W poszukiwaniu duszy

Autor: 
Ocena: 
3
Average: 3 (1 vote)
Zasłona mgły odznaczała się dziwnie ostro na ściółce amsterdamskiego lasu, jak gdyby stanowiła wyraźną linię demarkacyjną pomiędzy światem, który John Deependale znał, a światem ukrytym w białej, wzburzonej masie.
To była ta sama mgła, którą zobaczył dokładnie w tym samym miejscu wiele lat temu, tylko że wówczas nie zdawał sobie sprawy, iż stanowiła granicę, na której liczne rzeczywistości wchodziły ze sobą w interakcje. John pamiętał ten dzień bardzo dobrze, choć upłynęło tyle lat. To był dzień, w którym stracił duszę; dzień, w którym w jego sercu zamieszkał chłód.
Ledwie zszedł z utartego szlaku, a dotarł do obcego świata, odrobinę innego, technologicznie zacofanego o jakieś dwadzieścia lat. Od tego czasu przemierzał ów świat, który nie był jego światem, pozbawiony duszy i emocji, a jednak zdeterminowany, by w końcu odnaleźć drogę powrotną i znowu stać się całością, ponownie wpuścić uczucia do swojego serca. Jedynym, co go motywowało, były wspomnienia.
Jego poszukiwania po wielu latach wreszcie przyniosły efekty. Odkrył czas i miejsce, w którym zjawisko miało się powtórzyć, i bez problemu, bez żalu zostawił za sobą ludzi, których tu spotkał.
Kolejny świat wyraźnie różnił się od znanej mu Ziemi. Słońce było jaśniejsze, bielsze, a nieboskłon przemierzały dwa księżyce. Napotkani ludzie mówili dziwnym holenderskim dialektem, a Amsterdam okazał się wioską liczącą nie więcej niż dwustu mieszkańców.
John długo i głęboko rozmyślał o światach. Bez emocji rozważał własne jestestwo, które zdawało się wpływać na otoczenie, i doszedł do wniosku, że zasłona mgły stanowiła rozdroże wielu rzeczywistości, rozdroże, które mogło zaprowadzić go do jego własnego świata, ale także do wielu innych.
Wiedział już teraz, czego szukać, jakich znaków wypatrywać. Do pierwszego zdarzenia doszło podczas zimnej, bezksiężycowej i bezgwiezdnej nocy. Jak można było się spodziewać, zasłona mgły pojawiła się znikąd. Pomimo braku zewnętrznych źródeł światła, lśniła własnym blaskiem, przypominającym zorzę polarną.
Następny świat był zimny. John wyszedł wprost w głęboki na metr śnieg, a lodowaty wiatr natychmiast przebił się przez wszystkie warstwy jego ubrania. Przeszukał okolicę i znalazł farmę z ciepłym światłem wydobywającym się przez wąskie szczeliny w wypaczonych drewnianych okiennicach. Farmer nie spodziewał się towarzystwa, zwłaszcza dziwnie odzianego nieznajomego mówiącego w obcym języku, jednak nie potrafił zostawić drugiego człowieka na zimnie.
Siedząc przed migoczącym paleniskiem, John rozważał wszystko, co zapamiętał z ostatniej podróży przez mgłę. Nieważne jak bardzo się skupiał, nie potrafił doszukać się niczego szczególnego, co zobaczył w tamtym miejscu lub co mógłby zrobić inaczej. Ale przecież musiało być coś więcej!
Trzy dni później przekroczył kolejną ścianę mgły i wyszedł na wybieloną słońcem Ziemię, gdzie nad Amsterdamem górowała olbrzymia piramida – taka, jaką widział kiedyś w filmie dokumentalnym o Meksyku na Discovery. Ludzie, których spotkał, byli pochodzenia indiańskiego, a choć odnosili się do niego przyjaźnie, traktowali go jak osobliwość.
Jego wiedza na temat zjawiska była już na tyle szeroka, że mógł przewidzieć pojawienie się następnej ściany mgły co do minuty i znaleźć się na miejscu, aby z niej skorzystać.
Przez lata skakał z jednego świata do następnego. Od Ziemi pustej do przeludnionej, od prymitywnej do zaawansowanej, od lodowato zimnej do piekielnie upalnej, i z każdym przejściem powiększał swoją wiedzę, aż w pewnym momencie nauczył się kontrolować te podróże. Wreszcie zrozumiał, że jego losowe przeprawy oddalały go coraz bardziej od rodzimego świata.
Krok po kroku wracał więc po swoich śladach, napędzany wspomnieniem uczuć, które niegdyś przepływały przez jego ciało. Nieodgadnionej istoty duszy, która kiedyś w nim mieszkała, tajemnicy, która od zawsze wymykała się tak wierzącym, jak i agnostykom – ale teraz John rozumiał. I bardziej niż czegokolwiek we wszystkich światach, które odwiedził, pragnął ją odzyskać.
Jego przejścia przez mgłę stały się teraz bardziej celowe. John był w podróży od bardzo długiego czasu i korzystał z każdego możliwego skrótu, aż dotarł do miejsca przypominającego Ziemię, którą kiedyś bezwiednie opuścił.
W dniu, w którym wstąpił z powrotem do własnego świata, powróciły do niego dusza, wspaniałe doznania i intensywne uczucia. Głęboko wdychał powietrze, napawał się głuchą ciszą i delikatnym szelestem wiatru wśród drzew.
Szedł przez amsterdamski las i rozmyślał nad nędznym stanem ścieżek, w większości pokrytych trawą i pnączami, a miejscami poprzerastanymi korzeniami wystającymi spomiędzy kamieni.
Pierwszy dom, na który się natknął, wyglądał na opuszczony i zaniedbany. Wszystkie ulice, po których kroczył, były zrujnowane, porośnięte trawami, jakby natura próbowała odzyskać wszystko, co człowiek niegdyś jej ukradł. Centrum Amsterdamu stanowiła gęsta dżungla, Dam Square był tylko niewielką otwartą przestrzenią porośniętą brzozowym laskiem; stał tam zardzewiały, pokryty mchem i pnączami tramwaj rozbity o kamienną kolumnę.
John nie zobaczył nikogo. Żadnego człowieka, zaledwie kilka zwierząt. Znalazł orzechy, ziarna i rośliny, które mógłby jeść, ale jego Ziemia opustoszała dawno temu, wszyscy ludzie, których kiedyś znał, zniknęli. Zdawał sobie sprawę z tego, ile lat trwała jego tułaczka, ale przez myśl mu nie przeszło, że podróżował tak długo, iż jego dom opustoszał. Ale gdziekolwiek by nie poszedł, tak w Amsterdamie, jak i w innych miastach Holandii, nie znalazł nikogo.
Siedząc przy przytulnym ognisku John wreszcie zrozumiał, co to dla niego oznacza. Mógł zostać tu, kompletnie sam, albo mógł udać się do innego świata. Jednakże to oznaczałoby pozostawienie za sobą duszy i uczuć, ponowne doświadczenie samotności i niespójności. Spoglądał w ogień, dumając i rozmyślając, aż ostatnia lśniąca drobinka żaru przemieniła się w popiół.

Przełożyła Anna Grzanek