Subiektywnie

NF 8 (347) 2011


Bajka o tym jak redakcja NF do pogody się dostosowała  

Aleksander Kusz  

Tym razem omówienie sierpniowego numeru Nowej Fantastyki będzie o wiele krótsze niż poprzednie omówienia poprzednich numerów. Po pierwsze, nie chce mi się za bardzo, jutro z rana wyjeżdżam na (zasłużone?) wakacje. Po drugie, nie ma za bardzo o czym pisać. Wypunktuję więc plusy i minusy, na końcu zobaczycie czego będzie więcej. Plusy w kolejności od największych:

Cherem - Dariusz Domagalski


Dziwię się  

Aleksander Kusz

Pożyczyłem sobie tytuł omówienia od Ziuty, to tytuł jego bloga, (przy okazji polecam, tak samo jak bloga agrafka, adresy stron w naszych sznurkach). Idealnie jednak pasował mi do tytułu tej omawianki, bo po przeczytaniu najnowszej książki Dariusza Domagalskiego dziwię się, tak po prostu. Zaraz wam wytłumaczę dlaczego.

W zapowiedziach Fabryka Słów pisze następujące teksty o książce:

Oto nadchodzą Aniołowie Pana! Zwiastun Śmierci i Zwiastun Zniszczenia! Bez miłosierdzia unicestwili Sodomę i Gomorę, zgładzili Pompeje, siali zarazy w Europie. Oni patrzyli jak płonęło Chicago i jak wieże WTC waliły się w gruzy. Teraz znów tu są!

Strzeżcie się Aniołów Zagłady, gdy kroczą by wywrzeć swą pomstę na kananejskich sługach Baala.

Prawdziwi Bogowie, Stary Testament, Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, mafia, sekty i oddziały antyterrorystyczne. Myślisz, że to mieszanka nie do połączenia? Nie tutaj!

45 lat temu zniesiono indeks ksiąg zakazanych. Gdyby tak się nie stało "Cherem" już by tam był wpisywany!

Nie wiem jak wy, ale ja po takim tekście odwracam się i nie kupuję książki, zaraz kojarzy mi się z nachalnym marketingiem rodem z Dana Browna. Trzeba przyciągnąć publikę, publika przeczyta, zachwyci się niesamowitym hasłem i kupi.

Od razu uprzedzam, książka nie ma za dużo wspólnego z zapowiedziami, no, trzeci akapit na pewno, z innych też trochę. I całe szczęście, że niewiele.

Zabrałem się za czytanie najnowszej książki Domagalskiego zaraz po przeczytaniu mojego pierwszego wejścia w mroczny świat międzywojennego Wrocławia Marka Krajewskiego – Widma w mieście Breslau. Książki do której zabierałem się już dosyć długo, a po której spodziewałem się bardzo dużo, po przeczytaniu wszystkich zachwytów nad nią. Nie jest to omówienie książki Krajewskiego, więc krótko – rozczarowała mnie, jak na kryminał nie wciągnęła, mroczny Wrocław był tylko bladym tłem, akcji jak na lekarstwo, intryga z kosmosu, okazała się książką nie dla mnie. Wymyśliłem, ze skoro Krajewski mnie nie zaciekawił, to co dopiero będzie z Domagalskim.

Palimpsest - Catherynne M. Valente

Antyczna waza  

Aleksander Kusz

Catherynne M. Valente czaruje słowem, maluje piękne obrazy, potrafi w kilku słowach stworzyć piękny, obrazowy świat. Po Palimpsest sięgnąłem po przeczytaniu jej cudownego opowiadania z ostatniego numeru Fantasy&Science Fiction. Miałem do wyboru, dwutomowe Opowieści sieroty, przypominające Księgę tysiąca i jednej nocy, czy powieść w stylu urban fantasy Palimpsest.

