Poza zasięgiem

Autor: 
Ocena: 
0
Brak głosów

Rozdział I

Wyszedłem do ogrodu sprawdzić, czy naszemu żywopłotowi nie przydałoby się małe cięcie, gdy nagle, nie wiedzieć skąd, zmaterializował się przede mną rudy facet. Gdy mnie zauważył, wrzasnął:

– Pomóż mi, Eric! Błagam, stary, to może być twoja ostatnia szansa. Nie zawiedź mnie!

Wytrzeszczyłem na niego oczy, zbyt zdziwiony, by cokolwiek powiedzieć. Kim był ten człowiek? Skąd znał moje imię? Z jakiej racji pojawił się – ot, tak – w moim ogrodzie? I o czym on w ogóle mówił?

– No nie stój tak, Eric! – krzyknął facet. Jego głos był teraz przepełniony paniką, a twarz – wykrzywiona z wściekłości i rozpaczy. – Na litość, stary, ile razy musimy przez to przechodzić? Nie pamiętasz mnie już?

– Czy pana pamiętam? – wypaliłem. – Nie sądzę, żebyśmy się kiedykolwiek spotkali. Kim pan jest?

– Jak to kim jestem? O rany, no tak... rozumiem. Skoro teraz spotykasz mnie pierwszy raz, to znaczy, że to moje ostatnie wahnięcie i jest już za późno. Nie ma szans, żebyś zdołał...

Zdanie urwało się w połowie, gdyż facet zniknął równie tajemniczo, jak się pojawił. Mój ogród znów wyglądał całkiem zwyczajnie. Czy to wszystko naprawdę się zdarzyło? Może był to jakiś sen na jawie albo halucynacja? Odczekałem kilka sekund, lecz otoczenie pozostało bez zmian. Dobrze, zatem żywopłot. Cecilia poprosiła, żebym sprawdził, czy nie wymaga przycięcia. Udałem się spokojnie na tyły ogrodu, rozkoszując się wiosennym słońcem i ciepłym wiatrem.

Rozdział II

Żywopłot ewidentnie potrzebował odrobiny kosmetyki. Odwróciłem się i już miałem iść do szopy z narzędziami, gdy rudy facet pojawił się znów, całkiem znienacka, jak „zawsze” zresztą.

– Eric! – zawołał – Bogu dzięki, że tu jeszcze jesteś. Musisz mi pomóc, zanim będzie za późno!

– Znowu pan? – odpowiedziałem. – Dopiero co pan tu był. Kim pan jest? Czemu pan się tak ciągle pojawia i znika? I dlaczego akurat w moim ogrodzie?

– Już mówiłem! – odparł, gwałtownie gestykulując. – Nie ma czasu, żeby do tego wracać. Potrzebuję pomocy, a tylko ty jesteś w pobliżu.

– Chciałbym najpierw prosić o wyjaśnienie – powiedziałem. – Tak się składa, że to mój ogród i chciałbym wiedzieć, co pan tu właściwie robi.

– Na Boga, Eric, tracimy cenny czas. Czy nie możesz po prostu zaakceptować tej sytuacji i pomóc mi, nim będzie za późno? – Wyraźnie tracił cierpliwość i zaczynał się plątać, choć nie był już tak przerażony jak za pierwszym razem. Ale o co, do cholery, temu gościowi chodziło?

– No dobrze – powiedziałem. Może powinienem dać mu szansę. W końcu może to zupełnie porządny facet, który rzeczywiście potrzebuje pomocy. – Co mogę więc dla pana zrobić?

– Widzisz – wyczułem w jego głosie pewną ulgę – chciałbym, żebyś... – Zdanie znów urwało się w połowie. Patrzyłem tępo w pustą przestrzeń przed sobą i przyszło mi do głowy, że ten koleś chyba rzeczywiście ma problem.

Odwróciłem się i poczłapałem w stronę szopy. Wyglądało na to, że w końcu mogę się wziąć do pracy.

