na okres rekonwalescencji trafia na plebanię pod opiekę ewangelickiego księdza i jego żony. Szybko okazuje się, że ksiądz Mateusz jest Polakiem, który wraz z żoną wyemigrował do Austrii.

Skok w potęgę - Stephen R. Donaldson

Marek Adamkiewicz

„Skok w Potęgę” to już trzecie spotkanie z funkcjonariuszką Morną Hyland i powiązanymi z nią siecią skomplikowanych zależności piratami, Nickiem Succorso i Angusem Thermopyle. Dwie poprzednie odsłony ich przygód wydawnictwo MAG wydało, zresztą zgodnie z sugestią samego autora, w jednym tomie. Książka, objętości sporej cegły, dostarczała wielu emocji, głównie dzięki znakomitej i wielowymiarowej kreacji głównych bohaterów, którzy byli podstawową siłą napędową fabuły. Teraz bohaterowie są ci sami, ale efekt, mimo że wciąż całkiem wysokiej jakości, to jednak nieco gorszy niż przy poprzednich odsłonach.

„Skok w Wizję” zostawiał akcję niejako w zawieszeniu. Statek Nicka, Kapitański Kaprys, odleciał z należącej do obcej rasy Stacji Atestującej, lecz okoliczności, w jakich do tego doszło, nie były bynajmniej zbyt spokojne. Ten wątek, a także motyw uwięzionego Angusa, podejmuje autor na początku trzeciego tomu swojego kosmicznego cyklu. Wszyscy bohaterowie, nieważne czy pchani koniecznością, czy też rozkazami, trafiają na planetoidę Thanatos Minor, będącą siedliskiem piratów i największą w znanej przestrzeni nielegalną stocznią, na której wszelakiej maści szubrawcy mogą, za odpowiednią opłatą, dokonać napraw swoich pojazdów i załatwić wszystkie niezbędne interesy. Tutaj także rozegrają się przełomowe wydarzenia, które mogą na trwałe odmienić oblicze kosmosu.

To, co w pierwszej kolejności zwraca uwagę, to jeszcze większy nacisk na kameralność akcji. Praktycznie wszystkie wydarzenia rozgrywają się na Thanatos Minor, nie ma tu typowego dla space opery rozmachu. Zresztą nie jestem do końca pewny czy można bezpiecznie wepchnąć „Skoki” do tej szufladki. Jeśli tak, to bez dwóch zdań jest to space opera nietypowa. Tak jak w poprzednim przypadku, tak i tym razem to protagoniści stanowią główną atrakcję całej powieści. Że wykreowani zostali świetnie, wspomniałem we wstępie, poza tym potwierdzają to targające czytelnikiem emocje, towarzyszące lekturze tej oraz poprzednich odsłon serii.

Pożądanie - antologia

11. Pożądaj

Hubert Stelmach


Wydawnictwo Powergraph eksploruje coraz to kolejne obszary fikcji. Wraz ze zbiorem "Pożądanie" wzięło na warsztat bardzo szeroko pojętą erotykę. W zasadzie sam podtytuł książki - "antologia opowiadań miłosnych, zmysłowych, erotycznych i dziwnych" zdecydowanie lepiej oddaje charakter zbioru, niż "Pożądanie", które wraz z okładką jest nieco mylące. Pewnie dlatego w wielu księgarniach trafiła pomiędzy bardziej pikantne pozycje. Nie zmienia to faktu, że opowiadania czyta się z przyjemnością i można znaleźć wśród nich prawdziwe perełki.

Antologię otwiera tekst “Koźlęta gazeli” Wita Szostaka. Krakowski wykładowca spędza urlop w Hiszpanii - głównie na plaży nudystów. Tam spotyka kogoś, o kim nie może przestać myśleć. Bohater Szostaka nie należy do specjalnie oryginalnych: zmanierowany, pedantyczny, niezadowolony z życia, ale nic z tym nie robiący. Przypomina Adasia Miauczyńskiego, a fabuła momentami “Dzień Świra”. Opowiadanie zmysłowe.

Na drugim miejscu “Człowiek nieciągły” Anny Kańtoch - krótka historia morderstwa i człowieka, który nie ufał swoim wspomnieniom. Również zmysłowe.

“Zimno, gdy zajdzie” Nowaka jest pierwszym fantastycznym tekstem w antologii. Co by się stało, gdyby śmierć nie kończyła życia? Gdyby zdarzały się powroty, ale okupione straszną ceną? W końcu na człowieka oprócz duszy składa się również pierwiastek cielesny. Zdecydowanie miłosne.