Wybrałem to ostatnie, bo Opowieści sieroty zostawiam sobie na spokojne, wakacyjne czytanie. Sięgając po nią wiedziałem, że sięgam po Ucztę Wyobraźni, dosłownie i w przenośni. Valente pięknym, pełnym poezji językiem opisuje historię czwórki bohaterów w tajemniczym mieście Palimpsest.

Dostali się do niego uprawiając seks z osobami które były już wcześniej w mieście i zostały nim naznaczone poprzez wyrysowane na ich ciałach fragmentów jego mapy. Ślusarz Oleg, rozmawiający ze swoją dawno zmarłą siostrą, samotna pszczelarka November, opuszczony przez żonę introligator Ludovico oraz uwielbiająca pociągi Sei, to główni aktorzy powieści. Miasto wciągnęło ich, po pobycie w nim niczego innego już nie pragną, chcą tylko powrotu do niego, obojętnie za jaką cenę, obojętnie jak, byle znowu tam się znaleźć. Miasto jest jak narkotyk wciąga do samego końca. Odbyte stosunki płciowe służą tylko do przejścia w inną rzeczywistość, w inny wymiar, do Palimpsestu, nie ma w nich żadnego uczucia, to tylko mechanizm przejścia. Autorka bardzo ładnie wybrnęła z problemu opisywania tych scen, nie ma w nich niezdarności, lubieżności, wyuzdania, infantylności, to nie jest temat przewodni, to tylko środek do celu.

Gotuj z papieżem - Jakub Ćwiek


„I napisz tu, k…, bestseller!”

Aleksandra Brożek  

Zbiór dziesięciu opowiadań Ćwieka pojawił się na rynku przed dwoma laty. Niech nie zmyli Was tytuł! Nie jest to ani zbiór tekstów antyklerykalnych ani też osobliwa książka kucharska. Owszem, otwierające zbiór tytułowe opowiadanie „Gotuj z papieżem” z przymrużeniem oka wyśmiewa mentalność naszego społeczeństwa i zależności pomiędzy kościołem, mediami a opinią publiczną. Sam autor z przekorą przewiduje, że mu się za ten tekst może „oberwać”. Oceńcie sami.

Do najmocniejszych tekstów zbioru, moim zdaniem, należą „Szarość” i „Pokój pełen cienia”. Choć niedługie, robią piorunujące wrażenie na czytelniku. „Szarość” to niestandardowe podejście do historii Arlekina, który poszukuje upragnionej miłości. Tekst jest niezwykle poetycki i, jeśli wierzyć autorowi, był pisany przy dźwiękach „Summertime” Janis Joplin. „Pokój pełen cienia” natomiast nawiązuje do przygód Piotrusia Pana, skłaniając przy tym do przemyśleń na temat życia i śmierci.

Jeśli nie wiedzieliście, że można napisać opowiadanie, w którym Indianie Ameryki Północnej spotykają się z aniołami, polecam oryginalną opowieść pt. „Newegwasu’u”. Więcej tematyki biblijnej znajdziemy w „Grzechu warte”. Tekst ten jest kolejnym z licznych w literaturze nawiązań do raju i grzechu pierworodnego, niemniej napisanym ze swadą i wyróżniającym się niebanalnym humorem.

W zbiorze znalazł się także tekst z pogranicza twardszej fantastyki - „Związek idealny”. W dalekiej przyszłości aktorom seriali wszczepia się pamięć odgrywanych przez nich bohaterów. Jakie będą tego konsekwencje? Do rozwoju nauki nawiązuje też „Miejsce, które jest” czyli opowieść o konsekwencjach podróży w czasie, której głównym bohaterem jest słynny iluzjonista Harry Houdini.

Na szczególną uwagę zasługuje „Dom na wzgórzu”. W tym opowiadaniu poznamy historię człowieka odizolowanego od rodziny ze względu na podejrzenie choroby. Potem pojawia się jeszcze wątek kryminalny, a autor utrzymuje czytelnika w napięciu, do końca nie pozwalając domyślić się finału.

