Subiektywnie

Liber Horrorum: Księga Grozy – Michał Cetnarowski, Marcin Kułakowski

Uważaj, co czytasz

Maciej Rybicki

Odnoszę wrażenie, że ostatnimi czasy mamy do czynienia z dobrą passą komiksu w Polsce. Nie dość, że na fali popularności trykociarstwa rośnie liczba dostepnych tytułów, to powstają także nowe wydawnictwa. Coraz większe nasycenie rynku paradoksalnie powoduje jednak, że więcej jest miejsca na to, co nieco inne od mainstreamu – w tym na dzieła debiutantów. W przypadku „Liber Horrorum: Księgi Grozy” mamy do czynienia z debiutem potrójnym! Przynajmniej w pewnym zakresie. Album ten jest bowiem wkroczeniem w komiksowe medium tak dla wydawnictwa, jak dla rysownika i scenarzysty – nawet jeśli wszyscy to w zasadzie stare wygi w świecie mediów.

Zacznijmy więc od Michała Cetnarowskiego, czyli prawdziwego człowieka orkiestry. Redaktor, twórca kilku antologii, felietonista, pisarz, gawędziarz… stał się wreszcie i komiksiarzem. Czasami porównuje się go do jego poprzednika na stanowisku szefa działu prozy polskiej w „Nowej Fantastyce” – Macieja Parowskiego, można więc mieć nadzieję, że „Liber Horrorum” okaże się jego „Funky Kovalem”. Z „NFką” związany jest zresztą także i Marcin Kułakowski, który od lat z sukcesami ilustruje teksty wydawane na łamach tego szacownego magazynu. Wspominani panowie postanowili połączyć swoje siły pod egidą wydawnictwa Genius Creations, fundując czytelnikom rzecz mieszającą różne konwencje – od klasycznego poszukiwania tajemnic, przez grozę, historię… aż po science fiction.

Legenda wikingów. Opowieści o Ragnarze Lodbroku, jego żonach i synach – Artur Szrejter

Zostań wikingiem, mówili…

Hubert Przybylski

Plaża o tej porze roku wydawała się rajem. Niebo bez ani jednej chmurki, błękitne jak oczy leżących obok siebie córki kołodzieja i syna bednarza. Czysty, nagrzany słońcem piach (mający czelność wpychać się tam, gdzie zdecydowanie wpychać się nie powinien) rozciągał się na prawo i lewo jak okiem sięgnąć. Bezpieczni, zasłonięci wydmami przed wzrokiem rodziców i innych mieszkańców ich, nie tak małej przecież, leżącej o ponad milę w głąb lądu wioski, oddawali się marzeniom o wspólnej przyszłości. Rytm łagodnie bijących o brzeg fal coraz bardziej różnił się od rytmu zakochanych serc. Ale to, czy to morze zwalniało, czy też ich serca przyspieszały, nie zaprzątało otulonych różową mgiełką nastoletnich umysłów. Pochylały się w tej chwili nad ważniejszą kwestią. Jakiś czas temu w woń wiejącej od strony morza łagodnej, pachnącej jodem bryzy wdarł się pewien dysonans…

¬– Najdroższy… kiedy ostatnio myłeś nogi?
– Na św. Cynibala, mój skarbie.

Raptem trzy miesiące, to nie to… Różowa mgiełka zaczęła nabierać zgniłozielonego odcienia. Dwie nieco już załzawione pary oczu oderwały się od wzajemnego wpatrywania w studnie dusz w poszukiwaniu źródła tej ździebko już zbyt swojskiej woni. Wkrótce ich uwagę przykuł maleńki, acz stale rosnący punkcik na morskim widnokręgu.
 
– Najdroższy, spójrz, co to jest, to tam, na morzu? Czyżby to foka*?
– To zbyt duże na fokę, może to zdechły kaszalot***?
– Nie, to langskip moich synów – rozległ się głos za ich plecami.

Przybysz był wielki, muskularny, cały pokryty kłakami owczego runa i krwią. Zdecydowanie nie swoją krwią. W mocarnej dłoni trzymał nie mniej zakrwawiony miecz.

