Litr ciekłego ołowiu - Andrzej Pilipiuk

To co? Po maluchu?

Hubert Przybylski

Bo czasami jest tak, że człeka suszy. Tyle, że pragnienie to nie jest pragnieniem czysto fizyczno-fizjologicznym. Absolutnie. To potrzeba naiwnej duszy, która w zalewie powszechnego skurczysyństwa, napotykanego na każdym roku przyzwolenia, ba, wręcz pochwały* bycia pozbawionym skrupułów łokciowym rozpychaczem i deptaczem słabszych chciałaby powrotu czasów, w których szacunek nie wynikał ze strachu, moralność nie była czystym frazesem, a honor stał dużo wyżej, niż pieniądz. Takie pragnienie jest tym bardziej dokuczliwe, że niemożliwym jest jego zaspokojenie. Ale można je przynajmniej oszukać. Na ten przykład, spożywając Litr ciekłego ołowiu. To co? Po maluchu?

Tak w sumie, pókim względnie trzeźwy, znaczy, nie mam jeszcze ołowicy, wypadałoby powiedzieć co nieco o samym ósmym tomie bezjakubowych opowiadań. Tak ździebko bardziej merytorycznie. No więc, na tom ten składa się osiem opowiadań**. Cztery nieparzyste teksty to nowe przygody Roberta Storma. Jedno opowiadanie to króciutka historyjka z Dziadkiem w bardzo bliskim tle. Z kolejnym tekstem wracamy w znane nam z Aparatusa i opowiadania Staw klimaty Łazienek***. Szóste opowiadanie, moje ulubione, to postapokaliptyczna wizja niedobitków ludzi zamieszkujących tereny dzisiejszej Warszawy. I wreszcie ósme, to kolejna, szkoda, że jedyna w tym tomie, przygoda doktora Skórzewskiego. Tyle. To może by tak teraz na drugą nóżkę?

W polskiej fantastyce ostatnich trzydziestu lat ze świecą szukać takich bohaterów, jak ci z utworów Pilipiuka. Na wskroś ludzcy, ze wszystkimi z tego płynącymi konsekwencjami, ale z zasadami, których nie łamią, choć na pewno wszystko by im to ułatwiło. Chcących do końca być porządnymi ludźmi, wręcz naiwnych w swojej wierze w to, że własną prawością mogą zmienić świat wokół. Chyba jedyny bohater, najbliższy temu opisowi (poza wiarą w ludzi, bo tę już dawno stracił), jaki mi przychodzi na myśl, to Geralt Sapkowskiego, ale on przecież jest mutantem****. Ech... No to na trzecią... Znaczy, za wiosnę!*****

Poziom opowiadań, poza wybitnie trafioną w moje ulubione klimaty Harcerką (pewnie stąd bardzo wysoka nota), jest tradycyjnie dla Pilipiuka równy i co najmniej dobry. To też wyróżnia tego autora spośród wszystkich naszych pisarzy fantastów. I coś, co chyba najbardziej podoba się fanom jego twórczości - ma się tę niezachwianą pewność, że każda jego kolejna książka nie przyniesie rozczarowania. Choć muszę przyznać - troszkę żałuję, że doktor Skórzewski powoli odchodzi w zapomnienie. Jak wcześniej Wędrowycz. No to, za wspomnienia!

Jest jednak jedna spora różnica między Litrem ciekłego ołowiu a wcześniejszymi tomami opowiadań bezjakubowych. To nieco inny rozkład emocjonalny tekstów. Wcześniej wszystkiego było mniej więcej po równo - humoru, akcji, zadumy, nostalgii, tajemniczości, natomiast w Litrze... jest to zachwiane. To, czego tu brakuje, to humor. Znaczy, nie, że nie ma go wcale, co to, to nie. Ale jest go wyraźnie mniej, niż w poprzednich tekstach Pilipiuka. Trochę szkoda, bo to jednak była od zawsze jedna z mocniejszych stron tego autora, ale mimo wszystko, to wciąż nie Twardoch czy Orbitowski. Lektura nie grozi późnojesienną deprechą i wzrostem zapotrzebowania na żyletki czy jakieś rozweselające pigułki******. A skoro o rozweselaniu mowa - wypijmy! Za radość!

Moja ocena? 8/10. W Litrze ciekłego ołowiu dostałem prawie dokładnie to, na co liczyłem, że dostanę. I choć z jednej strony troszkę brakowało mi do tej pory stałej u Pilipiuka dawki humoru, to z drugiej - kupił mnie światem Harcerki. Mam ogromną nadzieję, że teraz, kiedy już autor skończył Oko Jelenia i będzie brał się za kolejny cykl powieściowy, to Hydropatia z księżniczką Malwiną i księciem Oskarem się w nim pojawią. Może to, że post-apo jest znowu na topie, pomoże mu podjąć właściwą decyzję.
A cóż to, wszystko wypite? Uff, nie. Na hołoblowe jeszcze wystarczy. No to siup i w drogę!


Tytuł: Litr ciekłego ołowiu
Autor: Andrzej Pilipiuk
Wydawca: Fabryka Słów
Data wydania: kwiecień 2016
Ilość stron: około 370 (egzemplarz recenzencki)
ISBN: 978-83-7964-158-1

 
* Czy ktoś mógłby mi podać przykład serialu z ostatnich lat, gdzie główny bohater jest naprawdę dobry nie będąc jednocześnie skończonym idiotą? Chyba ostatnim głównym bohaterem, który nie miał choćby napadów bycia sukinkotem, był konstabl Benton Frazer.

** Osiem opowiadań w ósmym tomie. A ósme opowiadanie ma pięćdziesiąt dwie strony. Przypadek? Tia...

***  Choć tym razem wojna ma się już ku końcowi i "bohaterami" są nasi "dzielni bracia-wyzwoliciele" ze wschodu.

**** Zresztą, to rzecz u Sapkowskiego powszechna, że najbardziej ludzcy w jego utworach są nieludzie, od krasnoludów, przez potwory i smoki, po mutanty. A największymi bydlakami i potworami ludzie. Normalna zdrowa prawdziwie budująca wiara w ludzkość, nie?

***** Jak to mówił Michałycz, znaczy, generał Iwolgin, "Тост на охоте должен быть краткий, как команда, как выстрел..."

****** Najlepiej jakiś Bisacodyl, albo inny Laxigent. Nic tak skutecznie nie energetyzuje i ożywia.