Tajemnice

Ocena: 
7
Average: 7 (4 votes)

Opowiadania nadesłane w ramach konkursu "Tajemnice". Enjoy!

1. Gdzie dwóch się bije, zabija trzeci

Palce wolno zsuwały się po ciele denata, szukając czegoś po omacku.  Centymetr po centymetrze sprawdzały, czy mężczyzna, do którego śmierci się przyczyniły, zabrał swoją tajemnicę do grobu. Ciemność sprawiała, że ich ruchy, zwykle tak szybkie i dokładne, teraz tonęły w bagnie nieporadności i powolności. Zegar na pobliskiej wieży wybił północ. Obudzone gołębie zerwały się do lotu. O tej porze niewiele mogły zobaczyć. W parku mieszczącym się klika przecznic dalej młoda kobieta uniosła głowę i nasłuchiwała czegoś przez kilka minut. Zmarszczyła brwi, próbując lepiej zrozumieć dany jej sygnał, a kiedy i to nie pomagało, wyjęła krótkofalówkę i spróbowała się połączyć ze wspólnikami przez radio. Ich wyjaśnienia jej nie zadowoliły, więc syknęła tylko: „szukać, on gdzieś tutaj musi być!” do radioaparatu i się wyłączyła. Sprawca zaczynał się niecierpliwić; mijały kolejne minuty, a on ciągle nie był pewien. Jednocześnie wiedział, że jeśli zostanie tu choć trochę dłużej, to wreszcie wpadną na jego trop. Po to zresztą zostawił im te wszystkie wskazówki. Nie teraz, powtarzał te słowa jak mantrę, nie teraz. Jest jeszcze na to stanowczo za wcześnie! Zdenerwowany uderzył pięścią w ziemię; to wypłoszyło ze tymczasowego schronienia jakiegoś bezdomnego kota, który zaczął w panice uciekać i bardzo głośno miauczeć. Mógł mu lada chwila ściągnąć kogoś na głowę. A to miałoby wręcz tragiczne konsekwencje. Upiorne wycie dochodzące z jednej z najgorszych dzielnic w całym mieście, dobitnie świadczyło, że od dawna nie powinno go tu być. Wsadził ciało do ogromnego, ręcznie pozszywanego worka i mocno zacisnął węzeł, chcąc się upewnić, że nic nie dostanie się do środka. Prawo zabraniało bowiem profanacji zmarłych. Nawet gdyby do tego doszło nie z jego winy, to wydłubane oczy i zęby sprawiłyby, że to on zostałby o to oskarżony. Gdyby go złapali, w każdym razie... A każdy w tym mieście, począwszy od zaplutego żula, do jeżdżącego limuzyną mafijnego bosa, wiedział, że z Nim nie warto zadzierać. Miał kilku kumpli w policji i straży miejskiej, dobrze znał paru psychologów, a wysoko postawieni ludzie w całym państwie uchodzili za jednych z jego najlepszych przyjaciół. Jeśli ktoś z Nim zadarł to tylko raz i po chwili znikał na dobre, a najczęściej na zawsze. Magnus był bowiem kimś lepszym od zwykłych ludzi, których uważał za zdemoralizowanych i ciemnych, a więc w większości przypadków, niegodnych by dłużej żyć. A tak się jakoś niedobrze składało, że to był jego teren. Zdecydował się na niego wkroczyć, by móc dalej godnie żyć. Bo życie, jakie wiódł u siebie, już mu nie wystarczało. Od doli do doli; gryzł ziemię i pił deszczówkę, grzebał w kubłach i bił się ze zwierzętami o jedzenie. Tak dłużej nie mogło być, dlatego zdecydował się na ten krok. Pomógł odebrać życie, zrobił to, co mu kazano, licząc na obiecane wsparcie. Nie policji, rzecz jasna i nie Magnusa. W mieście pojawił się bowiem ktoś trzeci. A znane przysłowie mówi, że gdzie dwóch się bije, korzysta trzeci. On miał zamiar skorzystać i zostać jego wspólnikiem. Wystarczyło tylko usunąć parę niewygodnych dowodów i ludzi, nie zostawiając przy tym żadnych śladów. Do tej pory radził sobie bezbłędnie, jednak to mu nie wystarczyło. Gardził prostymi zadaniami, chciał coś na miarę swych możliwości. I oto jest tu nad ciałem schowanym w worku z rękami ubrudzonymi krwią denata i przerażeniem wymalowanym na twarzy. A ludzie Magnusa i policja są coraz bliżej. Czuł, że grzązł coraz bardziej. Nie spisał się. Zostawił zbyt oczywiste ślady, dlatego zjawili się tu tak szybko. Jeśli odkryją tu jego lub ciało cały plan pójdzie w diabły. W ciemności dostrzegł oczy. Nie należały do człowieka; za wielkie i zbyt blisko siebie osadzone, niczym wyłupiaste oczy jakiegoś potwora z bajki. A za nimi wysunął się palec zakończony ostrym szponem. Wskazał na niego, a potem udawał, że podcina sobie gardło. Mężczyzna głośno przełknął ślinę. Już po nim! Ledwo zdążył to pomyśleć, gdy nagle z góry rzuciła się na niego chmara wrzeszczących w niebogłosy czarnych ptaków, w niczym nie przypominających żadnego znanego ludzkości gatunku. Po chwili po mężczyźnie zostały same kości, które rozrzucił po całym mieście huraganowy wiatr. Wiało dobrych kilka minut, rozrzucając kości, wrzucając worek do pobliskiej sadzawki, niszcząc policyjne radiowozy i zrywając łączność. Poobijani tajniacy powoli podnosili się z ziemi. Wiatr zerwał linie energetyczne i w całym mieście zrobiło się ciemno. Usunął też wszystkie wskazówki zgodnie z którymi tajniacy od kilku godzin posuwali się do przodu. Zrezygnowani zdecydowali, że na dzisiaj koniec akcji i czas wracać do domu. Nie wiedzieli tylko, że ktoś ma wobec nich zupełnie inne plany. Ktoś, kto czekał na nich tuż przed ostatnim zakrętem, pod samym komisariatem, bo wiedział, że z pewnością tam właśnie ich znajdzie. W zaciśniętej dłoni trzymał nasączony trucizną wampirzy kieł. Wyglądało na to, że żadne z nich już nigdy nie wróci do domu.

*****

2. Zapach tajemnicy

Jak zwykle moje poczynania okazały się negacją szczęścia. Miało być miło i swobodnie. Tajemniczy liścik otrzymany od hrabiny Zielińskiej pobudzał moją wyobraźnię i nie tylko, choć akurat nad ciałem potrafiłem jeszcze zapanować. W umyśle widziałem uśmiech hrabiny na mój widok, jej zwiewną nocną koszulę, a za nią linię ciała wyraźnie odcinającą się od materiału. Lekko wodziła koniuszkiem języka po kształtnych wargach, pierwszy rumieniec pojawił się na jej twarzy, wykonała zapraszający gest w moją stronę...

Tak miało być, do diabła z tym cholernym pechem! Od lat już szybuję na smokach, jednak po raz pierwszy trafiłem na smoka z zatruciem pokarmowym. Początkowe aeromile nie zapowiadały takiej katastrofy, lot przebiegał zgodnie z planem, wiatr rozwiewał mi włosy, choć tak po prawdzie, później też rozwiewał, jednak atmosfera była raczej gęsta.

Lekkie burczenie w smoczych czeluściach okazało się być iskrą spadającą na kopiec siana. Nawet przez moment nie pomyślałem, że smok podgrzewa swój wewnętrzny piec, nie da się porównać śpiewu słowika z krakaniem kruka. Szybko postała mi w głowie myśl o zawróceniu, ale czas ma to do siebie, że nigdy nie da się go naciągnąć. Godzina spotkania w liściku była jednoznaczna i opatrzona komentarzem „tylko się nie spóźnij”, cóż zatem mi było począć? W takiej sytuacji zatkałem nos i dalej pośpieszałem mojego podniebnego rumaka.

Z każdą aeromilą było coraz gorzej, lot zaczął przypominać jazdę dorożką po nierównym podłożu, co skutkowało moimi mało skoordynowanymi podskokami na siedzisku. Nie będę ukrywał, że w swoim wojskowym życiu przeprowadziłem niezliczone ataki z powietrza, ale jak to porównać do smoczych skurczów „owocujących” zrzutem zupełnie innej materii? Był z tego jednak niespodziewany duży pozytyw - oprócz naturalnego nawożenia gruntu, co oczywiste - po każdy zrzucie smok jakby przyspieszał.

Zacząłem nawet lubić to podskakiwanie, co raczej nie miało miejsca w przypadku bestii pod moimi nogami. Pomimo nocnych ciemności z łatwością dojrzałem lekki zielony kolor jaki przybrała skóra zwierzęcia. Szeptałem mu słowa otuchy, obiecywałem ulżenie jego słabości po przylocie do zamku hrabiny, zapewniałem o mojej bezgranicznej wdzięczności. Kto wie ile z moich słów przebiło się przez twardą czaszkę? Nawet w przypadku ludzi czasem ma się wrażenie, że niektóre co bardziej niepopularne zwroty odbijają się jak od ściany. Sam nie jestem święty, „posprzątaj komnatę” wypowiadane przed laty przez moją matkę ignorowałem ze zdumiewającą konsekwencją.

