Subiektywnie

Batman. Noc Ludzi Potworów – Steve Orlando, Riley Rossmo, Roge Antonio, Andy MacDonald

Potwornie słabe potwory

Marek Adamkiewicz

Spoglądając na dzisiejszą wersję Batmana, trudno się oprzeć wrażeniu, że bohater nie przeżywa najlepszego okresu w swojej historii. Wydawane w ramach „Odrodzenia” battytuły raczej nie porywają, skręcając często w stronę wyjątkowo niewymagającej pulpy oraz stawiając na akcję kosztem mroku i detektywistycznego zacięcia bohatera. Zarówno obecna, jak i poprzednia linia wydawnicza DC Comics nie zawiera ponadto takiej opowieści z Nietoperzem w roli głównej, która za kilka lat mogłaby aspirować do miana klasyki. Szansy na poprawę należałoby prawdopodobnie upatrywać w miniseriach i crossoverach. Do tych drugich należy „Noc Ludzi Potworów” – pierwsze takie wydanie w ramach „Odrodzenia”.

Nad Gotham City nadciąga burza stulecia. Możliwa jest klęska żywiołowa na skalę, jakiej miasto jeszcze nie widziało. Podczas gdy Batman i jego drużyna zbierają siły, by w czasie kryzysu nieść pomoc mieszkańcom, na ulicach zaczynają grasować cztery potwory. Nikt nie wie, skąd się wzięły, ale w obliczu zniszczeń, jakie przynosi ich przemarsz, Mroczny Rycerz i jego towarzysze są zmuszeni do zmiany priorytetów i podziału zadań – część bohaterów zajmuje się ewakuacją ludzi z zagrożonej metropolii, podczas gdy reszta bierze na cel potwory. Wszyscy zaś muszą działać szybko, ponieważ monstra z każdą godziną rosną w siłę i dewastują coraz większe tereny.

Podstęp Hetytów – Sylvain Runberg we współpracy z F. Miville-Deschênesem

Cel wciąż za horyzontem

Marek Ścieszek

Nie zawsze jest tak, że mnogość wątków dodaje opowieści atrakcyjności. Bywa, że w gąszczu pomysłów gubi się fabuła. Słabszą stroną pierwszej części „Podbojów” był właśnie scenariusz: nazbyt urozmaicony, zbudowany na elementach zaczerpniętych z różnych epok historycznych, a także mitologii ludów geograficznie oraz historycznie od siebie odległych. Niezaprzeczalnie mocna była strona graficzna „Hordy żywych”. Twórcy stanęli na wysokości zadania, przekazując czytelnikom coś przyciągającego uwagę pięknem, wzbudzającego zachwyt na tyle silny, aby osłabić minusy. W „Podstępie Hetytów”, drugiej części cyklu, proporcje zaczęły się wyrównywać, przy czym wizualnie wszystko pozostało po staremu, czyli na bardzo wysokim poziomie.

Suicide Squad. Legion Samobójców Tom 1: Czarne Więzienie – Rob Williams, Jim Lee i inni

Towarzyskie występy w Rosji

Marek Adamkiewicz

Zeszłoroczna kinowa wersja przygód Suicide Squad okazała się sporą artystyczną porażką. Swoje jednak zarobiła, bo co jak co, ale poszczególne elementy grały w niej całkiem przyzwoicie. Zabrakło przede wszystkim dobrego scenariusza, co w przypadku tematu o takim rozrywkowym potencjale jest prawdziwym horrorem. Podobnie rzecz miała się z komiksowymi przygodami Legionu w „Nowym DC Comics” – Egmont wydał tylko dwa tomy zbiorcze tej serii, rezygnując z jej dokończenia. Może więc kolejne podejście do drużyny superłotrów, tym razem w ramach „Odrodzenia”, wykorzystało w pełni jej możliwości?

