Subiektywnie

Delhi. Stolica ze złota i snu – Rana Dasgupta

Ze skrajności w skrajność.

Justyna Madan


Życie w Delhi to nieustająca sinusoida. Od zachwytu po płacz rozpaczy. Czasem budzisz się i widzisz za oknem cudowne słońce i kwitnące drzewo mango, a już za chwilę wchodzisz w krowią kupę albo goni cię wredny, bezpański pies. I tak każdego dnia.


Nie mogłam się doczekać kiedy będę mogła przeczytać książkę Rany Dasgupty. Już początkowe kilkanaście stron pokreśliłam ołówkiem tak bardzo, że trudno było cokolwiek z tego zrozumieć. Okazuje się, że jako mieszkanka tego miasta mam wiele podobnych spostrzeżeń na temat stolicy Indii jak autor, który w tym roku otrzymał za swoje dzieło Nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego. Zasłużoną.


Bad Mommy. Zła mama – Tarryn Fisher

Podglądaczka


Justyna Madan


Dział marketingu wydawnictwa SQN powinien dostać jakąś specjalną nagrodę. Wykonali świetną robotę i kupili mnie w dwie sekundy. Reklama nowej książki Tarryn Fisher w mediach społecznościowych zadziałała na mnie tak, że koniecznie musiałam zdobyć Bad Mommy. Miałam obłęd w oczach i gotowa byłam gryźć i szarpać, by dostać w swoje ręce świeżutką, pachnącą nowością powieść.

W tym momencie spodziewacie się pewnie opisu, jak to skakałam z radości, kiedy kurier przyniósł mi książkę i jak niecierpliwie zaczęłam ją czytać tylko po to, żeby się rozczarować. Zawiodę Was. Nie będę budowała napięcia, tak jak napięcie nie rośnie w Złej mamie. Czytało się ją świetnie, naprawdę. Jednak zabrakło mi tego... czegoś.

David Lynch – Celuloidowa hipnoza

CZĘŚĆ V – Wielkie dzięki, panie Lynch!

Marcin Knyszyński

Pierwsze pogłoski o prawdopodobnej realizacji trzeciego sezonu „Twin Peaks” zaczęły pojawiać się już w 2013 roku, ale zostały szybko zdementowane przez córkę Davida Lyncha. Zarówno sam reżyser, jak i Mark Frost bardzo enigmatycznie odpowiadali na pytania, coraz częściej padające ze strony fanów oraz prasy. W końcu, gdy w październiku 2014 roku gruchnęła wieść o planowanym dziewięcioodcinkowym serialu, który miał w zamierzeniu kontynuować historię z oryginalnej serii, w środowisku fanów zawrzało. Wszyscy pragnęli dowiedzieć się, co dokładnie wyszło z Czarnej Chaty w postaci agenta Coopera i co znaczyły te wszystkie niezrozumiałe sceny z „Twin Peaks: Fire Walk With Me”. Choć oczywiście mało kto wierzył, że Lynch da jasne odpowiedzi – to nie ten rodzaj filmowego artysty.

Zdjęcia zakończono w kwietniu 2016, jednak zaplanowaną wcześniej premierę przełożono o rok, na połowę 2017. Szefowie stacji Showtime dali Lynchowi i Frostowi całkowitą swobodę, nie wiedząc do końca, ile epizodów ostatecznie powstanie, kiedy będą gotowe ani ile czasu zajmie postprodukcja. David Lynch zapowiedział, że nakręci po prostu osiemnastogodzinny film, który potem podzieli na odcinki, tak, aby powstała spójna, choć niekoniecznie jasna opowieść. Twórca „Twin Peaks” jest mistrzem improwizacji, co podkreślały ekipy filmowe pracujące zarówno przy „Mulholland Drive”, jak i „Inland Empire”, co dodatkowo mogło niepokoić stację. Jednocześnie nazwisko Lynch to marka i legenda – gdyby w podobny sposób miał przygotowywać ten serial jakiś mało znany reżyser, Showtime nigdy nie dałaby mu zielonego światła.

Kolacja dla wrony – Jonathan Carroll

Nic nowego pod słońcem

Jagoda Wochlik

Kiedy Jonathan Carroll miał piętnaście lat, postanowił zostać pisarzem. Jednak  z tych planów długo nic nie wychodziło. Zatrudnił się jako nauczyciel. Aż w którejś z jego kolejnych książek nastąpił przełom – pies przemówił. Swoją pierwszą powieść wydał dzięki wstawiennictwu Stanisława Lema, którego syna był korepetytorem. Dziś jest jednym z najbardziej uznanych autorów piszących w nurcie realizmu magicznego. Spod jego pióra wyszły „Zaślubiny patyków”, „Całując ul” oraz „Kąpiąc lwa”.

