Subiektywnie

Templariusze na wojnie 1120 – 1312 – Paul Hill

I bez Pana Samochodzika?

Hubert Przybylski

Świadomie nawiązałem do głównego bohatera najbardziej znanego cyklu powieści Zbigniewa Nienackiego*, gdyż naszą wiedzę o templariuszach czerpiemy przeważnie z popkultury**. Ostatnimi czasy boom na templariuszy wydawał się być ździebko zagłuszony przez wikingomanię i nawet serial telewizyjny tego nie naprawił***. Ale fakt, że w kulturze masowej rycerze Zakonu Świątyni leżą pokonani, nie oznacza, że to samo dzieje się w sferze nauki. Najlepszy tego dowód to książka „Templariusze na wojnie 1120 – 1312” Paula Hilla, którą Wam, najdrożsi moi Szortalowicze, za chwilę omówię.

Ale najpierw należałoby wyjaśnić czytelnikom z wykształceniem gimnazjalnym, kim byli templariusze. W bardzo wielkim skrócie: to założony w okolicach 1119 roku zbrojny Zakon Ubogich Rycerzy Chrystusa i Świątyni Salomona, którego głównym „celem statutowym” była obrona pielgrzymów na terenie Ziemi Świętej. Jego członkowie, bracia rycerze i bracia serwienci, zasłynęli dzięki niezwykłej odwadze, religijności, bardzo wysokiemu poziomowi wyszkolenia wojskowego i surowej dyscyplinie****. Stanowili niepoślednią siłę, elitarną, pancerną pięść niemal każdej chrześcijańskiej***** armii, a swoją postawą na polu walki sprawiali, że bali się ich wszyscy. Kres ich istnienia nastąpił niedługo po upadku Jerozolimy i państw Outremer (frankijskie państewka pozakładane na Bliskim Wschodzie na fali krucjat) wskutek knowań francuskiego króla, który był im winien ogromne sumy pieniędzy. Po ich upadku przez stulecia jeszcze krążyły legendy o gigantycznych, pochowanych po kątach skarbach, posiadaniu Arki Przymierza czy uwikłaniu w czarną magię, co znalazło ujście w kulturze masowej drugiej połowy XX wieku.

Bodycount – Kevin Eastman, Simon Bisley

Żółwie na ostro

Maciej Rybicki

Wojownicze Żółwie Ninja bez dwóch zdań należą do najbardziej znanych postaci amerykańskiej komiksowo-kreskówkowej popkultury lat 80. i 90. Utarło się jednak patrzyć na nie jak na produkt adresowany przede wszystkim do młodszego odbiorcy. Trudno się temu faktowi dziwić, marka rozwinęła się bowiem przede wszystkim w tym kierunku. Warto jednak pamiętać, że oryginał stworzony przez Kevina Eastmana i Petera Lairda był przykładem komiksu surowego, bezkompromisowego, charakterystycznego dla wydawniczego podziemia. Okazuje się jednak, że można pójść krok dalej – ot np. parując jednego z oryginalnych scenarzystów z Simonem Bisleyem.

Biz jest w środowisku komiksiarzy, szczególnie w Polsce, postacią niemal kultową. Rysownik znany choćby z prac nad „Lobo” czy „Slainem” zdobył grono wiernych fanów dzięki unikatowemu stylowi, bardzo agresywnemu, przerysowanemu, pełnemu przemocy, ale i absurdalnego humoru. Szczyt jego popularności przypadał na połowę lat 90.… i dokładnie z tego okresu pochodzi „Bodycount” – absolutnie zakręcony komiks, na łamach którego Bisley przedstawił swoją interpretację graficzną przygód Żółwi… no, w zasadzie jednego z nich. Bohaterami napisanej przez Eastmana historii są bowiem Rafael, najbardziej zawadiacki z czwórki gadzich wojowników, a także Casey Jones, kolejny z samozwańczych pogromców zła stworzonych przez duet Eastman&Laird. Duet, który gwarantuje solidną porcję mordobicia, czyli materiał wręcz wymarzony dla Bisleya.