Członkowie Legionu Samobójców zostają wysłani do Rosji, gdzie mają zlokalizować i zneutralizować (lub przywieźć do domu) odnaleziony tam bliżej nieokreślony obiekt pochodzenia kosmicznego. Sprawa nie jest jednak tak prosta, jak mogłoby się początkowo wydawać, gdyż strzegą go nie tylko rosyjscy żołnierze, ale także tamtejsza wersja Oddziału Specjalnego X. Amerykańscy superłotrzy będą musieli zmierzyć się takimi przeciwnikami jak Gułag czy Tunguski. Ponadto, w ramach kilkustronicowych dodatków, dowiemy się co nieco o przeszłości kolejnych członków oddziału.

Po „Suicide Squad” chyba nikt nie spodziewa się czegoś więcej aniżeli prostej, emocjonującej rozwałki. Ten tytuł zawsze był czystą rozrywką, bez absolutnie żadnych dodatkowych ambicji. Taki obraz zostaje utrzymany także w „Czarnym Więzieniu”. Same założenia fabularne, przedstawiające nam kolejną niebezpieczną misję, dają jasno do zrozumienia, że na kolejnych stronach największe znaczenie będzie miała akcja. Tak w istocie jest. Wszystko toczy się tu szybko, ze sporą dozą strzelania i mordobicia. Czy jednak całość jest odpowiednio emocjonująca? Tutaj można mieć akurat pewne wątpliwości, ze względu na przewidywalność fabuły. Nie jest to jednak zarzut zbyt dużego kalibru, bo „pościgi i wybuchy” zawarte na kartach albumu są efektowne, a poszukujący odmóżdżenia czytelnik będzie z tempa i charakteru tej historii zadowolony.

Poważnie zabawne, nieskończenie cytowalne – Terry Pratchett

Mała rzecz, a cieszy

Anna Szumacher

Kiedy kurier wręczył mi paczkę z recenzowaną poniżej książką, miałam poważne wątpliwości, czy coś w ogóle jest w środku. Lekkie jak piórko, rozmiarów niepozornych... Cóż, prawdziwe jest twierdzenie, że rozmiar nie zawsze ma znaczenie.  

Chodzi o małpy. Tak naprawdę zawsze chodzi o małpy – nie mylić z małpisz... ekhm, bo za takie określenie pewien zwykle spokojny Bibliotekarz wepchnie wam łokcie przez gardło. Wasze własne. Słowa zmieniają nas z małp w ludzi, choć – pewnie – lepiej być ewoluującą małpą niż upadłym aniołem. Jeśli osiągnęliśmy już odpowiedni poziom abstrakcji, możemy przejść do recenzji.

„Poważnie zabawne, nieskończenie cytowalne” to nieduża, zielona książeczka, w której zgromadzone zostały cytaty Mistrza. Są podzielone tematycznie, dlatego w ramach zmiennego nastroju możemy wybierać sobie myśl dnia z konkretnej kategorii: „Ludzka natura”, „Romans”, „Wykształcenie i mądrość”, „Sukces”, „Życie i śmierć”, „Zwierzęta”, „Religia”, „Polityka” oraz „Słowa i pismo”. Da się ten zbiór czytać w dowolny sposób; od początku do końca, od końca do początku, zaczynając ze środka, losowo albo do góry nogami. Ta ostatnia wersja ułatwia czytanie, jeśli i czytelnik, i książka zostaną odwróceni.

Niektórzy pewnie powiedzą, że to wyciskanie pieniędzy od nieutulonych w smutku fanów. Pewnie coś w tym jest, ale – szczerze – istnieją głupsze rzeczy, na które można wydać pieniądze. Na przykład na wizytę w szpitalu, gdy nazwie się pewnego Bibliotekarza małpiszo... O czym to ja...? A tak, o książce. Na stu dwudziestu ośmiu stronach znalazło się w sumie nieco ponad sto cytatów pochodzących głównie ze  Świata Dysku, „Dobrego omenu”, „Nomów księgi kopania”, ale też z wystąpień Pratchetta czy jego wypowiedzi na stronie alt.fan.pratchett.

