Subiektywnie

Pustynny snajper – Ed Nash

Na Bliskim Wschodzie bez zmian

Hubert Przybylski

Pewnie część z Was nie pamięta lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku i sytuacji, jaka zaistniała na Bałkanach po rozwiązaniu Jugosławii. W wielkim skrócie powiem tylko, że nagromadzone przez lata animozje na tle przynależności religijnej, kulturowej i narodowej nagle wybuchły i doprowadziły do serii konfliktów, których poziom okrucieństwa dorównywał temu z drugiej wojny światowej*. Tyle że to, co stało się w Kotle Bałkańskim, to i tak pikuś w porównaniu z sytuacją, jaką mamy na Bliskim Wschodzie, zwłaszcza na terenach zamieszkałych przez Kurdów. W ten właśnie pieprznik wdepnął nasz dzisiejszy bohater, Ed Nash, który swoje wspomnienia z okresu walki z kalifatem opisał w książce „Pustynny snajper. Jak zwykły Angol poszedł na wojnę z ISIS”.

No bo co Nash, zanim wybrał się na tę wojnę, mógł wiedzieć o tamtejszych okolicznościach przyrody**? Tyle, ile w telewizji powiedzieli. A telewizje, reżimowe lub nie, mówią tylko to, że dzielni Kurdowie, zamieszkujący tereny u zbiegu Turcji, Syrii, Iraku i Iranu (z grubsza), próbują od lat uzyskać niepodległość i że wykorzystują zaistniałą sytuację (bunt części Syrii przeciw reżimowi Baszara al-Asada, upadek Saddama Husajna w Iraku oraz powstanie kalifatu ISIS), aby to przyspieszyć. Ale żadna telewizja nie dodała, że ci sami Kurdowie są podzieleni ze względów politycznych, religijnych, terytorialnych, plemiennych i ideologicznych i jeszcze kilkanaście lat temu walczyli między sobą równie zaciekle, jak teraz walczą z ISIS czy al-Asadem***. Zresztą oni nadal potrafią walczyć między sobą, mimo że dużo groźniejsi wrogowie są tuż obok, za płotem czy miedzą****. Media nie mówią też nic o tym, że nie tylko Rosja czy Chiny dostarczały broń ISIS, ale robiła to także będąca w NATO Turcja, największy bliskowschodni wróg Kurdów wspieranych przez założycieli NATO: USA, Wielką Brytanię czy choćby Francję. Choć w sumie to Francja raz była w NATO, raz nie, więc do końca nie wiadomo, co siedzi w głowach ludzi, którzy wymyślili czołgi mające trzy biegi do tyłu i jeden do przodu.

Studio Tańca tom 2 – Beka, Crip

Studio Tańca

Jagoda Wochlik

„Studio Tańca” to drugi tom serii dla dzieci, która zawojowała Francję. W Polsce ukazuje się ona nakładem Egmontu i stanowi część cyklu wydawniczego „Komiksy są super”, który ma zachęcić młodszego czytelnika (a może i rodzica, który często bywa pośrednikiem między dzieckiem a książką) do zapoznania się z tym rodzajem kultury. Oprócz „Studia” w ramach „Komiksy są super” ukazują się: „Lou!” i „Ernst i Rebecka”.

Za „Studio Tańca” opowiada duet scenarzystów – Bertrand Escaich i Caroline Roque, a rysunki wykonał Christophe Piron. Drugi tom zawiera zbiór albumów 4–6. „Studio Tańca” okazało się we Francji prawdziwym wydawniczym hitem i sprzedało się w milionie egzemplarzy. Czy rzeczywiście komiks jest aż tak dobry i może spodobać się polskiemu odbiorcy?

W drugim tomie swoich przygód Julka, Lusia i Alia wezmą udział w konkursie w Paryżu, zostaną zaproszone na staż do słynnej rosyjskiej szkoły baletowej oraz spróbują własnych sił w nowych rolach, wystawiając napisany przez siebie balet. Oprócz tego otrzymamy zabawne przebitki z ich domów rodzinnych i ze szkoły. Natomiast do grona nauczycieli dołączą nowe, ciekawe postaci.

Komiks w zasadzie trzyma poziom pierwszego tomu. Mamy tu do czynienia właściwie z krótkimi jedno-dwustronicowymi historyjkami. Łatwymi do czytania dla dzieci, które szybko się nudzą. Ot, mogą poznać dwie, trzy fabułki, odłożyć komiks i wrócić do niego następnego dnia. Co prawda bywa, że poszczególne opowiastki odnoszą się do siebie, ale można je też czytać pojedynczo, a komiks zupełnie na tym nie ucierpi. Podobnie jak w poprzednim tomie, seria utrzymana jest w pogodnym duchu. Również miłośnicy historii o tańcu znajdą tu coś dla siebie, bo dominują historie dotyczące szkoły baletowej. Przy okazji można się też co nieco dowiedzieć o tańcu klasycznym.