„Kolacja dla wrony” to zbiór krótkich szkiców na różne tematy. Carroll poświęca w nich uwagę relacjom damsko-męskim i rodzinnym, a także upływającemu czasowi. Pisze o literaturze i filmie. Odnosi się do genezy niektórych ze swoich książek. Często zupełnie błahe wydarzenia, jak spacer z psem czy scena zaobserwowana w kawiarni, stają się kanwą dla tych krótkich wprawek. Określam te, często półstronicowe teksty, nieraz nawet krótsze, jako „wprawki”, gdyż nie jestem pewna, jaką przynależność gatunkową powinny otrzymać. Ze względu na poważny charakter trudno te teksty nazwać felietonami, z kolei na eseje są zdecydowanie zbyt krótkie i błahe. Może najbezpieczniej byłoby powiedzieć, że to zbiór przemyśleń na różne tematy. Zapisanych, ale jednak przemyśleń.

Niewątpliwie teksty, które wyszły spod pióra Carrolla, napisane są pięknym językiem. Niektóre z nich ocierają się nawet o poezję, przyjemnie się je czyta. Z drugiej strony podczas lektury miałam wrażenie, że już to wszystko wiem, że już to gdzieś widziałam, czytałam, słyszałam. Że sama tak myślę, więc nie potrzebuję, by autor obwieszczał mi to w natchniony sposób, bowiem w jego miniaturkach nie ma nic odkrywczego. Chyba że chcemy spojrzeć na Carrolla nie jako na pisarza, lecz na niestrudzonego tropiciela magii codzienności, który, tak jak my, wychodzi na spacer z psem, spotyka się z przyjaciółmi i udziela im rad, obcuje z kulturą i wyraża sądy na jej temat.

Uniwersum DC: Odrodzenie – Geoff Johns, Gary Frank, Ethan van Sciver i inni

Nowy początek

Marek Adamkiewicz

Komiksowe światy superbohaterskie uwielbiają zmiany. Wielkie opowieści, po których nic nie jest już takie samo – takowych znajdziemy we wszelkiej maści uniwersach naprawdę sporo. DC Comics ostatnią rewolucję przeprowadziło w 2011 roku, gdy na księgarskich półkach zaczęły pojawiać się tytuły z „Nowego DC Comics”. Projekt, zapoczątkowany przez „Flashpoint”, pchnął losy wielu herosów na inne tory, zmienił ich życiorysy i zaprezentował znane postacie na nowo. Jednak i ta inicjatywa znalazła w końcu swój kres. Omawiany tytuł daje początek „Odrodzeniu”, także wprowadzającemu wiele nowości, spośród których kilka intryguje.

„Nowe DC Comics” opierało się na zmianach wywołanych przez działania Flasha. Tym razem ponownie centralną postacią jest speedster, jednak na pierwszym planie znajduje się Wally West, dawniej znany jako Kid Flash, były członek Nastoletnich Tytanów. West został uwięziony poza czasem i chce powrócić do znanej mu rzeczywistości. Sprawa jest o tyle ważna, że posiada on wiedzę na temat obecnych wydarzeń. Twierdzi też, że superbohaterom ktoś ukradł całe lata życia. Owa tajemnicza persona, prawdziwy motor wszystkich zmian i zakłóceń, nadal ukrywa się w cieniu, a o jej istnieniu wie tylko Wally. Problem w tym, że nikt nie pamięta o jego istnieniu, a dopóki taki stan rzeczy trwa, zagrożenie pozostaje nieujawnione.

Centralną postacią tego, dosyć krótkiego w sumie, komiksu jest Wally West. Człowiek, dla którego „stary” Flash był idolem i wzorem, znajduje się w podobnej sytuacji, w jakiej niegdyś był jego mentor. Walka bohatera o powrót do świata żywych jest motywem przewodnim albumu. Johns nieco ryzykował, stawiając na postać Westa, nie jest to wszak, ani nigdy nie był, ktoś wiodący w Uniwersum DC. Wybór okazał się jednak całkiem trafny, scenarzysta umiejętnie przedstawił pobudki herosa, udało się także wytworzyć więź między nim a odbiorcą. O to ostatnie zresztą zawsze łatwiej, gdy motywacja protagonisty jest, tak jak tutaj, szlachetna.

