Ślepe stado – John Brunner

Apokalipsa Johna

Marcin Knyszyński

Trzecia książka Johna Brunnera w serii Artefakty jest programową kontynuacją przestróg, które ów pisarz serwował współczesnemu mu światu w swoich poprzednich powieściach. Programowa jest również narracja, sposób prowadzenia wątków, charakterystyczny, mozaikowy układ rozdziałów, przywodzący na myśl raczej program telewizyjny przerywany reklamami niż standardową powieść. Wszystko to już znamy, wszystko to już Brunner nam pokazał. Czy zatem możemy znaleźć w Ślepym stadzie coś, co pozwoli nam po lekturze uznać, że czas spędzony nad nią nie był stracony? I będziemy do niej chcieli kiedyś wrócić? Oczywiście. I to całkiem sporo.

Książka nie ma głównych bohaterów. To znaczy ma jednego - świat przedstawiony. Jest to świat o kilkadziesiąt lat oddalony od czasów, w których John Brunner pisał Ślepe stado. Ziemia jest na skraju ekologicznej zapaści, brakuje czystej wody, czystego powietrza, niezatrutej gleby. Biosfera jest zniszczona przez produkty wysoko rozwiniętej ludzkiej cywilizacji, środki chemiczne, odpady przemysłowe, smog, pestycydy. Szerzą się epidemie wywoływane przez bakterie uodpornione na antybiotyki, grzyby uodpornione na bakterie, insekty uodpornione na środki owadobójcze. Skala nieszczęść i ilość traum, które dotykają ekosystem naszej planety jest wprost niewiarygodna - doprawdy w żadnej książce nie spotkałem się z tak rozbuchaną wizją chemiczno-biologicznej hekatomby.

W tym umierającym świecie żyją ludzie, którzy resztką swoich sił, godności, ale również przy użyciu sprytu i wyrachowania, próbują żyć z dnia na dzień. Fabuła oparta jest na dwóch uzupełniających się wątkach. Pierwszy dotyczy tajemniczych ataków zbiorowego szaleństwa w Afryce i Ameryce Środkowej, które kończą się rzezią miejscowej ludności. Te akty nieuzasadnionej przemocy wydają się jakoś powiązane z amerykańskim koncernem przemysłowym, produkującym żywność na farmach hydroponicznych. Drugi wątek to postać Austina Traina, naukowca, wieszcza ludzkiej zagłady, który z powodu swoich anarchistycznych poglądów i głośnego nawoływania do zdecydowanych i drastycznych działań wobec zastałej sytuacji, stał się wrogiem publicznym i poszukiwanym zbiegiem. Z czasem, zupełnie się o to nie starając, zyskał sobie spore grono wyznawców, nazywających się "trainistami". Trainiści, realizując antyrządowe i antyprzemysłowe postulaty swego nieobecnego guru, dokonują aktów sabotażu, uprawiają propagandę mającą na celu wyrwanie społeczeństwa z apatii i podjęcie próby uratowania świata.

John Brunner napisał wręcz definicyjną dystopię. Mamy tu podręcznikowy przykład cywilizacji doprowadzonej do upadku przez trendy rozwojowe, które są powszechnie akceptowane przez wygodne i rozleniwione społeczeństwo. Jest to społeczeństwo składające się prawie w całości z jednostek nieczujących potrzeby solidarności z resztą populacji, bezrefleksyjnie przedkładające dzisiejszy pełen talerz ponad ryzyko jutrzejszego głodu, bezmyślne ślepe stado. Według autora, na skraj przepaści przywiedzie nas nie tylko nasza własna indolencja, krótkowzroczność i brak chęci zaangażowania się w sprawy społeczne, ale również zbytnie zawierzenie instytucji państwa. Aparat rządowy USA ukazany w książce jest zainteresowany tylko utrzymaniem się u władzy, jego działalnością nie kierują żadne długofalowe projekty ani altruistyczne pobudki. Dodatkowo na czele rządu USA stoi karykaturalny prezydent-idiota, który nie jest w stanie być wodzem. A takiego wodza potrzeba, jeśli mamy się uratować.
 
Praktycznie z każdego rozdziału bije szewska pasja autora. Brunner jest zdeklarowanym mizantropem, zwyczajnie nie wierzy w ludzkość. Sugeruje, że człowiek jest, co prawda, w stanie walczyć doprowadzony do ostateczności, ale walczył będzie tylko w swoim imieniu, nigdy w imieniu ogółu. Jednostkowa korzyść, którą osiągamy, zawsze wygrywa z potencjalnym wyrzeczeniem dla dobra innych, dlatego powstrzymanie ekologicznego armageddonu jest z góry skazane na niepowodzenie. Ockniemy się wtedy, gdy będzie już za późno, kiedy będziemy już za punktem bez powrotu. John Brunner ustami Austina Traina zwiastuje apokalipsę w sposób rozgorączkowany, używając środków, które nawet z naszego XXI-wiecznego punktu widzenia, są przesadzone.

