I nie wódź nas na pokuszenie…

Ocena: 
0
Brak głosów

Tomasz Niwirski leżał w bezruchu na łóżku w sali, która od kilku tygodni pełniła funkcję sypialni, zarówno dla niego, jak i pozostałych Wybranych. Wzrok mężczyzny skupiony był na uchylonych drzwiach prowadzących na korytarz. Sen nie przychodził. Pełne ekscytacji oczekiwanie nigdy nie sprzyja łatwemu zaśnięciu. A czy może być coś bardziej ekscytującego niż przekroczenie granic siebie? Tomasz był niecierpliwy. Ciało podświadomie szykowało się na nadchodzące bodźce, siłą rzeczy utrzymując umysł w stanie pobudzenia. Pamięć wkraczała do głodnej działania świadomości, przywracając to wszystko, o czym codzienne jestestwo zdążyło zapomnieć.

Wspomnienia cofnęły Tomasza do czasów dzieciństwa. Była niedziela, wraz z matką, jak co tydzień, udali się do kościoła. W świątyni panował chłód, chociaż dzień był ciepły. Parę lat później, jako nastolatek, Tomasz z drżeniem powiąże ów chłód Domu Bożego z zimnym, wilgotnym powietrzem zwiedzanej jaskini. Jednakże tego dnia, dwadzieścia lat temu, chłód zarezerwowany był jedynie dla kościołów.

Tomasz pamiętał ból promieniujący z kolan, kiedy wraz z dorosłymi musiał uczestniczyć w najgorszej dla dziecka modlitwie. Ksiądz wypowiadał kolejne dziwne frazy, a wierni monotonnie odpowiadali ponurym „módl się za nami”. Nawet jako siedmiolatek wiedział, że rozmowa z Panem wymaga niezrozumiałych słów, nie mógł jednak pojąć, dlaczego ten ciąg zdań musiał być taki długi.

Wtedy w pamięci mężczyzny błysnęło wspomnienie mocniejsze niż inne. Bramo niebieska, módl się za nami. Tak mówił ksiądz, tak mówili wierni. On jeden, bezbronne dziecko, podniósł głowę w szoku. Wieżo dawidowa, módl się za nami. Głos zebranych wypełnił Dom Boży. Wieżo z kości słoniowej, módl się za nami. Modlitwa trwała dalej, ale chłopiec nie zwracał już na nią uwagi. Brama niebieska, wieża dawidowa, wieża z kości słoniowej. Trzy pojęcia utkwiły w małym umyśle jak zadra.

— Chyba wtedy się zaczęło — mruknął do siebie dorosły.

Kolejne skrawki pamięci. Mijały lata, zadra zdążyła się schować w nieświadomości. W czasie nauki w liceum zaczął dokładnie czytać Pismo Święte. Rodzice nie protestowali, chociaż z trudem wierzyli w szczerość i trwałość tego zapału do egzegezy.

Chłopak nie zrezygnował szybko. Czytał, jak w skromnych słowach, bliższych księgowym niż literatom, bezimienny redaktor opisuje kolumny ognia, które zwęgliły Sodomę z Gomorą. Boża kara za pożądanie niezgodne z naturą. Suche zdania o płaczu, którego nigdy nie było i nie będzie w ziemi Egiptu, objawiły młodemu Tomaszowi potęgę anioła, którego mogła zatrzymać jedynie krew baranka. Czytał o bluźnierczej uczcie Belszazara, gdzie rozżarzona ręka Boga wydała wyrok na prastary Babilon. Mene, mene, tekel, ufarsin – odliczono, odważono, obdzielono.

Pan Izraelitów był okrutnym władcą, a jego wrogowie nie ustępowali mu w surowości. Nastoletni Tomasz widział ich wszystkich. Dagon i Asztoret, Belajal i Belzebub, Złoty Cielec, bożki Kanaanu oraz ukryte między wersetami sugestie, że ci, z których rąk Naród Wybrany wyrwał Ziemię Obiecaną, nie byli wcale dziećmi Adama. Księgi Starego Przymierza niosły ze sobą moc, przerażały. Na ich tle dzieje Chrystusa i apostołów wydawały się mdłe.

Zadra wróciła. Brama niebieska, wieża dawidowa, wieża z kości słoniowej. Jakie szaleństwo mogło natchnąć pasterzy z epoki brązu do odmalowania takich wyobrażeń?

