Gniotek

Ocena: 
10
Average: 10 (1 vote)

  Niełatwo opowiadać o rzeczach nadprzyrodzonych. Mnie tym trudniej, że w mojej karcie zdrowia widnieją zapiski o dwudziestu jeden wizytach u psychiatry, w trakcie których wspominam o uporczywych halucynacjach. Musicie jednak wiedzieć, że tego, co się wydarzyło, nie nazwałem przywidzeniem. Lekarz zapisał „halucynacje spowodowane traumą pourazową”. Nawet ręka mu nie zadrżała. Widziałem na własne oczy, ponieważ świetnie czytam do góry nogami.

  Zacznę od tego, że nie byłem żołnierzem, ani nawet policjantem, co pewnie mogło wam przemknąć przez myśl. Wojna, postrzał przyjaciela zasłaniającego mnie własną piersią albo śmierć niewinnego dziecka – nic z tych rzeczy.

  Zatrudniłem się jako ochroniarz w centrum handlowym. Dla faceta takiego jak ja, pozbawionego większych ambicji, praca wydawała się zadowalająca. Patrolowałem rejon gastronomiczny z przylegającym do niego mini-marketem i dwoma sklepami cukierniczymi. Rozglądałem się tak, żeby nikogo nie przyłapać, nie potrzebowałem problemów. Czasami podkradłem komuś frytkę, gdy akurat nie patrzył. Można powiedzieć, że prowadziłem satysfakcjonujące życie.

  Niekiedy ruch bywał większy – promocje świąteczne, okolicznościowe, sami rozumiecie. Cukiernia „Reikuc” ze względu na datę, a był to pierwszy czerwca, oferowała wszystkim dzieciom darmowe ciastka i pączki.

  Na środku cukierni stała dwuipółmetrowa piramida z lizaków. Okalały ją dwie kolejki maluchów czekających na darmowe słodycze. Patrzyłem na nie z lekkim poczuciem niesmaku, większość zaraz po odebraniu słodkości stawała ponownie w wężyku, zachęcana do tego przez swoich opiekunów.

  Nie minęło trzydzieści minut, a pierwsze z dzieci zwymiotowało z przejedzenia. Po godzinie inne upadło na podłogę targane drgawkami.

  Maluchy zaczęły wrzeszczeć z przerażenia, biegnąc byle dalej od podskakującego ciała. Histeria szybko się rozprzestrzeniła. Strach przerodził się w agresję, podsycaną nadmiarem cukru, a ta w dziką walkę. Opiekunowie próbowali obezwładnić swoje dzieci, które gryzły ich po nogach, niekiedy rozdrapując paznokciami odsłonięte uda kobiet. Troje największych kilkulatków przewróciło staruszkę, rudy i najgrubszy z nich siadł na niej okrakiem i począł pięścią wbijać jej pączka do gardła.

  Sam nie wiem dlaczego, ale wbiegłem w to kłębowisko i potknąłem się o jedno z rozwrzeszczanych dzieci, kręcące się na plecach niczym żuk, odgryzające sobie palce prawej ręki z sobie tylko wiadomej przyczyny. Wpadłem w piramidę lizaków, które przykryły mnie prawie w całości. Uznałem, że to znak. Byłem bezpieczny i najwyraźniej jakaś siła wyższa nie chciała, abym się w to mieszał. Wygrzebałem dziurę, przez którą mogłem obserwować, co dzieje się najbliżej mnie. Miałem ochotę krzyczeć z bezradności, ale zagryzłem zęby na lizaku i w takiej pozycji pozostałem do czasu przyjazdu policji.

  Zwolnili mnie za brak interwencji podczas sytuacji kryzysowej, nie udzielając żadnej pomocy psychologicznej. Miałem to w dupie. Nie będę narażał zdrowia dla kilku marnych stów. Mówię wam, miałem to gdzieś, ale tego dnia, pierwszy raz od ponad czterech lat, od śmierci mojej matki, postanowiłem się napić. Nie myślcie sobie, że złożyłem przy jej szpitalnym łóżku obietnicę abstynencji. Nie wiem, z jakiego powodu skończyłem z alkoholem akurat w dniu pogrzebu. Może dlatego, że matka była niezłą suką i musiałem pić, żeby jej nie zabić.

