Subiektywnie

Karaibska krucjata. Płonący Union Jack - Marcin Mortka

Na znajomych wodach

Małgorzata Karoń

Było ich trzech. Czarujący perfekcjonista bez poczucia humoru, za to z poczuciem honoru rozrośniętym jak dorodny prawdziwek. Rzutki człowiek czynu, ucieleśnienie tężyzny ze skłonnością do popadania w bitewny szał. No i główny bohater. Wrócimy jeszcze do niego.

Marcin Mortka roztropnie wybrał sobie tematykę. Pierwszy odcinek znanego serialu pt. "Piraci z Karaibów" zawładnął wyobraźnią milionów w roku 2003. Nagle wszyscy (nawet ja) chcieli się fechtować, skakać po wantach i mówić: Avast, me hearties! czy jakoś tak. Karaibska krucjata. Płonący Union Jack" po raz pierwszy ujrzała światło dnia zaledwie dwa lata później. Piszę: zaledwie. Albowiem nie jest to książka, którą można machnąć na kolanie, odwołując się do doświadczeń własnych. Z racji tematyki (żeglarstwo oceaniczne w drugiej połowie XVIII wieku) powieść ocieka gęstą faktografią. Nie odróżniiłabym kliwra od foksztaksla, choćby mnie to miało kosztować życie. Niemniej, lubię, kiedy rzeczywistość faszerowana niezrozumiałymi słowami dobrze brzmi  - i wygląda na spójną. Dlatego doceniam żmudną zapewne robotę, którą z powodzeniem wykonał autor. Marcin Mortka jest autorem świadomym zalet swojego warsztatu. Podłączywszy się pod apetyczny temat (to nie żadna złośliwość. Był wszak w dobrym prawie przewidywać, iż "Karaibska..." przyciągnie wielbicieli piratologii stosowanej z siłą tajfunu) wybrał formułę, w której najwyraźniej czuje się mocny: lekkiej powiastki przygodowej.
To się nie mogło nie udać.

NF 7 (346) 2011

Cetnarowski rulez    

Tytuł mówi wszystko. Michał ostatnio zbiera owoce swojej dobrej pracy. W F&SF jako redaktor, teraz w NF jako autor. Jego Pustynia rośnie z najnowszego numeru Nowej Fantastyki pozamiatała jak się patrzy. To właśnie takich opowiadań szukam, czegoś nowego, może trochę trudniejszego, z wewnątrz. Takiej literatury chcę. Świetne opowiadanie, nie dostało szóstki na fantaście, bo ma jeden mankament związany z fantastyką – po prostu to nie jest opowiadanie fantastyczne!

Jak nas Maciej Parowski wbił w podłogę opowiadaniem Michała Cetnarowskiego, to musiał nam zaserwować coś na odtrutkę. Sztampowe aż do bólu (nie muszę dodawać, że to fantasy) opowiadanie Wiesława Gwiazdowskiego Margasz. Wykonanie w porządku, nic nie zgrzyta pomiędzy zębami przy czytaniu, natomiast końcówka opowiadania zupełnie od czapy. Zaczyna się w pewnym momencie, kiedy powinno się rozpocząć, akcja się pięknie toczy, w pewnym momencie się zamyka i tutaj powinien być koniec, ale nie, autor wymyślił, że wstawi nam jeszcze opowieść o gwardii przybocznej. Tylko po co?

Dział zagraniczny – trzech autorów, jeden mi znany, pozostałych dwóch niestety nie (na koniec okaże się, że dla jednego niestety, dla drugiego stety). Ten znany – Ian R. McLeod w opowiadaniu Druga podróż maga porusza jakże lubiane przeze mnie tematy boskie. Jak tu nie być zadowolonym, dobry autor (Wieki światła, Dom burz wydane w serii Uczta wyobraźni Wydawnictwa Mag), dobry temat, bardzo dobry warsztat. Nie ma jednak kompletu punktów, podobała mi się atmosfera opowiadania, ale zakończenie plus pewnie inaczej rozegrane tematy ściagnęły ocenę trochę w dół.