Rozdział III

Szedłem już z narzędziami w stronę żywopłotu, gdy facet pojawił się po raz trzeci.

– To znowu ty! – krzyknął na mój widok.

– Z ust mi to wyjąłeś! – odrzekłem. – Nie potrzebujesz może pomocy?

– Na to by wyglądało. Wydaje mi się, że ciągle skaczę tam i z powrotem z punktu wyjścia. Nie jestem pewien, co poszło źle, ale zaczynam rozumieć swoje położenie.

– Gdzie jest twój punkt wyjścia? – spytałem. – I co masz na myśli, mówiąc o skakaniu tam i z powrotem? Na czym polega twój problem?

– Wygląda na to, że poruszam się wahadłowo po układzie współrzędnych czasowych. To pewnie jakiś fatalny skutek uboczny mojego eksperymentu. Jeśli nie odzyskam kontroli, oderwę się od swojego czasoprzestrzennego punktu zakotwiczenia i skurczę aż do nicości, imploduję, zupełnie jakbym nigdy nie istniał!

– Obawiam się, że nie wiem, o czym mówisz. Możesz to wyjaśnić językiem laika?

– Przepraszam, nie ma na to czasu. Ale nie musisz rozumieć mojej sytuacji, by mi pomóc.

– To powiedz, co mogę dla ciebie zrobić? Tylko szybko. Masz tendencję do pojawiania się i znikania, zanim wypowiesz cokolwiek więcej niż jedno zdanie.

– Naprawdę? Chcesz powiedzieć, że pojawiam się tu regularnie? I tylko na krótkie momenty?

– Właśnie tak.

– Mój Boże! W takim razie... – Mężczyzna zniknął. Wzruszyłem ramionami i podniosłem z ziemi narzędzia. Lepiej wziąć się do roboty, nim ktoś znów mi przeszkodzi.

Rozdział IV

Żywopłot był w już połowie okiełznany, gdy mężczyzna pojawił się po raz czwarty.

– Eric! Miło znów pana widzieć, choć nie przypuszczałem, że wpadnę tu ponownie.

– Dobra, nie traćmy cennego czasu. Powiedz mi, co powinienem wiedzieć, a zwłaszcza czego będę potrzebował, żeby ci pomóc?

– Pomóc? Przydarzyło mi się parę nieprzewidzianych skoków w czasie, ale myślę, że spokojnie sobie z tym poradzę. Dlaczego uważa pan, że potrzebuję pomocy?

– Przecież cały czas o tym mówisz. Kiedy pierwszy raz cię zobaczyłem, wyglądałeś na kompletnie spanikowanego. Możemy więc przejść do konkretów?

– Chce pan przez to powiedzieć, że byłem tu już kilka razy?

– Tak, ciągle tu powracasz.

Mężczyzna zmarszczył brwi.

– Hmm, to niedobrze. To może oznaczać... – Jego głos przycichł, jak gdyby mężczyzna zamyślił się głęboko.

– Wspomniałeś o jakimś nieudanym eksperymencie. Nie musisz tłumaczyć mi szczegółów, ale jeśli mam ci pomóc, powinienem chyba znać chociaż ogólny zarys. Powiedz mi, proszę, o co w tym wszystkim chodzi.

Mężczyzna popatrzył na mnie zdziwiony.

– Nie wolno mi tego zdradzić. Ale skoro wcześniej powiedziałem aż tak dużo, widać musiałem być naprawdę zdesperowany.

– Mówiłeś coś o skakaniu tam i z powrotem.

– Tak, wygląda na to, że był pan świadkiem momentów, które spędziłem w tej konkretnej ramie czasowej, co jednak nie wystarczy panu, by uzyskać pełny obraz operacji, która jest zasadniczo tajna. Tak więc ze zrozumiałych względów nie mogę panu zdradzić, co dzieje się po drugiej stronie moich wahnięć...