Superman Tom 1: Syn Supermana – Peter J. Tomasi, Patrick Gleason, Doug Mahnke i inni

Superrodzina

Marek Adamkiewicz

Na polskim rynku ukazują się obecnie trzy serie, w których Superman gra pierwsze skrzypce. Takiego bogactwa nie było u nas nigdy wcześniej, wydaje się więc, że  to świetna okazja, by odbudować zainteresowanie rodzimego czytelnika tą znakomitą postacią. Wersja bohatera z „Nowego DC Comics” cieszyła się na tyle niewielkim zainteresowaniem, że cykl został porzucony po trzech tomach zbiorczych. Pomysły Granta Morrisona nie okazały się dość zajmujące i fani nie wsparli jego wizji  swoimi portfelami. W „Odrodzeniu” Człowieka ze Stali powierzono między innymi Peterowi J. Tomasiemu, twórcy obeznanemu z postacią, a efekty jego pracy możemy podziwiać w wydanym we wrześniu pierwszym tomie „Supermana”, który sprawia nadspodziewanie dobre wrażenie.

Po śmierci Supermana mogło się wydawać, że dla świata nie ma już nadziei. Jednak ostatnią potyczkę bohatera obserwował inny Superman. Pochodzący ze zniszczonej Ziemi heros jest mądrzejszy i bardziej doświadczony od swojego poległego odpowiednika. Na walce z różnego rodzaju zagrożeniami zjadł zęby, wydaje się więc, że będzie doskonałym zastępcą dla największego superbohatera, jakiego do tej pory znał świat. Teraz, gdy pojawia się nowe zagrożenie – inny ocalały z Kryptona, obdarzona świadomością maszyna, pragnąca zasymilować wszystko, co ma w sobie odrobinę genomu z tej odległej planety – nadchodzi czas, by wyszedł z cienia i zajął miejsce, które dobrze zna – obrońcy ludzkości. Chce towarzyszyć mu syn, Jonathan. Młodzieniec zaczyna powoli objawiać moce podobne do ojcowskich, a nad niektórymi z nich trudno mu zapanować. By to zrobić, potrzebuje przewodnika.

Pudełko z guzikami Gwendy – Stephen King i Richard Chizmar

Prezent jak znalazł

Marek Ścieszek

Jak sprawić radość komuś, kto pochłania hurtowe ilości książek a jego ulubionym pisarzem jest Stephen King? Kupić mu w prezencie książkę tego właśnie autora, niekoniecznie dużą, aby drożyzną nie wprawiać w zakłopotanie. Magiczną, aby przy lekturze zapomniał o bożym świecie. Bajecznie wydaną, aby wzbudziła zachwyt natychmiast po rozpakowaniu. No i świeżo napisaną. Taka jest właśnie książka, a właściwie nowela, króla horroru, napisana do spółki z Richardem Chizmarem. Ukazała się u nas na krótko przed Świętami, idealna, aby sprawić komuś frajdę.

Kinga w Kingu jest tutaj naprawdę sporo, szczególnie jego nowszej wersji. Tej, która wyprodukowała „Historię Lisey”, „Rękę mistrza”, może nieco wcześniejszą od wymienionych „Rose Madder”. Magiczny klimat zastąpił przyziemną grozę większości książek króla horroru. Lecz jednocześnie akcję umiejscowił on w sztandarowym miejscu, osobistym, stworzonym przez siebie, zapełnionym postaciami oraz mnóstwem rozmaitych historii: w Castle Rock.

