Zombie blues
Dzień jest młody, słoneczny, powietrze rześkie, a ja idę sobie środkiem ulicy, środkiem poranka, środkiem mieściny, może nawet świata, dłoń trzymając na kolbie dyndającej u pasa broni, i mówię wam, tu i teraz, w tym miejscu wymarłym, że Daryl, ten drań, złotousty szuler, to miał naprawdę przejebane życie. Hej-ho!
Już blisko. Jeszcze tylko kilka przecznic. I ujrzę ulicę, przy której się wychował. Stanę przed jego rodzinnym domem. Nie przyśpieszam. Nurzam się leniwie w parnym poranku. Powinienem uważać, ale co mi tam. I tak niedługo umrę. Mam już w sobie tamto coś – to paskudztwo, ten syf. Krąży w moich żyłach. I zmienia mnie w jednego z was, złamasy.
Jakiś ruch? Tam, spójrzcie, właśnie tam – za rogiem tej kafeterii. Zbliżam się. Nadal wyluzowany. Ale trochę mniej – broń już nie dynda. Ściskam ją delikatnie. Jest odbezpieczona. Szybkostrzelna. I śmiercionośna jak myśl wkurzonego Boga. Spoglądam w niebo i uśmiecham się przepraszająco. Patrzę ponownie na kafeterię. Jest. Bim-bam-bom. Sukinsyn. Tam, za rogiem, koło hydrantu – krąży bez celu.
Strzelam. Już nie powłóczy nogami. On? Ona? Podchodzę bliżej. Ono. Dziecko. Na oko 10-12 lat. Dziewczynka. „Oni nie są nami. Nie są. Nie mogą być. Nie wierzę w to” – powtarzała Lori, pielęgniarka. Daryl, podłączony do aparatury monitorującej pracę serca, śmiał się z niej. „Są, są” – mówił, po czym dodawał tajemniczo: „Na szczęście”. W tej chwili próbuję być taki jak Lori. Więc mówię: „Oni nie są nami. Nie są. Nie mogą być. Nie wierzę w to”. Nie działa. Widzę przed sobą dziewczynkę. Martwą. Ding-dong.
Od celu dzielą mnie dwie przecznice. Biorę głęboki wdech, w ten właśnie sposób się wyluzowuję, wyzwalam od wolicjonalności, pozwalam światu być. Ruszam nie do końca wycofany z samego siebie. Wciąż myślę o Darylu.
Daryl był umierający, nie umarł jednak na raka. Został zjedzony. Tak jak Lori i większość szpitalnego personelu. Nie było mnie wtedy w szpitalu. Załatwiałem pewną sprawę w mieście ogarniętym chaosem. Zadzwonił. „Nie wracaj tutaj” – powiedział. – „Są pod drzwiami. Drapią w nie”. Krzyknąłem coś w odpowiedzi. „Nie” – odrzekł. – „Wysłuchaj mnie i zrób to, o co cię poproszę. To moje ostatnie życzenie”. Kiedy zamilkł, usłyszałem w głośniku trzask, huk, a potem skowyt, który przeszedł w buczenie. Nie zdążyliśmy się pożegnać.
To chyba tutaj, myślę i sprawdzam numer skrzynki na listy. Zgadza się. Dom przypomina ten ze zdjęcia. Po ulicy kręci się trzech Szwendaczy. Jeden mija mnie w odległości czterech metrów. Śmierdzę, a nawet wyglądam tak jak on, więc stwór nie rozpoznaje we mnie pożywienia. To kobieta. Nie ma dolnej szczęki. Niewykluczone, że kiedyś była ładna. I kompletna. Że jej dolną wargę muskały usta jakiegoś mężczyzny lub innej kobiety. Że kochała, może nawet nienawidziła. Czekam, aż się oddali i podchodzę do drzwi. Już nie jestem wyluzowany. Nadal jednak poruszam się jak Szwendacz. Podpatrzyłem to w jakimś filmie. Naciskam klamkę.
Znajduję ich w salonie. Kiedy wchodzę, dwoje siedzi w fotelach, jeden leży na kanapie, a pozostała dwójka pod stołem. Witajcie, złamasy! Tatuś, mamusia, starszy brat i młodsze siostrzyczki. Rodzinka Daryla w komplecie. Gniją. I są wychudzeni. Ożywiają się na mój widok. „Martwi bądź żywi. Wszystko jedno, brachu. Zniszcz tych piekłolubnych skurwieli” – w moich myślach brzęczą ostatnie słowa Daryla. – „Za moje cierpienie, za lata upokorzeń, za to, że mnie nienawidzili, bo byłem ich niechlubną tajemnicą, świadectwem błędu i wpadki”. Nie ma sprawy, bracie, mówię głośno i dopiero wtedy Szwendacze rozpoznają we mnie pożywienie. Zabijam pierwszego. Drugiego. Powoli. Po mistrzowsku panując nad samym sobą, nad moimi czeluściami, jakbym był jakimś pieprzonym stoikiem, po uszy zanurzonym w bezkresnym spokoju, tej całej eudajmonii. Zabijam tych ludzi z zimną krwią. Tak, tych ludzi.
Bo Szwendacze też są ludźmi. Przeobrażonymi przez wirusa, wściekłymi, dręczonymi głodem, którego nie uda im się nigdy zaspokoić. A ja zabijam właśnie kilku z nich. Nie w obronie swojego lub cudzego życia. Zabijam ich na prośbę przyjaciela. Mszczę się w jego imieniu. Zabijam ich z niskich pobudek. I jeśli życie ludzkie jest w jakimś sensie święte, chociażby inherentnie wartościowe, jeśli z tego powodu każdy z nas, cholernych ludzi, ma prawo do życia, skuteczne erga omnes, to mają je również Szwendacze. I jeśli tak jest, to ja zabijając tych Szwendaczy, robię jednocześnie coś więcej: ja ich morduję. Jednego po drugim. Hubba-hubba.
Wdech. Wydech. Już po wszystkim. Mogę się wyluzować. Zdusić mą wolicjonalność. Wyrzucić z siebie mnie samego. Pozwolić światu być. Otworzyć drzwi. Utorować drogę. Zaczynam gorączkować. Wiem, że niedługo zemdleję. I jeśli się ocknę, to będę jednym z was, złamasy. Z plecaka wyjmuję książkę. Kartkuję ją przez chwilę. Pachnie moją przeszłością. Odlotami ku nunc stans i karcianymi przekrętami. Speculum... - coś tam, coś tam. Lubię ten tytuł. Zaczynam czytać. Wyluzowany.







