Cmentarz

Ocena: 
9.25
Average: 9.3 (4 votes)

Tego dnia nawet niebo się rozpłakało. Wcale nie chciałam tam iść, ale mi kazali. Ubrali w schludną, ciemnogranatową suknię i pchnęli na ulicę. Kondukt wlókł się po bruku przez całą długość wsi. Ostatni dopiero wychodzili z domów, kiedy czoło pochodu przekraczało bramę cmentarza.

Tutaj uliczka przechodziła w zwykłą, bitą drogę, nieco zresztą zarośniętą, bo rzadko uczęszczaną. Ludzie w naszej wsi od dawna nie umierali. Nikt też nie odwiedzał grobów, toteż zapadały się coraz głębiej w rozmięknięty grunt, a nad nimi rozrastały się stare wierzby.

Wlekliśmy się noga za nogą, nie zważając na mętne kałuże w nierównej ulicy, a z czarnych okien mijanych domów nie padło na nas ani jedno spojrzenie. W naszej wsi nie wolno było patrzeć. Buty przemokły mi, nim jeszcze dotarliśmy na cmentarz. Stopy całkiem skostniały z zimna. A przecież miało być jeszcze gorzej. W naszej wsi od zawsze było tylko coraz gorzej.

Ksiądz mówił szarym, monotonnym głosem. Był jak szum deszczu, jak chlupot dziesiątek obutych stóp w miękkim błocie. Mówił piękne rzeczy o powrocie do Boga i o radości, a myśmy tam stali i nie wiedzieli, o co mu chodzi. Kim jest ten Bóg i czym jest radość. W naszej wsi nie znano takich pojęć. Byliśmy coraz poważniejsi, jak posągi, jak zasypane pyłem minionych stuleci mumie. Stwórca? Oczywiście, wiedzieliśmy, że ktoś nas stworzył – ale on umarł. Umarł dawno temu, a jeszcze przed śmiercią stał się szary i ponury, tak jak cała nasza wieś.

Kiedy kapłan umilkł, już tylko szum przeklętego deszczu brzmiał mi w przemarzniętych uszach. Miałam wrażenie, że woda wlewa się przez te uszy, usta, a nawet nos – że tonę w ulewie. Momentami nie mogłam złapać tchu, ale przecież nie mogłam nikomu o tym powiedzieć. W naszej wsi nie rozmawiano. Stałam więc i usiłowałam wypluć jakoś wodę z płuc, choć nie było łatwo. Na szczęście deszcz zagłuszał moje parskanie i kaszel.

Chwycili liny, na których leżała trumna, i jęli powoli opuszczać ją na dno. Usłyszeliśmy plusk, kiedy smukła, drewniana skrzynia znikła nam z oczu. Matka miała rzucić pierwszą garść ziemi, ale nie dała rady nabrać błota do ręki. Cienkie strużki przepływały jej przez palce, więc kiedy podnosiła dłoń, ta była już pusta. Nie widziałam, czy Matka płakała. Twarz miała mokrą, ale w tym deszczu przecież wszyscy mieli je mokre. Z posklejanych włosów woda grubymi kroplami kapała za kołnierze, a potem niżej, po plecach i piersiach, znacząc lodowate linie smutku. A może oni naprawdę byli smutni? Ale smutek oznacza emocje, pasję, życie. A w naszej wsi nie wolno było żyć.

Dopiero kiedy się odwrócili, by odejść do domów, mogłam zobaczyć ich twarze. Mijał mnie szereg szarych, nieruchomych oblicz o matowych, podkrążonych oczach i zaciśniętych ustach. Spękane wargi, pokryte starymi strupami, wyglądały odrażająco. Oni wszyscy byli odrażający. Cała nasza wieś była odrażająca. U niektórych przez cienką jak pergamin skórę widać było żyły i mięśnie. U kogoś siną szyję toczyły robaki, wprawiając ją w okropne falowanie.

Nie patrzyli na mnie. To dobrze – nie zniosłabym ich niewidzących spojrzeń. Nie byłam taka jak oni. Musiałam oddychać, odczuwałam zimno, nie pozbawiono mnie wzroku. Miałam co prawda świadomość tego, że z dnia na dzień moje ciało staje się szare i rozmięknięte jak ich, jak to niebo i jak ta ziemia, jak nasza wieś, ale chciałam żyć – tak długo jak dam radę. Nie zamierzałam ustąpić bez walki. Choć oni walczyli przeraźliwie skutecznie: tym milczeniem, omijaniem, wyniosłością, deszczem. Śmiercią.

Nie mam pojęcia, jak się znalazłam w naszej wsi. Jestem pewna, że się w niej nie urodziłam – nie wiem, gdzie przyszłam na świat. Nie pamiętam swojego dzieciństwa. Chyba wcale go nie było. Jak sięgnę pamięcią, była nasza wieś. Szarość i wilgoć. Falująca rzesza niemych trupów, przemierzających brukowaną uliczkę – jedyną, jaką mieliśmy. Wiodącą wprost na cmentarz, chociaż tu nikt nie umierał. Była, oczywiście, Matka – ale to nie była moja matka. Tak ją nazwałam, bo kogoś musiałam. Człowiek powinien mieć matkę. Inaczej przecież nie może istnieć, prawda? Matki dają życie.

Choć oni wszyscy nie powinni istnieć. Byli wybrykami. Powinni leżeć w trumnach i dać się zjadać robakom.

Kiedy cmentarz opustoszał, podeszłam do grobu, który powoli wypełniała szara woda. Gdzieś tam leżałam: moje bezbarwne włosy wplątane w drzazgi nieoheblowanej trumny, a pod granatową, schludną sukienkę zaczęły już wpełzać dżdżownice. Mogli mi dać lepsze buty, bo to zimno jest nieznośne.

Ostatni raz rozejrzałam się po cmentarzu. Z nieruchomych wierzb deszcz spłukiwał ostatnie, sczerniałe liście. Wiedziałam już, że nasza wieś nigdy mnie nie wypuści ze swoich szarych, mokrych macek.

Odpowiedzi

Jak napisałem pod Żabą, to jest drugi Twój tekst, który przeczytałem. Może puenta mnie nie zaskoczyła, ale o ile w poprzednim chwaliłem sposób narracji, która stworzyła adekwatny klimat, o tyle w tym przypadku zostałem oczarowany nastrojem opowiadania. Choć słowo oczarowany może nie jest tu na miejscu ;-) Tak czy inaczej zbudowałaś naprawdę ciężki, czarny, cmentarny klimat. Dla mnie bomba!

Czekam na następne szorty.

Dziękujemy za opinię! Nam też ogromnie miło, kiedy nasze teksty zyskują uznanie u Czytelników C: Pozdrowienia C:

Szortalowa Milena

I znów: ogromnie dzięki za pozytywny komentarz - tak, właśnie o to tutaj chodziło: o nastrój. Nie jestem dobra w plot twistach, więc muszę szyć z czegoś innego. ;)
Mam nadzieję, że jeśli jeszcze coś wrzucę, nie będziesz rozczarowany^^

Pozdrawiam
AWT

Tak, to najmocniejsza część tego tekstu, jest dobrze budowany, do samego końca. Dlatego ten tekst tak dobrze się czyta.