Subiektywnie

Hel3 – Jarosław Grzędowicz

Pan Wirtualnego Ogrodu

Szymon Góraj

Wśród fanów polskiej fantastyki trudno byłoby znaleźć kogoś, kto choćby nie słyszałby o Jarosławie Grzędowiczu. Autor wielu świetnych, łączących różne konwencje historii, na czele z „Panem Lodowego Ogrodu” i nieco mniej znanym zbiorem opowiadań „Księga jesiennych demonów” jest niewątpliwą opoką wydawnictwa Fabryka Słów. W tym roku powraca z powieścią, która, trzeba przyznać, różni się od jego poprzednich dokonań. Szkoda jedynie, że realizacja nie dorasta do ciekawemu pomysłowi do pięt.

Akcja „Hel3” rozgrywa się w nie tak dalekiej przyszłości –  która –jak się może domyślić chyba każdy, kto obcował już z tekstami Grzędowicza – nie wygląda zbyt różowo. Wskutek konfliktów i wynikłych z nich burzliwych przemian, które powaliły na kolana dotychczasowe mocarstwa (chodzi między innymi o zdewaluowanie wartości ropy naftowej), w 2058 roku świat staje się karykaturą tego znanego nam z początku XXI wieku. Europa to miejsce przeżarte zdegenerowaną poprawnością polityczną, gdzie króluje tak zwany „system zrównoważonego gospodarowania” – co znaczy mniej więcej tyle, że niczym niegdyś w ustrojach komunistycznych, wszystko jest albo dawkowane, albo zabronione (na przykład prawdziwa kawa lub alkohol). Obywatel to ofiara nadopiekuńczego systemu, szafującego przeróżnymi zakazami i oferującego tylko jedną znośną alternatywę – MegaNet. To efekt ewolucji Internetu, występującego w wersji przypominającej coraz popularniejsze dziś gry Virtual Reality, skrzyżowane ze smartfonami. Większość społeczeństwa spędza tak praktycznie cały swój czas, co skutkuje znikomym kontaktem z drugim człowiekiem i niemalże postapokaliptyczną estetyką miast, pomimo rozwoju technologicznego (bo po co wydawać pieniądze na zbędne drobiazgi, skoro luksusy możesz wygenerować w MegaNecie?). Poza naszym kontynentem wcale nie jest lepiej. Ponieważ nadszedł świt mocarstw w rodzaju Związku Nowosowieckiego, a ponadto nasiliła się działalność terrorystów, większość pozaeuropejskich terenów to istne pola walki.

Człowiek, który spadł na Ziemię – Walter Tevis

Małpy w muzeum

Marcin Knyszyński

Na podstawie dwóch wydanych w Polsce Artefaktów Maga możemy wysnuć wniosek, że Walter Tevis to pisarz wyjątkowo mocno opierający proces pisania powieści na własnych przeżyciach i stanach emocjonalnych. „Przedrzeźniacz” był nie tylko dystopią punktującą bezmyślny hedonizm i trywialność społeczeństwa lat siedemdziesiątych. Była to również opowieść-metafora, gdzie sopor, związek tłumiący uczucia i dający fałszywe zadowolenie, symbolizował kajdany uzależnienia, które Tevis dopiero co zrzucił. A czym jest „Człowiek, który spadł na Ziemię”?

Na powierzchni naszego czytelniczego zbiornika interpretacyjnego widać refleksy, które układają się w historię przybysza z planety Anthea, który spada na Ziemię gdzieś w Stanach Zjednoczonych w roku 1984. Od czasów współczesnych Tevisowi mineło dwadzieścia jeden lat. Mamy do czynienia z wizją rzeczywistości przedstawioną jako wypadkowa dwóch tendencji rozwojowych –  to świat w uścisku spotęgowanej zimnej wojny i skażony wirusem zmian społeczno-kulturalnych, które stanowią zarzewie katastrofy z „Przedrzeźniacza”. Kosmita przybiera imię Thomas Jerome Newton, wtapia się w amerykańskie społeczeństwo i zakłada przedsiębiorstwo, które stosując technologię wyprzedzającą o epokę najnowsze osiągnięcia ludzkiej nauki, generuje fortunę. Antheańska cywilizacja stoi na zdecydowanie wyższym stopniu rozwoju niż ziemska, zatem droga do sławy i bogactwa jest szybka i łatwa. Newton ma Plan, stworzony na fundamencie szczytnych ideałów, wydających się być takimi, które nigdy nie sięgną bruku.