Deadly Class. Tom 1: 1987 Reagan Youth – Rick Remender, Wes Craig

Ach, ta wczorajsza młodzież...

Marek Adamkiewicz

Na jednej z platform streamingowych wylądował niedawno serial „Szkoła zabójców”. To jeden z licznych ostatnimi czasy tytułów opartych na komiksowym pierwowzorze. Prawdopodobnie z okazji tej premiery wydawnictwo Non Stop Comics postanowiło przybliżyć nam materiał źródłowy. Zazwyczaj książka lub komiks, na podstawie którego powstaje wersja aktorska, okazuje się czymś jakościowo lepszym. Ja jeszcze nie mogę dokonać takiego porównania, bo serialu zwyczajnie nie widziałem, ale po lekturze pierwszego tomu „Deadly Class” wydaje mi się, że dorównanie do tego poziomu może być dla filmowców dość trudne.

Marcus jest bezdomnym nastolatkiem. Szwenda się po ulicach, myśli o skończeniu z sobą, bowiem niespecjalnie widzi cel swojej dalszej egzystencji. Pewnego dnia niespodziewanie wpada w wir wydarzeń, który prowadzi go do tajemniczej placówki, szkoły, która w programie ma kształcenie morderców i szlifowanie ich talentów. Marcus musi zdecydować czy jest to odpowiednie miejsce dla niego, bo w Kings Dominion nic nie jest takie, jakie wydaje się na pierwszy rzut oka, a niebezpieczeństwo czai się za każdym rogiem.

„Deadly Class” już w samych założeniach może być tytułem dość kontrowersyjnym. Mowa w nim przecież o takiej edukacji młodych ludzi, by wyszkolić ich na perfekcyjnych zabójców. Pytanie, czy nasz osobisty kompas moralny będzie przy lekturze wariował. Jeśli już zarys fabuły nas odrzuca, lepiej chyba dać sobie spokój, ale gdy założymy, że jest to tylko nieszkodliwa rozrywka i zwyczajna fikcja, otrzymamy opowieść, która wciąga i dostarcza sporej dozy dobrej zabawy. Myślę, że nie ma co dać się zwariować, popkultura wielokrotnie wzbudzała kontrowersje („Urodzeni Mordercy”, teksty Marilyna Mansona), ale te nie mogą zamykać ust twórcom.

Corto Maltese tom 9. Młodość – Hugo Pratt

Corto Maltese

Jagoda Wochlik

„Corto Maltese” to seria komiksowa o przygodach tytułowego marynarza-awanturnika. Hugo Pratt, włoski scenarzysta i rysownik, stworzył 12 tomów jego perypetii. Oryginalna seria powstawała w latach 1967–1988. W 2015 roku podjęto decyzję o jej reaktywacji, a zadanie to powierzono dwóm Hiszpanom – Juanowi Díazowi Canallesowi i Rubenowi Pellejero. W Polsce „Corto Maltese” był początkowo wydawany w wersji czarno-białej przez Post, a w 2017 roku pałeczkę przejął Egmont, publikując serię od początku, w kolorze. Obecnie ukazał się tom dziewiąty, zatytułowany „Młodość”.

Corto Maltese spotyka dwóch niezwykłych ludzi u progu dorosłego życia. Pierwszym z nich jest Jack London, amerykańskim korespondent na froncie wojny japońsko-rosyjskiej w 1904 i 1905 roku. Drugi to uciekinier ze strony rosyjskiej, młody żołnierz Rasputin, któremu London próbuje pomóc w wydostaniu się z linii frontu.

Corto Maltese jest tu w zasadzie postacią epizodyczną, pojawia się tylko na moment. Cała fabuła koncentruje się na Londonie, jego kłopotach z pewnym japońskim generałem, który wyzywa go na pojedynek, oraz na próbach pomocy Rasputinowi. London i Rasputin kreowani są na awanturników, buntowników przeżywających niezwykłe przygody. O ile London ma w sobie cały wachlarz różnych cech, o tyle Rasputin pokazywany jest jako postać zła do szpiku kości. W sumie w pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać czy nie wolałabym, żeby zarobił kulkę. Ich losy na froncie są tym bardziej ciekawe, że doskonale wiemy, kim później stali się ci dwaj młodzi ludzie. W komiksie łatwo dostrzec wpływy powieści awanturniczej, która miała przedstawiać losy łotrzyka – przebiegłego bohatera przeżywającego nieprawdopodobne przygody.

