Subiektywnie

Czarownice z Manningtree – Beth Underdown

Salem oznacza pokój

Anna Szumacher

Niektóre lektury są lekkie, łatwe i przyjemne, a czytanie ich to czysta rozrywka. „Czarownice z Manningtree” nie łapią się do tej kategorii w najmniejszy nawet sposób. Dostajemy mroczną, duszną, przytłaczającą historię, która jednak wciąga. A najlepsze… a może najgorsze w niej jest to, że została oparta na faktach.

Kiedy pada hasło „czarownice”, na myśl przychodzą złe baby z bajek, wiedźmy z Shakespeare’a, film „Czarownice z Eastwick”, Sabrina, pozycja „Malleus Maleficarum” czy procesy w Salem. Skojarzeń jest sporo, i to rozrzuconych dosyć szeroko. Dzięki Beth Underdown, autorce recenzowanej książki, można do tej listy dopisać niewinnie brzmiące miasteczko Manningtree i niejakiego Matthew Hopkinsa.

We wstępie do książki Underdown wspomina, że powieść powstała, ponieważ „natrafiła na historię Matthew Hopkinsa, czytając książkę o położnictwie w siedemnastym wieku”. Choć brzmi to niewinnie, warto powiedzieć, że Hopkins zapisał się w historii Europy, a dokładniej Wielkiej Brytanii, jako jeden z najzajadlejszych, najbardziej okrutnych i diablo skutecznych łowców czarownic. Tak, moi drodzy, rzut kamieniem, odrobinę tylko na północ, mieliśmy własne procesy w Salem i to w wersji hard, bo ofiar były dziesiątki. Hopkins zabił ponad sto kobiet wyłącznie z tego powodu, że któryś z sąsiadów rzucił oskarżenie.

Avengers. Czas się kończy, tom 4 – Jonathan Hickman i inni

Już za chwileczkę, już za momencik…

Maciej Rybicki

Oj ciągnie się ta Hickmanowska saga, ciągnie. A jednocześnie rodzi niemało kontrowersji tak ze strony jej sympatyków, jak i przeciwników. Ci pierwsi zwracają uwagę na niebywały rozmach rozpisanej na kilkanaście tomów historii, specyficzny dla tego autora klimat opowieści, a także jej niebagatelny wpływ na kształt pozostałych komiksów Marvela (choć prawdę mówiąc, jest to raczej zasługą redaktorów Domu Pomysłów, którzy uczynili z fabuły „Avengers”/ „New Avengers” metawątek całego uniwersum). „Hickmanosceptycy” zwracają natomiast uwagę na zbytnie rozwleczenie fabuły, spore przestoje, logiczne dziury czy też po prostu nieznośną atmosferę, w której wszyscy knują przeciw wszystkim (rzecz jasna w imię większego dobra). Niezależnie jednak od tego, czy postrzegamy run Jonathana Hickmana jako wzorcowy przykład epickiej opowieści o końcu świata, czy też jako nudną trykociarską operę mydlaną, trzeba temu cyklowi oddać jedno – na pewno przyciągnął uwagę sporej publiczności, zwykle wywołując niemałe emocje… a na obecnym, przeładowanym tytułami rynku komiksowym jest to sztuka niemała.

Transmetropolitan. Tom 3 – Warren Ellis, Darick Robertson

Nikt nie może zadrzeć z PRAWDĄ

Marcin Knyszyński

Gary Callahan, nazywany „Uśmiechniętym”, wygrał wybory prezydenckie i poprzysiągł zemstę Pająkowi Jeruzalemowi. Drugi tom „Transmetropolitan” kończy się zapowiedzią nieuniknionego starcia pomiędzy nowym najpotężniejszym obywatelem Stanów Zjednoczonych a zrozpaczonym i wściekłym dziennikarzem. Ludzie Ameryki przyszłości dokonali swego wyboru, zamienili zło oswojone i tłumaczone pewnymi zasadami na zło cyniczne i nieograniczone zgoła niczym. Lepsze może i jest wrogiem dobrego, ale gorsze jest na pewno przyjacielem złego.

Pięcioczęściowa kolekcja zbiorczych wydań „Transmetropolitan” ma bardzo przejrzystą strukturę. Sześćdziesiąt odcinków serii podzielono na dwunastoczęściowe tomy – w przypadku najnowszego, trzeciego, jest dokładnie tak samo. Układ odcinków tego tomu to 2x (1+1+1+3) – mamy dwie tury trzech pojedynczych epizodów, przedstawionych w formie monologu, felietonu okraszonego obrazkami z życia Pająka, urywków programów telewizyjnych lub krótkich historyjek (na przykład zupełnie bez udziału Jeruzalema, tylko z „paskudnymi asystentkami” w rolach głównych) oraz dwie dłuższe, trzyczęściowe historie, które przywodzą na myśl rundy pojedynku bokserskiego. W pierwszej Pająk zalicza potężnego sierpowego i pada na ring. Gdy z trudem dochodzi do siebie i staje w końcu na nogi, przechodzi do zdecydowanego kontrataku w drugiej.