Chłopaki. Tom 2: Chwalebny plan pięcioletni – Garth Ennis, Darick Robertson, Peter Snejbjerg

Problemy pożądania i Kiełbasa Miłości

Marek Adamkiewicz

Pierwszy tom „Chłopaków” jasno pokazał, czego można spodziewać się po nowej serii Gartha Ennisa. To przemoc, flaki, seks i jeszcze więcej przemocy, a wszystko to podlane zjadliwą ironią. Mieszanka ta, przynajmniej na pierwszy rzut oka, mogła sprawiać wrażenie dosyć ciężkostrawnej, jednak ostatecznie okazało się, że autor doskonale wyważył wszystkie proporcje. Komiks nie był na tyle przesadzony by zniesmaczać (no dobra, co wrażliwsi odbiorcy mogli nie zdzierżyć serwowanych przez twórców bezeceństw), a także intrygował nietypowym podejściem do tematyki superbohaterskiej. Druga odsłona przygód dowodzonej przez Billy’ego Rzeźnika grupy ustępuje pierwszej tylko o krok.

Tym razem czytelnikowi zaserwowano dwie historie. Pierwsza nosi tytuł „Bierz go” i traktuje o sprawie superbohatera imieniem Technorycerz. Skrywający się w potężnej zbroi multimilioner zmaga się z niemożliwą do powstrzymania chucią. Prowokuje go wszystko – nastoletni pomocnik, ucho lokaja czy nawet szynszyla. Technorycerz ma również zaszłości z innym herosem, niejakim Skrzydłowym, którego związki ze śmiercią pewnego nastolatka bada obecnie Rzeźnik i ekipa. Druga opowieść – „Chwalebny plan pięcioletni” – to już wyprawa do mroźnej Rosji. Tam Chłopaki muszą rozwiązać zagadkę wybuchowych superbohaterów i powstrzymać plany lokalnych przestępców, zmierzających do zmiany sytuacji politycznej w kraju, a może i na świecie. Na szczęście bohaterowie będą mogli liczyć na pomoc lokalnego emerytowanego herosa, Kiełbasy Miłości.

W ciemnym mrocznym lesie – Ruth Ware

Pięć osób w ciemnym lesie, nie licząc mordercy

Jagoda Wochlik

Ruth Ware, jak wielu znanych ludzi, przeszła długą drogę, by zostać tym, kim jest obecnie – docenianą autorka powieści kryminalnych. Była nauczycielką, kelnerką, rzeczniczką prasową. „W ciemnym mrocznym lesie” to jej debiut literacki, który zdobył uznanie rzeszy czytelników na całym świecie. Czy słusznie?

Leonora jest autorką kryminałów. Gdy otrzymuje zaproszenie na wieczór panieński od najlepszej przyjaciółki z czasów liceum, której nie widziała od dekady, stwierdza, że to dobry moment, by zakopać topór wojenny i na zawsze odciąć się od problemów z przeszłości. Na miejscu poznaje  pozostałych uczestników imprezy. To, co początkowo miało być dobrą zabawą, po jakimś czasie przerodziło się w koszmar.

Ruth Ware wykorzystuje konwencję realizowaną chociażby przez Gillian Flynn w „Zaginionej dziewczynie” i z powodzeniem kontynuowaną przez Paulę Hawkins w „Dziewczynie z pociągu”. Mamy tu bowiem do czynienia ze zjawiskiem, które Michał Zieliński nazwał „thrillerem feminocentrycznym”. Akcja zostaje obudowana wokół uczuć i myśli głównej bohaterki. Wieczór panieński Claire budzi dawne demony, z którymi Nora do tej pory się nie uporała. Wraz z nią wracamy więc do bolesnych tajemnic z przeszłości, które okażą się kluczowe również dla teraźniejszych wydarzeń. Fabuła jest prowadzona dwutorowo – część w trakcie wieczoru panieńskiego, część już po śmierci jednego z bohaterów. Podobnie jak Nora nie wiemy, co jest prawdą, a co jedynie zmyśleniem. Z ułamków zdarzeń próbujemy wraz z nią ułożyć faktyczny obraz wypadków.

