Subiektywnie

Miasto Świętych Mężów – Luis Montero Manglano

Pożegnanie Kawalerów Poszukiwaczy

Anna Szumacher

Wychowałam się na książkach przygodowo-podróżniczych. Juliusz Verne, „Tomki” Szklarskiego czy Winnetou towarzyszyli mi przez całe lata. Potem miałam dosyć długą przerwę na dogłębne badanie innych gatunków, aż do ręki w 2016 roku przykleiła mi się powieść „Stół króla Salomona” Luisa Montero Manglano. To o tyle istotne, że właśnie dotarliśmy do końca podróży opisanej w trylogii Poszukiwaczy. Czy była to podróż udana? Cóż, o tym za chwilę.

Głównym bohaterem całej trylogii jest Tirso Alfaro, gość taki jak ty czy ja. Nie ma specjalnie dobrych układów z rodzicami – jego ojciec pilot zginął w wypadku, a matka zdecydowanie więcej uwagi poświęca swojej karierze archeologa niż jedynemu synowi. Nie układa mu się w związkach, a i z pracą nie jest specjalnie dobrze. Z braku pomysłów na życie zatrudnia się w muzeum i właśnie przez to – a może dzięki temu – wpada do swoistej króliczej nory, w której zamiast gadających gąsienic i morderczej Królowej Kier trafia na tajemniczą organizację zrzeszającą Kawalerów Poszukiwaczy. Warto wyjaśnić, że Kawalerowie należą do Korpusu, a ten ostatni jest tajnym rządowym projektem Hiszpanii, którego celem jest odzyskiwanie zabytków zagrabionych przez inne państwa oraz osoby prywatne. Odzyskiwanie w dowolny możliwy sposób, zwykle niebezpieczny, nielegalny i łamiący prawa międzynarodowe, co tylko dodatkowo raduje członków Korpusu.

Tak wygląda zarys całej historii. Przez trzy tomy serii Tirso Alfaro wraz z przyjaciółmi z Korpusu będzie wykonywał swoje zadania zawodowe oraz coraz bardziej wplątywał się w kłopoty związane z zagadkowym i zabójczym Projektem Lilith. W trzecim tomie, czyli „Mieście Świętych Mężów”, dochodzi do rozwiązania tajemnic, domknięcia wątków, spotkania najgorszych wrogów i odnalezienia największego ze skarbów. Powiedzenie czegokolwiek więcej o fabule byłoby świętokradztwem znanym jako spoiler.

AXIS. Carnage i Hobgoblin – Rick Spears, Kevin Shinick, Germán Peralta, Javier Rodriguez

Ja już będę dobry, obiecuję

Maciej Rybicki

Od jakiegoś czasu Egmont stara się, by polskie edycje dużych eventów Marvela doczekały się na naszym rynku jak najszerszej prezentacji. Nie inaczej jest w przypadku „AXIS”. Oprócz tomu zbierającego zasadniczą serię, i powiązanego z nią kolejnego tomu „Deadpoola”, największy rodzimy wydawca komiksowy sięgnął po kombinowane wydanie dwóch trzyczęściowych miniserii, poświęconych odmienionym superłotrom: Carnage’owi i Hobgoblinowi. Pytanie tylko, czy takie poboczne historie są w stanie w jakiś sposób poprawić wizerunek jednego z najsłabszych eventów Marvela w ostatnich latach.

Napisana przez Ricka Remendera historia okazała się niemałym rozczarowaniem. Naciągana opowieść o wywołanym przez zaklęcie Red Skulla odwróceniu charakterów herosów i złoczyńców kulała nie tylko na poziomie koncepcyjnym, ale i narracyjnym, okazując się zaledwie kolejnym głupawym mordobiciem. Paradoksalnie, całkiem nieźle prezentował się powiązany album, poświęcony Najemnikowi z Nawijką, w którym scenarzyści znakomicie wykorzystali niejednoznaczną konstytucję psychiczną bohatera. Dawało to wiec pewną nadzieję, że i połączone z „AXIS” miniserie, poświęcone klasycznym przeciwnikom Spider-Mana: Carnage’owi i Hobgoblinowi, będą mieć coś ciekawego do zaoferowania. W końcu motyw „nawrócenia” można rozegrać na bardzo wiele sposobów. Zobaczmy zatem.