Exodus – Łukasz Orbitowski

Tam i z powrotem

Marek Adamkiewicz

Łukasz Orbitowski już dawno przestał być kojarzony przede wszystkim z horrorem. Owszem, od tego gatunku zaczynał, ale nawet w jego wczesnych powieściach groza była często pretekstem do snucia rozważań o ludziach i tym, co w nich siedzi. Najnowsze dokonania autora są już praktycznie całkowicie pozbawione pierwiastka fantastycznego (no, może z wyjątkiem finału „Szczęśliwej Ziemi”), ale czy jest to stary, czy nowy Orbitowski, jedno pozostaje niezmienne – jego proza potrafi dotrzeć do głębi duszy i poruszyć pewne jej struny. Nie inaczej jest z najnowszym dziełem pisarza. „Exodus”, jakkolwiek nie jest książką do końca przystępną, intryguje i nie pozostawia obojętnym.

Życie potoczyło się w taki sposób, że Janek musi uciekać. Nie bierze ze sobą prawie niczego poza gotówką, z której czyści swoje konto bankowe. Pozostawia całą resztę – karty kredytowe, komórkę, dowód osobisty. Musi zacząć wszystko od nowa. Mężczyzna potrzebuje odwrócenia się od przeszłości, odcięcia się od niej grubą kreską. Tylko czy to się uda? Czy przebywając w Niemczech, na Słowenii, a w końcu w Grecji, będzie w stanie zapomnieć o wszystkim, co wydarzyło się w Polsce i odnaleźć spokój? Podróż ma przynieść odpowiedzi na dręczące bohatera pytania i pomóc rozwikłać kwestię, czy będzie mógł jeszcze kiedyś powrócić do ojczyzny i pewnych niedokończonych spraw.  

Sandman. Noce nieskończone – Neil Gaiman

Siedmiu wspaniałych

Marcin Knyszyński

Pomiędzy styczniem 1989 roku i lutym 1996 w świecie komiksu panował „Sandman”. Seria złożona z siedemdziesięciu pięciu odcinków podbiła serca zarówno czytelników, jak i krytyków. Została obsypana nagrodami i zapisała się na zawsze w historii nie tylko komiksu, lecz po prostu literatury. Neil Gaiman postanowił wrócić po siedmiu latach do świata snów i w 2003 roku, wraz z siedmioma zaprzyjaźnionymi grafikami, stworzył kolejne arcydzieło – „Noce nieskończone”.

Głównym bohaterem „Sandmana” jest Morfeusz, zwany też Snem. To spersonifikowana idea marzeń sennych, czyli tego elementu ludzkiej egzystencji, który jest z nią związany od zarania dziejów. Morfeusz ma szóstkę rodzeństwa, razem stanowią rodzinę Nieskończonych. Są to uosobienia odwiecznych, starszych niż kosmos idei, archetypów i wzorców wpływających na życie wszystkich rozumnych ras we wszechświecie. To nie gaimanowscy bogowie – w Nieskończonych nie trzeba wierzyć, aby istnieli. Byli przed naszym wszechświatem i będą po jego końcu. Gaiman, poproszony o krótkie podsumowanie tego, o czym był „Sandman”, powiedział: „Władca snów odkrywa, że każdy musi się zmienić bądź umrzeć i dokonuje wyboru”.

Właśnie o tym przede wszystkim jest „Sandman”. Ta wspaniała opowieść o opowieściach zadaje pytanie o potrzebę istnienia niezmiennych wartości w nowoczesnym, nieustannie zmieniającym się świecie. Morfeusz i jego rodzeństwo uczłowieczają się coraz bardziej, zsuwają się z zajmowanego od zawsze piedestału. „Noce nieskończone” są powrotem do ich przeszłości, do prapoczątków wszelkiego istnienia, kiedy to rodzeństwo było całkowicie oderwane od ludzkich spraw. Były to byty prawdziwie nieskończone.

„Noce nieskończone” to zbiór małych komiksowych dzieł sztuki, siedmiu opowieści, do których scenariusze napisał sam Neil Gaiman. Każdy z odcinków, ilustrowany przez innego mistrza, opowiada o jednym z Nieskończonych.

