Telegonia

Ocena: 
0
Brak głosów

Odkąd tylko się poznali, zawsze trzymali się za ręce.

Nawet teraz, gdy właśnie wyłożono nowo wydany podręcznik do biologii, jeszcze pachnący świeżą farbą z nowoczesnych drukarni pod Berlinem, ruszyli nierozłączni, nie śpiesząc się, wciąż bardziej ciekawi siebie niż świata. Cała reszta studentów monachijskiego uniwersytetu otoczyła stoły ciasnym półkolem. Książki przechodziły z rąk do rąk, szeroko komentowano najbardziej kontrowersyjną aktualizację. Oto w rodzinie małp przybył nowy gatunek, pomiędzy szympansem a orangutanem podręcznik spuchł o trzy strony i rycinę murzyna.

Cześć studentów pozwoliła sobie na niewybredne żarty. Inni odwracali się ze zdegustowaniem.

Dla niej to były dodatkowe trzy strony do nauki.

Obok niej przemknęła z podniesioną dumnie głową Sophie Scholl, w oczach błysnęły łzy wściekłości, jakby poniosła osobistą klęskę. Pewnie na następnej przerwie posadzki uniwersytetu znów zabielą się od ulotek jak gdyby spadł pierwszy śnieg. Naprawdę sądzi, głupia, że można powstrzymać Adolfa Hitlera przy pomocy zadrukowanych świstków papieru? Naprawdę sądzi, głupia, że nikt nie zauważy, że tylko ona spóźnia się na wykłady? Że brać studencka nie wie, że Die Weiße Rose to Fraulein Scholl?

Że nikt nie doniesie?

Białe róże muszą zwiędnąć.

Po co zajmować się polityką, gdy na tym świecie jest miłość?

Poczuła na szyi jego oddech, który sprawił, że w podbrzuszu rozlało się przyjemne ciepło. Zdawało się, że między ciasno splecionymi palcami dłoni przepływała strumieniami życiodajna energia.

Zbliżali się do siebie z każdym dniem coraz bardziej i odnosiła wrażenie, że pod nią faluje morze miłości gotowe, by ją przyjąć. Nigdy nie była tak szczęśliwa, choć jednocześnie obawiała się tego uczucia, jego intensywności, zatracenia, które ze sobą niosło. Morze miłości falowało zachęcająco. Czy kiedykolwiek odważy się na...

Skok?

Gwałtowny wstrząs wyrwał ją z rozmyślań. Przechodzący obok rosły student potrącił barkiem jej towarzysza. Celowo. Zobaczyła, że ciemniejsza o jeden odcień skóra chłopaka nagle stała się całkiem śniada jakby podkreślając dzielące ich różnice.

Splecione z jej dłonią palce zacisnęły się mocno sprawiając ból.

Zostaw, poprosiła samym wargami. Nie warto.

Wiedziała, co zaraz nastąpi. Wyzwiska.

Mieszaniec.

Kundel.

Czuła jego przyspieszony oddech na swojej skórze, chłonęła miękkim ciałem cały jego gniew.

Stali w grupce, odziani w nowoczesne brunatne kombinezony z przeciwchemicznymi maskami zwieszonymi bezużytecznie z tyłu niczym kaptury. Nowa moda ze stolicy. Tamci się śmiali, ale ich otaczała miłość i nie słyszeli nic a nic.

Otworzyły się drzwi do auli, rzeka studentów wypełniła ławy i rozpoczął się wykład.

Stapperfend, ascetyczny mężczyzna o oszczędnych ruchach, sprawiał wrażenie jakby zawsze nosił biały fartuch, skóra obciągała czaszkę ciasno niczym gumowa maska za mała o jeden rozmiar, na nosie błyszczały mu okulary w metalicznych oprawkach. Otaczała go aura porządku i dziwnej sterylności, jakby każdy przedmiot na laboratoryjnym stole przed nim musiał znać swoje miejsce.  Studenci w pierwszych rzędach bali się oddychać. Nie należało im się specjalnie dziwić, przed nimi stał wybitny naukowiec z nowo powstałej dziedziny nauki – biologii ludzkiej, ulubieniec samego Führera. Stapperfend włączył projektor i wraz z ciemnością, która zapadła, rozpoczął suchym, ale donośnym tonem:

– Już Juliusz Estreicher twierdził, że męskie nasienie jest w całości lub w części wchłaniane przez macicę, a tym samym przedostaje się do krwi kobiety. – Pojawił się wykres przedstawiający żeńskie organy rozrodcze, wewnątrz których ejakulował penis. Dziesiątki plemników z narysowaną na środku gwiazdą Dawida wżerały się w miękką tkankę, z łatwością rozprzestrzeniając się po całym organizmie. – Wystarczy przecież jeden stosunek Żyda z Aryjką, by jej krew została zatruta na zawsze! Gdyby nawet wyszła potem za Aryjczyka, nigdy jej dzieci nie będą aryjskie. Urodzi żydowskie bękarty. Dlatego Żydzi uwodzą Aryjki, zatruwają ich krew na zawsze i rozpleniają własną plugawą rasę.