Stan Lee. Człowiek-Marvel – Bob Batchelor

Dom Pomysłów i jego twórca

Jagoda Wochlik

Właściwie nie wyobrażamy sobie dziś, by w kinie nie ukazał się choćby jeden film superbohaterski w roku. Herosi popkultury stali się stałym elementem naszej kultury. Kręci się o nich filmy, tworzy komiksy, poświęca się im poważne rozprawy naukowe. Tymczasem gdy Stan Lee tworzył Fantastyczną Czwórkę, swoją pierwszą dojrzałą drużynę superbohaterów, która paradoksalnie ponosi w kinie porażkę za porażką, komiksy uważano za rozrywkę dla dzieci. Lee bardzo cierpiał z tego powodu. Myśląc już o odejściu z pracy, napisał nie taki scenariusz, jakiego spodziewało się szefostwo, ale taki, który sam chciałby przeczytać. I tak Fantastyczna Czwórka zrewolucjonizowała komiksowy świat.

Powiedzieć, że „Stan Lee. Człowiek-Marvel” jest biografią, to w zasadzie wprowadzić czytelnika w błąd. Niewiele bowiem znajdziemy w tej książce faktów z życia legendarnego twórcy komiksów. Bob Batchelor skupił się raczej na powstaniu i rozwoju Marvela oraz wpływie, jaki miał na ten proces Stan Lee.

Książka jest niestety bardzo nierówna. Właściwie trzy czwarte tekstu Batchelor poświęca latom 60., 70., 80. Dokładnie omawia powstanie Fantastycznej Czwórki, Hulka, Iron Mana, bardzo dużo pisze o postaci Spider-Mana. Natomiast przez czasy, które mogłyby być równie ciekawe, czyli lata 90. i pierwszą dekadę XX wieku, kiedy właściwie rozwija się kino superbohaterskie, zaledwie się prześlizguje. Poświęca masę miejsca wykształcaniu się Marvela jako jednej z pobocznych gałęzi wydawnictw zainteresowanego przede wszystkim wypuszczaniem na rynek magazynów pulpowych, a kupno firmy przez Disneya zamyka w kilku zdaniach. Tymczasem proporcje między życiem Stana Lee i historią komiksu powinny być lepiej wyważone.

Transmetropolitan Tom 4 – Warren Ellis, Darick Robertson

Pająk partyzant

Marcin Knyszyński

Przed nami już czwarty, przedostatni tom „Transmetropolitan” – opowieści o perypetiach futurystycznej wersji słynnego Huntera S. Thompsona, który walczy o Prawdę. Pająk Jeruzalem, cyniczny i bezkompromisowy dziennikarz, który popadł w konflikt z „Uśmiechniętym” – nowo wybranym prezydentem Stanów Zjednoczonych – ma mocno przerąbane. Warren Ellis zaczyna przygotowywać grunt pod wielki finał i wszystko wskazuje na to, że w ostatniej bitwie nikt nie będzie brał jeńców.

W trzecim tomie Pająk wraz ze swoimi „paskudnymi asystentkami” musiał szybko uciekać przed zemstą prezydenta. Zniknął, schował się gdzieś i planuje odwet. Niby go nie ma, a jego wpływy wydają się większe niż kiedykolwiek. Wszyscy mówią o zwolnionym ze „Słowa” niepokornym dziennikarzu – unieśmiertelnia go internet i powszechnie dostępne środki przekazu. Pająk nawiązuje kontakty z „Dziurą”, czyli półlegalną stroną internetową, na której może nadal publikować swoje artykuły. Wciąż wbija szpile „Uśmiechniętemu” i jest w o tyle lepszej sytuacji, że nie ogranicza go żaden redaktor naczelny. Pająk pisze to, co chce – to, co było do tej pory jego pracą, staje się misją.

Czwarty tom „Transmetropolitan” ma bardzo podobny układ jak poprzednie. Obok dwóch kilkuczęściowych historii, popychających do przodu główny wątek całej opowieści, pojawiły się również pojedyncze odcinki, będące reportażami Pająka. Bohater wie, że ma więcej swobody i mocy niż wcześniej, zatem musi mieć pewność, że to, co pisze, może cokolwiek zmienić. Zajmuje się więc nie tylko tematami związanymi z prezydentem-potworem, lecz również trudnymi i zamiatanymi pod dywan problemami społecznymi. Jest dziecięca prostytucja, przemoc na ulicach, szaleńcy, dla których nie ma miejsca w szpitalach psychiatrycznych i bezdomni, wyrzucani przez policyjne czołgi z nielegalnie zajmowanych pustostanów.