Cetnarowski i jego “RP Production” to opowiadanie wywołujące uśmiech na twarzy. Gdy Paweł był jeszcze w szkole (“ortalionowe lata 90.”), ojciec jego kolegi przywiózł z Niemiec pornosa. Właśnie wtedy, tego pamiętnego dnia, nastolatek odkrył swoją pasję. Został onanistą. Autor zaprezentował mistrzowskie posługiwanie się językiem oraz, a może przede wszystkim, bogactwo naszej mowy ojczystej dotyczącej sfery, hmm, intymnej. Humor, czasem gorszy, czasem lepszy, ale cały czas przaśny, skutecznie podbudowuje człowieka po naprawdę melancholijnej opowieści Nowaka. Zdecydowanie erotyk.

Mocarstwo - Marcin Wolski

Siłą rozpędu?

Hubert Przybylski


Z kontynuacjami książek bywa różnie. Takie jest zbójeckie prawo natury, że raz się autorom udaje napisać coś równie jak pierwsza książka dobrego, a raz wręcz przeciwnie. Przykład z naszego fantastycznego podwórka: Kres i Sapkowski. U Kresa wszystkie części Księgi Całości są na mniej więcej równym poziomie, podczas gdy saga wiedźmińska Sapkowskiego z tomu na tom słabnie w oczach (tak, to moja subiektywna opinia), choć przyznaję, że nie jest to tak spektakularny spadek jakości, jak w przypadku Hellera i kontynuacji "Paragrafu 22" (konwencja genewska zabrania podawania jej tytułu). A jak to jest z Marcinem Wolskim i "Mocarstwem" - jego nową powieścią, której akcja dzieje się w znanym z "Wallenroda" alternatywnym uniwersum? Cóż...

Jest maj 1982 roku, w naszej Polsce trwa właśnie stan wojenny. Marek Kopiński jest zwykłym facetem dochodzącym do trzydziestki. Rozwiedziony, mieszka z matką, pracuje w telewizji, trochę udziela się w Solidarności, a szarość życia codziennego urozmaica sobie miłosnymi podbojami. I to przez jeden z nich, a konkretnie - uciekając przed zazdrosnym narzeczonym swojego kolejnego "podboju" - przenosi się do świata alternatywnego, w którym nie było września '39 i okupacji hitlerowskiej, ani prawie czterdziestu lat komuny, a Polska jest światowym mocarstwem. Tyle, że alternatywni Polacy muszą bardzo mocno starać się, żeby państwo utrzymało swoją pozycję. Z każdej strony czyhają wrogowie, wszędzie kłębią się spiski, intrygi i konflikty, a nasz bohater wpada w sam środek tego chaosu. Czy bohaterka poprzedniej części, Halina Szymańska, pomoże mu się z tego wyplątać? Czy też przeważą racje stanu i Marek zostanie poświęcony dla ocalenia Polski?

Nowa Fantastyka 2 (365) 2013

Umarł król, niech żyje król

Sławomir Szlachciński

Kończy się pewna epoka, Maciej Parowski ustępuje miejsca na poletku literatury polskiej. Próba podsumowania jego zasług w kilku zdaniach mija się z celem, wszak to epoka. Cóż, cześć i dzięki za ryby. Pewnie jak my wszyscy, z zainteresowaniem będę się przyglądał działaniom jego następcy na tym zaszczytnym stołku. Naturalnie, życzę Michałowi samych sukcesów. Plus jednej czy dwóch porażek dla zachowania zdrowia psychicznego. No dobra, skoro formalności mamy załatwione, zajrzyjmy do wnętrza.

Numer otwiera bardzo dobre opowiadanie Bernadety Prandzioch, Ceną będzie samotność. Pomysł jest skromny acz smaczny, fabularne rozwinięcie raczej ascetyczne, jednak to wszystko jest niezbyt istotne, jako że ładunek emocjonalny zawarty pomiędzy wierszami nosi znamiona rzadko spotykanej urody. Nieporuszonym pozostanie jedynie czytelnik o empatii drewnianego kloca.

Brighella Ciećwierza miewa swoje wzloty i upadki, niemniej zazwyczaj udaje się autorowi utrzymać pewien przyzwoity poziom. Nie inaczej jest tym razem. Non serviam jest opowiadaniem odrobinę zagmatwanym znaczeniowo. Niedopowiedziana metafizyka w pomieszaniu z bardziej przyziemną etyką dają wydawałoby się pewną głębię, która jednakowoż przypomina głębię oceanu zaraz za burtą wycieczkowca. Jako pasażer patrzysz w mętne fale i tak naprawdę nie wiesz czy to dziesięć metrów czy dziesięć tysięcy. Przynajmniej ja nie wiem.