Miracleman. Złota Era – Neil Gaiman, Mark Buckingham

O ludziach i bogach


Maciej Rybicki


„Miracleman” Allana Moore’a do dziś uchodzi za jedno z najważniejszych dzieł w historii anglosaskiego komiksu i jedną z pozycji, które w znacznym stopniu wpłynęły na zjawisko zwane obecnie „Mroczną Erą Komiksu”. Moore wyszedł poza ramy konwencji superbohaterskiej, a nawet więcej: dokonał jej dekonstrukcji. W odważnej, prowokacyjnej historii Michaela Morana przełamywał tabu, wyśmiewał klisze, ale także dał popis swojej niezwykłej wyobraźni. Dzieło jednego z najwybitniejszych scenarzystów komiksowych wszech czasów przejął jednak autor cieszący się nie mniejszą (a z perspektywy kulturowego mainstreamu, pewnie nawet większą) renomą. Neil Gaiman – bo o nim mowa – podjął opowieść, jednak jej dalszy ciąg jest nieco odmienny od legendarnej serii Moore’a.

Odrodzenie Tom 1: Jesteś wśród przyjaciół – Tim Seeley, Mike Norton

Ukochani zmarli

Marek Adamkiewicz

Gdy mowa o powrocie człowieka po śmierci, przed oczami stają nam najczęściej zombie. Krwiożercze stwory, łaknące ludzkich mózgów, zostały ograne w popkulturze na wszelkie możliwe sposoby. Wydawało się, że „Odrodzenie” będzie kolejnym tytułem, którego autorzy starali się wykorzystać tę tematykę, dodając od siebie kilka elementów, jednak szybko okazało się, że Tim Seeley postanowił podążyć zupełnie innym tropem i faktycznie zaproponować coś nowego. W jego opowieści ożywieńcy owszem, są, ale daleko im do bezmyślnych łowców mięsa.

Małe amerykańskie miasteczko Wausau zostaje dotknięte pewnym fenomenem – zmarli zaczynają ożywać. Nie są to jednak chodzące trupy, ale ludzie w pełni sił umysłowych, chcący powrócić do dawnego życia. Miasteczko zostaje z miejsca objęte kwarantanną, a służby powołują specjalną grupę, która ma zajmować się wyłącznie sprawami związanymi z odrodzonymi. Jedną z członkiń zespołu jest Dana Cypress, córka szeryfa, która także zdecydowała się na służbę w policji. Kobieta musi rozgryźć sprawę pewnego morderstwa, co, zważywszy na okoliczności, jest zadaniem mocno skomplikowanym. To jednak dopiero początek problemów, które nadciągają do Wausau.

Mroczna materia – Blake Crouch

Poszukiwanie najlepszego ze światów


Aleksander Księżopolski


    „Mroczna materia” autorstwa Blake’a Croucha to historia Jasona Dessena, wykładowcy fizyki, którego z pozoru można uznać za definicję zmarnowanego potencjału. Pewnego dnia na skutek swoich działań zostaje on niespodziewanie, przeniesiony do innego świata. Brzmi intrygująco, ale czy faktycznie tak jest?

    Przede wszystkim autor podejmuje problem możliwości poruszania się między światami równoległymi, ale przez dość płytkie podejście – i naukowe, i fabularne – trudno nazwać „Mroczną materię” książką science fiction. Crouch obficie korzysta z żargonu naukowego, opiera się na znanych teoriach i fizyce kwantowej. Mamy opis teorii kota Schrödingera, mamy teorię wieloświatów, a także okazjonalne mrugnięcia do czytelnika, jak w przypadku przypadkowo wplecionej w narrację definicji szaleństwa Einsteina. Nie mogłem jednak oprzeć się wrażeniu, że treść ta została ograniczona do minimum, aby uzasadnić podstawę fabularną, jaką jest, wykorzystywana przez bohaterów do podróży, kostka międzywymiarowa.

    Ale właściwie więcej autorowi nie trzeba. Jego styl – w książce dominują  jednozdaniowe, często niemające więcej niż cztery słowa akapity – dobrze odzwierciedla fabułę książki, a ta ma pędzić, trzymać w napięciu i oczekiwaniu na kolejny zwrot. Pod tym względem powieść zdecydowanie jest udana: kolejne strony czyta się z zapartym tchem, mimo że bohater przechodzi wszystkie stadia radzenia sobie z wieloświatami, które bardziej doświadczony czytelnik już gdzieś widział. W pierwszym odwiedzonym świecie Jason 2 osiągnął maksimum w kategorii „kariera naukowa”, wynajdując międzywymiarowy wehikuł. Jason 1, czempion życia rodzinnego poszukuje tam śladów swojego życia. Przeszkadza mu w tym oczywiście fakt, że to nie jego świat. Jego żona nie jest jego żoną, umawia się za to z kolegą ze studiów, który zawsze miał na nią ochotę; jego syn nie istnieje, i tak dalej….