Liga Sprawiedliwości, tom 7: Wojna Darkseida, część 1 – Geoff Johns, Jason Fabok i inni

Jeszcze większa rozróba

Maciej Rybicki

Najpopularniejsze amerykańskie serie komiksowe (a do takich niewątpliwie należy „Liga Sprawiedliwości”) charakteryzują się bardzo specyficznym cyklem wydawniczym: od wielkiego eventu do eventu. Większe wyzwania przeplatane są więc mniejszymi. Skoro tom szósty był lekkim wyciszeniem, to kolejny nieuchronnie musiał przynieść coś większego kalibru… no i przyniósł. „Wojna Darkseida” skupia się wokół sugerowanej już w „Lidze Niesprawiedliwości” konfrontacji dwóch najpotężniejszych bytów uniwersum DC – Darkseida i Antymonitora (znanego choćby z „Kryzysu na Nieskończonych Ziemiach”). Można spodziewać się zatem solidnej porcji superbohaterskiej rozróby… ale nie tylko.

Całkiem pokaźny fragment pierwszej części albumu stanowią retrospekcje. Scenarzysta serii – Geoff Johns – pracuje nad nakreśleniem tła konfliktu, wprowadzając na arenę między innymi Grail, córkę władcy Apokolips i jednej z Amazonek. Swoje miejsce na szachownicy znajdują także Nowi Bogowie, Mister Miracle, Metron czy wreszcie aktualni członkowie Ligi Sprawiedliwości. Można też dostrzec odniesienie do klasycznych „Kryzysów…”, przełomowych momentów w historii uniwersum, jednoznacznie pozycjonujące tę historię jako ich kontynuację. W ten sposób podkreślo powtarzalność, cykliczność historii tego świata. Gdy herosi orientują się, że dzieje się coś naprawdę poważnego, „Wojna Darkseida” nabiera nieco charakteru „śledczego”. Koniec końców całość sprowadza się jednak do efektownej rozwałki… czego w sumie można się było spodziewać.

Virginia C. Andrews – Willow

Odcinanie kuponów

Jagoda Wochlik

Twórczość Virginii C. Andrews od jakiegoś czasu przeżywa renesans. Choć autorka nie żyje od trzydziestu lat, jej książki nadal są chętnie czytane na całym świecie i przenoszone na srebrne ekrany. Widząc możliwość zarobienia pieniędzy na twórczości zmarłej krewnej, rodzina Andrews zatrudniła ghostwritera Andrew Neidermana, by ten – korzystając z pozostawionych przez pisarkę notatek – dokończył kolejne serie. Okazało się, że nauczył się tak doskonale podrabiać styl Virginii Andrews, że zaczął tworzyć samodzielne historie, firmowane jej nazwiskiem. Tego rodzaju książką jest „Willow”, napisana i wydana szesnaście lat po śmierci autorki.

Willow, dziewiętnastoletnia studentka psychologii, dowiaduje się, że zmarł jej ojciec, światowej sławy psychiatra. Po pogrzebie odwiedza ją rodzinny prawnik, który wręcza jej kopertę. W środku Willow odnajduje dziennik ojca. Czytając go, orientuje się, że jej matką była jedną z jego pacjentek. Dziewczyna wyrusza w podróż do Palm Beach, by ją odnaleźć.

Serię „Kwiaty na poddaszu” czytelnicy Andrews pokochali za wiktoriański klimat. W jej książkach można było odnaleźć elementy powieści gotyckiej – stary ród z tajemniczą przeszłością (i często zaburzonym psychicznie członkiem), która wyskakuje niczym diabeł z pudełka, by dręczyć głównego bohatera lub bohaterkę, obowiązkowo rodzinną posiadłość i rozbudowany wątek romansowy (nierzadko kazirodczy). „Willow” posiada niektóre z tych cech, choć brakuje jej tajemniczości i klimatu oryginalnych opowieści Andrews.