Ku mojemu zaskoczeniu najlepszym opowiadaniem zagranicznym w numerze został Standardowy zestaw samotności Charlesa Yu. Rewelacyjny pomysł, dobre wykonanie i proszę, wychodzi z tego świetnie czytające się, dające dużo do myślenia opowiadanie. Polecam. Autor przedstawiony właśnie teraz opowiadaniem, bo Prószyński i S-ka w sierpniu wydaje jego książkę. Nie muszę dodawać, że zostałem kupiony, znaczy się, na pewno kupię tę książkę.

SFFiH 7 (69) 2011

Mówiła mi babcia, nie oczekuj za wiele…    

Stary jestem, a taki głupi. Ocena numeru 69 jest najbardziej subiektywna z subiektywnych, tutaj nawet nie będę się silił na jakiś obiektywizm. Omawiając poprzedni numer napisałem, że dopiero w następnym numerze będziemy mieli porządny zestaw autorów. No i mamy, tylko co z tego? Tak się nastawiłem, że będzie świetny numer, bo znani mi już wcześniej Hałas, Baranowski i Kołodziejczak, chciałem poznać jak pisze Mortka i Pągowski. Opowiadanie Rusnaka czytałem w zbiorze Horyzonty wyobraźni 2010 i nie powiem, było jednym z lepszych w zbiorze oprócz opowiadań Maćka Musialika. Całość uzupełniają opowiadania niezłomnego Andrzeja Pilipiuka i debiutanta Krzysztofa Dybka. Całość wyglądała z zewnątrz na jakiś mistrzowski numer, taki do zapamiętania na lata, a tutaj mamy tylko dobrze. W porównaniu do numerów z początku roku, rewelacja, w porównaniu do moich oczekiwań, słabiutko, poprawnie, rzemieślniczo. Przykro mi się zrobiło jak przeczytałem całość. Przebijałem się przez numer i czekałem, czekałem na coś, co wbije mnie w fotel, a tu nic. Bardzo dobre rzemiosło. Tylko i aż.

Fantasy & Science Fiction 1 (5) Wiosna 2011


Powrót do źródeł, do dobrego początku.

Cieszę się, że Konrad Walewski wraz z Powergraphem wprowadził w końcu do Polski Fantasy & Science Fiction. Przy takim zasobach macierzystego czasopisma i bardzo dobrej robocie Michała Cetnarowskiego w dziale polskim powinien to być właściwie samograj.
Różnie to wcześniej bywało, ale piąty numer Fantasy & Science Fiction to powrót do początku. Pierwszy numer był rewelacyjny, potem, z numeru na numer było gorzej. Piąty numer jest odbiciem się od dna, odbiciem bardzo wysoko. Od razu dodam, że większość czasopism życzyłoby sobie takich stanów średnich, jak wyglądało dno w F&SF.

Opowiadania.

Antologia - Księga wojny


Antologia – moja miłość  

Aleksander Kusz

Uwielbiam antologie, kocham antologie, zwłaszcza opowiadań fantastyczno-naukowych. Według mnie (ostatnio w Nidzicy dowiedziałem się, że parę innych osób, mądrzejszych ode mnie też tak uważa) opowiadania to jest najlepsza forma literacka (baranek twierdzi, że szort, ale tutaj jeszcze dyskutujemy). Więc jeżeli mam możliwość dostać w książce zestaw opowiadań różnych autorów, to zawsze się na to piszę.

Mamy w Polsce dobre tradycje w wydawaniu antologii, dobre lata zaczęły się od antologii redagowanych przez Zbigniewa Przyrowskiego w Naszej Księgarni, przez serię Stało się jutro także wydanych przez Naszą Księgarnię, antologie autorów demoludów z Wydawnictwa Poznańskiego, do serii KAW-u Spotkanie w przestworzach. Potem przyszły lata chude - było parę antologii w latach dziewięćdziesiątych, w większości podsumowujących, ze sławną Jawnogrzesznicą wydaną w Przedświcie.