Różaniec – Rafał Kosik

Jak amen w pacierzu

Hubert Przybylski

Jakże łatwo jest o czymś zapomnieć. Czasami to wręcz normalnie zdrowo zbyt łatwo. Pal licho sytuacje, gdy zapominamy o jakichś pierdołach*, ale raz na jakiś czas zapominamy o czymś, o czym zapomnieć nie wolno. Mnie się ostatnio przydarzyło zapomnieć o tym, że Rafał Kosik pisze też książki dla dorosłych. Wiem, dziewięć lat odstępu między „Kameleonem” a „Różańcem”, w czasie których ukazało się kilkanaście pozycji dla dzieci i młodzieży, oraz moja wrodzona skleroza** bardzo mi w zagubieniu owej dość ważnej wiedzy pomogły i troszkę mnie usprawiedliwiają. Ale jak by nie było, w rezultacie wyszło na to, że przez trzysta z pięciuset stron omawianego dziś dla Was „Różańca” czułem spory dyskomfort. A co sądzę po lekturze całości?

Sądzę mianowicie, że najsampierw wypada przybliżyć Wam zarys fabuły. A więc***, w niedalekiej (by się zdawało) przyszłości istnieje sobie odizolowana od innych miast-enklaw Warszawa. Nadzoruje ją sztuczna inteligencja nazwana g.A.I.a., zajmująca się wszystkim, co decyduje o przetrwaniu mieszkańców miasta. Kontrolę nad samą ludnością sprawuje za pomocą Nadzoru, Prowokacji i Eliminacji, a o dalszym być albo nie być człowieka decyduje liczba Punktów Zagrożenia, jakie można dostać lub stracić za dosłownie każde podjęte, lub nie, działanie. W tych pełnych permanentnej inwigilacji okolicznościach przyrody główny bohater powieści, Harpad, musi lawirować pomiędzy dwiema organizacjami, o wątpliwej reputacji i skrajnie różnych celach, a samym systemem, aby uratować życie swojej córki i – jeśli się uda – również własne.

Droga do Odrodzenia. Superman: Ostatnie Dni Supermana – Peter J. Tomasi, Mikel Janin i inni

Zmiana warty

Marek Adamkiewicz

„Nowe DC Comics” przechodzi powoli do historii. Egmont zamyka kolejne tytuły i przygotowuje czytelników do następnej inicjatywy, „Odrodzenia”. Niedawno recenzowałem pierwszy tytuł, który wprowadza do tego wydarzenia. „Superman – Lois i Clark”, bo o nim mowa, okazał się ze wszech miar udany, głównie z tego powodu, że nie skupiał się wyłącznie na zaprezentowania drogi do głównego wydarzenia, ale przynosił autonomiczną historię, która w ciekawym świetle przedstawiała postać Supermana. Teraz nadszedł czas na kolejne preludium. Jego centralną postacią ponownie jest Człowiek ze Stali, ale tym razem musi się zmierzyć z zagrożeniem ostatecznym.

Superman uświadamia sobie, że umiera. Kilka wydarzeń i walk, w których brał udział, nałożyło się na siebie, dając w połączeniu śmiercionośny efekt. Jednak zanim bohater opuści świat, którego przysiągł bronić, musi rozwiązać kilka spraw . Przede wszystkim chce pożegnać się z przyjaciółmi i przekazać misję ochrony Metropolis i całego świata nowej osobie. Ostatnie dni niosą jednak ze sobą również duże zagrożenia. Pojawia się tajemnicza postać zbudowana z czystej energii, która twierdzi, że jest Supermanem. Jak jednak mogłaby być herosem, skoro zabija niewinnych ludzi? Potyczka, która nadciąga, może znacząco przyspieszyć odejście Clarka Kenta.

Punisher Max, tom 2 – Garth Ennis, Doug Braithwaite, Leandro Fernandez

Wojna trwa

Marek Adamkiewicz

Pierwszy tom „Punisher Max” uraczył czytelnika morzem przemocy oraz wylewającym się z co drugiego kadru nihilizmem i pesymistycznym, dołującym przesłaniem. Był to głęboki skok w krainę pełną deprawacji i okrucieństwa, jednak mimo tego świat przedstawiony w pewien sposób hipnotyzował, jasno zarazem określając, czego możemy spodziewać się po serii Gartha Ennisa w dalszych jej odsłonach. Teraz, gdy na księgarskich półkach wylądowała oczekiwana przez fanów kontynuacja, można te oczekiwania zweryfikować.