  Mieszkałem w starym drewnianym domu, który mi zostawiła. Kupiłem butelkę wódki z zamiarem opróżnienia jej podczas ulubionego teleturnieju, w którym banda idiotów udawała innych idiotów dorabiając do tego głębszą ideologię. Nie włączyłem światła. Mieszałem alkohol z sokiem pomarańczowym, aż poczułem, że mam dość i zasnąłem.

  Obudziłem się w środku nocy. Na kanale trzecim leciał program erotyczny, zachęcający do wysyłania wysokopłatnych SMS-ów w zamian za filmy porno, które można odtworzyć w telefonie. Wtedy zobaczyłem go po raz pierwszy. Siedział skulony w kącie pokoju. Miał wysokie, chude, pozbawione futra nogi, długi, łysy ogon oraz głowę ze sterczącymi uszami i wydłużonym nosem. Przypominał ponadprzeciętnie wielkiego szczura, który posiadał też cechy fizyczne kota.

  Byłem zdezorientowany. Spoglądałem w jego wyłupiaste oczy i ruchliwą końcówkę nosa. Obwąchiwał mnie z bezpiecznej odległości. Nie wiem, czy czuł strach, ani czy ja go czułem. W każdym razie nie chciałem dłużej znosić jego obecności w swoim domu. Chwyciłem stojącą na stoliku obok kanapy popielniczkę i cisnąłem w róg. Dwa susy i już byłem przy włączniku światła. Wcisnąłem przycisk.

  W pokoju byłem sam.

  Nie mogłem znaleźć nowej pracy. Nie dlatego, że brakowało ofert, ale jakoś mi się do tego nie paliło. Coś kazało mi zamknąć się w domu na kilka tygodni i przepić niewielkie oszczędności zgromadzone na bankowym koncie.

  Dni jakoś mijały, miałem telewizję, widok za oknem, zamawiałem pizzę i objadałem się nią do granic pojemności żołądka. Nocami zmagałem się z natrętnymi myślami – po to kupowałem wódkę, żeby móc od nich odpocząć. Może trudno w to uwierzyć, ale byłem szczęśliwy. Nikogo ani niczego nie potrzebowałem. Nie prosiłem o odwiedziny, a mimo to przychodził regularnie. W końcu zaczął pojawiać się każdej nocy.

  Skradał się do łóżka, po czym wskakiwał mi na klatkę piersiową i, ugniatając ciało łapami, podtykał nos pod usta. Zdawałem sobie sprawę z obecności potwora, ale nie mogłem się poruszyć, nie potrafiłem unieść ręki, żeby go przepędzić. Leżałem zupełnie sparaliżowany, a on truchtał, wciągając w nozdrza wyziewy spomiędzy warg, i tak aż do świtu.

  Psychiatra wypisał mi receptę na leki antydepresyjne, chociaż wcale nie czułem się przygnębiony. Naturalnie gdy otrzymałem drugi świstek z zapisanym lekiem powstrzymującym halucynacje, podszedłem do tego nieufnie.

– Pan jest zmęczony – orzekł. – Musi pan odpocząć.

– Od kilu tygodni niczego innego nie robię, doktorze – opowiedziałem.

– Nie szkodzi. Pana psychika jest w złym stanie. Był pan świadkiem wydarzeń, które mogły spowodować długotrwałą traumę.

– Banda dzieciaków w histerii. Zobaczyłem niewiele więcej, niż widzi przedszkolanka każdego dnia w pracy – bagatelizowałem. – Trochę trzęsły mi się nogi, ale zebrałem się do kupy.

– Niech pan przyjmuje leki dwa razy dziennie. Za dwa, trzy tygodnie poczuje się pan lepiej.

  Przyjmowałem leki, ale na ulotkach napisano, że podczas stosowania nie należy pić alkoholu, bo może zakłócić pracę substancji czynnych, więc nie wiedziałem, czy działały. Oglądałem programy rozrywkowe, nie odbierałem telefonów, wieczorami piłem do nieprzytomności, bo tylko tak mogłem spać z potworem na klatce piersiowej. Budziłem się obolały, ale w miarę wypoczęty.