Uncanny X-Force. Sposób na Apocalypse’a – Rick Remender, Jerome Opeña, Esad Ribić i inni

Mutanci od brudnej roboty

Maciej Rybicki

X-Force od chwili swojego powstania kojarzeni byli jako grupa mutantów od „brudnej roboty” – kontrowersyjna, ale też ciesząca się sporą popularnością wśród fanów. W latach 90. „X-Force” był sztandarową serią spod znaku wielkich giwer, przepakowanych postaci i kieszonek na wyposażenie. W końcu grupie przewodził Cable (zresztą robi to ponownie, w odsłonie spod znaku Marvel Now!). Współcześnie pisanie tego tytułu daje scenarzystom możliwość tworzenia komiksów mniej ugrzecznionych, poważniejszych, czy po prostu brutalniejszych, skierowanych do dojrzalszego czytelnika.

Nie inaczej jest w przypadku serii autorstwa Ricka Remendera, uznawanej zresztą za jedną z najlepszych poświęconych zespołowi o tej nazwie. Celowo używam tu określenia „zespołowi o tej nazwie”, gdyż na dobrą sprawę chodzi tu nie tyle o towarzyszy Cable’a, ile o ekipę zbudowaną na bazie „uderzeniowej” części X-Men. Scenarzysta zreorganizował skład grupy kierowanej obecnie przez Wolverine’a, włączając w nią nie tylko stałych członków X-rodziny jak Psylocke i Archangel, czy niezwykle popularnego Deadpoola, ale także mniej znaną, choć intrygującą postać Fantomexa. Czy faktycznie ich perypetie zasługują na uznanie, jakim się cieszą?

Rat Queens. Tom pierwszy: Magią i Maskarą – Kurtis J. Wiebe, Roc Upchurch

Przygody niegrzecznych dziewczynek

Maciej Rybicki

Na wstępie warto wspomnieć, że mamy do czynienia z nowym zawodnikiem na naszym poletku. Muszę przyznać, że Non Stop Comics robi wrażenie konsekwentnym budowaniem swojej propozycji wydawniczej i wejściem na rynek ze sporym przytupem. Sięgnęli przed wszystkim po ofertę wydawnictw spoza amerykańskiej wielkiej dwójki, w tym trzeciego z największych graczy zza Oceanu – Image Comics. To właśnie z tej stajni pochodzi omawiany album – pierwszy tom serii „Rat Queens” autorstwa Kurtisa J. Wiebe i Roca Upchurcha.

W najprostszych słowach można określić ten tytuł jako fantasy pełne dosadnego humoru, absurdalnie krwawych scen, a przede wszystkim z żeńskimi głównymi bohaterami. Tytułowe Królowe Szczurów to wyjątkowo barwna drużyna najemniczek złożona – jak przystało na klasyczne pop-fantasy  – z  przedstawicielek wielu ras i profesji. Wszystkie ostre jak brzytwa, wyszczekane, niestroniące od rozrywek i zabójczo skuteczne. Brzmi jak feministyczny „Deadpool” w świecie „World of Warcraft”, prawda? No i coś jest na rzeczy, ale muszę przyznać, że jakkolwiek taka kombinacja może budzić pewną rezerwę, w praktyce wypada co najmniej dobrze.

Nieśmiertelny Iron Fist: Opowieść ostatniego Iron Fista – Ed Brubaker, Matt Fraction, David Aja

Moje kung-fu jest lepsze niż twoje!

Maciej Rybicki

„Nieśmiertelny Iron Fist” tercetu Ed Brubaker, Matt Fraction i David Aja cieszy się dość powszechną opinią jednej z najlepszych serii wydanych przez Marvela w tym stuleciu. Stąd też jej pojawienie się w zapowiedziach Muchy (i to w powiększonym formacie!) wywołało niemały entuzjazm. Jest on tym większy, że „Hawkeye” autorstwa dwóch z trzech twórców „Opowieści ostatniego Iron Fista” został przyjęty w Polsce bardzo ciepło (tak, wiem, że to seria sporo późniejsza). Zainteresowaniu niewątpliwie sprzyjała także obecność głównego bohatera w serialowych produkcjach Netflixa, nawet jeśli były one najwyżej średnio udane. Jak zatem wypada pierwszy tom perypetii Danny’ego Randa, Nieśmiertelnego Iron Fista, Obrońcy K’un–Lun?