Dorosły Tomasz obrócił się na bok, ciągłe patrzenie w stronę drzwi nadwyrężało już szyję. Tak, pamiętał młodość spędzoną nad Biblią. Być może dlatego tak łatwo przyszło mu potem „rozwieść się” z ideą wiary w tradycyjnym sensie. Ku zaskoczeniu rodziny nie przystąpił do bierzmowania, a w nabożeństwach uczestniczył jedynie z powodu nacisku społecznego. Żył przecież w małej miejscowości, gdzie wszyscy znali wszystkich. Dopiero dobrze zdana matura, która otworzyła mu drzwi do studiów w Warszawie, pozwoliła zerwać więzi strachu, które dusiły, odkąd tylko usłyszał te przeklęte słowa litanii.

Bramo niebieska, módl się za nami! Wieżo dawidowa, módl się za nami! Wieżo z kości słoniowej, módl się za nami!

W czasach studenckich Tomasz przyjął postawę radykalnego materialisty. Nie płakał po papieżu, nie chciał krzyża w sejmie. Jego gniewne, antymuzułmańskie tyrady, do których zazwyczaj dochodziło w trakcie licznych towarzyskich spotkań, zapewniły mu pseudonim „Mahomet” w bardziej umiarkowanych kręgach jego znajomych. Tych z czasem jednak ubywało, jak można się było spodziewać w przypadku kogoś, kto w niepopularnych poglądach wykracza poza granice autoironii. Młodemu studentowi to jednak nie przeszkadzało. Zadra zdawała się zupełnie zniknąć. Jedynie to się liczyło. Podarta Biblia miała stanowić materialny dowód tego wyzwolenia.

Tomasz nagle podniósł się z łóżka. Czyżby z korytarza dobiegał stukot kroków? Ciało zastygło w bezruchu. Uszy uważnie łowiły każdy dźwięk. Szli już po niego? Usłyszał jedynie stłumiony odgłos. Stuk, stuk, stuk. W nerwowym oczekiwaniu dorosły Tomasz musiał pomylić bicie własnego serca z krokami, oznajmiającymi jego wyzwolenie. Gdyby to zależało od niego, wybiegłby z sali sypialnej, ale Tamci wyraźnie zaznaczyli, by każdy z Wybranych czekał cierpliwie na swoją kolej.

Tomasz położył się na plecach, wbił wzrok w sufit. Tamci zawsze mieli rację, kim on był, żeby poddawać ich zamiary intencję w wątpliwość? Przecież bez nich nie mógłby liczyć na wyzwolenie, to prawdziwe wyzwolenie. Uratowali go...

Wspomnienia znowu wróciły. Tomasz Niwirski – student trzeciego roku – siedział w sali wykładowej. Pamięć przybrała formę okruchów. Pomieszczenie pachniało starym drewnem, profesor nosił czarny sweter. Mówił o szkole Lokayaty, indyjskich materialistach, których hinduistyczna ortodoksja, a następnie dominacja myśli europejskiej prawie zupełnie wyrugowały z subkontynentu.

Dorosły Tomasz wykrzywił usta w grymasie zniesmaczenia wobec samego siebie. Wymruczał dwie sylaby. Wyznaczały ten moment w jego życiu, kiedy zadra powstała z martwych i wróciła do studenta Niwirskiego.

— Lilka.

Czasami przypominanie sobie minionych wydarzeń rodzi poczucie wstydu. Patrzymy wtedy na  siebie sprzed lat, miesięcy lub dni i widzimy, jak głupi wtedy byliśmy. Niesmak jest tym większy, że jego źródło tkwi w przeszłości, której już nic nie może zmienić. Taki właśnie kłujący wstyd dopadł dorosłego Tomasza, kiedy przypomniał sobie Lilkę.

Poznali się na tym nieszczęsnym wykładzie z filozofii orientalnej. Nie była najpiękniejszą z kobiet, które napotkał w swoim życiu. Właściwie nie potrafił nawet teraz, po tylu latach, odnaleźć w urodzie tej dziewczyny niczego wzbudzającego szczególne pożądanie. Tomasz pamiętał zapach skóry pierwszej dziewczyny, którą naprędce rozbierał oraz metaliczny smak ust rudej palaczki, poderwanej przy wódce. Lilka nie należała do kobiet tego rodzaju. To umysł, nie ciało, sprawił, że wryła się tak głęboko w materię jestestwa Tomasza. Diabelsko inteligentna feministka o ciętym języku potrafiła sekwencją kilku słów uczynić to, czego jakakolwiek inna nie była w stanie zrobić poprzez rozkosz zbliżenia i emocjonalne ciepło — złamała skorupę młodego mężczyzny. Przywróciła zadrę.

— Nazwać mężczyznę zwierzęciem — twierdziła — to schlebiać mu. Mężczyzna to choroba, biologiczna anomalia. Chodzące dildo.