Kadry w „Młodości” trudno określić mianem „estetycznych”. Wręcz przeciwnie, są raczej odpychające. Doskonale oddają brzydotę opisywanego świata. Dominują spłowiałe, mało nasycone kolory. Styl  Pratta bardzo przypomina styl innego rysownika tego okresu, również oddającego brzydotę na kadrach swoich komiksów – Belga Hermanna Huppena.

Amazing Spider-Man: Globalna sieć. Tom 1 Wrogie przejęcie – Dan Slott, Giuseppe Camuncoli

Wrogie przejęcie

Jagoda Wochlik

Za nami bardzo dobry rok dla Człowieka Pająka. Dwa tysiące osiemnasty zapisze się w historii popkultury świetnym występem Toma Hollanda w najnowszej odsłonie „Avengers”, we wrześniu pojawiła się doskonała gra o przygodach siostrzeńca May i Bena Parkerów, a na koniec roku uraczono nas wspaniałym filmem animowanym „Spider-Man. Uniwersum”. Czy najnowsze komiksy o perypetiach Spider-Mana są równie udane? Można się o tym przekonać, czytając „Amazing Spider-Man: Globalna sieć. Tom 1 Wrogie przejęcie”. To pierwszy tom opowieści o Peterze Parkerze w ramach nowej serii Egmontu „Marvel Now 2.0”.

Peter Parker nie jest już przegrywem. Dawno minęły czasy, kiedy zawsze spóźniał się z czynszem. Obecnie jest właścicielem firmy produkującej najnowsze technologie. Placówki jego korporacji są rozmieszczone na całym świecie, a Peter nazywany jest „Starkiem dla ubogich”. Natomiast Spider-Man przyjął fuchę osobistego ochroniarza Petera.

Niestety, najnowsza odsłona przygód Człowieka Pająka nie prezentuje się najlepiej. Twórcy próbują podejmować wątki szpiegostwa korporacyjnego i problemów związanych z prowadzeniem wielkich firm, ale cała historia jest szyta bardzo grubymi nićmi i nieudolnie napisana. Właściwie bzdura goni tu bzdurę i bzdurą pogania. Fakt, że Spider-Man koordynuje działania Shield, a zaraz potem urywa się z akcji, by ratować ciocię May, to jedynie wierzchołek góry lodowej kolejnych idiotyzmów. Trochę bijatyk, trochę sensacji, ale w sumie historia wydaje się posklejana na ślinę. Lepiej się nad nią nie zastanawiać, bo może się okazać, że człowiek złapie się za głowę.

Pod względem graficznym komiks wygląda dobrze, ale też nie rewelacyjnie. Dużo tu  pojedynków i scen akcji, a Spider-Man przedstawiony jest w bardzo charakterystyczny dla tego bohatera sposób – w ruchu, jakby miał za chwilę wyskoczyć z kartki. Kadry zmieniają się dynamicznie, w zależności od prezentowanej akcji. Bywa, że na stronie znajduje się ich kilka, bywa, że tylko jeden.

Kaczogród. Siedem miast Ciboli i inne historie z lat 1954–1955 – Carl Barks

Ciągną nas przygody i kłopoty

Jagoda Wochlik

Kaczor Donald jest jedną z tych postaci z Disneyowskiego świata, która jest równie dobrze znana z filmów animowanych, jak z komiksów, może nawet bardziej z tych drugich. Wśród pokolenia obecnych trzydziesto- i trzydziestoparolatków mało kto nie zaczynał swojej przygody z komiksami od Egmontowego czasopisma „Kaczor Donald”, a później tomów „Giganta”. Mało kto nie znał też na pamięć piosenki z „Kaczych opowieści”. W styczniu Egmont oddał w ręce czytelników wydanie „kaczych” komiksów zbierających historie z lat 1954–1955, których autorem był Carl Barks.

Carl Barks stworzył około 1500 kaczych historyjek. Uchodzi za najwybitniejszego twórcę historii o Donaldzie i jego świecie. To on wymyślił postacie Sknerusa McKwacza, wynalazcy Diodaka, Magiki De Czar, kuzyna-szczęściarza Gogusia, braci Be. Jego koncepcją był także Kaczogród, miejsce zamieszkania Donalda i spółki. Will Eisner określił go nawet mianem „Andersena komiksu”. To on nadał kaczkom bardziej ludzki wygląd. Jemu zawdzięczamy dzisiejszą, doskonale nam znaną sylwetkę Donalda.