Autorzy postanowili wykonać ukłon przede wszystkim w kierunku klasycznej konwencji kung-fu, dając dużo miejsca wyjątkowemu głównemu bohaterowi i kolejnym pojedynkom, z obowiązkowym miejscem na przeciwnika i hordy jego popleczników. Tym, co w pewnym sensie te konwencję wzbogaca, jest podkreślenie ponadczasowości Iron Fista. Danny to kolejny w długiej linii obrońców mistycznego miasta, aktor mający odegrać rolę w konflikcie, w którym przeszłość ma niebagatelne znaczenie. Już osadzone w historii i nieco mistyczne otwarcie tego albumu buduje odpowiedni klimat. Zanim jednak dojdzie do wielkich, epickich starć (bo, zgodnie z konwencją, dojść do nich musi), główny bohater zmierzy się także z nieco innymi problemami – próbą przejęcia jego spółki przez Hydrę, a także powrotem poprzedniego Iron Fista. W efekcie powstaje całkiem niezła, wielowarstwowa historia czerpiąca oczywiście z konwencji, ale także poza nią wykraczająca.

James Bond Tom 1: Warg – Warren Ellis, Jason Masters

Akcja zamiast szpiegowania

Marek Adamkiewicz

Dobre przyjęcie niedawno zakończonej serii „Velvet” pokazało, że na komiksowym rynku w Polsce brakuje interesujących tytułów szpiegowskich. Tę lukę stara się zapełnić nowopowstałe wydawnictwo Non Stop Comics, które jako jeden z pierwszych tytułów w ofercie prezentuje nam perypetie Jamesa Bonda. Wybór chyba nie mógłby być lepszy, wszak jest to bodaj najsłynniejszy szpieg na świecie. 007 powrócił do komiksowego medium w 2015 roku po wieloletniej przerwie, a zadania rewitalizacji postaci podjął się Warren Ellis, scenarzysta doświadczony i utalentowany.


W Anglii dochodzi do serii tajemniczych zgonów. Sprawa ma związek z nowym narkotykiem, który niedawno pojawił się na rynku, a obecnie zbiera śmiertelne żniwo. Problemem zaczyna interesować się agencja MI6, która do jego rozwiązania postanawia zaangażować jednego ze swoich najlepszych agentów. James Bond, bo o nim mowa, wyrusza do Berlina, gdzie ma się spotkać z pewnym serbskim naukowcem specjalizującym się w nowoczesnych protezach. Krótko po dotarciu na miejsce, sprawy zaczynają się komplikować, a Bond zostaje zmuszony do zaprezentowania swoich ponadprzeciętnych umiejętności.

James Bond kojarzony jest jako postać szarmancka, ale też nieco szowinistyczna, która podrywa całe tabuny kobiet oraz sączy wódkę z martini w wersji wstrząśniętej. Mając w pamięci ten obraz, pewnym zaskoczeniem może być to, jaki brutalny jest Bond w „Wargu”. Pod tym względem odchodzi od klasycznych wizerunków i najbardziej przypomina wersję wykreowaną przez Daniela Craiga. Nie jest to jednak odskok na zbyt daleki dystans, bo elementów charakterystycznych wciąż kilka pozostało. Na kartach komiksu znajdziemy i szczyptę humoru, i subtelne filtrowanie bohatera z przedstawicielkami płci pięknej. Elementy te zostały jednak ograniczone, a postać agenta sprawia dzięki temu wrażenie dosyć mocno odświeżonej.

Thor Gromowładny. Ostatnie dni Midgardu – Jason Aaron, Esad Ribić i inni

Thor dla Ziemi

Maciej Rybicki

Trzeci tom „Thora Gromowładnego” udowodnił, że Jason Aaron jest scenarzystą niezwykle wszechstronnym. Po epickiej, rozciągniętej na millennia opowieści o Bogobójcy, zaproponował bowiem historię będącą klasycznym fantasy. Czwarty, ostatni tom serii, po raz kolejny przynosi zmianę konwencji – tym razem na dramat ekologiczny. Zaskakujące, nieprawdaż? A jednak na kartach „Ostatnich dni Midgardu” dzieje się całkiem sporo… i to nawet z sensem.

Strony