Frank Castle nie jest człowiekiem, który paliłby się do wykonywania zadań dla amerykańskiego rządu. Gdy jednak o przysługę prosi go Nick Fury, mściciel z Nowego Jorku postanawia działać. Misja, z którą zostaje wysłany do Rosji, wydaje się samobójcza. Wraz z wyznaczonym przez wojsko towarzyszem Punisher ma zakraść się do atomowego silosu, skąd trzeba wydostać małą dziewczynkę, nosicielkę śmiercionośnego wirusa. Druga z opowieści zamieszczonych w tym tomie traktuje już o kolejnej odsłonie walki Castle’a z gangsterami. Nicky Cavella wpada na pomysł, jak wywabić Punishera na światło dzienne – bezcześci szczątki jego rodziny i czeka na reakcję. Gdy ta następuje, w mieście rozpętuje się piekło.

Tym, co odróżnia postać Punishera od czeredy superbohaterów Marvela, jest fakt, że Castle nie ma żadnych supermocy. Co za tym idzie, jego perypetie posiadają o wiele większą dozę prawdopodobieństwa niż przygody zamaskowanych herosów, takich jak Spider-Man czy członkowie X-Men. Garth Ennis w każdej kolejnej scenie stara się ten realizm uwypuklić.  Ponieważ operuje w oferującym tytuły dla dojrzałego odbiory imprincie MAX i nie jest związany polityczną poprawnością, pokazuje rzeczy, które mogą być ciężkostrawne dla przeciętnego fana bohaterów ze stajni Marvela. Twórca kontynuuje to, co rozpoczął w poprzednich zeszytach serii – dosłowna przemoc wylewa się z kolejnych kadrów, pojawiają się również  kontrowersyjne tematy (na przykład kazirodztwo). Opisywany świat jest bardzo mocno zdegenerowany, co ukazano w niezwykle plastyczny i przekonujący sposób.

Sylvain Runberg we współpracy z F. Miville-Deschênesem – Horda Żywych

Bliski Wschód jakiego nie znamy


Marek Ścieszek


Horda Żywych, jak sądzę po lekturze, w intencji twórców komiksu: dwie armie nie po to zostały powołane przez trzech władców scytyjskich oraz jednego hetyckiego, aby zadziwiały liczebnością oraz brawurą, rozmiarem i strategią lecz szerokim wykorzystaniem zwierząt w boju. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, wszak słonie przysposobiono do walki już w starożytności, gdyby nie to, że na słoniach nie poprzestano.


Czarodzieje koni – Krzysztof Czarnota

Kresowi zaklinacze arabów

Jagoda Wochlik

Krzysztof Czarnota jest pisarzem i felietonistą, a także miłośnikiem i trenerem koni arabskich. W swojej twórczości często odwołuje się właśnie do końskiej tematyki. Na jego koncie znajdują się takie książki jak „Niosąca radość” czy „Czartoria kraina Kuhailana”. „Czarodzieje koni” to najnowsza pozycja w dorobku autora.

Podczas odwiedzin u znajomego, Wojciech, hodowca i znawca koni arabskich, słyszy historię kozackiego atamana, który podczas walk na Kresach Wschodnich uchodzi przed pogonią. Ukrywa się u jednego z tamtejszych chłopów, któremu zostawia swój kindżał, szablę, siodło oraz sztylet. Po latach ten właśnie sztylet trafia w ręce przyjaciela Wojciecha. Zainteresowany opowieścią pisarz postanawia odnaleźć zaginione siodło. Kiedy mu się to udaje, odkrywa, że ukryto w nim zapiski atamana. Wojciech postanawia dokładniej przyjrzeć się dziejom tajemniczego Kozaka.

Niewątpliwie Krzysztof Czarnota potrafi w zajmujący sposób pisać o koniach. Udowodnił to już w niejednej swojej książce. W „Czarodziejach koni” zabiera nas na wyprawę po dawnych, nieistniejących już stadninach koni arabskich. Splata ze sobą losy takich znanych historycznych postaci jak Wacław Rzewuski, Juliusz Dzieduszycki, bracia Sanguszko czy też Juliusz Kossak. W równie zajmujący sposób jak o ludziach, którzy nawet w tamtych czasach potrafili udać się na pustynię, do beduińskich plemion, by przywieźć ze sobą najprzedniejsze konie, będzie pisał o samych legendarnych wierzchowcach.

Strony