Fotografia

Autor: 
Ocena: 
9
Average: 9 (2 votes)

Nie było już nic.

Od wielu dni jego świat wypełniały głównie jednostajny szum fal oraz stukot przedmiotów szarpanych wiatrem. Niebo przytłaczało jednolitą szarością, więc całymi dniami przesiadywał w domu. Zresztą nie bardzo miał czego szukać na zewnątrz – woda zalała znaczną część doliny, raz się podnosząc, raz opadając. Wychodził głównie po to, by wyławiać przepływające obok kawałki drewna. Nie było nikogo ani niczego, nawet ptaków i owadów.

Został zupełnie sam.

Nie pamiętał już, jak długo to trwało. Zapasów na szczęście wciąż miał sporo. Dwa razy wybrał się zrobioną ze starych drzwi tratwą na pobliskie, również wystające ponad wodę, szczyty wzgórz. Tam, w pustych domach, znalazł mnóstwo przydatnych rzeczy – konserwy, zapałki, cukier, makaron, bulion w kostkach i barszcz w proszku, suszone mięso. Deszcze padały dość często, więc miał też słodką wodę, którą filtrował przez płótno. Wiedział, że nie sposób tak żyć w nieskończoność, nie martwiło go to jednak. Jakimś cudem zdołał zachować pogodę ducha. W kościach strzykało od wilgoci, coraz częściej też odczuwał niepokojący ból w klatce piersiowej. Taka jednak była po prostu kolej rzeczy. Przeżył wszystko i wszystkich, teraz pozostawało mu tylko czekać, aż nadejdzie i jego pora.

Spędzał czas na pracach domowych, stawianiu pasjansów, myśleniu o niczym. Wzrok miał już nie ten co kiedyś, a we dnie nie świeciło teraz słońce, więc raczej nie czytał książek. Poświęcał za to całe godziny na przeglądanie kolorowych czasopism, atlasów oraz albumów ze zdjęciami, przedstawiającymi historię kilku pokoleń jego rodziny. Dziadkowie, rodzice, bracia i siostry, dzieci, wnuki… i jego ukochana żona, zabrana wiele lat temu przez złośliwego raka. Stracił wszystko wraz z nią, już dawno, więc to, co stało się ze światem, nie uczyniło mu wielkiej różnicy.

Na jednym z jego ulubionych zdjęć siedzieli we dwójkę na nowiutkiej kanapie, w kawalerce, którą wynajmowali tuż po ślubie, na długo przed tym, nim kupili dom na wzgórzu. Niewiele mieściło się w kadrze – i w ogóle w tym mieszkaniu – poza nimi. Roślina doniczkowa, półka na książki, komódka. Z prawej strony widać było wystające zza kanapy pudełko po butach, a w nim, zwinięty w kłębek, spał kot. Śmiali się i wtedy, i później, że wystarczy gdziekolwiek postawić karton, a natychmiast zmaterializuje się w nim kot, nawet jeśli ktoś nie ma kota. To było dobre wspomnienie.

Fotografia była wytarta od delikatnego gładzenia palcami oraz zdeformowana od łez, które nie raz i nie dwa na nią spadały. Tęsknił za żoną tak straszliwie, że dziwił się, iż jego serce jeszcze nie przestało bić. Za jej kręconymi włosami, zadartym noskiem, otwartymi ramionami i pełnym zrozumienia uśmiechem.

Oddałby wszystko, żeby mieć jakiekolwiek towarzystwo, poza nim jednak nie było tu nikogo.

Budził się co dzień rano w takim samym świecie. Poszarzałe niebo bez jednego promienia słońca, całkowicie puste, jeśli nie liczyć niesionych wiatrem śmieci. Równie szara, pełna odpadków i popsutych rzeczy powierzchnia wody. Cisza.

Dziwił się, że pływy nigdy nie przyniosły na jego samotną wysepkę żadnych szczątków czy szkieletu. Gdyby nie zabudowania stojące na sąsiednich wzgórzach, mógłby zwątpić, że inni ludzie w ogóle kiedykolwiek istnieli.