Po dwóch bardzo poważnych w nastroju opowiadaniach, dla rozluźnienia otrzymujemy sympatyczną opowiastkę Macieja Musialika, Rzeźbiarze światła. Zwarta, zgrabna, bez udziwnień, z rzetelnym pomysłem. Niby nic wielkiego ale czyta się z dużą przyjemnością. Od dziś odrobinę inaczej będę patrzył na piękne kobiety w windzie. Nie wiem czy dziękować autorowi czy złorzeczyć.

Ogień - Łukasz Orbitowski

Hubert Stelmach

Łukasz Orbitowski jak zwykle zaskakuje i nie boi się eksperymentów. Jego najnowsza książka ("Ogień"), która ukazała się w serii "Zwrotnice Czasu", nie jest powieścią - autor zdecydował się na dramat. Na początku wywoływało to u mnie pewien sceptycyzm, jednak po lekturze doszedłem do wniosku, że ta historia wymagała właśnie takiej formy.

Artur, Piotrek i Basia wynajęli na weekend górską chatkę. Chcą się dogadać po śmierci ojca, który w testamencie zostawił niezbyt przyjemną niespodziankę. Sytuacja robi się niepokojąca, gdy spotykają markotnego górala i dziwnie milczącego żołnierza. Wszystko komplikuje się jeszcze bardziej w momencie znalezienia pamiętnika Józefa Kurasia, pseudonim "Ogień" - legendy Podhala działającej w antykomunistycznym podziemiu - dla jednych bohatera, dla innych bandyty.

Zaczyna się zwyczajnie, wręcz sztampowo. Wycieczka do lasu, dziwne wydarzenia, duchy - Orbitowski zgrabnie żongluje motywami typowymi dla popularnego horroru. Jednak gdy do głosu dochodzą wątki historyczne, wspomniany już "Ogień", całość staje się dużo mniej oczywista. Atmosfera robi się gęsta i duszna, co forma dramatu idealnie podkreśla. Bohaterowie, pomimo, że jest ich niewielu, tworzą mocno skontrastowane pary. Takie postawienie obok  siebie przeciwieństw sprawia, że dialogi, a nawet drobne gesty trzymają cały czas w napięciu. Czytelnik nie wie, kiedy i czy w ogóle taka mieszanka wybuchnie.

Jednak o sile "Ognia" nie stanowią ciekawe postaci, ani intrygująca fabuła. Najciekawsze jest to, co "poza" dramatem, przez co książka nie jest łatwa w odbiorze. Cały czas mamy do czynienia z dwiema przeplatającymi się płaszczyznami, które zdają się walczyć o pierwszeństwo i uwagę czytelnika. Współczesność i przeszłość mieszają się ze sobą i wykazują pewne analogie. Autor rozważa wiele pytań stawianych przez historiozofię. Co wpływa na dzieje? Czy istnieje cykliczność? Może za wszystkim stoi jakaś nienazwana siła, która wpływa na ludzkie postępki? Orbitowski nawet nie próbuje znaleźć konkretnej odpowiedzi i zostawia czytelnika z wieloma możliwymi interpretacjami.

Pozaświatowcy. Świat bez bohaterów - Brandon Mull

Nastoletni herosi

Bartłomiej Cembaluk


Brandon Mull jest w Polsce znany głównie z cyklu książek fantasy dla dzieci pod tytułem „Baśniobór”. Niebawem na naszym rynku pojawi się kolejna jego powieść - „Świat bez bohaterów”, otwierająca trylogię o Pozaświatowcach. Tym razem również jest to dzieło przeznaczone raczej dla młodszych czytelników i choć ja już niespecjalnie pasuję do tego targetu, to postanowiłem się z nim zapoznać i zobaczyć co z tego spotkania wyniknie.

