Obietnica na jutro

Autor: 
Ocena: 
2
Average: 2 (1 vote)

Krótkie i uważne są moje kroki przez gruzy Indianapolis, śmietnisko pozostałe po milionie ludzi. Nie muszę szukać długo; odór rozkładu prowadzi mnie ku wejściu do mrocznej piwnicy, stromych schodów prowadzących w dół oraz ciemnej, płytkiej kałuży u ich podnóża. Daleko w dole lśniący nowością szlaban stoi pod rozsypującymi się konstrukcjami tak niegdyś dumnych wysokościowców. Zardzewiały znak oznajmia, iż ta kupa gruzu to Chase Tower.

Ostry ból przeszywa moją lewą nogę, gwałtowniejszy niż poprzedni impuls, głębszy, intensywniejszy; to ogień, który sprowadza mnie do parteru. Wydaję z siebie cichy odgłos i obserwuję, jak pojedyncza łza spływa z lewego oka, wywołując w zwolnionym tempie niewielką fontannę.

Nogi ześlizgują mi się poza krawędź schodów i osuwam się w dół. Jeden z moich butów potyka się o ciemną plastikową butelkę, ale prawa ręka znajduje uchwyt i powstrzymuje upadek. Dno piwnicy pokryte jest igłami i odłamkami szkła. Krawędź zamulonej kałuży ma ciemnobrązowy kolor. Podnosząc się dostrzegam, że tym, co chwyciła moja prawa ręka, jest wystająca z gruzowiska dłoń, zzieleniała, z paznokciami wydłużonymi niby szpony. Puszczam ją, wzdrygając się, a potem cofam się, dopóki plecami nie dotknę szlabanu. Dłoń jest nieruchoma, ramię pogrzebane pod kupą kamieni i betonu.

Pojawia się całkiem nowe, mocne dźgnięcie w dole pleców; z trudem chwytam powietrze, sięgam dłonią do krzyża, naciskam, masuję, ugniatam. Wiem, że rozwiązanie jest tylko jedno. Odwracam się i spoglądam w ciemność rozciągającą się za lśniącym szlabanem. Dociera do mnie lekki powiew, niosący słodki fetor rozkładu.

Z dolnej części pleców promieniuje ciepło, wspina się wzdłuż kręgosłupa. Chcę krzyczeć, ale płuca mam puste. Lewą ręką chwytam szlaban, by utrzymać się w pionie. Drugą ręką wyciągam sztylet. Uderzam stalą o stal, a wywołany tym dźwięk podrażnia moje nerwy. Głęboko sięgające wyżłobienia rozłupują mi mózg.

Świat wydaje się czekać, sekundy rozciągają w minuty. Moje nerwy losowo, boleśnie rozpalają się żywym ogniem; wzrok przesłania mgła i widzę połyskujące wieże wyrastające nade mną, w nieskończoność, aż myśli obejmuje we władanie wielki strach.

Za późno – przemyka mi przez głowę – umrzeć w Indianapolis, co za horror!

Moja klatka piersiowa unosi się, czuję, jak podkrada się do mnie ostateczna ciemność.

Moment, widzę poruszenie. Złudzenie czy rzeczywistość? Wyciągam rękę, mila za milą, mijają godziny, a moje ciało płonie…

Postrzępiona tkanina, poczerniały brąz, słodki i ciężki zapach gnijącego mięsa, odurzająco blisko, ręka wyglądająca, jakby należała do mumii. I ampułka. Chwytam szkło, spokój, igła w moim nadgarstku to rozkosz nie do wytrzymania.

Kryształowy ból, lód w żyłach, piękna, rozlewająca się słodycz, czuję się bosko. Czas płynie.

Moja zapłata to wodnisty klejnot zatopiony w ognistym złocie.

Jutro ponownie się spóźnię. O ileż dzięki temu jest to wspanialsze...

Przełożyła Anna Grzanek

Odpowiedzi

Zgubiłam się w momencie, w którym narrator obserwował własną spływającą łzę. o.O Oczy na szypułkach...? Powiedzmy, że tekst mnie nie podbił. ;)