Po roku 2000 znowu zaczęły się dobre lata. Fabryka Słów rozpoczęła wydawanie antologii „swoich” autorów. Początkowe antologie były bardzo dobre. Małodobry, Demony, Deszcze niespokojne, potem niestety było już gorzej. Antologie wydawały także inne wydawnictwa, w tym Supernowa czy Runa. Ta ostatnia wydała dotychczas dwie bardzo dobre: Księgę smoków i dwutomową Księgę strachu.

Obecnie Runa wydała swoją trzecią antologię: Księgę wojny, w takich samych przedziwnych wymiarach 160x240 i bardzo dużymi literami, prawie jak kiedyś w serii Duża czcionka Prószyńskiego. Skład autorów może wbić w ziemię, nic, tylko siadać i czytać.

Niestety jak to zwykle ze zbyt dużymi oczekiwaniami bywa, rozczarowanie potrafi przyjść bardzo szybko. Obiecywałem sobie bardzo dużo po niej, kupiłem ją zaraz po wydaniu, przełożyłem na początek kolejki, natychmiast przeczytałem i… jest dobrze, poprawnie, ale nie bardzo dobrze, rewelacyjnie jak chciałem.

Gęba w niebie - Dawid Kain

Rzyczę fszystkim fszystkiego
Aleksandra Brożek

Co powstanie, jeśli antyutopijną wizję przyszłości połączymy z satyrą na religię, a potem okrasimy je dużą dozą absurdu? Powielające schematy tomiszcze czy prześmiewczy „majstersztyk”? W przypadku książki „Gęba w niebie” z pewnością należy mówić o tym ostatnim.

Dawid Kain, krakowianin, poza wyróżnioną w Igrzyskach Literackich „Gębą w niebie” ma już na koncie książkę „prawy, lewy, złamany” i zbiór opowiadań pt. „Makabreski”.

W najnowszej powieści autor wprowadza czytelnika w groteskowo przerysowany świat niedalekiej przyszłości. Polska, XXI wiek. Na pierwszy plan wychodzi dwóch bohaterów. Najpierw poznajemy Filipa Kamińskiego, sprzedawcę osobliwych dewocjonaliów, który jeszcze w dzieciństwie obiecał Bogu, że się z nim policzy. Przyjaciel Filipa, Jan Ziemiański, to niespełniony autor, który otrzymawszy odpowiedź odmowną od kolejnego potencjalnego wydawcy, „zamarł nagle w bezruchu pośrodku Rynku Głównego, stojąc na lewej nodze, prawą dłonią trzymając się nie wiedzieć czemu za lewe ucho”. Obaj panowie spotykają samozwańczego demiurga, „króla śmieci” – Marka Danielewskiego. Jak już wspomniałam, „Gęba w niebie” to kolejna książka na polskim rynku, kpiąca z polskiego katolicyzmu i to nieraz w sposób dość brutalny, na przykład poprzez nazwanie Jezusa pierwszym mężczyzną, który „własną matkę rozdziewiczył”. Religia nie jest autorytetem w świecie, gdzie panuje konsumpcjonizm i daleko posunięta wolność obyczajowa.

Groteskowość zaistniałej rzeczywistości podkreślają niecodzienne pomysły i ironia autora oraz czarny humor na miarę Kurta Vonneguta. Śmiech Kaina to jednak śmiech gorzki. Autor rozbawia, równocześnie zadając szereg trudnych pytań i proponując czarne scenariusze. Poza Vonnegutem czytelnik w książce usłyszy prawdopodobnie echa Lovecrafta, Dicka czy Gombrowicza.

Książka nie jest długa, a dzięki wartkiej akcji i lekkiemu pióru autora można przeczytać ją w jeden dzień. Szczerze polecam!

SFFiH 6 (68) 2011

Nadchodzi moment ukazania się lipcowego numeru SFFiH, najwyższy więc czas, aby omówić poprzedni, czerwcowy. W dziale opowiadań ilościowo, z powody szortów, to rekordowy numer w tym roku. Łącznie dwanaście opowiadań, pięć dłuższych (chociaż tekst Kaczmarka, to taki trochę większy szort) i aż siedem forumowych króciaków.