Jupiter's Legacy. Dziedzictwo Jowisza. Tom 2 – Mark Millar, Frank Quitely

Gorsze oblicze Millara

Marek Adamkiewicz

Ostatnimi czasy obserwujemy różne próby podejścia do tematyki superbohaterskiej od nieco innej strony i zaprezentowania jej mniej znanego oblicza. Czasem wychodzi to bardziej na poważnie („Czarny Młot”), niekiedy z lekkim przymrużeniem oka („Chłopaki”), ale cieszy, że twórcy chcą bawić się ogranymi motywami i przedstawiać je inaczej niż w regularnych trykociarskich seriach. W ten trend wpasował się także Mark Millar, który choć w pierwszym tomie „Jupiter's Legacy” nie chciał niczego reinterpretować i rewolucjonizować, to herosów przedstawił na własną modłę. Jego spojrzenie okazało się naprawdę ciekawe, mieliśmy więc wszelkie prawo spodziewać się wysokiego poziomu po zamknięciu tej opowieści. Jak wyszło w praktyce?

Po tym jak w rodzinie Sampsonów nastąpił podział, część z jej członków objęła władzę nad światem, podczas gdy pozostali udali się na wygnanie. Superbohaterowie szybko okazali się prawdziwymi despotami nieznoszącymi sprzeciwu, a ludzkość odczuła na własnej skórze jak to jest, gdy żyje się pod władzą absolutną. Z drugiej strony wielu spodobały się rządy silnej ręki, co tym bardziej zaskoczyło dawnych superłotrów, a obecnie jedynych mogących zmienić porządek rzeczy. Czy wystarczy im sił i motywacji, a przede wszystkim – czy faktycznie postępują słusznie? Żeby odnieść zwycięstwo, odpowiedzi na oba te pytania muszą być twierdzące.

O ile pierwszy tom „Dziedzictwa Jowisza” zahaczał o poważniejszą tematykę, o tyle kontynuacja porzuca ambitniejsze próby i skupia się na rozgrywce mającej na celu zmianę porządku rzeczy w świecie przedstawionym. To z kolei w centrum stawia akcję, inne elementy spychając na dalszy plan. Niestety, ale taka decyzja Millara okazała się dość mocno rozczarowująca, urok poprzedniej części zasadzał się bowiem w znacznej mierze na tych delikatnych kontrastach, na konflikcie wewnątrz rodziny i rozpadzie najmocniejszych (przynajmniej w założeniu) więzi. Tutaj tego wszystkiego brakuje, a koncentracja na przygotowaniach do potyczki i na samej walce jest pójściem na łatwiznę.

Hawkeye – Rio Bravo – Matt Fraction, David Aja, Chris Eliopoulos, Francesco Francavilla

Mój łuk, mój pies i ja

Maciej Rybicki

Gdy patrzymy na publikacje Marvela z ostatnich lat, nietrudno zauważyć, że chyba najrówniej wypadały tytuły, które można określić jako „superbohaterszczyznę uliczną”. Od Daredevila, przez Punishera, Jessicę Jones czy Iron Fista aż po Hawkeye’a – wszyscy ci herosi doczekali się znakomitych serii. Wszystkich łączy też specyficzna pozycja w uniwersum Domu Pomysłów – to postacie relatywnie niezbyt potężne (lub w ogóle bez mocy), a ich przygody rzadko charakteryzują się bombastycznością porównywalną z perypetiami Avengers czy X-Men. Czytelnik znajdzie tu (z drobnymi wyjątkami) historie znacznie bardziej kameralne, przyziemne, dziejące się raczej w brudnych zaułkach Nowego Jorku niż w Asgardzie czy alternatywnych rzeczywistościach. Co ciekawe, gdy tak popatrzeć z daleka, bez trudu zauważymy, że wspomniane tytuły (a dokładniej tytuły poświęcone wspomnianym bohaterom) zwykle wychodziły spod rąk podobnej grupy twórców: Bendis, Brubaker, Fraction, Aja, Mack, Gaydos – gdy szukam marvelowskich serii, które najlepiej trafiają w mój gust, te nazwiska pojawiają się nadzwyczaj regularnie. Jak więc wypadł czwarty tom „Hawkeye’a”?

