Bułgarski smok

Ocena: 
4
Average: 4 (1 vote)

  Moja najlepsza przyjaciółka widzi rzeczy, które nie mogą istnieć. Mira od tygodni opowiada mi o wodnym smoku. Stworzeniu pochodzącym z Bułgarii, pół człowieku, pół rybie z karpim ogonem, piersiami i brodą. Twierdzi, że dotąd występowały w wodach Dunaju i pozostaje zagadką, jak ten przedostał się do Warty. Dobrze przestudiowała temat, dlatego wydaje się to jeszcze bardziej przerażające. Wpadła po uszy. Zupełna schizofrenia.

  Zwierzyła się właśnie mnie, bo łączy nas miłość. A to nie byle co.

  Siedzieliśmy na wale obserwując nurt wody. Smoki, a tym bardziej bułgarskie, z całą pewnością nie istnieją. Nie mogłem więc dojrzeć niczego niezwykłego.

– Gdy karp osiąga wiek czterdziestu lat – tłumaczyła – wyrastają mu skrzydła i odtąd co noc w godzinie rusałek opuszcza rzekę. Tam, gdzie się pojawia, panuje susza.

  Nie padało od kilku tygodni. Matka skarżyła się, że na działce uschły pomidory. Mimo to braku opadów nie przypisywałbym interwencji sił nadprzyrodzonych, a raczej zmianom klimatycznym.

– Musiałam ci go pokazać, Pess – kontynuowała. – Inaczej nigdy byś nie uwierzył.

  O pełnej godzinie, na samym środku rzeki, spod wody wyłonił się smukły kobiecy tułów. Smok spojrzał w naszą stronę. Spod gęstej, czarnej brody posłał nam obrzydliwy uśmiech. Pocierał palcami ciemne sutki na piersiach, jakby spoglądanie na Mirę sprawiało mu seksualną przyjemność.

  Chwyciłem kamień leżący na wale i cisnąłem z morderczą precyzją. Trafiłem smoka prosto w głowę. Wydał z siebie niezrozumiały gulgot, znikając pod taflą wody. Pozostał po nim tylko czerwony warkocz krwi, powolnie rozpuszczający się w drobnych falach Warty.

  Mirą targnęły drgawki. Trzęsła się z rękami i nogami skręconymi jak gałęzie uschniętego drzewa. Przytrzymując ją sprawdziłem, czy nie połknęła języka. Gdy wróciła do świadomości, zapytałem:

– On ci to zrobił? Dlatego masz ataki?

– Nie, Pess – odpowiedziała słabym głosem. – To tylko padaczka.

  Odetchnąłem z ulgą. Utrzymująca się fala upałów spowoduje, że Warta wyschnie. Smok przeniesie się w inne miejsce albo zdechnie pokonany własną bronią. Może nawet ktoś go znajdzie i spreparuje. Ale to już nie nasza sprawa.