Karaibska krucjata. Płonący Union Jack - Marcin Mortka

Na znajomych wodach

Małgorzata Karoń

Było ich trzech. Czarujący perfekcjonista bez poczucia humoru, za to z poczuciem honoru rozrośniętym jak dorodny prawdziwek. Rzutki człowiek czynu, ucieleśnienie tężyzny ze skłonnością do popadania w bitewny szał. No i główny bohater. Wrócimy jeszcze do niego.

Marcin Mortka roztropnie wybrał sobie tematykę. Pierwszy odcinek znanego serialu pt. "Piraci z Karaibów" zawładnął wyobraźnią milionów w roku 2003. Nagle wszyscy (nawet ja) chcieli się fechtować, skakać po wantach i mówić: Avast, me hearties! czy jakoś tak. Karaibska krucjata. Płonący Union Jack" po raz pierwszy ujrzała światło dnia zaledwie dwa lata później. Piszę: zaledwie. Albowiem nie jest to książka, którą można machnąć na kolanie, odwołując się do doświadczeń własnych. Z racji tematyki (żeglarstwo oceaniczne w drugiej połowie XVIII wieku) powieść ocieka gęstą faktografią. Nie odróżniiłabym kliwra od foksztaksla, choćby mnie to miało kosztować życie. Niemniej, lubię, kiedy rzeczywistość faszerowana niezrozumiałymi słowami dobrze brzmi  - i wygląda na spójną. Dlatego doceniam żmudną zapewne robotę, którą z powodzeniem wykonał autor. Marcin Mortka jest autorem świadomym zalet swojego warsztatu. Podłączywszy się pod apetyczny temat (to nie żadna złośliwość. Był wszak w dobrym prawie przewidywać, iż "Karaibska..." przyciągnie wielbicieli piratologii stosowanej z siłą tajfunu) wybrał formułę, w której najwyraźniej czuje się mocny: lekkiej powiastki przygodowej.
To się nie mogło nie udać.

NF 7 (346) 2011

Cetnarowski rulez    

Tytuł mówi wszystko. Michał ostatnio zbiera owoce swojej dobrej pracy. W F&SF jako redaktor, teraz w NF jako autor. Jego Pustynia rośnie z najnowszego numeru Nowej Fantastyki pozamiatała jak się patrzy. To właśnie takich opowiadań szukam, czegoś nowego, może trochę trudniejszego, z wewnątrz. Takiej literatury chcę. Świetne opowiadanie, nie dostało szóstki na fantaście, bo ma jeden mankament związany z fantastyką – po prostu to nie jest opowiadanie fantastyczne!

Jak nas Maciej Parowski wbił w podłogę opowiadaniem Michała Cetnarowskiego, to musiał nam zaserwować coś na odtrutkę. Sztampowe aż do bólu (nie muszę dodawać, że to fantasy) opowiadanie Wiesława Gwiazdowskiego Margasz. Wykonanie w porządku, nic nie zgrzyta pomiędzy zębami przy czytaniu, natomiast końcówka opowiadania zupełnie od czapy. Zaczyna się w pewnym momencie, kiedy powinno się rozpocząć, akcja się pięknie toczy, w pewnym momencie się zamyka i tutaj powinien być koniec, ale nie, autor wymyślił, że wstawi nam jeszcze opowieść o gwardii przybocznej. Tylko po co?

Dział zagraniczny – trzech autorów, jeden mi znany, pozostałych dwóch niestety nie (na koniec okaże się, że dla jednego niestety, dla drugiego stety). Ten znany – Ian R. McLeod w opowiadaniu Druga podróż maga porusza jakże lubiane przeze mnie tematy boskie. Jak tu nie być zadowolonym, dobry autor (Wieki światła, Dom burz wydane w serii Uczta wyobraźni Wydawnictwa Mag), dobry temat, bardzo dobry warsztat. Nie ma jednak kompletu punktów, podobała mi się atmosfera opowiadania, ale zakończenie plus pewnie inaczej rozegrane tematy ściagnęły ocenę trochę w dół.