  Regularnie odwiedzałem psychiatrę. Czułem się lepiej, gdy z troską opowiadał o mojej chorobie. Wiedziałem, że to wszystko bzdury. Potwór był prawdziwy. Chodziłem do przychodni tylko po to, żeby nazbierać świstków potwierdzających moją niepoczytalność. Liczyłem na rentę. Wtedy mógłbym zostać w domu do końca życia.

  Wreszcie trafiłem na terapię grupową.

– Jak sądzisz, co powinieneś zrobić, żeby przepędzić potwora? – zapytał prowadzący, siwy facet z lśniącymi, zaczesanymi do tyłu włosami i nienagannie ogoloną twarzą. Wyglądał na cholernie mądrego doktorka. Wpadłem w pułapkę i zacząłem się zastanawiać.

– Chyba powinienem przestać pić – odpowiedziałem.

  Grupa zaczęła bić brawo, a doktorek pokiwał głową z uznaniem. Pomyślałem, że mają nierówno pod sufitem. Nie jestem przecież pierdolonym Lutherem Kingiem ani Gandhim, żeby mnie oklaskiwać. Poza tym powinienem, ale nie chciałem. Co więcej, zrozumiałem, że wcale nie chcę, żeby potwór zniknął.

  Wypiłem trochę mniej niż zazwyczaj, mogłem więc względnie świadomy oczekiwać na jego przybycie. Jak tylko wszedł do sypialni, od razu mnie sparaliżowało. Zrozumiałem, że to nie ze strachu, ponieważ się nie bałem. Potwór posiadał taką moc.

  Gdy upewnił się, że leżę spokojnie, wskoczył na klatkę piersiową. Przebierając nogami, wygniótł sobie miejsce i nadstawił długi nos, wdychając powietrze wydobywające się z moich ust. Stało się jasne, że lubi zapach alkoholu, a być może, jako stworzenie nadprzyrodzone, nawet się nim żywi.

  Zapragnąłem go pogłaskać. Powtarzałem w myślach: „Nie bój się. Chcę cię tylko dotknąć”.

Najwyraźniej odebrał wiadomość, bo najeżył sierść, gotowy do ucieczki. Gdy zrozumiał, że nie stanowię zagrożenia – słowa starałem się powtarzać z niezmienną łagodnością – pisnął, a później wydał z siebie kilka trudnych do opisania mlaśnięć. Właściwie bardziej przypominało to klekotanie, jakby jego język i podniebienie były twarde niczym drewno. Poczułem mrowienie w prawej ręce, a chwilę później mogłem nią poruszyć.

  Delikatnie przytknąłem dłoń do grzbietu potwora. Ogarnęło mnie podniecenie, podobne do tego, jakie musi przepełniać człowieka stawiającego stopę na nieznanej planecie. Skulił się pod naporem ludzkiego ciała. Ciężar owalnego, opasłego tułowia rozpłaszczył się na całej długości. Sierść była przyjemna w dotyku i bardzo gęsta. Przeciągnąłem dłonią po kręgosłupie, najwyraźniej sprawiając mu tym przyjemność, ponieważ zaraz zamrowiła mnie twarz i druga ręka. Wziąłem głęboki oddech i chuchnąłem potworowi prosto w nos. On w odpowiedzi ponownie zaklekotał, tym razem z wyraźnym zadowoleniem.

– Nazwę cię Gniotek – wyszeptałem. – Od dzisiaj możesz przychodzić kiedy chcesz.

  Co zrozumiałe, Gniotek przychodził, tylko kiedy zaczynałem pić. Siadaliśmy na podłodze, księżyc wpadał przez okno, dając odrobinę światła, a on, przytulony do mojego boku, nadstawiał nos. Po każdym łyku dmuchałem prosto w trójkątną powierzchnię nozdrzy, wywołując przyjemne dla ucha klekoty radości.

  Po kilku nocach trochę mnie to znudziło, więc postanowiłem nauczyć go aportować. Rzucałem na drugi koniec pokoju pustą butelkę po wódce, a Gniotek niechętnie po nią ruszał, telepiąc tłustym zadem jak rozwścieczony struś. Chwytał szyjkę w zęby i przynosił pod nogi, czekając na nagrodę – dwa porządne chuchy w pyszczek.