Numer otwiera najdłuższe w zestawie, opowiadanie miesiąca Aleksandry Janusz – Powrót do Port Sand. Bardzo dobre. Wciąga, aż chce się czytać i czytać. Aleksandra Janusz autorka powieści Dom wschodzącego słońca, wydanej w Runie w 2006 roku (w zapowiedziach drugi tom Miasta magów) powraca do stworzonego przez siebie świata w najnowszym opowiadaniu. Szkoda tylko, że tak rzadko to robi. Chciałoby się więcej.

Marcin Wełnicki w opowiadaniu Worthington zaprasza nas do swoistych, afrykańskich klimatów. Przyjęło się, żeby pisać o Afryce w specyficzny, klimatyczny sposób. Duchy, niesamowitość, tajemnica. Tutaj mamy podobnie, niestety, ale daleko mu do najlepszego ostatnio opowiadania afrykańskiego, czyli Jadu Piskorskiego. Z Marcinem to mam problem, młody zdolny, jak już rozpoczął wydawanie swoich utworów to końca nie widać, zazdrość bierze, zaczynam się jednak przekonywać, że nie jestem piszczącą fanką Marcina. Dla niego to może i dobrze.

W nocy Tomasza Kaczmarka przeczytałem i zapomniałem. Niestety i tak bywa, natomiast Milion wersji ludzkiego losu Tomasza Kiliana mocno mnie zaintrygowało, umie chłopak pisać, nie pisze pod publiczkę, jego twórczość to zazwyczaj trudniejsze w odbiorze utwory. Autor na pewno jest wart zapamiętania.

Nowa Fantastyka 06/2011

Nadszedł czas mojego subiektywnego debiutu.

Na tapetę wziąłem sobie czerwcowy numer Nowej Fantastyki. Redakcja wiedziała, że po bardzo dobrym (bo jednak z kilku powodów nie mogę tutaj użyć słowa: rewelacyjnym) numerze majowym z Wojnarowskim, Wattsem i Troy-Castro raczej nie będzie w stanie utrzymać poziomu. No i nie utrzymała, numer jest słabszy.

Literacko:

Tutaj maksyma, że ilość nie przechodzi w jakość spełniła się w pełni. Tam było tylko jedno opowiadanie Wojnarowskiego, rewelacyjne, klimatyczne, po przeczytaniu którego, jak się dowiedziałem, że Wojnarowski wydaje zbiór opowiadań ze świata Bezsenności, pod tytułem Miraż w Narodowym Centrum Kultury, to natychmiast wpisałem ją na listę zakupów. Tutaj mamy dłuższe opowiadanie fantasy Macieja Zembatego Amnezja, Niestety słabsze, wtórne, prawie jak cała fantasy. W tym przypadku reklama książki Zembatego zamieszczonego obok opowiadania nic nie dała, Na pewno jej nie kupię. Następnie mamy coś, na widok czego serce każdego miłośnika krótkiej formy mocniej bije - zestaw szortów, które w Nowej Fantastyce nazywają miniaturami literackimi. Na pierwszy ogień idzie opowiadanie Grzegorza Janusza Ssen, bardzo dobre, zawrotne, pomysłowe, najlepsza polska rzecz w numerze. Następne szorty cierpią niestety na syndrom MP, przede wszystkim forma, zamysł przerosły treść i wykonanie. Zarówno dwa opowiadania Pawła Korzucha, jak i jedno Michała Cholewy nie zapadły mi w pamięć, oprócz ogólnego wrażenia, że to nie jest to co Tatusie Muminków lubią najbardziej.

Subiektywnie

Subiektywnie. Przedstawia dokładnie to co opisuje nazwa - subiektywne opinie na temat książek, czasopism. Recenzje, krótkie omówienia, eseje, po prostu wszystko. Bez ograniczeń w znakach.

Zainteresowanych współpracą zapraszam do przesyłania tekstów na adres akusz@szortal.com. Chciałbym zebrać stałą ekipę współpracowników, recenzentów. Będziemy omawiać zarówno nowości przesłane przez wydawnictwa, jak i starsze rzeczy, takie, obok których nie można przejść obojętnie.

Strony