Krótka historia eklera

Ocena: 
8.5
Average: 8.5 (2 votes)

Do Kamącina prowadzi dziś tylko jedna, od dawna już nie naprawiana, prowizorycznie utwardzona droga. Pobrudzone błotem, słomą i gnojowicą dzieci biegną za moim samochodem, wyciągając chude rączki. Nie przygotowałam cukierków, ale przyjechałam przecież do starych, nie tych najmłodszych. Oni będą musieli sami zapracować na swoją historię. To wszystko jeszcze przed nimi.

Kamącin to nie byle jaka wioska. Właśnie tutaj, wiosną 1942 roku, jeszcze pod ciężką, hitlerowską okupacją, na przekór biedzie i terrorowi, wynaleziono eklery i to stąd poszedł w świat wyraźny przekaz: Polska nie ugnie się pod jarzmem faszystowskiego reżimu. Dziś trudno odnaleźć ślady pierwszej, nielegalnej jeszcze wytwórni przepysznych słodkości, umożliwiające przetrwanie w te ciężkie, czarne dni, które zdawały się nie mieć końca. Tylko Eliza Twardzioch, przybrana siostra córki właściciela pierwszej fabryki owych ambrozji pamięta, gdzie się mieściła. Łamiącym się, schrypiałym od starości głosem wspomina ojczyma abstynenta, który z obrzydzeniem na twarzy napełniał bimbrem kolejne beczki tylko po to, by ukryć przed okupantem prawdziwe przeznaczenie niewielkiej manufaktury, którą z narażeniem życia zakładał i prowadził.

Zaczęło się od przypadku. Kiedy Janusz Twardzioch próbował wynaleźć kanapkę z salami, bułka wpadła mu do bańki z mlekiem. Eliza do dziś pamięta, jak ojczym zmełł w ustach soczyste przekleństwo, obawiając się o bezpieczeństwo swojej rodziny. Nie wolno wtedy było kląć po polsku, wspomina staruszka ze wzruszeniem, które zasnuwa niedowidzące oczy słoną mgłą. Stojąc nad pokrytym schematami i rysunkami technicznymi stołem, z plastrem zastępującej salami brukwi w dłoni szewc wynalazca zrozumiał, że droga do serc rodaków prowadzi nie przez żołądek, ale przez ich portfele. Kanapki z salami z brukwi były zbyt drogie, ale namoczone w mleku bułki, wypełnione nadzieniem ze sztucznego miodu, bimbru i orzeszków bukowych powinny były zmieścić się w budżecie najbiedniejszego nawet bezrolnego chłopa. Zrezygnował jedynie z pierwotnego pomysłu oblania przysmaku gorzką czekoladą, gdyż wcześniej już stwierdził, że smalec nie spełnia się jako namiastka masła kakaowego, o które tak trudno było w czasach wojennej zawieruchy.

Sława słynnych bimbrowo-bukowych ciasteczek Twardziocha prędko rozeszła się po okolicy. Przemytnicy zbaczali z utartych ścieżek, byle tylko dołączyć do swej oferty słynne Eklery, bo tak nazwali w dalekich Kielcach przysmak genialnego szewca.

Eliza prowadzi mnie tam, gdzie niegdyś stała szkoła podstawowa, a dziś wysoko pleni się cykoria podróżnik. Pokazuje, gdzie gestapo, które pewnej zimnej, listopadowej nocy zajechało do wsi na czarnych, wysokich ciężarówkach, ustawiło mieszkańców rzędem pod murem szkolnego boiska do koszykówki. Dziewczynka zrozumiała z gardłowego szwargotania tylko groźbę, że zabiją co jedenastego mieszkańca wsi, jeśli nie dowiedzą się, kto odpowiada za potajemną produkcję „Die Ekleren”. Łzy płyną po jej pobrużdżonych cierpieniem i upływem czasu policzkach, kiedy opowiada, jak Janusz, odrzucając precz rękę swojej żony wystąpił z szeregu i opuścił głowę na pierś. Łkając, wspomina, jak najwyższy z żołnierzy, z blizną biegnącą od ucha do podbródka, przystawił dzielnemu szewcowi karabin do głowy i wskazał gestem budę ciężarówki. Resztę rozgonili żołdacy krzycząc i grożąc odbezpieczonymi pancerfaustami i miotaczami ognia. Siedmioletnia wtedy pasierbica skryła się w oborze, z twarzą wtuloną w gryzącą słomę i zacisnęła oczy, aż rzęsy odcisnęły głębokie czerwone ślady na jej policzkach. Oczekiwała odgłosu strzału, który zakończy życie jej ojczyma, ale ten nie nastąpił.

Wieśniacy kryli się po chałupach jeszcze do wieczora, a kiedy odważyli się opuścić kryjówki, znaleźli Twardziocha z twarzą zapuchłą i poczerniałą od uderzeń jesionowych kolb gestapowskich karabinów. Kiedy Eliza podbiegła do ojczyma, usłyszała tylko, jak szepcze zawstydzony, że grozili, iż zabiją wszystkich. Dopiero po wojnie odważył się wyznać, że Niemcy zmusili go szantażem, aby odtąd dostarczał lokalnemu garnizonowi gestapo tysiąc ekler w każdą niedzielę pod groźbą eksterminacji całej wsi.

Potem, już w domu staruszki, widzę znad cienkiej, emeryturalnej herbaty, jak kuśtyka do peerelowskiego, politurowanego na orzech włoski kredensu i wyjmuje zza szybki poblakłą, poznaczoną bladymi zaciekami tekturkę. Siedemnastego czerwca 1950 roku Elizie i jej matce wręczono telegram powiadamiający o wykonaniu kary śmierci na Januszu Twardziochu. Nawet śledztwo prowadzone przez IPN już po odzyskaniu niepodległości przez Polskę w 1989 roku nie zdołało ustalić, kto doniósł w te straszne lata na szewca i kto oskarżył go o kolaborację. Dopiero patrząc na twarde, maszynowe pismo, rozumiem, co rozmazało czarny tusz tej hiobowej wieści. Skąd ludzie biorą tyle łez?

Na szczęście ten sam 1989 rok przyniósł również rehabilitację słynnego ciastka spod Kielc, które, zakazane przez ponad czterdzieści lat, mogło wreszcie zająć należne mu miejsce w panteonie cukiernictwa, ponad tłuszczą faworków, pączków czy kartaczy na słodko. Król Ekler, tak mówi o nim Eliza. Uśmiecha się wąskimi, wykrzywionymi bólem wargami i zlizuje z nich drobne okruchy namoczonej w mleku bułki.

I tylko jedno pytanie zawisa w powietrzu po słodkiej uczcie popitej herbatą: czemu za każdym genialnym wynalazkiem stać musi ludzkie cierpienie i upodlenie? Czemu historia toczyć się musi kołem tak kanciastym, wgniatającym w błoto tych, którzy pchali je uparcie do przodu – na przekór wichrom, słotom i roztopom? Bo kto dziś pamięta nazwisko Janusza Twardziocha, pytam. Kto go w ogóle, kurwa, pamięta?