W tomie, który w styczniu oddał w nasze ręce Egmont, zawarte są prace z początku lat pięćdziesiątych. Składają się na niego zarówno jedno- i kilkustronicowe historyjki, jak i dłuższe, kilkudziesięciostronicowe fabuły. Tom zawiera tytułowe „Siedem miast Ciboli” (komiks, który pełnymi garściami czerpie z nawiązań do legendy o Eldorado), opowieść o zawodach łowieckich, historię wagarów Hyzia, Zyzia i Dyzia oraz liczne perypetie sztandarowej postaci Barksa – Sknerusa McKwacza.

Krwawy las – Geraint Jones

War never changes…

Hubert Przybylski

Przeczytałem właśnie „Krwawy las”, powieściowy debiut Gerainta Jonesa, byłego żołnierza Koalicji, który walczył z dżihadystami w Iraku i Afganistanie. A że to książka napisana przez żołnierza o żołnierzach i wojnie, to trzeba sobie małe co nieco powiedzieć. Mimo że piszących beletrystykę militarną pisarzy było wielu, to Geraint Jones jest jednym z naprawdę niewielu rodzynków w tym cieście. Czym on i jego książka wyróżniają się na tle innych?

W oparciu o listę udostępnioną przez ciocię Wiki* sprawdziłem, ilu znanych i piszących fikcyjne wojenne historie pisarzy (ograniczyłem się do kręgu kultury anglojęzycznej) odbyło prawdziwą służbę frontową/bojową, w czasie której aktywnie brali udział w najstarszej znanej ludzkości rozrywce, czyli zabijaniu bliźnich**. Lista, nie powiem, nie była jakoś, przy tej skali długości trwania naszej cywilizacji i ogólnej liczbie wartych wspomnienia pisarzy, przesadnie długa – ot, kilkadziesiąt nazwisk – ale, po chwili zastanowienia, postanowiłem jeszcze bardziej ją skrócić. W tym celu wywaliłem wszystkich oficerów***. Mimo tego, co powiedział po odbyciu unitarki J. R. R. Tolkien****, wciąż byli oni dla mnie zbyt grzeczni i oddaleni od pierwszej linii. Zostało dwudziestu kilku. Wciąż za dużo, więc ciąłem dalej. Postanowiłem wykreślić intelektualistów, którzy na wojnę trafili z musu (zwanego poborem powszechnym, a w warunkach okołowojennych mobilizacją) lub, nie daj Boże, z przyczyn ideologicznych****** i potem, na skutek wojennych przeżyć, stali się gorącymi zwolennikami ruchów antywojennych*******. Nagle na mojej liście zrobiło się ździebko pustawo, a Geraint Jones został w towarzystwie takich person jak choćby James (zbieżność nazwisk przypadkowa) Jones, Steven Billy Mitchell (znany jako Andy McNab) czy Colin Armstrong (czyli Chris Ryan).

Zaginiony stradivarius – John Meade Falkner

Groza pięciolinii

Marcin Knyszyński

„Zaginiony stradivarius”, autorstwa Johna Meade’a Falknera, jest kolejną propozycją Wydawnictwa IX. Tę bardzo krótką powieść, wydaną w 1895 roku, porównuje się nieustannie z tekstami M. R. Jamesa – jednego z najbardziej znanych autorów opowiadań grozy z początków dwudziestego wieku. Chodzi przede wszystkim o dość często używany przez Jamesa motyw przeklętego przedmiotu, który trafia w ręce wykształconego, racjonalnego człowieka. Nawiedzony artefakt okazuje się kluczem do bram piekieł i impulsem obłędu – w przypadku powieści Falknera są to skrzypce.

„Zaginiony stradivarius” jest jednak starszy od pierwszego zbioru Jamesa dokładnie o dziewięć lat. Nie ma tu zatem mowy o inspiracji – może jedynie o pewnym nieuświadamianym pokrewieństwie myśli obydwu twórców. Narratorką w powieści jest pani Sophia Maltavers, która opowiada swojemu bratankowi tragiczne dzieje jego rodziców – Johna Maltaversa, studenta college’u Magdalen Hall w Oksfordzie, oraz Konstancji Temple, swojej przyjaciółki. John od zawsze kochał muzykę – wieczorami przesiadywał w studenckim lokum wraz ze swoim oddanym przyjacielem, Williamem Gaskellem i razem odgrywali, jak w transie, najpiękniejsze osiemnastowieczne utwory na skrzypce i pianino. Problem w tym, że za każdym razem, gdy docierali do gagliardy z „Aeropagity” Grazianiego zaczynało dziać się coś dziwnego – począwszy od tajemniczych dźwięków sugerujących dodatkową obecność w pokoju, poprzez uczucie obezwładniającej grozy, aż do manifestacji pewnej przerażającej zjawy. Sytuacja pogarsza się gwałtownie po odnalezieniu przez Johna pewnej tajemnej skrytki, w której schowany został przed laty oryginalny, bezcenny stradivarius. Skrzypce stają się obsesją Johna – Sophia, wspomniany przyjaciel oraz świeżo upieczona, kochająca żona obserwują jego stopniowe pogrążanie się w szaleństwie.