Byliśmy już bardzo blisko, ja wyprostowany, smok trochę podkurczony. Nie miał już opływowego kształtu, ale nawet niekształtna śnieżka potrafi przecież przelecieć spory dystans jeśli jest dobrze rzucona, a próżno szukać u niej skrzydeł. Przed nami był najważniejszy etap podróży, ciche lądowanie i skradanie do komnaty obiecującej wcale nie mniejsze podniebne wrażenia.

Kontakt z podłożem ukoronował dźwięk jak z kobzy. Nigdy nie miałem zapędów muzycznych, ale na moje ucho dźwięk okazał się nadzwyczaj czysty. Smok jako ogromna kobza daleko wykraczał poza moje dotychczasowe widzenie świata. Nie był to jednak czas na dogłębne analizy. Niemal od razu rzuciłem się w stronę studni w celu zaoferowania chłodnej wody na bolący żołądek. Mój kompan miał jednak inny plan, okręcił się wokół ogona i wyciągnął szyję w stronę węgla zalegającego dziedziniec. No tak, co jak nie węgiel najlepiej pomoże na żołądek? No i w piecu trzeba w końcu czymś palić.

Długo się nie zastanawiając popędziłem w stronę komnaty hrabiny. Aż dziw brał, że dotychczas nikt nie zauważył mojej obecności. Najwidoczniej hrabina była dalece  przewidująca i na ten wieczór zwolniła służbę z obowiązków. Ach te kobiety, jak zwykle mają głowę do szczegółów. Atmosfera tajemnicy odczuwalna w pustym zamku tylko dodała mi sił i wigoru. Cały w skowronkach wkroczyłem w ciepło wymarzonej komnaty. Otwarłem szeroko ramiona i mrugnąłem zawadiacko w stronę gospodyni.

- Jestem najdroższa na twoje zawołanie. Twój podniebny rycerz w pełnym rynsztunku i gotowości kłania ci się do nóżek. Pozwól mi skomplementować twą ezoteryczną urodę, delikatną grację ruchów i jakże cudowne rysy... twarzy.

Jako przestrogę mogę tylko napisać, że zmarszczony nos nawet na najładniejszej twarzy nie jest dobrym omenem. Ostatecznie wyszło na to, że smok zabrał mnie w podróż do zamku, natomiast ja poniekąd zabrałem smoka do wnętrza komnaty. Kto by pomyślał, że tajemnica potrafi mieć zapach...

*****

3. Zamek

- Co robiłaś rano w mojej komnacie?

Przełknęła głośno wino. Powoli odstawiła kielich i rzekła:

- Szukałam... szukałam futra. Było... mi zimno.

Otuliła się szczelniej w gruby, brunatny kożuch i podniosła wzrok. Bursztynowe włosy zsunęły się, odkrywając trójkątną, bladą twarzyczkę. Duże, piwne oczy zalśniły w blasku płomieni, bijących z wielu pochodni zawieszonych na kamiennych ścianach.

- Niczego przede mną nie ukrywasz?

Ledwie spojrzała na siedzącego naprzeciwko rozmówcę. Dobrze znała tę umięśnioną sylwetkę i kruczoczarne włosy. Odpowiedziała cicho:

- Niczego, uwierz mi...

Wstał. Jedwabna, cienka szata zaszeleściła, a potem rozległ się trzask zamykanej okiennicy, chroniącej jedyny otwór. Mężczyzna zrobił kilka kroków i powiedział:

- Nie muszę. Wiem, że mówisz prawdę.

Cały czas wpatrywała się w jeden z głazów. Malutka rysa majaczyła, walcząc ze światłem.

***

Biegła w dół kamiennymi schodami. Głos kroków dudnił w mroku.

„Wyjechał - rozpaczała. - Na jak długo? Kilka dni, a może na zawsze?”

Zatrzymała się pod portalem. Długi korytarz był pusty. Zdjęła jedną z lampek i ruszyła spokojnie przed siebie.

„Nie, to wszystko moja wina. - ciągnęła. - Tu jest tak bezpiecznie, cicho, ciepło...”

Poprawiła gruby szal i przyspieszyła. Zatrzymała się przy dużych, dębowych drzwiach. W szeregu innych wyróżniały się brakiem ciężkiej sztaby. Położyła ręce na twardej powierzchni i pchnęła. Przeszkoda ustąpiła lekko.

Promień światła padł na szeroki stół. W tle zamajaczyły ciężkie kotary, skrywające szerokie, szklane okno, jedyne takie w całym zamku.

Zadrżała na samą myśl i zamarła, nasłuchując. Po chwili skierowała się w lewo i kucnęła nad zdobiącym podłogę futrem.

Obiema rękami odrzuciła to, co zostało z niedźwiedzia. Owionął nią straszny chłód. Uniosła wysoko lampkę. Płomień zginał się w wichrze.

Z podłogi zionęła dziura, wielkości leżącego mężczyzny. Światło ginęło w głębokiej przepaści. Odbiegały od niej na wszystkie strony liczne rysy, sięgające ścian i sufitu.

„Co ja najlepszego zrobiłam”- załkała w duchu.

Chciała tylko czuć się bezpiecznie, pewnie, żeby nie zaczynać znów na nowo. Czuła radość z przebywania w takim zamku, gdzie nie dociera zewnątrz żaden obraz, żaden ból. Tu czuła się najlepiej, nie tęskniła za światem, który tak ją skrzywdził.

Ale potrzebowała jeszcze czegoś. Na początku czuła drobny chłód. Później, gdy nie mogła już chodzić bez kożucha, szukała ciepła w ramionach swojego mężczyzny. Gdy i to nie pomagało, zaczęła więc sama szperać, aż w końcu znalazła tę przepaść, coraz większą za każdym razem gdy...

...chciała odkryć jego tajemnice.

A teraz niepewność zżerała ich azyl.

Utkwiła wzrok w przepaści. Przez wycie przebijał się czasem dźwięk jakby płaczu, krzyku. Skupiona, powtarzała w myśli:

„Zapomnij. Zapomnij!”

Po dłuższej chwili najdrobniejsze rysy poczęły znikać. Nawet szczelina, szemrząc złowrogo, zwęziła się na szerokość palca.

„Zapomnij. Zapomnij!”

- Nie zapomnisz.

Podniosła głowę. Stał tam na wyciągnięcie ręki. Tak jak wieczorem, w cienkiej, białej szacie.

- Jak to - wykrztusiła. - Przecież muszę, inaczej nasz zamek runie!

A kto powiedział, że to twój zamek?

Pokiwał smutno głową i ciągnął dalej:

- Sam go wzniosłem, dużo mnie to kosztowało. Myślałem, że warto gardząc starym, zbudować nowy świat. By dać ci absolutne bezpieczeństwo. Byś została ze mną, na zawsze.

Nagle kilka drobniejszych kamieni spadło z sufitu. Nie przejął się tym:

- Jednak sekrety nie odeszły, aż w końcu zaczęły zżerać tę ułudę. Między nas wdarł się chłód.

Spuściła wzrok. Dopiero teraz to zauważyła.

Dzieliła ich przepaść. A on stał na jej krawędzi.

- Ale wicher leci tylko w twoją stronę. Dziwisz się, jak niby czytam w twoich myślach. Po prostu, nie masz przede mną żadnych tajemnic. Wszystko mi sama powiedziałaś.

Przypomniała sobie tę noc, gdy wylała mu na pierś rzekę łez, z tym wszystkim, co trzymała w sercu.

- A teraz nadeszła moja kolej.

Wyciągnął rękę i powiedział:

- Chodź do mnie. Przeskocz, to co nas dzieli.

Odruchowo spojrzała w dziurę. W ciemności zamajaczył obraz wysokich, zaśnieżonych  szczytów, ostrych  krawędzi i nieprzeniknionych górskich przepaści, z których tak łatwo spaść.

- Nie wrócę tam! - krzyknęła chwiejąc się.

Chwycił nią mocno. Z sufitu runął wielki głaz, potem kolejny. Ściany, pokryte pajęczyną rys, zachwiały się.

Polecieli w ciemność. Wicher szarpał ze wszystkich stron, jakby chciał rozdzielić ich na dobre. Nagle runęli w pełną śmiertelnego chłodu wodę.

Pozostało tylko ciepło jego rąk.

***

Skały oblała krew zachodzącego słońca. Tylko na jednym ze szczytów wciąż czarno dymiły ruiny ogromnej budowli. Poniżej, na kamiennym brzegu, leżały dwie nieruchome postacie.

Otworzyła oczy. Zobaczyła rozległą, zieloną równinę, kładącą się do snu.

Mężczyzna uniósł się lekko i spytał:

- To gdzie teraz zbudujemy swój zamek?

Obejrzała się na wszystkie strony. Krzyknęła, aż poniosło się echo.

- Tutaj, tutaj...

Położyła mu rękę na sercu.

- I tutaj...

Wzięła głęboki wdech górskiego powietrza. Serce zagrało, roznosząc kojące ciepło.

Czuła się wolna.

*****

4. Tajemnica ołtarzu

 Kościół wypełnił się po brzegi gośćmi, których sprowadziły tu bynajmniej nie więzy rodzinne i przyjaźnie łączące ich ze ślubną parą, lecz okazja na ujrzenie przedniego widowiska...