Superman. Action Comics #1000 – różni twórcy

O Supermanie! Mój Supermanie!

Marek Adamkiewicz

W zeszłym roku Supermanowi stuknęła osiemdziesiątka. Choć Człowiekowi ze Stali daleko jeszcze do emerytury, to tak piękny jubileusz bezsprzecznie zasługuje na godne uhonorowanie. Doskonałą okazją ku temu stała się premiera tysięcznego zeszytu kultowej dla komiksiarzy serii „Action Comics”. Oba wydarzenia zostały odpowiednio wyróżnione, a my, czytelnicy, otrzymaliśmy specjalny, okolicznościowy album, który w oryginale ukazał się jako regularny zeszyt, lecz w specjalnej, powiększonej objętości, a w Polsce wydany jest w standardzie znanym z innych komiksów o Supermanie prezentowanych w ramach „Odrodzenia”.

Specjalny numer „Action Comics” przynosi hołd dla bohatera, który od ośmiu dekad nieustannie ratuje nie tylko Metropolis, ale i cały świat. Na kartach tego wydania znajdziemy jedenaście opowieści, w których różni twórcy próbują oddać istotę Supermana. Dowiemy się między innymi w jaki sposób miasto chce podziękować swojemu obrońcy za lata bezinteresownej służby, przypomnimy sobie, że działalność Człowieka ze Stali to przede wszystkim inspiracja do bycia lepszą osobą, a także poznamy wpływ, jaki bohater wywiera nie tylko na zwykłych ludzi, ale i na swoich przeciwników.

Postawmy sprawę jasno – tysięczny numer „Action Comics” to laurka. Nie ma tu miejsca na odcienie szarości, nie doświadczymy też ujęcia tematu w stylu snyderowskim (mowa o Zacku). Superman nie jest tu kimś, nad kogo motywacją można by debatować. On jest dobry. Jest nieskalanym obrońcą ludzkości i basta! Trudno było jednak spodziewać się innego rozwiązania. Numer jubileuszowy to ani czas, ani miejsce na dekonstrukcję mitu superbohaterskiego. Zresztą czy Człowiek ze Stali w ogóle takowej potrzebuje? Sądząc po odbiorze filmu „Batman v Superman”, można mieć w tej materii pewne wątpliwości.

Hellboy Tom 6. Burza i pasja. Piekielna narzeczona. – Mike Mignola i inni

Ku przeznaczeniu

Marcin Knyszyński

„Hellboy. Burza i pasja. Piekielna narzeczona” to szósty i ostatni tom zbiorczej edycji przygód czerwonego diabła. Mówię oczywiście o podstawowej serii „Hellboya”, liczącej pięćdziesiąt siedem odcinków. Nie jest to w żadnym wypadku pożegnanie z bohaterem, o czym wspomnę później. Zobaczmy zatem co słychać u piekielnego chłopca, który pod koniec piątego tomu dowiedział się dokładnie, jakie jest jego przeznaczenie. Podąży ku niemu, czy wybierze inną drogę?

Zmagania Biura Badań Paranormalnych i Obrony z plagą żab powoli zmierzają ku punktowi kulminacyjnemu. W tym samym czasie Hellboy uporać się musi nie tylko z nadchodzącym końcem świata, jaki znamy, ale i z własnym – chyba że znajdzie sposób na ucieczkę od przeznaczenia. Czy naprawdę musi zostać Bestią Apokalipsy na czele gigantycznej armii? Czy to jedyny sposób, aby pokonać przerażającą Nimue? Czy musi użyć Excalibura wyciągniętego z kamienia (na razie zawiniętego w hotelowy ręcznik i wrzuconego do bagażnika) i powołać do „życia” hordę nieumarłych złożoną ze „szlachetnych martwych Brytanii”? Czy będzie w stanie żyć ze świadomością tego, co zrobił? Ba, czy w ogóle przeżyje?

