Mistrz ucieczek

Ocena: 
5.25
Average: 5.3 (4 votes)

Ojciec był mistrzem ucieczek. Na igrzyskach olimpijskich w Londynie zdobył złoty medal na dystansie pięciu tysięcy metrów, uciekając przed metalową kulą, oraz brązowy medal za ucieczkę przez płotki, uchylając się przed nadlatującymi strzałami. Dzień po honorowym udekorowaniu zwycięzców odeszła od nas mama. Nie rozumiałem dlaczego. Ojciec stał się sławny. Powiesił medale w gablotce. Zarobił pieniądze. Nie miałem zamiaru go opuszczać. Był moim bohaterem.

  Dokładnie rok później odwiedził nas prawnik. Dobrze pamiętam, bo w telewizji leciał reportaż o rosnącej niechęci do promowania ucieczek jako dyscypliny na letniej olimpiadzie. Słuchałem tego z niedowierzaniem. Tysiące ludzi ucieka każdego dnia. Jest nam to równie bliskie jak bieganie czy oddychanie.

  Jeden z dziennikarzy przywołał przykład mojego ojca.

– Przystojny wysportowany mężczyzna, syn szwaczki i malarza statków – wymieniał. – Wielokrotny mistrz kraju i zdobywca dwóch medali na ostatnich igrzyskach olimpijskich. Dzięki swojej determinacji, uciekając od przeciwności, stał się symbolem sukcesu.

  Tak mówił, a ja czułem jak rozpiera mnie duma.

– Potrzebujesz trzydziestu tysięcy – powiedział prawnik. Wyciągnął z teczki plik papierów i przesunął palcem po kilku linijkach tekstu na jednym z nich. Ojciec czytał z uwagą. Mięśnie żuchwy pracowały z mechaniczną regularnością. Działo się tak, gdy się nad czymś intensywnie zastanawiał. – Oddasz i staniesz się wolnym człowiekiem.

– To tyle, ile wart jest ten dom – odpowiedział ojciec. – Czy mam sprzedać dom?

– Trzydzieści tysięcy – powtórzył. – Ja tylko mówię, że wreszcie mógłbyś się od nich uwolnić.

  Serdecznie uścisnęli sobie dłonie. Dopiero, gdy usłyszałem dźwięk odpalanego silnika, ponownie oderwałem wzrok od telewizora.

– Może mogliśmy razem pouciekać? – zaproponowałem ojcu.

– To mi dobrze zrobi. – Czule pogłaskał mnie po głowie. Wyobrażałem sobie, że będzie to jeden z tych gestów, które przejmę od niego, gdy się zestarzeje. Będę podawał mu leki i obejmował dłońmi łysiejącą głowię jak cenny skarb.

  Założyliśmy wygodne buty.

  Sąsiad trzymał buldoga amerykańskiego. Wściekły pies. Nienawidził nas z całego szybko bijącego serca. Rozejrzeliśmy się. Ulica była pusta. Ojciec otworzył furtkę.

– Hej, Lincoln! – zawołał i gwizdnął przeciągle na placach. – Chodź tu, skurwielu!

  Brązowo-siwa bestia wybiegła przed dom. Wyszczerzyła zęby i rwąc drobne kępy trawy ruszyła ku nam. Zaczęliśmy uciekać.

Odpowiedzi

Nie jestem pewna, czy wszystko zrozumiałam, ale zaintrygowało mnie od pierwszych słów i taka zaintrygowana pozostałam do końca.