Po chwili pełnej rześkich rozmów i przyciszonych szeptów, zapanowała cisza. Główne drzwi świątyni rozwarły się na całą swoją szerokość, a po chwili pojawiła się w nich postać ubranej w białą suknię panny młodej. Każdy dostojny krok kobiety wydawał się stąpaniem boskiej istoty, bynajmniej w oczach zgromadzonych w Kościele mężczyzn, którzy nie mogli oderwać wzroku od niezwykle krągłych kształtów ryzujących się lekko spod białego materiału. Nie mógł oderwać wzroku także i Marck, przyszły mąż tej wyjątkowej niewiasty...

- Zebraliśmy się dziś tutaj, by połączyć węzłem małżeńskim tę oto parę - Jenny i Marcka - rozpoczął tradycyjną formułkę ceremoniału ślubnego, pyzaty, zarumieniony i z lekka łysiejący ksiądz.

- Jenny, moje dziecko drogie.., usiądź proszę, rozluźnij się i odpowiadaj na moje pytania - kontynuował ksiądz.

Po chwili ubrana w śnieżnobiałą suknię panna młoda usiadła na oprawionym w skórę fotelu, zaś dwoje ministrantów podłączyło jej dłonie i głowę do kilku kabelków zakończonych gumowymi przyssawkami. Następnie zaś opieli jej ciało szerokim pasem, uniemożliwiającym próbę ucieczki.

- Magdo, czy ślubujesz wierność małżeńską? - zapytał ksiądz.

- Tak - odparła Magda, zaś na wielkim ekranie rozpostartym nad głowami zebranych gości na sklepieniu Katedry pojawiła się zielony napis "PRAWDA". Po chwili dało się usłyszeć odgłos westchnienia ulgi zebranych w Kościele.

- Czy ślubujesz uczciwość małżeńską, oraz że nie opuścisz Marckiem aż do śmierci?

- Tak - ponownie odparła Jenny, po czym powtórzyła się sekwencja z zielonym napisem na ekranie i westchnieniem ulgi..

- Czy skrywasz przez Marckiem jakąkolwiek tajemnicę, której wyjawienie mogłoby być przeszkodą dla waszego małżeństwa?

- Nie.. - odparła dziewczyna, a po sekundzie raz jeszcze ukazał się się na ekranie  zielony napis.

Po kilku chwilach miejsce szczęśliwej panny młodej zajął Marck, wyraźnie spięty i zdenerwowany..

- Marcku, czy ślubujesz wierność małżeńską - zapytał Ksiądz.

- Hmm.., no..tak, tak - odparł łamiącym się głosem mężczyzna.

Cały Kościół skierował swój wzrok ku ekranowi, wyraźnie nie do końca przekonany o tym, czy słowa Pana młodego znajdą potwierdzenie w wykrywaczu kłamstw..

Sekundy wydawały się ciągnąć w nieskończoność, aż na ekranie rozświetlił się ten oto napis..:

"Fatal error system, Fatal error system, Fatal error system.."

- Eh.., ogłaszam zatem przesunięcie ceremonii ślubnej na marzec przyszłego roku, za co z góry Państwa przepraszamy..Cóż mogę dodać, przetargi publiczne i najtańszy wykonawca.. - rzekł zniesmaczony Ksiądz..

Marck tymczasem odetchnął z ulgą, gdyż oto już widział oczyma swojej wyobraźni ten moment, gdy przez fotel na którym siedział przebiegła wiązka 3 tysięcy Volt, a jego ciało zamienia się w smolistą skorupę...

- Następnym razem chyba zastanowię się dwa razy, niż dam namówić na ślub tej dziewczynie...  - pomyślał w duchu. - I co z tego, że była szansa na pierwsze oficjalne zawarte małżeństwo od blisko 45 lat, w którym to Pan młody przeżyłby test formuły ślubnej..., a następnie zyskał sławę, bogactwo, i wszystko czego tylko może zapragnąć..., skoro przyrzeczenie wierności jest ponad męskie siły...

*****

5. Tajemnica I

„Znasz opowieści o wampirach i te wszystkie wyssane z palca informacje na ich temat? O piciu ludzkiej krwi? O śmiertelnych dla nich promieniach słonecznych? O nadludzkiej sile i szybkości? O niesamowitym uroku osobistym, któremu nikt nie może się oprzeć? Ja też je znam. Ba! W poszukiwaniu informacji na mój temat, przeszukałem chyba cały Internet, a w ubiegłych stuleciach wszystkie możliwe biblioteki świata. Wszystko, co znajdziesz, to jedna wielka ściema.

  Cześć, mam na imię Ksawery, urodziłem się w roku 1575. Nie zabijam ludzi, nie piję ich krwi, nawet nikogo w życiu nie ugryzłem. Mam sto czterdzieści jeden lat, a moje ciało ma wygląd dwudziestoparolatka. Tak, jestem wampirem. Nie, nie jestem typowy. Skoro nie piję krwi, to jak ja żyję?

  Odżywiam się energią. Pewnie znasz ludzi, którzy dosłownie wysysają z ciebie dobry nastrój, gdy ty z nimi rozmawiasz. Po krótkiej pogawędce czujesz się, jakbyś co najmniej przebiegł maraton, marzysz tylko o tym, żeby położyć się i zasnąć, bo na nic innego nie masz sił. Cześć! Mogłeś kiedyś rozmawiać ze mną!

  Jak to robię? Cóż, sam tego do końca nie rozgryzłem. Potrafię to kontrolować, nie przy każdej możliwej okazji „wysysam” energię z moich rozmówców. Czasami jest ciężko – w chwilach kryzysu potrafię to zrobić nawet w sklepie, kupując bułki na śniadanie, (których i tak nie jem, ale z doświadczenia wiem, że lepiej pokazywać się w lokalnych miejscach, żeby nie wyjść na dziwaka) od ekspedientki, która zapyta „co podać?”. Nie mogę „wysysać” energii od przypadkowych ludzi – mogę jedynie to zrobić, gdy ktoś rozpocznie rozmowę. Nawet przez telefon. Dręczenie telefonicznych konsultantów stało się dla mnie czymś w rodzaju hobby. Uwielbiam moment, gdy odbieram bez słowa, a oni rzucają swoją standardową formułkę, a ja z każdą chwilą słyszę, jak opadają z sił, a ja czuję się „najedzony”.

  Co się dzieje, gdy jestem „głodny”? To ja opadam z sił. Moja skóra robi się szara, wygląda, jakbym palił papierosy bez opamiętania przez kilkaset lat, oczy się zapadają, mięśnie powoli zanikają i nie jestem w stanie podnieść się z łóżka, w którym normalnie nie śpię, bo nie mam takiej potrzeby. Gdybym zasnął „na głodzie”, prawdopodobnie nigdy bym już nie wstał. W ten sposób zmarła moja matka, ONA, a ojciec, który był tchórzliwym śmiertelnikiem, odszedł, zanim zdążyłem pojawić się na świecie. Przez sen wyginęło trzy czwarte mojej „rasy”. W chwilach głodu wychodzę na ulicę, wpadam na jakiegoś przypakowanego dresa, który przeważnie wita mnie tekstem „masz jakiś problem?” i w tym momencie moje potencjalne problemy znikają.

  Okay, mam czterysta czterdzieści jeden lat, wyglądam na jakieś dwadzieścia pięć – czy ludzie nie widzą, że się nie starzeję? Oczywiście, że to zauważają. Zmieniam miejsca zamieszkania co jakieś dziesięć, piętnaście lat. W tym czasie idę na studia, kończę je z wyróżnieniem. Zawsze wybieram kierunek związany z biznesem. Szybko znajduję pracę – jestem cholernie przystojny, nigdy nie miałem problemu z zatrudnieniem – a może to tylko moja przemiła aparycja? Albo skromność. Tak, to na pewno skromność.

  Na chwilę obecną gniję sobie w wielkiej korporacji, za jedną z najwyższych stawek w firmie i podziwiam ten ludzki wyścig szczurów. Dość groteskowy widok – sekretarka sypia ze swoim szefem, szef sypia ze swoją sekretarką. Sypia jeszcze z sekretarką z działu rozwoju, z działu pozyskiwania klientów i z moją koleżanką z biura. Oczywiście wszystko za free. W korporacji wszystkie przyjemności są za darmo. Myślicie, że szefowie waszych firm chodzą na dziwki? Jeśli tak, to jesteście w błędzie. To sekretarki chodzą na szefów.

  Nikt nie wie o tym, że jestem wampirem, mimo że nienawidzę tego określenia. Czasami mam ochotę wykrzyczeć światu, że nie jestem normalnym śmiertelnikiem, w moich żyłach nie płynie krew, a brak snu czasem doprowadza mnie do szaleństwa, ale nie mogę – szpitale psychiatryczne tylko czekają na takich jak ją. A nas jest niewiele. Poznałem tylko JĄ, z którą byłem przez dwieście lat – który normalny facet wytrzymałby więcej niż sześćdziesiąt? Dwieście lat dla mnie to jak pięć minut. Była piękna, bystra i sprawiała, że przez chwilę uwierzyłem, że mogę być szczęśliwy. Straciłem ją, gdy wyjechałem na kilka dni w delegację. Zasnęła. Została z niej tylko mała kula energii, którą szybko pochłonąłem. Kawałek Laury zawsze będzie we mnie.

  Noszę w sercu bliznę w sercu. Jestem odmieńcem, styranym życiem dziwolągiem, który już nie radzi sobie z dniem powszednim. Chcę odejść, ale nie mogę. Muszę żyć. Dla niej…”

  - Tato? – Ksawery aż podskoczył na fotelu i szybko przymknął laptop. Spojrzał na Julię.