Batman. Mroczny Rycerz: Rasa Panów – Frank Miller, Brian Azzarello, Andy Kubert i inni

Próba dorównania legendzie

Marek Adamkiewicz

Wątpliwości rozwieję już na samym początku – nie, „Rasa Panów”, czyli trzecia część Millerowskiego „Powrotu Mrocznego Rycerza”, nie zbliżyła się poziomem do oryginału. Jednak to było do przewidzenia jeszcze przed lekturą, zwłaszcza gdy spojrzało się na bibliografię autora, który od dłuższego już czasu nie stworzył żadnego dzieła mogącego nawiązywać do jego najlepszych dokonań. Mimo to komiks wciąż mógł okazać się całkiem satysfakcjonującą rozrywką, oferującą czytelnikom parę ciekawych wątków i pomysłów. Czy tak się stało? Myślę, że trzecia odsłona sagi przynosi kilka chwil całkiem niezłej zabawy, ale warunkiem jest wyłączenie oczekiwań.

Batman nie żyje. Podobno. Tak przynajmniej twierdzą media. Tym większe jest zdziwienie wszystkich, gdy na ulicach pojawia się osoba w stroju Nietoperza. Co więcej, jej umiejętności wydają się zbliżone do tych, jakimi dysponował Mroczny Rycerz. Czy to dawny obrońca Gotham powrócił na ulice miasta, by ponownie walczyć z panoszącą się przestępczością? Na odpowiedź nie przyjdzie nam długo czekać, a to zaledwie początek tej opowieści. Gdzieś niedaleko z więzienia zostają uwolnieni mieszkańcy kryptonijskiego Kandoru. Problem w tym, że wśród nich znajduje się niejaki Quar, despota pragnący podbić Ziemię. By go powstrzymać, siły będą musieli połączyć najwięksi ziemscy superbohaterowie, z Supermanem i Batmanem na czele.

BBPO. Plaga Żab. Tom 3 – Mike Mignola, John Arcudi, Guy Davis

Komu ufasz?

Marcin Knyszyński

W drugim tomie „Plagi żab” wielki lovecraftowski potwór, „Katha Hem, który przyćmi Sadu Hema”, pozostawił po sobie gigantyczny krater, setki trupów i wyprowadził wojnę z żabami z podziemi wprost na światło słoneczne. Świat już wie, że szekspirowskie „rzeczy, które nie śniły się filozofom” naprawdę istnieją pod naszym niebem i na naszej ziemi. W trzecim tomie Biuro Badań Paranormalnych i Obrony dowiaduje się jednak, że to nie humanoidalne żaby sprowadzą na grupę największe zagrożenie, lecz tajemnice skrywane przez samych członków.

 „B.B.P.O. Plaga żab. Tom 3” składa się z trzech pięcioodcinkowych historii. Za całość odpowiada stała już ekipa – scenariusze pisze John Arcudi, wspierany przez samego Mike’a Mignolę, a charakterystyczne, niepowtarzalne kadry rysuje Guy Davis. Plaga żab nadal trwa, jednak nie znajdziemy w tym tomie jakichś przełomowych wydarzeń z nią związanych. Właściwie, nie dzieje się nic w tym temacie, „żaby przycichły”, jak mówi jeden z członków Biura, i pewnie coś knują. Autorzy komiksu postanowili zatem mocno poszerzyć charakterystyki postaci i uchylić rąbków kilku nowych tajemnic. Dotyczy to nawet tego bohatera, który skończył w kawałkach pod koniec drugiego tomu – homunkulusa Rogera.

Oczy pełne szumu – Dawid Kain

Piekło na pełny regulator

Marcin Knyszyński

W „Zaginionej autostradzie” Davida Lyncha ktoś podrzuca bohaterom kasety video, na których mogą zobaczyć wnętrze ich własnego domu. Ktoś naruszył ich domowy mir, ktoś wszedł z butami w ich prywatność. Te, przybrudzone śniegiem białego szumu, nagrania były punktem zwrotnym fabuły, pęknięciem na granicy pomiędzy światem realnym i wyimaginowanym. Podobna rzecz dzieje się w powieści Dawida Kaina, wydanej właśnie przez Wydawnictwo IX. „Oczy pełne szumu” to mocno zredagowana, poprawiona i rozszerzona wersja książki „Prawy, lewy, złamany”, która pojawiła się na rynku już jedenaście lat temu.