Mężczyzna zniknął, zabierając ze sobą zarówno swój sekret, jak i swoją prośbę o pomoc. To, że za każdym razem, gdy wracał, przybywał odrobinę wcześniej, nie sprzyjało normalnej konwersacji, a tym bardziej zrozumieniu jego skomplikowanego położenia czy też możliwości pomocy. Niewiele byłem w stanie zrobić. Równie dobrze mogłem więc dokończyć żywopłot.

Rozdział V

Rzuciłem na żywopłot ostatnie spojrzenie – był wprost idealnie przystrzyżony. Już miałem odnieść narzędzia do szopy, gdy mężczyzna pojawił się jeszcze raz.

– No, znowu jesteś – powiedziałem. – Jak zatem mogę ci pomóc?

– Czy my się znamy? – spytał mężczyzna, wyraźnie zaskoczony. – Gdzie, według pana, mogliśmy się poznać? I w czym chciałby mi pan pomóc?

– Nazywam się Eric. – odparłem. – Jesteś tu regularnym gościem. Wydaje się, że skaczesz tam i z powrotem w czasie i wydajesz się rozpaczliwie potrzebować pomocy. No, w każdym razie takie sprawiałeś wrażenie, kiedy byłeś tu po raz pierwszy. Z twojego punktu widzenia, był to jednak ostatni raz. A raczej – to będzie ostatni raz. To wszystko troszkę skomplikowane.

– Nie mam pojęcia, o czym pan mówi – stwierdził mężczyzna, przyglądając mi się podejrzliwie. – I nie wydaje mi się, żebyśmy się kiedyś spotkali. A teraz, proszę wybaczyć, czy może mnie pan zostawić w spokoju i skończyć wywody na temat tego rzekomego problemu z czasem?

– Nie możesz kazać mi zostawić się w spokoju, skoro to ty pojawiłeś się ni z tego, ni z owego w moim ogrodzie! – wybuchnąłem. – Ale zaraz, chwileczkę...

Zaczynałem rozumieć.

– Kiedy cię pierwszy raz zobaczyłem, twierdziłeś, że rozmawialiśmy już przy kilku innych okazjach i byłeś w rozpaczy, bo nie mogłeś rozwiązać jakiegoś strasznego problemu. Bez wątpienia było to już po tym, jak odkryłeś, co poszło źle i jak poważne były skutki. Jednak według ciebie to teraz widzimy się po raz pierwszy i sam nie masz jeszcze pojęcia, o czym będziesz ze mną rozmawiać w ciągu następnych wizyt – o tym całym tajnym eksperymencie, który spektakularnie się spieprzył. Zastanawiasz się pewnie tylko, kim jestem i czemu ci to wszystko mówię.

Mężczyzna rzucił mi poirytowane spojrzenie i rzekł:

– Szczerze mówiąc nie wiem, co powiedzieć. Tego zaczyna być już za wiele. A teraz, jeśli pan wybaczy, muszę iść i upewnić się, czy…

Znów go odcięło, a ja ponownie zostałem sam. No tak, jeśli to był rzeczywiście jego pierwszy przeskok, pewnie nigdy go już nie zobaczę. Odczekałem jeszcze kilka sekund, a gdy nic się nie wydarzyło, skierowałem się do szopy, by odłożyć narzędzia. Chyba miałem rację. Mężczyzna pewnie więcej się tu nie pojawi.

Wszedłem do domu i wpadłem prosto na Cecilię, świeżo po kąpieli.

– Słyszałam, że z kimś rozmawiasz – zaczęła zatroskana. – Czy ktoś wszedł do ogrodu? Kim był ten facet?

– Spokojnie – odpowiedziałem. – Nic takiego się nie stało. To był tylko jakiś koleś, który rozpaczliwie potrzebuje pomocy, ale jest poza zasięgiem. Nie przejmuj się.

Przełożyła Agnieszka Magnuszewska