Odrodzenie. Tom 5: Wezbrane wody – Tim Seeley, Mike Norton

Rzeczy, które robisz w Wausau, będąc martwym

Marek Adamkiewicz

Przy okazji dłuższej komiksowej serii bardzo często zdarza się moment, w którym twórcy (zwłaszcza scenarzysta) łapią lekką zadyszkę. Krążenie dookoła jednego tematu powoduje sytuację, w której trudno powiedzieć o nim coś nowego, co utrzyma uwagę czytelników. Takie chwile spadku formy zdarzają się często w okolicy środka cyklu, kiedy pozostało jeszcze trochę czasu do zaprezentowania ostatecznych fabularnych rozwiązań, ale też gdy wiemy już mniej więcej, o co w tym wszystkim chodzi. Piąty tom „Odrodzenia” plasuje się właśnie w połowie długości całości, ale, o dziwo, nie widać w nim żadnych symptomów zmęczenia materiału.

Otoczone kordonem miasteczko Wausau jest odizolowane od świata. Jego mieszkańcy nie mogą nigdzie wyjeżdżać, ale do tej pory nikt nie próbował dostać się do środka. Tymczasem grupce ludzi, wierzących w magiczne właściwości okolicznych wód, dzięki pomocy lokalnych przemytników udaje się wjechać w jego granice. Z kolei nasi starzy znajomi mają własne kłopoty. Dana Cypress chce ukarać mężczyznę, który próbował skrzywdzić jej syna, a Martha odkrywa, że mimo faktu, że powróciła zza grobu, może nosić w sobie nowe życie.

Batman. Metal. Tom 1: Mroczne dni – Scott Snyder, James Tynion IV, Greg Capullo i inni

Mroczny kryzys

Marek Adamkiewicz

Każdy, nawet słabiej zorientowany fan trykociarstwa, kojarzy instytucję dużego komiksowego eventu. Zazwyczaj przedstawia on fabułę o olbrzymim rozmachu, przedstawiającą zagrożenie o skali nie tylko globalnej, ale wręcz kosmicznej. W DC Comics takich opowieści było do tej pory wiele, a najbardziej znane z nich to chyba kolejne „Kryzysy”, czyli „Kryzys na Nieskończonych Ziemiach”, „Nieskończony kryzys” oraz „Ostatni kryzys”, które mieliśmy zresztą okazję przeczytać po polsku. Wszystkie te historie łączył wspólny element – tak zwane Multiwersum, światy istniejące obok naszego. Tamte komiksy porządkowały wydarzenia na różnych Ziemiach, teraz zaś twórcy dorzucili do tej koncepcji coś nowego. Mowa o Mrocznym Uniwersum, z którego do naszego świata przybywa niespotykane dotąd niebezpieczeństwo.

Batman odkrywa, że na naszym świecie istnieją tajemnicze rodzaje metalu. Cztery różne odmiany poznał już w przeszłości i takie spotkania zawsze miały nieoczekiwane skutki. Teraz okazuje się, że jest jeszcze jeden kosmiczny metal, którego użycie może otworzyć drzwi do mrocznego multiwersum. Jeśli do tego dojdzie, mogą zostać uwolnione potężne siły i potwory, które stanowią wynaturzenie wszystkiego, co znamy. Batman próbuje powstrzymać katastrofę, jest też przekonany, że to właśnie on musi tego dokonać, nawet za cenę własnego życia.

Openminder – Magdalena Świerczek-Gryboś

Anna Szumacher

Uwolnij umysł, ożyw mecha

Kiedy po raz pierwszy usłyszałam, że powstaje książka o nastolatkach w mechach, moje wewnętrzne młodociane ja zaczęło podskakiwać i wrzeszczeć: Tak, tak, wybierz mnie! Nie da się ukryć, moje dorastanie związane było z facetami, którzy utleniali się, kiedy byli poirytowani i piętnastolatkami pilotującymi wielkie roboty. Nikt nie mówił, że będzie łatwo… ale wracając do meritum: nastolatki w mechach. „Openminder”. Magdalena Świerczek-Gryboś.