Jason jest trzynastoletnim chłopcem mieszkającym w stanie Kolorado, któremu dni upływają na nauce, grze w baseball i pracy wolontariusza w miejscowym ogrodzie zoologicznym. Pewnego dnia jego spokojne życie całkowicie się zmienia, kiedy przypadkowo zostaje połknięty przez hipopotama i za sprawą umieszczonego w nim portalu trafia do dziwnego świata o nazwie Lyrian. Próbuje jak najszybciej odnaleźć drogę powrotną do domu, ale przez swoją ciekawość i przekorę wplątuję się w misję ratowania tajemniczej krainy, rządzonej przez potężnego czarnoksiężnika Maldora. Zadanie polega na znalezieniu sześciu sylab magicznego słowa, które ma moc zniszczenia okrutnego cesarza. Jasonowi w podróży towarzyszy inna mieszkanka Ziemi – Rachel, tak jak on znajdująca się w Lyrianie wbrew własnej woli.

Dość niezwykły sposób w jaki główny bohater dostał się do zupełnie obcego świata wzbudził we mnie skojarzenia z „Opowieściami z Narni”, czy też z „Alicją w krainie czarów”. Lyrian jest jednak trochę innym miejscem, które różni się od naszej rzeczywistości nieco odmienną fauną i florą, a także postępem technologicznym, znajdującym się mniej więcej na etapie średniowiecza. Nie można także zapomnieć o wszechobecnej w nim magii, która przyczyniła się m.in. do powstania niezwykłych humanoidalnych ras, takich jak rozsadnicy i lud Amar Kabal. Ci pierwsi potrafią rozczłonkowywać swoje ciało i składać je z powrotem, natomiast drudzy wyrastają z ziarna, które zapewnia im możliwość odrodzenia się po śmierci. Na tym niestety kończą się krajoznawcze ciekawostki, ponieważ autor jest bardzo oszczędny w opisywaniu stworzonego przez siebie świata.

Honor Legionu - Andrzej Sawicki

Ratując honor...

Hubert Przybylski


W przeciwieństwie do średniowiecza, tudzież szesnastego i siedemnastego wieku, epoka napoleońska, jako tło powieści awanturniczo-przygodowej, nigdy nie była jakoś specjalnie popularna wśród naszych rodzimych pisarzy. Nawet nie wiem, czy dałoby się zebrać choć ze dwadzieścia - trzydzieści powieści, których akcja działaby się w tych właśnie czasach i poza tymi kilkoma, które napisał Wacław Gąsiorowski, pozostałe są praktycznie rzecz biorąc tylko jednorazowymi "wyskokami" różnych autorów. Co gorsza, większość z tych powieści to w gruncie rzeczy nie jest wcale literatura awanturniczo-przygodowa, tylko, tak jak utwory wspomnianego Gąsiorowskiego, czystej wody romansidła (bleh!). Na szczęście pojawił się Autor, który dostrzegł tę jawną niesprawiedliwość dziejową i próbuje ją naprawić. Tym Autorem jest Andrzej Sawicki, którego najnowsza powieść, "Honor Legionu", ma za kilka tygodni ujrzeć światło dzienne.

Akcja "Honoru Legionu" dzieje się w grudniu 1797 roku, kiedy to Legiony Dąbrowskiego wzięły udział w podboju Państwa Kościelnego. Bohaterem powieści jest kapral-furier Kazimierz Lux, siedemnastoletni ochotnik z Warszawy, który Boga, honor i Ojczyznę ma gdzieś (domyślnie - "indziej") i służbę w Legionach (w kwatermistrzostwie) traktuje tylko jako drogę do zdobycia majątku i finansowego ustawienia się na resztę życia. Niestety, przewrotny los niezbyt mu w osiągnięciu tego celu sprzyja, toteż Lux co chwila wplątuje się w jakąś kabałę, a wychodzi z nich cało tylko po to, żeby za momencik wpakować się w jeszcze większe kłopoty. Szpiedzy Królestwa Neapolu, masoni, bandyci, mordercy, truciciele, zdrajcy i najgorsi z nich - wredni przełożeni - wszyscy oni tylko czekają, żeby uprzykrzyć życie naszego dzielnego młodziana.

Śniąc o potędze - Agnieszka Haska i Jerzy Stachowicz

Alternatywnie alternatywna alternatywa antologii?

Hubert Przybylski


Dużo wody musiało upłynąć, zanim pojawił się ktoś, kto zechciał pociągnąć zaczętą przez Juliana Tuwima i kontynuowaną potem przez Stefana Otcetena trudną i żmudną robotę odkrywania przed czytelnikami na nowo starych rodzimych utworów fantastycznych. Te osoby, to Agnieszka Haska i Jerzy Stachowicz, którzy tę starą, polską fantastykę wspominali na łamach "Nowej Fantastyki". A niedawno, w wydawanej przez Narodowe Centrum Kultury serii Zwrotnice Czasu, ukazała się ich wspólna książka, w której owe wspominki są kontynuowane - "Śniąc o potędze".