  - Tak, kochanie? – zapytał niskim głosem, wpatrując się w blondwłosą dziewczynkę.

  - Opowiesz mi o mamie? – jej oczy rozbłysły, a na twarz wstąpił nieśmiały uśmiech.

  Ksawery odłożył laptop na niewielki stolik i wziął córkę na kolana i gładząc jej włosy rozpoczął opowieść, która do tego pozostawała dla Julii tajemnicą.

  „Dla niej… Dla mojej córeczki.”

*****

6. Judaszowiec

Ojciec klęczał w czarnej spulchnionej ziemi, rozgarniał palcami wybrzuszenia wokół świeżo posadzonego drzewka.

- Piękna dziś pogoda – uśmiechnął się do mnie spod ronda słomkowego kapelusza. - Wymarzona dla ogrodnika.

Przycupnęłam na ławeczce. Na tyle blisko aby móc swobodnie rozmawiać i na tyle daleko aby nie ubabrać pantofli.

- Zygmunt dziś nie przyjdzie. Ale mam prezent od nas obojga.

Uniosłam na dowód przewiązany czerwoną kokardą sekator.

Ojciec przysiadł na piętach, uniósł kapelusz i brudną spracowaną dłonią przetarł błyszczącą od potu łysinę. Uśmiechał się, a mnie ogarnęło przerażenie, jak źle ostatnio wygląda. Starość przygniotła go swoim ciężarem, a ja mimochodem rozmyślałam ile jeszcze zdoła pociągnąć i jak bardzo przeraża mnie perspektywa, że już go nie będzie.

- Dlaczego nie przyjdzie?

- Jest w delegacji – skłamałam bez zająknięcia.

Bo co miałam powiedzieć? Że samochód musieliśmy sprzedać bo narobił długów? Że poprzedniej zimy nie na lodzie się poślizgnęłam? Że przedwczoraj spakował walizkę i wyfrunął jak jurny bóg do dwadzieścia lat młodszej lafiryndy, która ochoczo obciągała mu pod biurkiem w przerwach między parzeniem kawy, a roznoszeniem poczty? Że jestem kurewsko nieszczęśliwym człowiekiem?

- On tak ciężko pracuje – strapił się. Podniósł gumowy szlauch i przesunął zawór wody. - Będą jeszcze inne imieniny.

Albo nie będzie, usłyszałam podszept z tyłu głowy. Oblał mnie zimny pot.

- Nowy nabytek? – wskazałam drzewko. - Jaki gatunek?  

- Judaszowiec.

- Okropna nazwa.

- Od Judasza. Na takim się ponoć powiesił.

- Przygnębiające – powiedziałam, myśląc jednocześnie że to roślina idealna dla Zygmunta. Najlepiej w wersji premium, z przewieszonym przez gałąź sznurem.

- Gdy kwitnie eksploduje gąszczem różowych kwiatów. Wygląda wtedy nieziemsko.

Lepiej wyglądałoby z moim mężem. Dyndającym swobodnie pod tą landrynkową kopułą.

- Kochanie, czy ty jesteś szczęśliwa? - środek ojcowskiego czoła zryła bruzda niepokoju.

- Naturalnie – od przełyku w dól rozlewała się paląca gorycz, na zewnątrz emanowałam jednak utrzymywaną na siłę obojętnością. - Dlaczego pytasz?

- Tak bardzo cię kocham, córuniu.

Zerwałam się z ławeczki i pognałam do niego. Padłam na kolana, ziemia wgryzała się w nogawki moich białych spodni ale o to nie dbałam. Przylgnęłam do ojca, a jego wątłe ramiona otuliły mnie jak za błogich czasów dzieciństwa, odgrodziły od zła całego świata.

- Ja też cię kocham, tato.

Szlauch upadł gdzieś pomiędzy nas wypluwając strużynę wartkiej wody. Nasączona nią ziemia leniwie zmieniała się w błoto.

- Kiedy się urodziłaś i po raz pierwszy wziąłem cię na ręce – wspominał – byłaś taka maleńka... Wtedy zrozumiałem co to znaczy kochać.

- Kocha się chyba wtedy - pociągnęłam nosem – gdy można by za kogoś umrzeć. No wiesz, wskoczyć w ogień. Albo osłonić przed kulą.

- Ładna definicja – zaśmiał się. - Ale patrz, cała jesteś brudna. Pędź do domu a ja zakręcę wodę zanim sprowadzę drugi potop.

Pocałowałam go w pomarszczoną skroń, otrzepałam spodnie i poszłam, jak prosił.

Zobaczyłam coś kątem oka. Ale udałam, że nie widzę.

W jednym miejscu woda wypłukała ziemię odkrywając kościsty, zagięty w szpon palec. Rozpoznałam obrączkę. Bliźniaczą nosiłam na palcu.

I wtedy do mnie dotarło, że nie miałam racji. Kocha się prawdziwie nie wtedy, gdy można za kogoś oddać życie. Poświęcenie jest aktem cierpiętników i słabeuszy. Kocha się, gdy gotowy jesteś dla kogoś zabić. Pozbawić drugą istotę życia by chronić inną, za wszelką, ostateczną nawet cenę.

Ciekawe jak to jest. Walić drugiego człowieka w łeb aż wypłynie mu mózg. Albo dźgać zapamiętale nożem by przekonać się czy rzeczywiście wchodzi jak w masło... Czy rodzicielstwo uszlachetnia czy czyni z nas wiecznie czujne potwory? Pozwala akceptować ścieżki, na które w innych okolicznościach nigdy byśmy nie wkroczyli? Oto prawdziwy sprawdzian. I dowód najczystszej miłości. Skazać się świadomie na wieczne potępienie aby uchronić kogoś od krzywdy.

Wieczorem, na imieninach ojca opychaliśmy się tortem i opowiastkami z dawnych lat. Mama przygrywała na fortepianie, a wuj Marian sypał sprośnymi dowcipami i polewał szczodrze koniaku. To było cudowne rodzinne spotkanie. Może tylko Zygmunt nie bawił się najlepiej w cieniu szumiącego judaszowca.

*****

7. Spokrewnieni

Staruszka nie odbija się w lustrach, ale i tak sadzam ją przed wykładaną szylkretem toaletką. To tu leżą pudry, pomadki i szminki, lśnią flakony perfum, a z puzderek skrzącą falą wylewa się zbierana przez pokolenia biżuteria. W trójskrzydłowym zwierciadle widzę tylko własną twarz, ani ładną, ani brzydką. Ciocia Leokadia też spogląda w lustro. Stwierdza, że jeszcze mam czas, by wypięknieć. Znów czyta mi w myślach, ale się nie obrażam. Mam osiemnaście lat i wyrosłam już z buntu przeciw temu, czego zmienić nie można.

Czeszę jej włosy, tak rzadkie i cienkie, że zdają się kreskami namalowanymi na czaszce. Na wiotkiej, pomarszczonej szyi wieszam sznur pereł, ale po zastanowieniu wymieniam go na czarną aksamitkę z kameą z kości słoniowej i kolczyki od kompletu. Ciocia akceptuje wybór z godnością królowej. Rzadko nosi tę starą biżuterię, lecz dziś jest szczególna okazja. Zależy jej, by wyglądać jak najpiękniej, a ja spełniam te zachcianki bez wahania. Jeszcze psiknięcie perfumami i gotowe!

Drżąca dłoń Leokadii wspiera się na moim ramieniu. Gdy schodzimy ze schodów, rodzina zaczyna bić brawo. Oklaski milkną, salon rozbrzmiewa powitaniami i komplementami. Zaciągnięte szczelnie na oknach grube story pachną kurzem. Dębowe blaty uginają się pod ciężarem armii rodzinnych pamiątek i zdjęć.

Oczywiście, mam świadomość, że Leokadia nie jest moją prawdziwą ciocią. To taka wiedza, którą posiada każdy przywiązany do rodziny. Wiem więc, że kuzyn Staszek jest pies na baby, stryjna Weronika nie trzyma moczu, a wujków Włodzimierza i Bronisława nie sadza się obok siebie, bo kłócą się o politykę. Tych sekretów nie zdradza się nikomu spoza rodziny. Dotyczy to też największej z tajemnic. Ta miła staruszka, którą prowadzę do fotela u szczytu stołu, jest wampirem. To oznacza między innymi, że jest martwa i pije krew. Nigdy co prawda nie widziałam, jak się pożywia, i sądzę, że robi to rzadko – dlatego wygląda jak tysiącletnia mumia, ale nie dopytuję się o detale. Byłoby to równie niegrzeczne jak dociekanie, jak często kuzynka Weronika musi zmieniać zasikaną bieliznę.

Wiem, że wiele naszą rodzinę dzieli i że łączy nierozerwalnie wspólna prapraprababka, Helena. Śmiertelna siostra Leokadii. Piękna kobieta z łuszczącego się ze starości portretu nad kominkiem w salonie, w którym moja ciocia wampirzyca wydaje uroczyste kolacje. Czasem, kiedy staruszka chce mi sprawić przyjemność, mówi, że jestem do Heleny podobna. Kłamie, oczywiście. Szczerość nie jest cnotą wampirów. Z tym też się pogodziłam.