Najciekawszy w powieści jest wątek projektu studenckiego głównej bohaterki. Willow przenosi się z Karoliny Południowej do Palm Beach, by – pod pozorem badań nad miejscową elitą – poszukiwać matki. Porównanie życia normalnych ludzi z problemami pięknych i bogatych wypada raz zabawnie,raz przerażająco.

JLA: Amerykańska Liga Sprawiedliwości, tom 4 – Grant Morrison, Howard Porter, Ed McGuinness

Kochaj albo rzuć

Maciej Rybicki

Już przy okazji omawiania poprzednich tomów zwracałem uwagę, że „JLA” pisane przez Granta Morrisona to seria niezwykle specyficzna. Szkot wziął na warsztat konwencję superbohaterskiej drużynówki i podkręcił ją do ekstremum. Początkowo jego pomysł był bardzo prosty (na podobnym zasadzał się zresztą bardziej współczesny reboot Ligi w ramach Nowej 52-ki): zebrać z powrotem najpopularniejszych członków JLA i opowiadać historie tak niezwykłe i niesamowite, że tylko grupa największych herosów była godna zostać ich bohaterami. I rzeczywiście, „JLA” okazało się ogromnym sukcesem zarówno komercyjnym, jak i artystycznym. Mimo że po kilku zeszytach skład zespołu został znacznie poszerzony, to ogólna koncepcja pozostała.

Czwarty tom „JLA” w założeniu opiera się na czwartym tomie oryginalnej „Deluxe Edition”… niestety nieco okrojonym. Pierwotnie zakładano, że Edycja Ekskluzywna zbierze cały run Morrisona – na ostatni tom miały składać się trzy historie – „Trzecia Wojna Światowa”, będąca ostatnią napisaną przez autora „Azylu Arkham” w ramach regularnego tytułu, trzyzeszytowa opowieść z „JLA Classified” i wycięta z polskiego wydania, popularna „Ziemia 2”. Ten ostatni zabieg to prawdopodobnie efekt ustaleń Egmontu z Eaglemoss, który niedawno wydał dzieło Morissona i Quitely’ego w ramach Wielkiej Kolekcji Komiksów DC. Koniec końców dostajemy jednak i tak całkiem pokaźne tomiszcze, które jest niemal kwintesencją stylu Szkota.

Amulet. Księga Pierwsza: Strażniczka – Kazu Kibuishi

Przygodowo w baśniowym świecie

Marek Adamkiewicz

Prym na rynku komiksowym wiodą ostatnimi czasy głównie tytuły superbohaterskie. Poza nimi znaleźć można także trochę horrorów, swoje miejsce mają również, choć w znacznie mniejszej liczbie, opowieści adresowane do dzieci. Ciężko jednak trafić na dobry komiks kierowany do dzieci nieco starszych, lub też do młodszych nastolatków. Jedna z najnowszych propozycji Planety Komiksów jest dedykowana właśnie tej, także ważnej grupy odbiorców. Pierwszy tom cyklu „Amulet” stara się zaprezentować młodemu czytelnikowi historię, w której realizm łączy się z magią.

Emily, Navin i ich matka, Karen, jadą wprowadzić się do nowego domu. Kiedyś żył w nim dziadek kobiety, jednak nieruchomość jest od dawna niezamieszkała. Okoliczności wymusiły na rodzinie taki krok – dwa lata wcześniej w wypadku samochodowym zginął ojciec rodziny, a poszukiwanie oszczędności skłoniło Karen do alternatywnych rozwiązań. Po przybyciu na miejsce okazuje się, że wszystkich czeka sporo pracy – jeśli dom ma się nadawać do zamieszkania, trzeba go gruntownie posprzątać. To jednak niejedyny, ani nawet nie największy problem, z jakim przyjdzie borykać się bohaterom. Okazuje się, że drzwi piwniczne wiodą w inne, tajemnicze miejsce. Gdy Karen chce dowiedzieć się dokąd prowadzą, zostaje porwana przez tajemniczego stwora. Emily i Navin, chcąc ratować mamę, wyruszają w niezwykłą podróż.