Ku mojemu zaskoczeniu najlepszym opowiadaniem zagranicznym w numerze został Standardowy zestaw samotności Charlesa Yu. Rewelacyjny pomysł, dobre wykonanie i proszę, wychodzi z tego świetnie czytające się, dające dużo do myślenia opowiadanie. Polecam. Autor przedstawiony właśnie teraz opowiadaniem, bo Prószyński i S-ka w sierpniu wydaje jego książkę. Nie muszę dodawać, że zostałem kupiony, znaczy się, na pewno kupię tę książkę.

SFFiH 7 (69) 2011

Mówiła mi babcia, nie oczekuj za wiele…    

Stary jestem, a taki głupi. Ocena numeru 69 jest najbardziej subiektywna z subiektywnych, tutaj nawet nie będę się silił na jakiś obiektywizm. Omawiając poprzedni numer napisałem, że dopiero w następnym numerze będziemy mieli porządny zestaw autorów. No i mamy, tylko co z tego? Tak się nastawiłem, że będzie świetny numer, bo znani mi już wcześniej Hałas, Baranowski i Kołodziejczak, chciałem poznać jak pisze Mortka i Pągowski. Opowiadanie Rusnaka czytałem w zbiorze Horyzonty wyobraźni 2010 i nie powiem, było jednym z lepszych w zbiorze oprócz opowiadań Maćka Musialika. Całość uzupełniają opowiadania niezłomnego Andrzeja Pilipiuka i debiutanta Krzysztofa Dybka. Całość wyglądała z zewnątrz na jakiś mistrzowski numer, taki do zapamiętania na lata, a tutaj mamy tylko dobrze. W porównaniu do numerów z początku roku, rewelacja, w porównaniu do moich oczekiwań, słabiutko, poprawnie, rzemieślniczo. Przykro mi się zrobiło jak przeczytałem całość. Przebijałem się przez numer i czekałem, czekałem na coś, co wbije mnie w fotel, a tu nic. Bardzo dobre rzemiosło. Tylko i aż.

Fantasy & Science Fiction 1 (5) Wiosna 2011


Powrót do źródeł, do dobrego początku.

Cieszę się, że Konrad Walewski wraz z Powergraphem wprowadził w końcu do Polski Fantasy & Science Fiction. Przy takim zasobach macierzystego czasopisma i bardzo dobrej robocie Michała Cetnarowskiego w dziale polskim powinien to być właściwie samograj.
Różnie to wcześniej bywało, ale piąty numer Fantasy & Science Fiction to powrót do początku. Pierwszy numer był rewelacyjny, potem, z numeru na numer było gorzej. Piąty numer jest odbiciem się od dna, odbiciem bardzo wysoko. Od razu dodam, że większość czasopism życzyłoby sobie takich stanów średnich, jak wyglądało dno w F&SF.

Opowiadania.

Antologia - Księga wojny


Antologia – moja miłość  

Aleksander Kusz

Uwielbiam antologie, kocham antologie, zwłaszcza opowiadań fantastyczno-naukowych. Według mnie (ostatnio w Nidzicy dowiedziałem się, że parę innych osób, mądrzejszych ode mnie też tak uważa) opowiadania to jest najlepsza forma literacka (baranek twierdzi, że szort, ale tutaj jeszcze dyskutujemy). Więc jeżeli mam możliwość dostać w książce zestaw opowiadań różnych autorów, to zawsze się na to piszę.

Mamy w Polsce dobre tradycje w wydawaniu antologii, dobre lata zaczęły się od antologii redagowanych przez Zbigniewa Przyrowskiego w Naszej Księgarni, przez serię Stało się jutro także wydanych przez Naszą Księgarnię, antologie autorów demoludów z Wydawnictwa Poznańskiego, do serii KAW-u Spotkanie w przestworzach. Potem przyszły lata chude - było parę antologii w latach dziewięćdziesiątych, w większości podsumowujących, ze sławną Jawnogrzesznicą wydaną w Przedświcie.