Leokadia zasiada w fotelu; wujkowie, ciotki i kuzyni ustawiają się do niej w kolejce. Całują w wierzch dłoni lub policzek, wręczają drobiazgi i kwiaty, życzą jeszcze stu lat, i jeszcze stu więcej... Bo dziś są nieumarłej cioci Leokadii urodziny. Nie wiem, czy jako człowieka, czy wampira. Nie pytałam, a ona nigdy się nie zdradziła. Teraz... uśmiecha się słodko. Odpakowuje podarki, cieszy się jak dziecko na pierwsze w życiu święta. Po tylu wiekach nadal sprasza rodzinę, by podjąć wszystkich przyjęciem z wielkim tortem, celebrować swój dzień, pozwala się wielbić, komplementować i obdarowywać. Jest taka szczęśliwa.

Tak, kochamy ją. Chociaż jest nieumarłym potworem, pije krew, czyta w myślach i kłamie jak z nut. To przecież nasza ciocia. Przeprowadziła nas przez wszystkie wielkie historyczne zawieruchy, o których uczyłam się w szkole. Wielu ocaliła życie, a na pewno ocaliła pozycję i majątek rodziny. I pomimo wszystkich swych wad, jest uroczą, miłą staruszką. Dla każdego z czterdziestu dwóch członków rodziny zaproszonych na urodziny wydziergała na szydełku białe, koronkowe kotyliony.

Tort też jest biały i wielki, trzypiętrowy. Przekładany bitą śmietaną i musem z mango, sama wybierałam... ciocia słabo orientuje się w kulinariach. Ale i tak się cieszy, wciąga powietrze w bezużyteczne na codzień płuca i zdmuchuje świeczki. Kamerdyner nakłada kawałki ciasta na talerzyki. Nakrycie Leokadii pozostaje puste, jak i jej kieliszek, w który stuka łyżeczką, gdy chce coś powiedzieć.

– Kocham was wszystkich – mówi, gdy po torcie zostaje tylko wspomnienie. – Kochając, nie potrafię wybrać żadnego z was.

Za plecami cioci wyrasta jej kamerdyner. Niesie spore, czarne pudło. W oczach dziadka Hieronima, najstarszego z rodziny, miga jakieś wspomnienie i strach. Zanurza jednak dłoń w pudle. Wyciąga biały kotylion.

– Kochając, wybieram tylko wtedy, gdy już muszę. – Ciocia splata dłonie, a w jej głosie zażenowanie splata się z pożądliwością. - Lecz wiem, że i wy mnie kochacie i mi wybaczycie. Tak jak moja siostra Helena. Za jej dar chronię jej potomków, za wasz będę otaczać opieką wasze dzieci.

Kolejne ciotki, wujkowie i kuzyni wylosowują białe rozety. Jeszcze nie do końca rozumieją, w czym uczestniczymy. Myślę o wczorajszym wieczorze, gdy nakryłam ciocię w bibliotece nad miską z czarnym barwnikiem. Myślę o tym, że już trzydziestu członków mej rodziny wyciągnęło białe kotyliony i szanse maleją z każdym kolejnym.

Myślę o tym, że nie mam dzieci, które Leokadia mogłaby chronić w zamian.

*****

8. ...i w proch się obrócisz.

Ołowiane, upstrzone gwiazdami drobnymi jak pył niebo zdawało się tak ciężkie, jakby lada chwila miało runąć i strzaskać spękaną, jałową ziemię na której stałem. Nieruchome powietrze zdawało się suche niczym pieprz, drażniło płuca i mamiło zmysły. Ciemność, nierozpraszana światłem księżyca, który najwyraźniej zgubił się gdzieś w tym martwym świecie opadała żałobnym całunem, skrywając przed moim wzrokiem wszystko poza niewielką mieściną.

Osada leżała właściwie na styku mrocznych przestworzy, martwego stepu i nieruchomej toni, która mogła być zarazem morzem, jak i jeziorem. Czarnej tafli wody nie wzbudzała choćby najmniejsza fala, a nad pojedynczą keją i wąską plażą nie przelatywała ani jedna mewa. Niezgrabne, kilkupiętrowe drewniane domostwa straszyły swą niezgrabnością, a puste uliczki nastrajały depresyjnie.

Na granicy ciemności, nieopodal osady, znajdował się jeszcze złowróżbny gaj – jedyny, który był w stanie wyrosnąć na tak jałowej glebie – las szubienic i pali. Zesztywniałe, agonalnie powykręcane ciała wyrastały z drewnianych konstrukcji niczym piekielne owoce, budząc zarazem zgrozę, jak i wywołaną nieracjonalnością całej tej sytuacji panikę.

Pełen najgorszych przeczuć, na próżno próbując zrozumieć skąd się tutaj wziąłem, wolnym krokiem ruszyłem w kierunku osady. Powietrze zdawało się na mnie napierać, brnąłem przez nie niczym duszony chciwymi odmętami wody topielec. Nieprzyjemnie zgrzytający pod nogami piasek wiązał me stopy, jednak niepomny tego parłem przed siebie.

 Wąskie, wyznaczone najwyraźniej bez żadnego planu uliczki krzyżowały się ze sobą, prowadząc mnie coraz głębiej w trzewia wioski. Wątła nadzieja, która rozgorzała w sercu na widok krążących bez celu ludzi szybko zamieniła się w rozpacz – przygarbione sylwetki o pustych oczach  i pozbawionych mimiki twarzach nie odzywały się do mnie choćby słowem, nie reagowały na pytania i gesty. Choć żywi, niewiele różnili się od bytujących w gaju szubienic wisielców.

Błądząc daremnie, ze zgrozy nie mogąc zebrać myśli, dotarłem wreszcie na keję i stanąłem przed drzwiami niewielkiej, pozbawionej okien budy. Spoglądając na czarną toń, nasłuchiwałem cichego dźwięku przesypującego się piasku.

- Halo? – mruknąłem, uchylając spróchniałe ze starości drzwi.

Porzucona przez światło rudera było wypełnione klepsydrami, które w całej rozmaitości kształtów i rozmiarów zajmowały każdy znajdujący się wewnątrz stół, regał, a nawet większość podłogi.

- Witaj, Wspomnienie – rozległ się zniekształcony wieloletnim milczeniem charkot, pozwalając mi zidentyfikować siedzącego w bujanym fotelu starca. – Cieszy mnie, że raczyłeś wreszcie umrzeć...

- Nie żyję – sapnąłem, przypominając sobie pochylone nade mną twarze bliskich i tajemnicze światełko w tunelu, którego tak oczekiwałem. – Czyli... Jestem w piekle?

- Nonsens – wyrzęził starzec i uniósł głowę. Z jego pustych oczodołów sypał się piach. – Tutaj rodzi się czas, Wspomnienie. Jak każdy człowiek pragnąłeś poznać tajemnicę śmierci, dlatego teraz słuchaj i zrozum pełnię jej grozy. Spijaj tę wiedzę, póki jeszcze masz świadomość, bo kiedy twoi bliscy zapomną, że żyłeś, ty również staniesz się co najwyżej pustym widmem...

 - Tym, co krąży w klepsydrach, wbrew pozorom nie jest piasek, a proch pośmiertny – kontynuował. – Jest czasem, który przychodzi na świat wraz z ostatnim tchnieniem istnienia. Czy to człowiek, zwierzę, czy roślina, życie kończy właśnie tutaj, by umożliwić narodziny czegoś nowego, zamknąć krąg... Czasu jest jednak coraz mniej, Wspomnienie. Długowieczność kruszy wasze ciała, pozostawiając suche, dające niewiele prochu strzępy... Przeczuwam, że już wkrótce twój świat podzieli los tej pustej wioski, której czas niemalże upłynął...

- Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz – szepnąłem, uświadamiając sobie, że słowa te zawierają całą, pozbawioną złudzeń, prawdę.

- Idź już, Wspomnienie. Naciesz się ostatnimi chwilami, gdyż wiele ich nie zostało... Czas tego miejsca płynie znacznie wolniej, niż w twoim świecie...

Nie potrafiąc sprzeciwić się nakazowi starca zamknąłem za sobą drzwi i zawróciłem ku centrum wioski. Bezwolne, pozbawione marzeń i wspomnień widma mijały mnie, snując się bez celu po ulicach. Utkwione w dali oczy spoglądały pusto, jakby tęskniąc za łzami, których już nie przyjdzie im uronić.

Przytłoczony ciężarem otaczającej mnie męki, powróciłem myślą do swojego życia i ze zgrozą spojrzałem w pozbawioną prochu, stłuczoną klepsydrę. Jeszcze przed chwilą chciałem coś zrobić, wykorzystać zdobytą wiedzę w pewnym, okrytym już woalem zapomnienia celu, jednak jaki miałoby to sens, skoro nie mam tożsamości? A poza tym, to czego właściwie się dowiedziałem?

Kierując martwe oczy w dal, być może na gaj szubienic lub bezksiężycowe niebo, ruszyłem prosto, usilnie próbując sobie przypomnieć kim właściwie byłem.

*****

 

9. Nuk

 

Takie dzielnice znajdują się w większości miast. Niby jeszcze w granicach, ale już poza nawiasem cywilizacyjnego wpływu. Rozbite latarnie, połamane furtki, brudne szyby. Opustoszałe domy, porzucone ogrodowe sprzęty. Wiatr kołysze zardzewiałą huśtawką, zdziczałe róże bronią dostępu do drzwi.

Dlatego nigdy nie wchodzę frontem – po pierwsze, wstyd przyznać, ale zwyczajnie żal mi nóg i to jest ten błahy powód. Po drugie – znacznie ważniejsze – ślady pozostawione przez różane kolce są aż nazbyt jasną wskazówką, że robię coś, czego robić nie powinienem. Jak niby miałbym się z nich wytłumaczyć?