Ale według autora jest to jedyna metoda. Ślepe stado ma ambicję uderzenia w czytelnika terapią wstrząsową. Realizuje to poprzez dosadne uświadomienie nam, że aby ludzka masa zaczęła myśleć i wyszła poza krótki horyzont swoich jednostkowych i egoistycznych zapatrywań, potrzebne są trzy czynniki:
- charyzmatyczny lider, za którym pójdą tłumy, mesjasz z ognistym mieczem zamiast dobrej nowiny
- akolici, wierni wyznawcy gotowi do największych poświęceń w imię większego dobra
- gigantyczna ofiara, postawiona na ołtarzu całopalnym siłą, a nie dobrym słowem.

Ślepe stado to książka napisana w tym samym stylu, co Wszyscy na Zanzibarze i Na fali szoku. Jednak reporterski, narracyjnie poszatkowany styl ma w tym przypadku o wiele większe uzasadnienie, ponieważ to właśnie w tej książce autor zdecydowanie najsilniej wysuwa na pierwszy plan planetę i cywilizację. Dopiero na drugim mamy pojedynczego człowieka. Taki sposób narracji deprecjonuje znaczenie ludzi, którzy są tylko manekinami na scenie, gdzie Brunner z gniewem i gwałtownością odgrywa swą okrutną tragedię.

Wielu współczesnych czytelników powie: „Nie ze mną te numery, Brunner”. Dbamy przecież o segregację śmieci, sprzątamy po psie, unikamy detergentów, zakręcamy kran podczas mycia zębów. I nie wierzymy w tezę, że nasze jednostkowe działanie nie ma zupełnie znaczenia. Bo przecież, jeśli mamy zaczynać zmiany wymagające poświęceń, zaczynajmy je od siebie. I oczywiście, choć takie postępowanie jest jak najbardziej prawidłowe, to warto jednak mieć gdzieś zaszczepioną w psychice wizję świata z Ślepego stada. Wartość i siła jej przesłania, nawet uznana po latach za przeszarżowaną, jest nie do przecenienia.


Tytuł: Ślepe stado
Autor: John Brunner
Tłumaczenie: Wojciech Próchniewicz
Wydawca: MAG
Data wydania: Luty 2016
Liczba stron: 464
ISBN:  9788374806336

Odpowiedzi

Nie wiem czy określenia 'hekatomba' i 'szewska pasją' są tu stosownie użyte.

Hekatomba źle, lepiej byłoby "samounicestwienie". Teraz to widzę.
A szewska pasja jest tu w znaczeniu furii, amoku. O to mi chodziło.

Ale szewska pasja to nie ekstremalny entuzjazm a spotęgowana wściekłość, zakłada raczej niekontrolowaną destrukcję niż głębokie zaangażowanie

No i Brunner tak to pisze właśnie. Z przesadzoną wściekłością, w furii. Z zaangażowaniem - owszem, ale nie entuzjastycznie pozytywnym, bardziej z zaangażowaniem w policzkowanie ludzkości i krzyk "Opamiętajcie się!.

Ok, przyjmuję

Bardzo dobra recka. Lubię czytać dobre recki do pisarzy, którym się to należy. A Brunnerowi się należy jak najbardziej, żeby zdobył jak największy rozgłos i trafił do większej liczby ludzi, żeby kupowali i Mag będzie miał podstawę, aby wydawać kolejne książki, które ja będę mógł czytać! :D Tylko trochę nie mogę się zgodzić, że w każdej powieści forma i narracja są takie same, bo widać różnicę między "WnZ" a "ŚS". W "WnZ" masz wyszczególnione konkretnie 4 elementy fabuły (reklamy, właściwa fabułą itp.), a w "ŚS" jest to wplecione w fabułę. W "WnZ" nie masz rozdziałów a w "ŚS" rozdziały zostały oznaczone nazwami miesięcy. To taka kosmetyka, ale po prostu nie zgodzę się, że Brunner swoją oryginalnością jest schematyczny w swoich wszystkich 3, jak dotąd wydanych powieściach. W każdym razie wracając do meritum - bardzo mi się książka podobała. Stawiałbym ją tak między "WnZ" i "Nfs", ale jest ona bezwzględnie najbardziej z nich przerażającą dystopią i najbardziej realną. Problem zanieczyszczenia jest u nas spotykany na co dzień, powietrze, woda, gleby mniej, ale też coraz bardziej. Także ja bym wcale nie był zdziwiony, że kiedyś nam się to wszystko wymknie spod kontroli i będziemy mieli MEGA problem, podobny jak Brunner przewidział.