Po roku 2000 znowu zaczęły się dobre lata. Fabryka Słów rozpoczęła wydawanie antologii „swoich” autorów. Początkowe antologie były bardzo dobre. Małodobry, Demony, Deszcze niespokojne, potem niestety było już gorzej. Antologie wydawały także inne wydawnictwa, w tym Supernowa czy Runa. Ta ostatnia wydała dotychczas dwie bardzo dobre: Księgę smoków i dwutomową Księgę strachu.

Obecnie Runa wydała swoją trzecią antologię: Księgę wojny, w takich samych przedziwnych wymiarach 160x240 i bardzo dużymi literami, prawie jak kiedyś w serii Duża czcionka Prószyńskiego. Skład autorów może wbić w ziemię, nic, tylko siadać i czytać.

Niestety jak to zwykle ze zbyt dużymi oczekiwaniami bywa, rozczarowanie potrafi przyjść bardzo szybko. Obiecywałem sobie bardzo dużo po niej, kupiłem ją zaraz po wydaniu, przełożyłem na początek kolejki, natychmiast przeczytałem i… jest dobrze, poprawnie, ale nie bardzo dobrze, rewelacyjnie jak chciałem.

Gęba w niebie - Dawid Kain

Rzyczę fszystkim fszystkiego
Aleksandra Brożek

Co powstanie, jeśli antyutopijną wizję przyszłości połączymy z satyrą na religię, a potem okrasimy je dużą dozą absurdu? Powielające schematy tomiszcze czy prześmiewczy „majstersztyk”? W przypadku książki „Gęba w niebie” z pewnością należy mówić o tym ostatnim.

Dawid Kain, krakowianin, poza wyróżnioną w Igrzyskach Literackich „Gębą w niebie” ma już na koncie książkę „prawy, lewy, złamany” i zbiór opowiadań pt. „Makabreski”.

W najnowszej powieści autor wprowadza czytelnika w groteskowo przerysowany świat niedalekiej przyszłości. Polska, XXI wiek. Na pierwszy plan wychodzi dwóch bohaterów. Najpierw poznajemy Filipa Kamińskiego, sprzedawcę osobliwych dewocjonaliów, który jeszcze w dzieciństwie obiecał Bogu, że się z nim policzy. Przyjaciel Filipa, Jan Ziemiański, to niespełniony autor, który otrzymawszy odpowiedź odmowną od kolejnego potencjalnego wydawcy, „zamarł nagle w bezruchu pośrodku Rynku Głównego, stojąc na lewej nodze, prawą dłonią trzymając się nie wiedzieć czemu za lewe ucho”. Obaj panowie spotykają samozwańczego demiurga, „króla śmieci” – Marka Danielewskiego. Jak już wspomniałam, „Gęba w niebie” to kolejna książka na polskim rynku, kpiąca z polskiego katolicyzmu i to nieraz w sposób dość brutalny, na przykład poprzez nazwanie Jezusa pierwszym mężczyzną, który „własną matkę rozdziewiczył”. Religia nie jest autorytetem w świecie, gdzie panuje konsumpcjonizm i daleko posunięta wolność obyczajowa.

Groteskowość zaistniałej rzeczywistości podkreślają niecodzienne pomysły i ironia autora oraz czarny humor na miarę Kurta Vonneguta. Śmiech Kaina to jednak śmiech gorzki. Autor rozbawia, równocześnie zadając szereg trudnych pytań i proponując czarne scenariusze. Poza Vonnegutem czytelnik w książce usłyszy prawdopodobnie echa Lovecrafta, Dicka czy Gombrowicza.

Książka nie jest długa, a dzięki wartkiej akcji i lekkiemu pióru autora można przeczytać ją w jeden dzień. Szczerze polecam!

Strony