Oto świat w 2076 roku, podzielony na „dziki” Wschód i „ucywilizowany” Zachód. Ci pierwsi siedzą za murem, czczą starych bogów (czyli w tym wypadku Chrystusa, Allaha itd.) i zachowują się jak dzikusy, kierowani emocjami i popędem. Krótko mówiąc, są nami. Ci drudzy, z Zachodu, są szczepieni przeciwko złu i nie mogą dopuścić się żadnej formy przemocy, ponieważ blokowani są przez, nazwijmy to, nadpisany program ich osobowości. Podobny pomysł pojawił się już w „Powrocie z gwiazd” Stanisława Lema, który nie jest zresztą autorce obcy – czerpie z jego twórczości pełnymi garściami. Tak samo jak z japońskiej animacji, szczególnie serii „Neon Genesis Evangelion”, co tworzy dosyć wybuchową mieszankę.

Do fabularnego Zachodu należy również Polska, do pewnego stopnia odbudowana po wojnie. Ludzie egzystują głównie w nowoczesnych aglomeracjach pod ziemią, inni wiodą w miarę normalne życie na wsi – może pomijając blokadę negatywnych akcji. Tutaj nie ma ani agresji, ani bogów, życiem ludzi kieruje dobrozmysł. Wschód wydaje się mieszkańcom Zachodu miejscem przeklętym, którego mieszkańców należy naprostować. Za wszelką cenę.

Nomen omen. Tom 1. Całkowite zaćmienie serca – Marco B. Bucci, Jacopo Camagni

Nomen Omen. Całkowite zaćmienie serca

Jagoda Wochlik

„Nomen omen” to opowieść stworzona przez duet włoskich twórców komiksów – Marca Bucciego i Jacopa Camagniego. Drugi z wymienionych wypłynął na szersze międzynarodowe wody, pracując dla Domu Pomysłów, między innymi nad „Hawkeye’em” i „Deadpoolem”. Przygotowując wspólny projekt, Bucci i Camagni zdecydowali się na serię fantasy dla nastoletnich czytelników.

Rebecka właśnie wkracza w dorosłość. W trakcie swojego przyjęcia urodzinowego zostaje zaatakowana przez dziwną istotę, która wyrywa jej serce. Od tego momentu dziewczyna zaczyna mieć dziwne sny.

Trudno w zasadzie powiedzieć cokolwiek istotnego o „Całkowitym zaćmieniu serca”, gdyż komiks ten absolutnie niczym się nie wyróżnia. To przeciętniak, zarówno pod względem scenariuszowym, jak i rysunkowym. Niewątpliwie w pomyśle tkwi pewien potencjał, ale po lekturze pierwszego tomu trudno powiedzieć czy zostanie on wykorzystany, czy też zmarnowany. W ogóle trudno jest cokolwiek powiedzieć… Niewiele, prawie nic, nie dowiadujemy się o bohaterach, świecie przedstawionym, fabuła też zostaje ledwo zarysowana. Owszem, wykorzystanie mitycznych i baśniowych oraz literackich postaci i umieszczenie bohaterki w świecie, w którym od początku informuje się ją, że musi postępować zgodnie z regułami baśni, wydaje się interesującym zabiegiem, ale nie dostajemy wiele więcej.

Jeśli chodzi o ilustracje, to bardzo ciekawy efekt dało podzielenie narracji na te strony, które są szare i oddają sposób widzenia świata przez bohaterkę, której choroba nie pozwala dostrzegać kolorów i te kolorowe, które obrazują jej marzenia senne, świat baśni oraz aury magicznych istot.

Podsumowując, „Nomen omen” niewątpliwie posiada pewien potencjał, po pierwszym tomie jednak trudno określić czy nie zostanie on zmarnowany. Bowiem komiksowi  Bucciego i Camagniego równie blisko do całkiem niezłej historii, jak do totalnego przeciętniaka, którego zapomina się zaraz po lekturze. Nie spisywałabym jednak jeszcze „Nomen omen” na straty. Poczekamy, zobaczymy.

Strony