Książka podzielona jest na siedem części podporządkowanych konkretnemu trendowi, tematyce, wokół której krążyła fabuła, czy też myśl przewodnia wspominanych tekstów. I tak, mamy część poświęconą problemowi walki o niepodległość, mamy zagrożenia ze strony ludów azjatyckich, są części o naszych zapędach mocarstwowych czy kolonialnych oraz o wojnie totalnej, różnego rodzaju apokalipsach i życiu po nich. W każdej z tych części pojawiają się po trzy (jedynie w ostatniej są dwa) fragmenty utworów, w większości zapomnianych już dzisiaj autorów. Choć są też i tacy, jak Bolesław Prus (Aleksander Głowacki), czy Antonii Słonimski, których zna
chyba każdy.

Ale "Śniąc o potędze" to nie tylko zbiór tekstów fantastycznych z pierwszej połowy XX wieku. Haska i Stachowicz swoją książkę obdarzyli także obszernym wstępem i omówieniami trendów, którym przyporządkowane są jej poszczególne części, oraz zamieszczonych w niej utworów. Całość dopełnia posłowie pióra Pawła Dunina-Wąsowicza.

Wbrew pozorom, to właśnie ta analityczna część książki jest jej najmocniejszą stroną. Podziw budzi we mnie nie tylko ogrom pracy, jaki w "Śniąc o potędze" musieli włożyć jej Autorzy, ale także to, że udało im się przedstawić wyniki tej pracy w tak ciekawy sposób. Dodatkowym atutem jest aktualność poruszanych w książce tematów, gdyż wszystkie omówione w niej motywy przewodnie są we współczesnej polskiej fantastyce równie aktualne i popularne, jak było to prawie sto lat temu.

Wallenrod - Marcin Wolski

Wallenrod była kobietą?

Hubert Przybylski


Od jakiegoś czasu coraz popularniejszym staje się pogląd części historyków, którzy stawiają tezę, że w końcówce lat 30-tych XX wieku Polska, zamiast decydować się na współpracę gospodarczą, militarną i polityczną z Francją i Wielką Brytanią, powinna była zawrzeć pakt sojuszniczy z Trzecią Rzeszą i razem z nią zaatakować Sowietów. Dzięki temu uniknęlibyśmy klęski wrześniowej i tego wszystkiego, co nas później spotkało. Teoria ta zdaje się zyskiwać coraz więcej sympatyków i dziwnym nie jest, że znalazła swój oddźwięk także wśród pisarzy. Najlepszym tego przykładem jest "Wallenrod" Marcina Wolskiego.

Główną bohaterką powieści jest Halina Szymańska z domu Silberstein (jej ojciec jest Żydem, a matka Polką), która w 1931 roku podejmuje pracę w II Oddziale Sztabu Generalnego (wywiad i kontrwywiad), aby w kilka lat później, jako Helena Wichmann, zostać szpiegiem działającym na terenie najpierw USA, a później Niemiec. Dzięki swojej inteligencji, fenomenalnej pamięci i wielu innym przymiotom rozumu, duszy i ciała powoli pnie się po szczeblach kariery, aby w końcu znaleźć się w najbliższym otoczeniu Hitlera i tym samym, w nabierającej rozpędu wielkiej grze o wszystko pomiędzy Trzecią Rzeszą a Polską, stać się prawdziwym asem w rękawie Rzeczpospolitej.

Autor nie poprzestaje jednak wyłącznie na sensacyjno-obyczajowej warstwie przygód naszej dzielnej Haliny/Heleny. Jej wątek co chwila przeplata się z drugim najważniejszym wątkiem powieści - alternatywną historią świata, która w powieści wyrasta do rangi równorzędnej głównej bohaterki. Wolski zdecydował się na "przestawienie zwrotnic czasu" w 1930 roku, kiedy to za namową swoich najbliższych współpracowników Marszałek Piłsudski poddaje się tajemniczej kuracji równie tajemniczego francuskiego doktora Vallbonnea, dzięki czemu nie umiera w 1935 roku, tylko z nową energią zabiera się za rządzenie Polską. Skutki tego dają się zauważyć natychmiast - wiecznie skłóceni politycy zostają "wzięci za mordę", a Polska, zamiast pogrążać się w politycznym chaosie, rozwija się w ekspresowym tempie.

Strony