Z głównej drogi nie korzystam z tego samego powodu. Skradam się tyłem, pod osłoną starej fabryki, zagarnianej powoli lecz skutecznie przez młody las.

Płot z tyłu to jedynie kilka przegniłych desek, trzymających się już tylko siłą przyzwyczajenia. Omijam je ostrożnie, by nijak nie zmienić układu. Żaden ślad mojej bytności nie powinien się odcisnąć na siatce współrzędnych.

Tylne drzwi są uchylone. Zostawiam je tak, by nie wzbudzać podejrzeń. To, co najważniejsze, i tak jest ukryte głęboko w korzeniach domu.

Trzymam ją w piwnicy. Wchodzę do niej z pomieszczenia będącego zapewne kuchnią: strome wąskie schody kryją się pod klapą, którą z kolei skrywa chodnik – wystrzępiony i dziurawy. Starałem się niczego nie zmieniać, szczęśliwy, że udało mi się znaleźć tak wspaniałe schronienie.

Piwnica jest wygodna, wcale nie ciasna – to jakby dodatkowe ukryte piętro domu. Mojej Nuk jest w niej wygodnie. Ma światło, bieżącą wodę z deszczówki, najlepsze ubrania, jakie potrafiłem zdobyć. Sama nauczyła się podgrzewać jedzenie, które jej przynoszę w metalowych puszkach. Śpi na miękkim łóżku i może ustawiać książki na półkach. Dbam o nią, choć, przyznaję, ostatnio rzadziej ją odwiedzam. Między moimi wizytami mijają dwa, albo i trzy tygodnie. Coraz trudniej mi działać niepostrzeżenie. Zwłaszcza żywność stała się problemem. Nie wszyscy chcą wierzyć, że znikam, co jakiś czas, bo lubię spacery. Ostatnio popełniłem błąd i pozwoliłem kilku współpracownikom zbytnio się do mnie zbliżyć. Spędzamy razem czas, co w gruncie rzeczy jest przyjemne, ale generuje też ich zbytnią ciekawość i niepokojąco celne pytania.

Gdyby ktokolwiek dowiedział się o Nuk…

Zawsze, gdy w mojej głowie pojawiają się takie myśli, z premedytacją je kasuję. Nie chcę sobie wyobrażać, czy najpierw próbowaliby ją gruntownie badać, rozłożyli na części jej miękkie ciało, czy też od razu by ją unicestwili, a mnie wraz z nią.

I to nie tak, że boję się unicestwienia. Jestem raczej niezdolny do tego typu emocji. Jednak przywiązałem się do Nuk. Będzie mi przykro się z nią rozstać.

Przekręcam klucz w zamku. Jest oporny. Pcham ciężkie drzwi. W pomieszczeniu panuje półmrok. Nie słychać żadnego dźwięku. To mnie niepokoi.

Powinna wybiec mi na spotkanie, pytać, co jej przyniosłem.

A jeśli jej tu nie ma?

Robię krok i potykam się o coś leżącego na podłodze. Nie przewracam się jednak, tylko przez chwilę koncentruję na złapaniu równowagi i zapalam latarkę. Podłoga głównego pomieszczenia zasłana jest książkami, przewrócone półki przygniatają pokryty czarnymi znakami druku papier. Pochylam się i podnoszę jedną książkę. Brakuje jej kartek.

– Nuk? – pytam.

Odpowiada mi cisza. Przechodzę do kolejnego pomieszczenia, a potem do jeszcze kolejnego. Znajduję ją w ostatnim. Siedzi w kącie i nie patrzy na mnie nawet wtedy, gdy omiatam jej postać jaskrawym światłem latarki.

– Nuk? Przyniosłem ci książkę – mówię i na potwierdzenie otwieram klapę schowka wbudowanego w korpus.

Nuk nadal milczy, długie, białe włosy zakrywają jej twarz.

– Nuk?

Podnosi głowę i widzę, że jej policzki są brudne i mokre. Wygląda dziwnie. Nadal się nie odzywa. Ściska coś w dłoniach i łapie powietrze w nieregularnych wdechach.

– Jesteś chora?

W odpowiedzi krzywi się brzydko i macha ręką w moim kierunku, wypuszczając przedmiot, który do tej pory ściskała. Łapię go odruchowo i dopiero po chwili dociera do mnie, że ten gest Nuk to wyraz gniewu. Beznadziejna próba skrzywdzenia mnie, jakby coś tak lekkiego i niewielkiego mogło w jakikolwiek sposób przebić metal, z którego jestem zbudowany.

Kieruję latarkę na swoją dłoń.

Jestem ciekawy.

Sparciała guma osadzona w różowym plastiku z okrągłą rączką. Ten przedmiot nosiła na szyi, kiedy ją znalazłem. Uznałem, że znajdujące się na nim słowo, to jej imię. Nie umiała wtedy chodzić i prawie cały czas wydawała z siebie przenikliwy, irytujący dźwięk. Zgodnie z prawem, powinienem był ją odnieść do laboratoriów, ale tego nie zrobiłem. Nie wiem dlaczego.

– Chcesz stąd wyjść, Nuk?

Jej twarz wygładza się. W oczach zapala się błysk. Ludzka dziewczyna wstaje i podchodzi do mnie.

Opiera dłonie na moim korpusie i przytula do niego policzek.

– Jesteś taki zimny – mówi. – Naprawdę mnie wypuścisz?

Teraz ja milczę przez chwilę potrzebną na analizę danych. Trudności ze zdobyciem pokarmu. Fruwające karty książek. Laboratoria. Wszystko, co wiem o ludziach.

– Tak – kłamię po raz pierwszy odkąd istnieję, a potem szybko i bezboleśnie skręcam jej kark.

*****

10. Tajemnice...

Stanisław od dziecka marzył, by być policjantem. Oglądał seriale kryminalne, w których złoczyńcy zawsze trafiali za kratki. Bawił się z kolegami w policjantów i złodziei (zawsze wcielał się w policjanta). Czytał książki kryminalne i dużo ćwiczył. Rozwiązywał również zagadki logiczne, gdyż był pewny, że sama sprawność fizyczna nie wystarczy, trzeba również zabłysnąć umiejętnością logicznego myślenia.

Stanisław miał jeszcze jeden atut, który sprawił, iż stał się najlepszym z policjantów śledczych w mieście. Potrafił on czytać myślach. Umiejętność ta przechodziła w jego rodzinie z pokolenia na pokolenie. Sekret był umiejętnie chowany, a dzieci z darem już od małego były przygotowane na to, co ich czeka.

Stanisław już jako dziecko nauczył się wykorzystywać swój dar w mądry sposób. Nie czytał w myślach każdej osoby, potrafił się przed myślami innych bronić i czytać jedynie te myśli, które chciał poznać.

Jako policjant wykorzystywał tę umiejętność podczas rozmowy z świadkami czy podejrzanymi.

Właśnie miał pracować nad kolejną sprawą, o której zrobiło się głośno w całej Polsce. Zaginięcie młodej kobiety, 23-letniej studentki Politechniki Rzeszowskiej. Jedyną poszlaką w

sprawie był zapis z kamer miejskich o godzinie 1:00 nad ranem. Wracała z imprezy w klubie z przyjaciółmi. W pewnym momencie przyjaciele poszli w swoją stronę, ona w swoją. Od tamtej pory słuch o niej zaginął.

Sprawa od początku była ciężka. Brak wiarygodnych świadków, dużo szumu i brak jakichkolwiek poszlak. Stanisław jednak musiał od czegoś zacząć. Zatem pierwsze co zrobił to poprosił o monitoring miejski i wraz z swoim zespołem zaczął go przeglądać. To na nim zauważył, iż Katarzyna po raz ostatni widziana była wraz z kolegą, z którym pożegnała się kolorowym moście w Rzeszowie. Ona miała ruszyć w dalszą drogę w stronę akademików, on wynajmował pokój niedaleko mostu.

Niestety, ale ostatni świadek, który widział ją żywą, nic nie wiedział. W tym przypadku nie pomógł nawet dar, bowiem świadek miał lukę w pamięci spowodowaną nadmiernym spożyciem alkoholu. Owszem mogli go zatrzymać na kilka godzin, ale nie mieli dowodów, że on coś zrobił. Stanisław postanowił zatem przeszukać jej pokój. Może trafi tam na jakiś ślad, który naprowadzi go na dobry kierunek w śledztwie.

Pokój Katarzyna dzieliła z dwoma innymi dziewczynami, którymi Stanisław miał zamiar

porozmawiać po przeszukaniu. Dziewczyny pokazały mu tylko, które półki należą do Katarzyny i szybko poleciały do swoich przyjaciół, nie chcąc mu przeszkadzać. Poprosił również o ich numery telefonów, by w razie potrzeby się z nimi umówić na rozmowę w prowadzonej sprawie. Przejrzał on wszystkie jej zeszyty, ale tylko jeden wzbudził jego ciekawość. Okazało się, że prowadziła pamiętnik. W pamiętniku tym wpisywała swoje uczucia, a ostatnie wpisy były smutne, mroczne i prowadziły do natychmiastowych wniosków. Katarzyna popełniła samobójstwo. Wystarczyło teraz tylko odnaleźć ciało. Z pamiętnikiem to było już proste, bowiem Katarzyna opisała krok po kroku, co zamierza zrobić. I na szczęście (choć w sumie na jej nieszczęście) zrobiła wszystko tak jak zaplanowała.