Chłopaki. Tom 1: Jak na imię tej grze – Garth Ennis, Darick Robertson

Wybuchowa dekonstrukcja

Marek Adamkiewicz

Każdy, kto miał okazję zetknąć się z „Kaznodzieją”, zdaje sobie sprawę, że Garth Ennis nie jest twórcą uznającym kompromisy. W swojej najsłynniejszej serii wielokrotnie ocierał się o tematykę, która przez niektórych mogłaby zostać uznana za bluźnierczą. Kontrowersje potęgują zainteresowanie odbiorców – to prawda stara jak świat, istotne jednak, by produkt nie żył wyłącznie dzięki nim. „Chłopaki” to kolejne dzieło Irlandczyka, które można uznać za obrazoburcze. Czy także tym razem udało się zachować odpowiednie proporcje i uzyskać zadowalający efekt końcowy? Nie będę dawkować napięcia – tak, misja zakończyła się pełnym sukcesem, a pierwszy tom tego cyklu to kawał doskonałej rozrywki.

Mieszkający w Glasgow Hughie ma prawdziwego pecha. Gdy wydawało mu się, że w końcu znalazł dziewczynę, z którą można wiązać przyszłość, ta ginie, dosłownie rozerwana na strzępy przez goniącego za złoczyńcą superbohatera. Co gorsza, heros bagatelizuje całe zdarzenie i równie szybko jak się pojawił (a ma na imię Pośpieszny), znika, kierując się ku rodzimej Ameryce. Pogrążonego w żalu mężczyznę odnajduje niejaki Billy Rzeźnik, pracujący dla CIA. Oferuje on mężczyźnie możliwość zemsty. Jedyne co musi zrobić Hughie, to wstąpienie w szeregi grupy odpowiadającej tylko przed prezydentem USA, a mającej na celu kontrolę (i czynne temperowanie) aktywnych superbohaterów.

„Jak na imię tej grze” przynosi nam kolejną próbę dekonstrukcji mitu superbohaterskiego, jednak czyni to w sposób wybitnie rozrywkowy. Ennis stawia ważne pytania i porusza interesujące problemy, ale dodaje do tego całą masę brutalności, wyuzdania i zabawy, co daje w efekcie komiks zaskakująco lekki. To w żadnym razie nie jest wada, bo wyraźnie idzie odczuć, że „Chłopaki” nie aspirują do bycia sztuką wysoką. To nie są nowi „Strażnicy”, tylko bezkompromisowa jazda bez trzymanki, która poważniejsze kwestie podnosi niejako przy okazji. Trzeba sporego wyczucia, by tak sprawnie połączyć czystą akcję z frapującą tematyką, a Garthowi Ennisowi udało się to doskonale.

O czym szumią wierzby – Kenneth Grahame

Ponadczasowa literatura

Jagoda Wochlik

Po raz pierwszy zetknęłam się z powieścią Kennetha Grahame’a, mając dziewięć lat. Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że autor jednej z najlepszych w historii książek dla dzieci z wykształcenia był bankowcem. Nie analizowałam książek pod kątem świata przedstawionego, narratora czy fabuły. Nie przeszkadzało mi to jednak zachwycić się wykreowaną przez niego wizją. Dzisiaj, po niemal dwudziestu latach, postanowiłam sprawić, czy nadal mnie zachwyca.

Kret jest właśnie w trakcie wiosennych porządków, gdy uświadamia sobie, że nadeszła wiosna. Wychodzi na powierzchnię i udaje się nad Rzekę, gdzie poznaje Szczura Wodnego. I tak zaczyna się przygoda życia tego małego, niezwykłego zwierzątka, która obejmować będzie także znajomość z takimi indywiduami jak Ropuch czy zamieszkujący Puszczę Borsuk oraz walkę z Łasicami i pikniki z Wydrą.

Pod wieloma względami „O czym szumią wierzby” to jedna z najlepszych książek dla dzieci, jakie kiedykolwiek powstały Uważałam tak, mając dziewięć lat, uważam i teraz. Dziś umiem to jednak lepiej uzasadnić. Po pierwsze Kenneth Grahame stworzył cudowne, wyraziste i niepowtarzalne postaci, z których każda jest wyjątkową indywidualnością. Ropuch jest próżny i bezmyślny, Krecik cichy, ale zmyślny, Borsuka otacza nimb tajemnicy, a Szczur Wodny jest zarazem przyjacielski i waleczny.

Strony