Potter’s Field. Cmentarz Bezimiennych – Mark Waid, Paul Azaceta

Przywracanie pamięci i godności

Marek Adamkiewicz

Podczas gdy popularyzację komiksów superbohaterskich przejęło inne wydawnictwo, Mucha Comics skupiła się na powieści graficznej mniej typowej, nie tak bardzo mainstreamowej, i eksplorującej inne rejony rozrywki. Jednym z tytułów, które można do tej kategorii przypisać jest właśnie „Potter’s Field – Cmentarz bezimiennych”. Mark Waid i Paul Azaceta zaproponowali czytelnikowi wycieczkę do Nowego Jorku innego niż widziany w setkach kolorowych filmów. Wydanie albumu lekko się opóźniło, ale na dobre rzeczy warto czekać. Spojrzenie twórców na mroczne rejony miasta okazało się bowiem bardzo intrygujące.

Na peryferiach Nowego Jorku funkcjonuje cmentarz, na którym chowane są osoby o nieustalonej tożsamości, często ofiary niewyjaśnionych zbrodni. Pewien mężczyzna chce przywrócić tym ludziom imiona i opowiedzieć ich historię. Niejaki John Doe jest człowiekiem tajemniczym, nikt nie wie skąd przybył i dlaczego robi to, co robi. Dlaczego Doe wymierza pośmiertną sprawiedliwość i jaki jest cel jego misji? Co kryje jego przeszłość? To pytania, na które odpowiedzi chcą poznać niektórzy ze współpracowników anonimowego i samozwańczego dobroczyńcy umarłych.

„Potter’s Field” zwraca uwagę przede wszystkim oryginalnym pomysłem wyjściowym. Mark Waid zaprezentował nam bohatera bez przeszłości i imienia, którego praca, mimo swojej niecodzienności, jest zwyczajnie dobra. Nieznana pozostaje motywacja Johna Doe (w Stanach Zjednoczonych tych personaliów używa się w przypadku osoby o nieustalonym imieniu i nazwisku), tajemnicą jest także to, czy do działania skłoniły go jakieś wydarzenia z przeszłości – istotne, że dają mu  poczucie sprawiedliwości. Na początkowych stronach albumu śledzimy sposób postępowania bohatera, obserwujemy, jak dochodzi do prawdy o bezimiennych zmarłych i co robi, by przywrócić im tożsamość. To także w początkowej fazie albumu mamy okazję przeczytać jego najbardziej poruszający fragment, traktujący o przetrzymywanej w odosobnieniu dziewczynie, której bohater zwrócił imię.

Modyfikowany węgiel – Richard Morgan

Cybernoir

Marcin Knyszyński

Bardzo rzadko się zdarza, aby główny bohater ginął już w pierwszym rozdziale. A tu jednak ginie i nie jest to symulacja, sen czy prekognicja. Tak oto rozpoczyna się powieść Richarda Morgana, wznowiona właśnie przez wydawnictwo MAG. Takeshi Kovacs umiera podziurawiony pociskami, by w następnym rozdziale kontynuować swą opowieść. O co chodzi?

„Modyfikowany węgiel” to cyberpunk ze wszystkimi przynależnymi temu gatunkowi rekwizytami. Autor zbudował świat przyszłości, w której ludzkość zasiedliła już inne planety, a wymiana informacji (i nie tylko) odbywa się z nadświetlną prędkością za pomocą tak zwanego transferu strunowego. Kosmiczna skala kreacji Richarda Morgana zaznaczona jest jednak tylko mimochodem, ponieważ cała akcja dzieje się na Ziemi i przez prawie całą powieść w jednym mieście – Bay City. Weźmy wizję z „Neuromancera” Gibsona (ale bardziej przygodowo nakreśloną), dołóżmy do tego pomysł kopiowania osobowości i klonowania ciał z „Perfekcyjnej niedoskonałości” Jacka Dukaja (ale w bardziej rozrywkowej formie) i zalejmy to wszystko obrazem przeludnionego, rozkrzyczanego i rozświetlonego neonami miasta z „Blade Runnera” Ridleya Scotta. Będziemy mieli wtedy pewien obraz tego, czym jest powieść Morgana.

Strony