Ex Machina. Tom 3 – Brian K. Vaughan, Tony Harris, John Paul Leon

Problemy wielkiej metropolii

Marek Adamkiewicz

Ponad dwadzieścia lat temu, kiedy w Polsce kończyły się już czasy TM-Semic, nie przypuszczałem, że nasz rynek komiksowy kiedykolwiek dotrze do takiego miejsca, że fani będą musieli wybierać, co kupić, a bardzo dobrych pozycji będzie w księgarniach prawdziwe multum. Klęska urodzaju? Być może, ale z pewnością lepiej mieć możliwość samodzielnego wyboru tego, co chce się przeczytać po polsku. Jeśli czytaliście moje recenzje poprzednich tomów „Ex Machiny”, z pewnością wiecie, że jednym z komiksów, które uważam za warte uwagi, jest właśnie dzieło Briana K. Vaughana. O tym twórcy można jednak czasami usłyszeć, że świetnie zaczyna, ale później idzie mu już trochę gorzej. Sprawdźmy, czy tym razem taka opinia również się sprawdza.

Mitchell Hundred, burmistrz Nowego Jorku, nie ma łatwego życia. Codzienne problemy wielkiej metropolii są naprawdę angażujące, trzeba zażegnywać kryzysy i obłaskawiać kolejne grupy społeczne oraz zapobiegać przestępczości i zamachom terrorystycznym. Ta polityczna funkcja to także nieustanne lawirowanie między słowami. Jedna niefortunna wypowiedź może wywołać skandal, o czym Hundred przekonuje się na własnej skórze. Mężczyzna wciąż mierzy się także z własną przeszłością – kiedyś działał w mieście jako superbohater, Wielka Machina, a skutki niektórych z jego ówczesnych poczynań odczuwalne są do dziś.

Chłopaki. Tom 10: Rzeźnik, piekarz, żołnierz, szpieg – Garth Ennis, Darick Robertson

Co stworzyło Rzeźnika?

Marek Adamkiewicz

„Chłopaki” nieubłaganie zbliżają się do końca, a ostateczna konfrontacja z supkami nadciąga wielkimi krokami. Zanim to jednak nastąpi, Garth Ennis odkrywa kolejne, do tej pory nieznane karty swojej intrygującej opowieści. Dziesiąty tom serii zawiera historię Rzeźnika, obecnie lidera grupy polującej na zdeprawowanych herosów, niegdyś niesfornego syna, perfekcyjnego żołnierza i kochającego męża. Czekaliśmy na to bardzo długo, nic więc dziwnego, że oczekiwania odnośnie do tego konkretnego tomu rosły i rosły. Czy autorowi udało się im sprostać?

Tego, że Billy Butcher jest człowiekiem z bogatą przeszłością, mogliśmy się domyślać od samego początku. Jednak domysły to jedno, a fakty drugie. Do tej pory jeden z najważniejszych bohaterów serii był bardzo enigmatyczny. Teraz w końcu poznamy burzliwe koleje jego losów – dowiemy się, jak wyglądało jego dzieciństwo, będziemy świadkami powolnego zatracania się Billy'ego w przemocy; poznamy też kobietę, która wyciągnęła na wierzch jego głęboko skrywane uczucia. I wreszcie – poznamy prawdę na temat wydarzeń, które pchnęły go na ścieżkę wojny z superbohaterami.

„Rzeźnik, piekarz, żołnierz, szpieg” został oryginalnie wydany jako miniseria towarzysząca głównemu cyklowi. Dlatego jeśli ktoś szuka tu innych członków grupy, odejdzie z kwitkiem. Jestem z tego rozwiązania bardzo zadowolony, o innych postaciach mieliśmy bowiem okazję czytać wcześniej, a informacji o Rzeźniku cały czas było bardzo mało. Teraz w końcu ten stan rzeczy ulega zmianie. Co więcej, Garth Ennis nie rozczarowuje. Kreacja charakterystycznych i charakternych postaci zawsze była mocną stroną jego pisarstwa, nie inaczej jest w przypadku pana Butchera.

Strony