Mity skandynawskie – Roger Lancelyn Green

Wszystkie światy Odyna

Anna Szumacher

Ostatnio jest mi po drodze z Odynem. Po co nie sięgnę, pojawiają się tam wątki rodem z mitologii skandynawskiej. W takich momentach trzeba posłuchać świata i wrócić do źródeł. A jeśli mówimy o tej akurat mitologii, to nawet do korzeni, bo w końcu wszystko zaczyna się od drzewa…

„Mity skandynawskie” zebrane przez Rogera Lancelyna Greena to kolejna odsłona znanych historii opartych na staroskandynawskich poematach i opowieściach. Jak sam autor wspomina: „W ramy Voluspy (…), pieśni Eddy Starszej, wpasowałem mity zawarte w (…) staroskandynawskich pieśniach i opowiadania zebrane przez Snorriego w dwóch tomach powszechnie znanych jako Edda prozaiczna”. Luki w tych tekstach Green wypełnił fragmentami sag – chodzi tu przede wszystkim o sagę Wolsungów. W przypadku tekstów spisanych przez Saksona Gramatyka przywrócił je do stanu mitologicznego, ze względu na brak wcześniejszych źródeł.

W porównaniu z mitologią słowiańską tych źródeł jest i tak wiele. Wystarczająco, by móc opowiedzieć całą historię świata: od ziejącej otchłani zwanej Ginnungagap, po Ragnarök – kres świata. A nawet odrobinę dalej, bo koniec bywa początkiem. Autor zamieścił również króciutki leksykon, przybliżający kto jest kim w mitach skandynawskich. Można tam też sprawdzić ważniejsze dla fabuły miejsca.

Książka składa się z piętnastu mniej lub bardziej popularnych opowieści. Dowiadujemy się, skąd Odyn czerpie swą mądrość, w jaki sposób Thor został właścicielem młota oraz jak Loki pojawił się w Asgardzie. Jest tu też dosyć szczegółowo opisana historia, która rozsławiła Wolsungów i doprowadziła do spotkania Sigurda i Brunhildy. Ktoś już słyszy pierwsze takty Wagnera? A nie, to tylko mój dzwonek telefonu. Poza tym – przysięgam – z nabytą nową lub odświeżoną wiedzą zupełnie inaczej ogląda się marvelowskich „Avengersów” i „Thora” oraz „Amerykańskich Bogów” Gaimana. A to tylko początek nawiązań, zapożyczeń i skojarzeń.

Avengers i X-Men. AXIS – Rick Remender, Adam Kubert, Leinil Francis Yu, Terry Dodson, Jim Cheung

Na opak

Maciej Rybicki

Już chyba wszyscy przyzwyczaili się do tego, że amerykańskie komiksowo eventami stoi. Rokrocznie, z zadziwiającą wręcz regularnością, karmieni jesteśmy miniseriami, które mają wstrząsnąć całym uniwersum, stanowić nowe rozdanie itp. Przede wszystkim mają jednak dostarczać czytelnikom okazji do opróżnienia zawartości swoich portfeli. Niestety, z poziomem tego typu eventów bywa różnie: często gorzej niż lepiej. „Grzech pierworodny” stanowił tu chlubny wyjątek. Następujący po nim „AXIS” plasuje się jednak na przeciwnym krańcu skali.

Obliczanie wszechświata – Ian Stewart

Z całkami przez galaktykę

Magdalena Makówka

Lubię czytać książki poświęcone astronomii, astrofizyce i wszystkiemu, co jest związane z kosmosem. Często pojawiają się w nich wzmianki o roli matematyki w odkrywaniu i opisywaniu kwestii dotyczących wszechświata. Dlatego też, kiedy zobaczyłam zapowiedź publikacji mającej pokazać, w jaki sposób matematykę wykorzystuje się w astronomii, wiedziałam, że muszę ją mieć. Jedyną rzeczą, jakiej się obawiałam, było to, że dla mnie – osoby, która traktuje liczby jako narzędzie do uprawiania czarnej magii – materia zawarta w książce może być mało zrozumiała. Czy Ianowi Stewartowi udało się odczarować nieco magię cyfr i przybliżyć ją laikowi?