Skoczyła do rzeki z mostu. Utopiła się. Po ostatnich wypadkach, które ją spotkały uznała, iż lepiej będzie nie żyć niż cierpieć.

Dla niej może okazało się to idealnym rozwiązaniem, ale dla jej rodziny to była prawdziwa tragedia.

*****

11. Wszystkie dary

  Miałam dwanaście lat, gdy oddział najeźdźców zatrzymał się przed obejściem rodziców. - Ty się nadasz - powiedział ich przywódca. Odłożyłam kańkę mleka i poszłam za nim. Rodzice nie protestowali, a ja nie płakałam. Bogom się nie odmawia.             Następne pięć lat spędziłam w ich fortecy, gdzie uczyli mnie wszystkiego, co mogło mi się przydać. Nie miałam być aktorką; rzeźbili najprawdziwszą, najpełniejszą wersję mnie.             Bogom się nie odmawia, ale między sobą ludzie są niepokorni - dlatego najeźdźcy sięgnęli po bardziej subtelną inżynierię. Wiedzieli, że gdy spotkam mojego przyszłego męża, zakocham się w nim, niepomna własnej przeszłości w fortecy. Przestały się liczyć pięcioletnie przygotowania do tej jednej chwili.             On, rzecz jasna, o niczym nie wiedział. Zemsta najeźdźców miała być osobista. Musiała wykroczyć poza odpowiedzialność króla wobec poddanych. Świadomość, że jego własne działania sprowadziły tragedię na jego ludzi, nie liczyła się tak, jak osobisty ból. Dlatego byłam potrzebna ja.             Nie zawiodłam najeźdźców. Zakochałam się. Zgubiłam się w jego łagodnych, ciemnych oczach. Podobno z dwojga braci to ten drugi był bystrzejszy; prawda, miał umysł jak brzytwa. Ale to młodszemu z nich przypadła wolność od wypalającej, nigdy nie zaspokojonej ambicji.             Stałam przed nim, mając przy sobie wszystkie dary najeźdźców i okropną tajemnicę ukrytą pod moim językiem. To był ostatni dar: nieszczęście. Trzy sylaby dzieliły mnie od wyrażenia go i dokonania zemsty.             Ale zakochałam się i tego nie miałam zamiaru nikogo oddawać. Uniosłam ręce, nakreśliłam w powietrzu szereg kształtów. Speszył się. - Nie umiesz mówić? Pokiwałam głową.     

  Nie wydałam z siebie żadnego dźwięku ani na naszym ślubie, ani później. Klucz do kary spoczywał bezpiecznie pod moim językiem.

***             Najeźdźcy nie byli bogami, ale między nami a nimi ziała tak wielka przepaść, że łatwiej było myśleć o nich w ten sposób. Przybyli nagle i przejęli wszystko: ziemię, zasoby, nasze myśli. Nie pozbyli się nas chyba tylko dlatego, że dzięki nam nie byli samotni w bezkresnym wszechświecie. Ale nie zawsze im ulegaliśmy - zawsze znajdywali się tacy, jak mój mąż i jego brat. Należało ich dla przykładu ukarać.             Kupiłam nam pięć lat szczęścia i spokoju. Milczenie nie było wysoką ceną - i może stało się zbyt łatwe? Może, jak wcześniej mojego szwagra, zwiodła mnie pycha?             Czy najeźdźcy przysłali kogoś z mojej wsi, by zasiał plotki o milczącej królowej? Tak, byliby do tego zdolni. Ale równie prawdopodobne jest, że historie powstały same: potrzebowały tylko trochę nieufności.             Szwagier usłyszał te plotki pierwszy. Zdybał mnie na korytarzu, wykręcił mi ręce. - Podobno potraisz mówić. W czyją grę grasz, oszustko? Nie wytrzymałam. Pisnęłam z bólu. Nie uśmiechnął się - nie był sadystą, choć pragnienie wiedzy uczyniło go nieczułym na cierpienie innych. - Tak myślałem. - A ty? - wycedziłam. - Co musiałeś zrobić, by cię wypuścili? Co im mówisz, żeby nie chcieli pamiętać twojej kradzieży? Szarpnęłam się, uderzając go w źle zabliźnioną ranę w jego boku. Jątrzącą się tkankę zostawiły orły najeźdźców, gdy go dopadły. Miała nigdy się nie zagoić. Trafiłam. Wypuścił mnie. W jego oczach odbijał się blask dziwnego, obcego, białego ognia, który odebrał naszym bogom. - Ja was chronię - kontynuowałam. - Potrafiłam im się sprzeciwić. To mnie, nie tobie, udało się ich oszukać. Rzucił mi długie, nienawistne spojrzenie. Zaczerpnęłam tchu, ale nie powiedziałam już nic. I tak zdradziłam za dużo.              Powinnam była wówczas uciec, ale nie potrafiłam. Powinnam była wiedzieć też, że bogowie mi nie wybaczą.             Mój mąż zostanie zapamiętany jako głupiec, a ja - jako próżna oszustka, której mało było wszystkich darów. I nie będzie nikogo, kto poświadczy inaczej. Kto przypomni, że to starszy z braci, kradnąc biały ogień najeźdźców, zapoczątkował tę tragedię. Winą mojego męża była tylko lojalność.

*** - To prawda? - zapytał mnie mąż. Splotłam razem nasze dłonie. - To prawda, co o tobie mówią? Że jesteś wysłanniczką najeźdźców? Jego oczy błądziły wszędzie, byle tylko nie spotkać mojego wzroku. Kochany, czy naprawdę sądziłeś, że ukryjesz się przed nimi - ty i twoja niedoszła rewolucja? Powoli pokiwałam głową. Cofnął się jak oparzony. - Okłamywałaś mnie tyle lat? - zapytał z niedowierzaniem. - Dlaczego? W tamtej chwili, zrozumiałam, oboje byliśmy już martwi. Najeźdźcy wygrali. Co nas zabije - powstanie czy plaga - co to była za różnica?             Otworzyłam usta. Klucz do kary poruszył się pod językiem. Nieszczęścia miały gorzki smak. Ból, choroby i śmierć rwały się na wolność. - Ponieważ cię kocham.

*****

12. Tajemnica II

Zakapturzona postać przemierzała opustoszałe ulice miasta nie zdając sobie sprawy z tego, że jest śledzona. Jej zmysły się przytępiły, gdy tylko znalazła się na powierzchni tego świata, tego beznadziejnego, pustego i niesamowicie zniszczonego świata. Moce, które do tej pory stanowiły o sile i prestiżu, teraz stały się bezużyteczne. Postać zmieniła kierunek i ruszyła ku opustoszałemu magazynowi na obrzeżu miasta. Gdy już się tam znalazła, wspięła się na najwyższy punkt i rozejrzała po panoramie, jaka się przed nią roztaczała.

- Sądziłem, że już nigdy nie zobaczę podobnych do ciebie. – odezwał się nagle głęboki baryton tuż za postacią w kapturze. – Myślałem, że tobie podobni już dawno opuścili ten świat.

Nieznaczny uśmiech pojawił się na twarzy przybysza z innego świata, jednakże ten zwykły człowiek, który najwyraźniej go śledził, nie mógł tego zobaczyć. Dawno temu, gdy jeszcze ludzie byli tylko narzędziami, było prościej. Łatwiej dawali sobą manipulować, robili wszystko jak marionetki. A teraz? W dobie internetu, poufnych informacji, wszechobecnej korupcji nie byli już tacy podatni na perswazje wyższych inteligentnych istot.

- Moi pobratymcy już dawno stwierdzili, że ten wasz światek jest tak beznadziejnymi miejscem, iż zaniechali przejmowania go. – odparła postać pięknym, melodyjnym głosem, bez wątpienia kobiecym. Mężczyzna za nią wzdrygnął się. Przypomniały mu się bajeczki dla małych dzieciach o syrenach i pięknych głosach, zwabiających statki na klify, gdzie się rozbijały. Nagle ogarnęły go wątpliwości czy aby słusznie postąpił śledząc tę istotę.

- Dlaczego ty, w takim razie, jesteś tutaj?

- Nie sądzę, żebyś był odpowiednią osobą, której mogę wyjawić tę tajemnicę. – istota płci żeńskiej odwróciła się do swego rozmówcy. Płaszcz załopotał na wietrze. Zbiera się na deszcz, przeszło przez myśl obojgu. – Powód, dla którego tutaj jestem, jest czymś z czym zmaga się większość mych braci i sióstr.

- Jesteś diabłem? – zapytał tamten i na wszelki wypadek zrobił znak krzyża na piersi. – Niech mnie Bóg strzeże!

Tajemnicza postać roześmiała się na całe gardło. Ten człowiek był taki zabawny! Szybko jednak dobry humor ustąpił miejsca mrożącej krew w żyłach ciszy.

- Jestem tutaj by naprawić błędy. – powiedziała cicho. – Nikt nie może wiedzieć, że jestem na tej ziemi, w tym mieście. Dlatego też… pokażę ci swoją twarz. – po czym uniosła rękę i kaptur opadł na plecy. Mężczyzna musiał w duchu przyznać, że istota, która prawdopodobnie była kobietą, jest nieziemsko piękna. Miała długie do pasa brązowe włosy, układające się w lekkie fale oraz najbardziej szare oczy, jakie w życiu widział. Miała w sobie magnetyzm i swoisty rodzaj magii. Młoda kobieta, wyciągnęła z pochwy srebrny miecz z bogatą klingą obtoczoną kamieniami szlachetnymi.  – Pokazałam ci swoją twarz… bo jest to ostatnia rzecz jaką ujrzałeś w życiu. – jednym zamachem, w trakcie którego miecz zajął się ogniem, ucięła głowę przypadkowemu człowiekowi, tylko po to, by nie dowiedział się, jaką skrywa tajemnicę.