  Czasami rozlewałem trochę wódki na panele, a Gniotek tarzał się w niej z radością psa taplającego się w gównie. Miło było sprawiać mu przyjemność.

  Jednak większość nocy przesypiałem z Gniotkiem u boku. Zakładałem klips na nos, żeby oddychać ustami, a on robił swoje – wąchał. Kilka razy przyłapałem go, jak wyglądał przez okno. Miałem wrażenie, że świat poza domem fascynował go i przerażał. Czyżby nigdy nie był na zewnątrz? Czy to możliwe, że mieszkał w domu od zawsze, a ja tego nie zauważyłem?

  Tak do niego przywykłem, że brakowało mi jego obecności również za dnia. Zaczynałem więc pić od pobudki i kończyłem przed snem. Gniotek niechętnie pojawiał się w tświetle dnia. Kulił się w kątach. Szerokim łukiem omijał każdy pas promieni słonecznych. Światło, nawet jeśli nie sprawiało mu bólu, na pewno nie było dla niego niczym przyjemnym. Owijałem go w koc i razem oglądaliśmy telewizję.

  Przegapiłem dwie wizyty u psychiatry. Minęły trzy tygodnie odkąd ostatni raz wyszedłem z domu. Brakowało jedzenia i alkoholu. Musiałem wyjść do sklepu. Poza tym zaczynałem tęsknić za seksem. Nie pomyślałem o braku cipek. Byłem za młody na wstrzemięźliwość.

  Nie umiałem tego wytłumaczyć, ale ciężko przychodziła mi myśl, że muszę zostawić Gniotka. Gdybym tylko mógł wyprowadzać go jak zwykłego psa. Miałem smycz i obrożę po starym terierze, którego matka dostała na pięćdziesiąte urodziny.

– Gniotku! – zawołałem. Przybiegł od razu, zwinnie omijając plamy światła. – Może wyszlibyśmy na spacer do parku?

  Przechylił głowę zupełnie jak pies i potrząsnął pyskiem, po czym przysiadł na tylnych łapach, odchylając uszy ku tyłowi.

  Usiadłem w fotelu, otworzyłem ostatnią butelkę wódki i pijąc myślałem nad rozwiązaniem problemu promieni słonecznych. Po opróżnieniu trzech czwartych pojemności flaszki wpadłem na pewien pomysł. Niestety w tamtym momencie nie odznaczałem się nadzwyczajną bystrością umysłu.

  Zniosłem ze strychu wielkiego pluszowego psa, który kształtem przypominał Gniotka. Otrzepałem maskotkę z kurzu i rozprułem jej brzuch. Wygrzebałem tyle gąbki, żeby Gniotek mógł się zmieścić w środku, w nogach zrobiłem otwory na łapy, wydłubałem plastikowe oczy i zrobiłem w pysku dziurę na nos.

– Idziemy na spacer, przyjacielu – byłem naprawdę podekscytowany.

  Gniotek podszedł do pomysłu z rezerwą, ale pozwolił założyć na siebie to, co zostało z pluszaka, i spiąć materiał zszywaczem tak, żeby nie spadał.

– Nie cieszysz się, że zobaczysz świat? – zapytałem.

  W odpowiedzi zaklekotał niepewnie. Ja tymczasem założyłem mu obrożę i doczepiłem do niej smycz. Przeszliśmy przez przedpokój i stanęliśmy przed drzwiami wejściowymi. Otworzyłem je na oścież, a ciepłe promienie padły na nasze sylwetki. Gniotek przywarł do podłogi, ale czując powiew świeżego powietrza przesyconego zapachami wyprostował łapy i spojrzał na mnie przez otwory po szklanych oczach.

– Wszystko będzie dobrze – uspokajałem go. Byłem kompletnie pijany. – Wyjdziemy poszukać kogoś do towarzystwa. Może uda się nam poznać jakąś miłą dziewczynę.

  Od bardzo dawna, świat znów stał przede mną otworem.