Matematyka była obecna w astronomii od zawsze. Starożytni nie dysponowali nowoczesnymi urządzeniami, dzięki którym mogli obserwować niebo, wszystkie odkrycia musieli uzasadniać za pomocą cyfr. Z czasem okazało się, że nawet najczulsze teleskopy nie wyeliminują badań prowadzonych przy użyciu matematyki. Istnienie niejednego ciała niebieskiego najpierw przewidziano dzięki skrupulatnym wyliczeniom, a dopiero później dostrzeżono je za pomocą teleskopów. Dzisiaj zaś, w dobie wielkich liczb i przetwarzania przez komputery ogromnej ilości danych, matematyka wciąż pozostaje niezastąpiona.

Przekonać o tym ludzi niezwiązanych zawodowo z omawianymi kwestiami postanowił emerytowany profesor uniwersytetu w Warwick, Ian Stewart, jeden z najbardziej znanych popularyzatorów matematyki. W Polsce ukazało się ponad dwadzieścia książek, których jest autorem lub współautorem. Stara się w nich przybliżać laikom wiedzę o matematyce. Swym nazwiskiem gwarantuje wysoki poziom merytoryczny.

Przeklęty Tom 1 – Jason Aaron, R. M. Guéra

Księga (nieu)Rodzaju

Marek Adamkiewicz

 Jason Aaron nie jest scenarzystą żyjącym samą superbohaterszczyzną. Choć w nurcie trykociarskim tworzy naprawdę sporo, to potrafi też pisać opowieści brutalne i wstrząsające, takie, które powinny odpychać, jednak w przedziwny sposób hipnotyzują. Tak było w przypadku „Ludzi Gniewu”, podobnie rzecz miała się ze „Skalpem”. Ten drugi tytuł Aaron stworzył zresztą wspólnie z R. M. Guérą, serbskim rysownikiem, a efekty ich pracy były wręcz zachwycające. Teraz, kiedy obaj artyści ponownie połączyli siły, mieliśmy solidne podstawy, by oczekiwać prawdziwych fajerwerków.

Ponad półtora tysiąca lat minęło, odkąd Adam i Ewa opuścili Raj. Doszło do tego za sprawą Kaina, który dopuścił się strasznego czynu – zabił własnego brata. Od tego czasu życie na Ziemi zmieniło się w  piekło, przyroda z biegiem czasu coraz bardziej obumierała, aż stała się własną, skarłowaciałą karykaturą, zaś ludzkość uległa przerażającej degeneracji. Dobro ukryło się bardzo głęboko. Dominują ci, dla których niegodziwość i okrucieństwo jest sposobem na życie. Taki świat przemierza Kain, dotknięty rzuconą przez Boga klątwą –  nie może umrzeć, musi oglądać, do czego doprowadził jego niecny postępek.

Jestem w stanie wyobrazić sobie sytuację, że nowe dzieło Aarona obraża czyjeś tzw. „uczucia religijne”. Mamy tu wszak do czynienia z alternatywną historią, w której Bóg nie jest dobrotliwym staruszkiem z siwą brodą, lecz okrutnym demiurgiem, a tytułowy przeklęty – Kain – wydaje się kimś w rodzaju bohatera pozytywnego. Na szczęście komiks wciąż jest w Polsce medium na tyle niszowym, że nie spodziewam się, by jakiś nadgorliwy poseł wytoczył w tym przypadku ciężkie działa. Inna sprawa, że wcale nie mamy do czynienia z pustą kontrowersją, jak nie przymierzając incydenty z udziałem łaknącego sławy Nergala. „Przeklęty”, mimo wszechobecnej na każdej karcie degrengolady, znajduje miejsce dla wątłego promyka nadziei.

Czerwony śnieg – Ian R. MacLeod

Ewolucja potwora

Marcin Knyszyński

Dwanaście lat temu „Wieki światła” Iana R. MacLeoda otworzyły najlepszą jak na razie fantastyczną serię wydawniczą w Polsce. „Uczta wyobraźni” zwolniła obecnie tempo, ale jakość pozostaje wysoka. Ostatnio znów pojawił się w niej MacLeod. „Czerwony śnieg” to jego najnowsza powieść, literacka podróż przez ostatnie wieki ludzkiej cywilizacji i ponowne przetwarzanie toposu wampira. Trzeba jednak wyraźnie zwrócić uwagę na jedną rzecz – użycie figury krwiopijcy nie jest tutaj celem samym w sobie, lecz drogą do niego. Autorskim narzędziem do rzeźbienia wielce frapującej idei.