Kiedy Liliana spojrzała na plamę krwi, westchnęła głęboko, ale nie odwróciła wzroku. Dopiero teraz mogła zdjąć płaszcz, który skrywał jej potężne czarne skrzydła. Uwielbiała je, były takie piękne, gdy wznosiła się w przestworza. A były kolejną bezużyteczną namiastką jej dawnej potęgi.

- Jaką skrywam tajemnicę? – zapytała sama siebie. – Czy ja jestem diabłem czy aniołem…. – uklęknęła przy ciele mężczyzny z prawdziwie obłąkańczym spojrzeniem. – Czym ja jestem…?

- Jesteś aniołkiem, który zabrał moją mamusię do nieba. – usłyszała cichutki głosik za sobą. Odwróciła się tak szybko jak umiała i zobaczyła małą dziewczynkę z wystraszoną miną, oczami jak spodki i pluszowym misiem w malutkich ramionach. Liliana poczuła nagły przypływ adrenaliny. Czyżby to było to dziecko? czyżby właśnie jego szukała?

- Aniołek zabrał twoją mamę do nieba? – zapytała Liliana. – Co ty właściwie tutaj robisz, dziecko? Jest noc, a ty jesteś daleko od domu.

- Nie mam domu. – załkała mała. – Jestem sama. Mamusia umarła, tatusia nie znam… spałam sobie, spokojnie, jak co noc, u babci w domu. Kiedy obudziłam się i byłam tutaj. Na dachu. – dziewczynka wyglądała naprawdę na przestraszoną, ale Liliana nie zważała na to. Z niegasnącą ciekawością podchodziła coraz bliżej i bliżej do małego człowieka. Jeśli to ta dziewczynka, poszło lepiej niż sądziła. Liliana mogła już pogratulować sobie udanej misji. – Wrócisz ze mną? Pokażę ci gdzie mieszkam. Babcia na pewno się zgodzi, żebyś została moją starszą siostrą. Będziemy się bawić, czesać włosy.

- Nie wiesz, o co prosisz. – odparła ostro Liliana.

 - Chciałabym siostrę…

- Dobrze. – Liliana zmieniła taktykę. To była ta dziewczynka, była tego pewna. Jej szukała i jakimś dziwnym zrządzeniem losu, znalazła. Musiała wykorzystać tę okazję, bo drugiej nie dostanie. – Pójdę z tobą.

- Chodź. – dziewczynka pociągnęła ją ze sobą. – A w ogóle, co tutaj robisz?

Ja?, zapytała samą siebie Liliana, jestem tutaj by cię zabić, bo jesteś wcieleniem antychrysta.

*****

13. Naznaczona

 

Ciemna uliczka nie ukrywała przed Viktorią tego, o co ciemnowłosy nastolatek modlił się w duchu. Jego. Doskonale widziała zarys skulonej sylwetki upchniętej między sfatygowany kontener na odpady, a zbryzganą moczem ścianę. Trząsł się niczym warkocz, którym wymachiwał kilka godzin wcześniej. Jej warkocz bestialsko obcięty ku uciesze całej klasy.

A przecież tak bardzo starała się nie wyróżniać. Wtopiona w tłum czekała… Właściwie sama nie wiedziała na co. Pragnęła tylko jednego, by przepowiednia, która odebrała jej matkę, nie dosięgła i jej. Teraz wszystko było stracone. I to przez niego.

 

Siedem godzin wcześniej.

 

- A-rek, A-rek, A-rek! – skandowała cała klasa, a on machał na wszystkie strony czarnym jak noc warkoczem. Nożyczki wciąż spoczywały w lewej dłoni na znak zwycięstwa. Jego zwycięstwa nad Viktorią, po policzkach której spływały łzy. Nie świadczyły jednak o żalu nad włosami, ale o początku końca, który Arek właśnie zapoczątkował.

- Coś ty zrobił – szepnęła, gdy była już w stanie wydać z siebie jakikolwiek dźwięk.

- Wziąłem na pamiątkę – roześmiał się wciąż ogarnięty euforią ze swojego żartu. Bo tym było dla niego obcięcie jej włosów. Żartem, który rozbawił całą klasę.

- Jeszcze tej nocy zginiesz – szepnęła przechodząc koło niego.

Na sekundę z ust zszedł mu uśmiech, by powrócić z jeszcze większą siła. Głośny śmiech rozszedł się echem po klasie.

- Grozisz mi? – rzucił wymownie licząc, że ktoś oprócz niego dosłyszał jej słowa.

Viktoria zatrzymała się i odwróciła powoli ku niemu. Pomyśleć, że kiedyś się jej podobał. Nawet pocałował ją, gdy nikt nie widział, ale potem szybko wymazał to z pamięci i zaczął z niej szydzić.

 Nie była popularna, nie była nawet lubiana. Była niewidzialna, tak jak chciała, a on to wszystko zepsuł obierając ją sobie za cel. Mimo wszystko wolała zostać, niż dalej uciekać. Tłumaczenie, że to kara za ucieczkę przed przeznaczeniem, pomagało jej w najgorszych chwilach. Nigdy jednak nie pomyślałaby, że Arek otworzy bramy, które chciała zamknąć na sto spustów. Że obetnie jej warkocz inicjując tym samym jej wstąpienie na drogę sprawiedliwości.

- Ja tylko stwierdzam fakt – odpowiedziała wpatrując się w jego bursztynowe oczy.

Wyszła ze szkoły nie zabierając żadnych rzeczy. Nie były jej potrzebne. Wraz ze ścięciem włosów stała się Naznaczoną, ręką sprawiedliwości Boga. Gdyby tylko ich nie obciął. A teraz był Ofiarą, której krwią miała poświęcić swoje ciało. I nie było od tego odwrotu.

 

Siedem godzin później.

 

- To był tylko głupi żart – wypluwał strzępy wyrazów obezwładniony strachem. Jej widok go paraliżował. Nie rozumiał tego. To nie była już nieśmiała Viktoria, jaka zawsze mu się podobała, ale był zbyt głupi i tchórzliwy, by postawić się znajomym. Wolał się z niej śmiać, byle mieć z nią jakikolwiek kontakt. – Ja nie chciałem. To…to było głupie, wiem, ale proszę, błagam, nie rób tego.

Stała naprzeciwko niego w ciemnej tunice okalającej całe ciało. Pod nią była całkowicie naga. Miała skapać się we krwi Ofiary, inaczej sama umrze. Tak wyglądał finał inicjacji. Tylko że wszystkie Ofiary były przygotowywane do tej roli. To był wręcz zaszczyt umrzeć, by kolejny Naznaczony podążał drogą sprawiedliwości. Karał Niegodnych i uświęcał Wybranych.

Gdyby Arek tylko wiedział, co zrobił i na co się skazał…

- Kim jesteś? – rzucił wpatrując się w nią z przerażeniem.

Milczała chwilę nim mu odpowiedziała.

- Aniołem Sprawiedliwości, Naznaczoną, Ręką Boga – rzucała nazwami czując coraz większą złość.

- Kim? – Nie chciał uwierzył w to, co usłyszał. Przecież ją znał. Tyle razy śledził, gdy samotnie wracała do domu. Nauczył się jej na pamięć. Koloru oczu, uśmiechu, którym obdarzyła go kiedyś. Pamiętał jej zapach. Wydawała mu się taka normalna i nie chciał uwierzyć w jej tajemnicę, mimo że coś w środku krzyczało, że to wszystko prawda.

Viktoria już się nie odezwała. Stanęła nad nim obnażając i swoje nagie ciało i sztylet, którego zarys odebrał Arkowi wszelkie nadzieje. Przymknął powieki.

- Żałuję – szepnął spuszczając głowę

- Że obciąłeś mój warkocz? – powiedziała nie kryjąc ironii.

- Że ci nigdy nie powiedziałem.

Czekała aż skończy, ale on urwał zatapiając się we wspomnieniach. Rozpraszały ją docierając do jej umysłu, ale nie była na to przygotowana. Ofiary oczyszczały umysły, by nie rozpraszać Naznaczonych, by ostrze nie chybiło, gdy miało trafić w serce. Ale on o tym nie wiedział.

Może gdyby nie widziała siebie w każdej jego myśli, nie czuła jego uczuć do niej. Może już by nie żył. Ale to zaburzało wszystko. Sztylet poruszył się w jej dłoniach, a oddech przyśpieszył. Sekunda niepewności zmieniła przeznaczenie. Viktoria jeszcze mocniej zacisnęła dłonie na rękojeści i jednym szybkim ruchem zrobiła to, czego nie zrobił nigdy żaden z Naznaczonych.

Upadając koło skulonej sylwetki Arka dotknęła jego dłoni, naznaczając go swoją krwią. Czarna jak noc ciecz zaczęła przenikać przez jego skórę, wprost do arterii, żyć w nim i zmieniać go w nową boską kreaturę, jakiej Naznaczeni jeszcze nie widzieli. Zradzała się nowa tajemnica.