Oceniał, że minęło kilka miesięcy, odkąd świat uległ… zmianie. Trzy, może cztery, sądząc po tempie zużywania się zapasów. Nie jadał dużo, bo w pewnym wieku człowiek potrzebuje mniej, podobnie jak i mniej śpi, ale jedzenie przecież znikało. Tak czy owak, czas ten wydawał mu się wiecznością. Równie dobrze mogło upłynąć kilka lat.

Wstawał rano, zabierał się do krótkiej gimnastyki, zjadał skromne śniadanie, do którego wypijał filiżankę czarnej kawy. Potem wychodził na zewnątrz, by zobaczyć, czy w pobliżu nie przepływa coś wartego wyłowienia. Co trzeci dzień przez kilka godzin pucował pokoje, wymiatając drobinki kurzu ze wszystkich kątów. Ona byłaby zadowolona, widząc jak dba o ich wspólny dom, poza tym dzięki temu miał czym wypełnić czas. Po obiedzie naprawiał ubrania i różne przedmioty, jeśli była taka potrzeba, a potem sięgał po albumy i zdjęcia, wspominając najlepsze chwile swojego życia. Wieczorem rozpalał w kominku i kładł się, pod powiekami wciąż mając obraz ich dwojga, tak młodych i szczęśliwych.

Zastanawiał się czasem, czy może jednak nie umarł i nie trafił do osobistego piekła. To mogło być jedyne sensowne wyjaśnienie dla sytuacji, w której się znalazł. Dla świata, w którym był całkiem sam.

Pewnego dnia, gdy zapatrzył się w ulubione zdjęcie, przyszła mu do głowy pewna myśl. Udał się do nieużywanego od dawna pokoju gościnnego i obejrzał go krytycznie. Taak, jest podobna, choć nie taka sama… A tu by trzeba wbić kilka gwoździ. Mała szafka też się znajdzie… I jakiś zielony materiał. No i na pewno wyszpera gdzieś pudełko po butach.

Stękając, bardzo powoli przesunął kanapę spod okna pod przeciwległą ścianę. Dwie godziny zajęło mu zbijanie małej półeczki z desek. Nigdy nie był dobry w podobnych pracach, ale teraz płonął w nim ogień, jakiego od dawna nie czuł – wreszcie miał jakiś cel. Warto było się wysilić.

Po kolejnej godzinie półka zawisła metr nad kanapą. Trochę krzywo, ale to nieważne. Natychmiast stanęły na niej książki, a w lewym końcu ceramiczna doniczka. Do niej umocował długie pasy, na które pociął starą ciemnozieloną zasłonkę. Udrapował je jak umiał, tak by przypominały choć trochę coś, co jego żona określała mądrze brzmiącym słowem epipremnum. Z sąsiedniego pokoju przytargał małą komódkę. Ostatnim elementem było znalezione w szafie tekturowe pudełko po butach. Wsadził do niego przyniesionego ze strychu pluszowego kotka, zabawkę któregoś z jego wnucząt, i postawił obok prawej poręczy kanapy.

Usiadł na wersalce, pełen smutnej satysfakcji, ale to nie było odpowiednie dla niego miejsce. Przecież zwykle patrzył na ten obrazek z drugiej strony. Stanął więc przy drzwiach, by ocenić efekt. Oczywiście, nic nie było tak, jak powinno. Nie ta kanapa, w dodatku pusta, nie taka półka, nie te książki, żałosna imitacja rośliny, pasiasty kawał pluszu wystający z prawej strony…

Odwrócił się, by wyjść, nagle znów zrezygnowany, wyrzucając sobie głupotę i zdziecinnienie.

I znieruchomiał, nie wierząc w to, co wydawało mu się, że dostrzegł – ruch.

Pręgowany kot zaszeleścił pudełkiem, przeciągnął się, jak to kot, i podszedł miękko, ocierając się starcowi o kolana. Ten, z trudem powstrzymując łzy, przyklęknął, obiema rękami głaszcząc puszyste futerko.

Na zewnątrz pojedynczy promień słońca przebił się przez warstwę pyłu i chmur, oświetlając mały domek stojący na wierzchołku wzgórza.