Trzy życia, trzy pragnienia i trzy tragedie. Troje bohaterów naznaczonych pierwotnym złem, uosobieniem idei antydobra obecnego w każdej kulturze od zarania dziejów. Trzy nici połączone ze sobą powstającymi i upadającymi ideologiami, splątane wiatrem historii i obciążone brzemieniem straszliwej klątwy wywiedzionej prosto z mitów.

Karl Haupmann, kapitan–medyk w wojskach Północy podczas Wojny Secesyjnej. Podczas jednej, najmroczniejszej nocy w życiu, spotyka przerażającą poczwarę żywiącą się krwią na zasłanym trupami polu bitwy. Karl jest od tej pory wieczny, potężny, nieustannie cierpiący, nieludzki i potwornie samotny. Ezekiel Morel, francuski osiemnastowieczny artysta malarz, restaurator dzieł sztuki. Pewnego dnia, w przededniu koszmaru epoki gilotyn, odwiedza go przepiękna Sybilla, zdająca się wymykać erozji upływającego czasu. Zlecenie namalowania serii portretów tajemniczej damy zmienia wszystko – Ezekiel skazany zostaje na ciągłą mękę i ból duszy. I w końcu Harriet „Harry” Mackenna, nowojorska rewolucjonistka i komunistka, pragnąca wypalić żywym ogniem zarazę rozhulanej Ameryki lat dwudziestych XX wieku. Gdy podczas próby podpalenia teoretycznie pustego zakładu krawieckiego ginie człowiek, Harry wpada w sidła szantażysty o bardzo demonicznej osobowości. Wyrusza w podróż, która pozwoli jej poznać samą siebie i zrozumieć własną historię, choć za bilet musiała zapłacić niewyobrażalnie wysoką cenę.

100 naboi. Tom 1 – Brian Azzarello, Eduardo Risso

Zemsta wcale nie smakuje

Marcin Knyszyński

„100 naboi” to jeden z moich ulubionych komiksów. Piętnaście lat temu zaczytywałem się egzemplarzami pożyczonymi od kumpla. Przerabiałem to po kilka razy, zachwycony rysunkami i fabułą. Teraz, gdy Egmont wydał pierwszy tom zbiorczej edycji, przyszedł czas na weryfikację. I po przeczytaniu tej ponad 450-stronicowej cegły nadal uznaję „100 naboi” za rzecz genialną. To czysta esencja tego, czym komiks jest i powinien być, wzorcowy przykład tego medium.

Wyobraź sobie, że spotkała cię w życiu wielka krzywda i niesprawiedliwość. Lądujesz niesłusznie w więzieniu, ktoś zabija ci bliską, ukochaną osobę, twoje życie zostaje zniszczone. Musisz je budować na nowo, musisz żyć, choć nie widzisz już celu. I wtedy spotykasz pewnego starszego jegomościa z tajemniczym neseserem. Facet mówi ci, że w tej walizce są dowody obciążające winnego twojej tragedii, pistolet i sto naboi. Możesz sam wymierzyć sprawiedliwość. Pociski są nie do namierzenia. Policja, nawet jeśli przyłapie cię na gorącym uczynku, otrzyma dziwny telefon i błyskawicznie wyjdziesz na wolność. Ślady twojego aresztowania zostaną nieodwracalnie usunięte.

Zdrajca – Jim Butcher

Zdrajca

Jagoda Wochlik

Zanim w moje ręce wpadła pierwsza książka z cyklu „Akta Harry’ego Dresdena”, byłam świeżo po obejrzeniu serialu. Spodobał mi się, więc kiedy na polskim rynku wydawniczym, nakładem Maga, pojawił się pierwszy tom, postanowiłam się z nim zapoznać. I tak ta nasza znajomość trwa od jakichś siedmiu lat. Razem przebrnęliśmy przez jego jedenaście przygód. Z czasem czytanie o Dresdenie stało się dla mnie pewnego rodzaju wstydliwą przyjemnością, niby wiedziałam, że to już nie to samo, co na początku, a jednak sięgałam po kolejne tomy,  chyba tylko z sentymentu do bohaterów.