Kraków, ponura dzielnica z budynkami wybudowanymi w czasach PRL-u, przesiąknięte smogiem, smutne i nudne blokowisko. „Szklana pogoda”, bijąca z okien każdego popołudnia i wieczora, nie jest wymuszona żadną zewnętrznie stanowioną godziną policyjną – to zmęczeni rzeczywistością i samymi sobą ludzie ochoczo przykuwają się do telewizorów. Już na początku poznajemy czwórkę głównych bohaterów powieści. Anka, osuwająca się w depresję po rozstaniu z chłopakiem, ciągle zła na cały świat studentka filozofii. Paweł, ochroniarz z pobliskiej dyskoteki, mały człowieczek w kostiumie cwaniaka, podkochujący się w Ance. Andrzej, nastolatek żyjący od lufki do jointa i od pały z matmy do pały z polaka. I w końcu Olek, dziennikarz muzyczny, były Anki, który nie wytrzymał jej zaborczości, a teraz nie wytrzymuje ignorancji swojego szefa, nieznającego się na muzyce.

Punisher Max. Tom 5 – Garth Ennis, Howard Chaykin, Goran Parlov

Zamknięcie runu Ennisa

Marek Adamkiewicz

Prowadzony przez Gartha Ennisa cykl od samego początku trzymał wysoki poziom. Co zaskakujące, autorowi udawało się go utrzymać także w kolejnych tomach, co przyniosło potwierdzenie opinii, że jest to jeden z ciekawszych tytułów traktujących o działaniach Punishera. Wszystko co dobre musi się jednak kiedyś skończyć. Odsłona numer pięć jest ostatnią składową tego runu. Czy również utrzymała tę bardzo wysoką jakość? W znacznej mierze tak, ale też jest to tom, który nieco różni się od poprzednich.

Podobnie jak poprzednio także tutaj mamy do czynienia z dwiema osobnymi opowieściami. W pierwszej z nich na scenę powraca Barrakuda – psychopatyczny morderca, który tym razem zostaje wynajęty, by raz na zawsze powstrzymać Franka Castle'a. Szalony najemnik chce dokonać tego, co nie udało się wielu innym, którzy dostali zlecenie na Punishera. On ma jednak o wiele lepszy punkt nacisku – coś, czym może zagrozić samotnemu mścicielowi. Druga składowa traktuje o kolejnej próbie dorwania Castle’a. Tym razem stoi za nią grupa amerykańskich generałów. Wszyscy wojskowi są umoczeni w ciemne sprawki, wiedzą też, że Punisher zdaje sobie sprawę z ich nieczystego sumienia, dlatego postanawiają uderzyć jako pierwsi i wykorzystać w tym celu grupę do zadań specjalnych.

Nie powiem, przed lekturą bardzo ucieszyła mnie informacja, że jednym z bohaterów piątej odsłony serii będzie ponownie Barrakuda. Ten dwumetrowy Murzyn zaprezentował się poprzednio naprawdę wybornie, miałem więc podstawy, by oczekiwać, że i tym razem stanie się podobnie. Czy wyszło? Na szczęście tak! Barrakuda znów zachwyca swoją nieprzewidywalnością i przeraża nieokiełznaną brutalnością. Nie ma dla niego żadnych świętości, może zabić każdego, a palec na spuście nie zadrży mu nawet wtedy, gdy na celowniku ma niewinne dziecko. To postać naprawdę straszliwa, ale też osobliwie hipnotyzująca – za jej wykreowanie Ennisowi należą się szczególne wyrazy uznania, bo dodaje fabule wiele kolorytu.

Uwaga, szpieg! Dzieje wywiadu od Noego do Bonda – Tadeusz A. Kisielewski

Mistrzowie sztyletu i kaptura

Hubert Przybylski

Przeczytajcie sobie tytuł tej książki raz jeszcze. Jest naprawdę chwytliwy i sugestywny (i jakże ślicznie nawiązuje do historii polskiej kinematografii). Tyle że sugeruje, że opracowanie, które go nosi, to kolejna z pierdyliarda wydawanych masowo lekkich, łatwych i przyjemnych pozycji popularno-historyczno-naukowych „dla opornych”, traktujących temat po macoszemu*, bo i tak ich czytelnicy szukają tylko taniej historycznej sensacji** pod schabowego i „ajpę” (z lokalnego dyskontu, po 2.59 peelenów za butelkę), po dwudziestu ośmiu godzinach spędzonych w korporacyjnym kubiku. Coś, co jest ładnie wydane (więc może stać na skandynawskiej, sosnowej półce obok siedmiu innych książek***) i nie przeciąży szarych komórek (bo pewnie lektura ich nie uruchomi). Coś z obrazkami, najlepiej z dużą liczbą obrazków****. Przyznacie, że to czarna (i złośliwa) wizja, ale ilu z Was dokładnie takie wydawnictwo stanęło przed oczami po przeczytaniu tego tytułu? No właśnie. I pozostaje pytanie czy „Uwaga, szpieg!” to rzeczywiście jedna z tych pozycji. Ale o tym za chwilę.

Strony