Poczuła, że w sali robi się gorąco jak w tropikach. To od pary dziesiątków oddechów, pomyślała. Nie zauważyła, że ich dłonie leżą obok siebie, w odległości może dziesięciu centymetrów. Czuła tylko brak jak po amputacji, choć nie potrafiła do końca powiedzieć, co jej właściwie odjęto.

Stapperfend kontynuował:

– Telegonia, czyli teza o odroczonym zapłodnieniu, została już dawno udowodniona. Obserwacje wykazały, że rasowa suka raz jeden skrzyżowana z kundlem do końca życia skazana jest na rodzenie skundlonych szczeniaków – mrok rozświetlił kolejny wykres. Parzące się psy. Suka miała na pysku wyraz, który skojarzył się jej raczej z zaskoczeniem, choć zdaniem rysownika miało to być zapewne wyuzdanie. Kolejne rysunki, ta sama suka ze skundlonymi szczeniętami, z których każdy był inny, koślawy na swój sposób.

Jak z wielkiej odległości słyszała szepty studentów z ławek poniżej.

Czemu pokazują nam rysunki?

Co masz na myśli?

To praca naukowa. Czemu oglądamy rysunki? Powinni pokazać nam zdjęcia. To byłby jakiś dowód, nie?

– Z kobietami jest tak samo – mówił wykładowca. – Sperma ma wielką moc, przenika wszędzie, zmieniając DNA kobiety. Tylko w kobiecych pochwach wygramy tę wojnę o kształt nowego świata. Póki wszystkie pochwy są okupowane przez Aryjczyków, jestem spokojny o losy wojny. Ale jeżeli wślizgnie się tam choć jeden obrzezany penis, jest to klęska porównywalna do tej na polu bitwy.

Czerwona plamka lasera w kształcie miniaturowej swastyki ślizgała się po wykresach helisy DNA bezlitośnie atakowanej przez agresywne, zdegenerowane geny. Wykład trwał, ale ona już go nie słyszała, tak tętniło jej w uszach. Siedziała ogłuszona, czując uderzenia gorąca na twarzy. Miała wrażenie, że wszyscy wiedzą, zerkają na nią ukradkiem.

Patrzą.

Nic nie słyszała.

„pamięć komórkowa genitaliów kobiety jest niewymazywalna”

„jej krew zostanie skażona na zawsze”

„będzie do końca życia rodzić schorowane dzieci bękarty”

Nic a nic.

Wykład się wreszcie skończył i rozbłysnęło światło, ale przesycone sztucznością jarzeniówek niosło zimny, bezosobowy blask.

Gdy znaleźli się na ulicy, nad Monachium zapadł już wieczór. Ciemny granat nieba ozdabiały diamenty. Powietrze było czyste.

Ręce spuszczone wzdłuż ciała, na pierwszy rzut oka swobodnie. Proste linie ramion, równolegle wykreślone wedle najlepszych prawideł matematyki.

Każdy mięsień drgał od napięcia.

Szli obok siebie, a ona czuła jakby między nimi krystalizowała się tafla lodu. Lodu, który niedostrzegalnie puchnął, oddzielając ich coraz bardziej od siebie.

Jakby karmił się jej lekiem.

Jakby karmił się jej wstrętem.

Dotarli do miejsca, które było rozdrożem, geometrycznym środkiem trasy między ich domami. Bez słowa wskazała na książki, musi się uczyć. Oczywiście, tyle zadają, zrozumiał.

Przez chwilę patrzyła, jak jego sylwetka znika w tłumie, a potem, szybko, żeby nie widzieć, czy się nie odwróci, pozwoliła z ulgą, by tłum pochłonął i ją. Wałęsała się przez kolejne godziny po ulicach, starając się nie myśleć. Przypatrywała się przechodniom. Niektórzy nosili się wciąż zwyczajnie, ale wielu przywdziało już nowo wprowadzone brunatne kombinezony, przez co ci pierwsi wyglądali na ich tle niczym z poprzedniej, archaicznej epoki. Jakby całe miasto znalazło się nagle w punkcie przemian, jeszcze zaczepione w przeszłości, choć prąd czasu już niósł z przyszłości dziwaczne urządzenia używane przez zamaskowanych, nowych ludzi.

Nogi same zaniosły ją nad rzekę. Było coraz później, z mostu znikali ostatni przechodnie.

Spokojna tafla Izary kołysała się pod nią zachęcająco.

Ciemna sylwetka i barierki na tle gwiazd.

Skok?