Na progu sutereny Harry’ego pojawia się Morgan. Magowie od zawsze mieli ze sobą na pieńku. Nie darzyli się sympatią, a Morgan nigdy nie ukrywał, iż nie ufa Dresdenowi i najchętniej skróciłby go o głowę. Tym razem jednak odwiedza go, by prosić o pomoc. Wplątano go w zabójstwo członka Białej Rady. Jeśli nie udowodni swojej niewinności, zostanie osądzony i stracony. Dresden postanawia pomóc swojemu dawnemu przeciwnikowi.

W zasadzie jedenasty tom przygód Harry’ego Dresdena nie wyróżnia się na tle swoich poprzedników. Owszem, może jest ciut lepiej napisany, może ma nieco lepszą intrygę. Mimo wszystko Butcher od lat kopiuje w kolejnych książkach ciągle i ciągle ten sam schemat. Na początku powieści bohatera zawsze atakują nieznane siły. Potem próbuje odkryć, kto stoi za całym wielkim „spiskiem”. Na koniec jest ogromna rozwałka, niczym z filmu superbohaterskiego, której nasz mag nie ma szans przeżyć… a tu psikus, za każdym razem pokona Tego Złego i wyjdzie cało z opresji.

Fakt, jest to nudne. Ale serię ratują bohaterowie. Harry’ego, z jego niewyparzoną gębą i durnymi pomysłami, nie da się nie lubić. Karrin Murphy, jego przyjaciółka, policjantka o wyglądzie dobrej ciotki i wykopie Bruce’a Lee, też zapewne ma niejednego fana. No i któż nie czeka, aż ci dwoje, po tylu latach, wreszcie się zejdą. Choć w „Zdrajcy” pod tym względem nieco drgnęło, wciąż wydaje się, że ciągle nie jesteśmy na kursie kolizyjnym tych dwóch postaci.

Hellboy Tom 2. Spętana trumna. Prawa ręka zniszczenia – Mike Mignola

Rysowanie konturów

Marcin Knyszyński

W pierwszym tomie nowej edycji przygód Hellboy’a mogliśmy przeczytać dwie dłuższe opowieści, które fabularnie były dość wyraźnie powiązane ze sobą. Tajne plany rosyjskiego czarownika Rasputina, w których nasz czerwony przybysz z piekła ma odegrać niebagatelną rolę, stanowiły oś wydarzeń. Drugi tom jest skonstruowany zupełnie inaczej. Otóż tym razem dostajemy zbiór piętnastu opowiadań, pulpowych opowieści niesamowitych, połączonych tylko poprzez postać głównego bohatera. Najważniejszy wątek serii, czyli przeznaczenie Hellboy’a i tajemnica jego pochodzenia, jest tu zepchnięty zdecydowanie na dalszy plan (choć nie całkowicie), podobnie zresztą jak całe Biuro Badań Paranormalnych i Obrony.

Wszystkie historie z drugiego tomu „Hellboy’a” powstały jeszcze przed 2001 rokiem, kiedy to światło dzienne ujrzała kolejna długa „powieść” o piekielnym chłopcu – „Czerw zdobywca”. Niektóre z nich, te dość wczesne, zebrane zostały kiedyś w „Spętanej trumnie”; inne, późniejsze, złożyły się na „Prawą rękę zniszczenia”. Scott Allie w przedmowie nazywa ostatnie lata dwudziestego wieku „środkowym okresem Mike’a”, kiedy to autor „Hellboy’a” tworzył przede wszystkim krótkie formy, czyli to, co lubi najbardziej. Zupełnie jak w serialu „Z archiwum X” mamy do czynienia zarówno z opowiadaniami bezpośrednio budującymi mitologię świata Mignoli, jaki i z epizodami pojedynczymi, oderwanymi od głównego wątku. Najczęściej jest tak, że Mike Mignola bierze na tapetę jakieś stare ludowe podanie (głównie staroangielskie lub irlandzkie) i czyni jego założenia realnymi w świecie komiksu. Następnie wysyła czerwonego diabła w sam środek piekielnej zadymy, aby ten zrobił porządek z nadnaturalnym zagrożeniem.

Strony