Nie powinno to przerażać młodocianego ateisty. Prawdziwy mężczyzna przecież nie robi sobie nic z szarlatanerii feminizmu. Nie powinno przerazić też zaczytanego w Biblii nastolatka. Czyż to nie córki Lota spiły własnego ojca, by go zgwałcić, a kobiece zachcianki doprowadziły do egzekucji Jana Chrzciciela? Wtedy jednak, na trzecim roku studiów, na korytarzu pachnącym kurzem, między ścianami zdobionymi zdjęciami indyjskich bogów, władza Pana nie miała już znaczenia.

Dorosły Tomasz przeklął, a jego słowa zwielokrotniły się w słabym, szybko ginącym echu. W potocznym języku kobiety, które doprowadzają mężczyzn do zagłady, zwykło się nazywać modliszkami. Miały wywoływać strach w płci brzydszej. Bzdury, on wiedział, to wszystko bzdury. Kobiety takie jak Lilka były zbyt przerażające, by zasługiwać na miano modliszek. Modliszki pożądają. Ona i jej rodzaj to wieczny rój mszyc.

Ten ateistyczny Tomasz wiedział, że nie potrafi odmówić jej racji. Równowagi ewolucyjne nie biorą jeńców. Zadra wróciła, w umyśle mężczyzny wyryły się na nowo słowa, które przed wiekami przepowiedziały upadek rozpustnego Belszazara i ulotnego Babilonu.

Mene, mene, tekel upharsin. Odliczono, odważono, obdzielono. Zadra wróciła. Schlebione zwierzę, genetyczna przypadłość, chodzące dildo.

Nagle dorosły Tomasz wyrwał się z ciągu wspomnień. Usiadł na krawędzi łóżka. Kroki? Tym razem nie było to złudzenie niecierpliwego człowieka. Z korytarza faktycznie dobiegał stłumiony stukot. Szli po niego. Dotychczasowe uczucia natychmiast zniknęły, by ustąpić temu jednemu, prawdziwemu. Mężczyznę przepełniło szczęście, którego dawno nie dane mu było osiągnąć. Szli po niego, zaraz zostanie wezwany, aby stanąć przed Tamtymi! Niepojęte, jak tak proste doznanie, zwykłe echo ludzkich kroków, mogło wzbudzić w dorosłej osobie tyle radości. Sam Tomasz ledwo to rozumiał. Był jak dziecko wobec głębi tego, co odbywało się w ich Zgromadzeniu, w jego ostatnim domu na Ziemi. Jan, on wiedział wszystko, to on go tu wprowadził.

— Jan — wyszeptał leżący na łóżku mężczyzna. Genialny Jan, złowrogi Jan, Jan najbardziej umiłowany. Gdyby nie on… zadra by zwyciężyła.

Do dzisiaj Tomasz doskonale pamiętał słowa ich pierwszej poważnej dysputy.

— Największym problemem współczesnej nauki jest jej zanurzenie w małpim materializmie — Jan mówił jak profesor, z emfazą, wyraźnie rozkoszując się dźwiękiem własnych słów.

— Otóż, mój drogi Tomaszu, kłamstwem jest, że umysł potrafi tworzyć cokolwiek w oderwaniu do ciała, jakakolwiek ludzka prawda jest prawdą cielesną.

Mówił wiele. Udowadniał, że cała konstrukcja cywilizacji stanowi jedynie przedłużenie zwierzęcych popędów. Prawdziwa wiedza, jak twierdził, pochodzić może dopiero z separacji tego co mentalne od podległego prawom ewolucji mięsa.

Od razu nawiązała się między nimi nić porozumienia. Po kilku miesiącach stali się nierozłączni. Wtedy to Jan wspomniał o Tamtych.

— Drogi Tomaszu — mówił. — Kochany Tomaszu. Nie jest tak, że człowiek jest pierwszym ni ostatnim z panów tego świata. Są bowiem cienie i kształty starsze niż Pan Izraela, starsze niż Babilon, starsze nawet od praw doboru naturalnego. I ja znalazłem sposób na wejście z nimi w kontakt.

W ten sposób Tomasz trafił do Zgromadzenia. Było ich tam łącznie szesnastu - dwunastu Wybranych i czterech Wtajemniczonych. Mieli zamieszkać razem, poznać prastarą prawdę o historii Ziemi, Wszechświata oraz wszystkiego, co nazwać można stworzeniem. Dowiedzieli się o istnieniu rasy kosmicznych podróżników, poszukujących wśród członków gatunku ludzkiego tych, którzy byliby godni poznania najgłębszych tajemnic rzeczywistości. Wtajemniczeni wiedzieli, jak przyzwać te istoty na Ziemię. Kiedy Wybrani byliby gotowi, Tamci, skrzydlaste istoty z dalekiego Yuggoth, zabraliby ich wraz ze sobą w międzygwiezdne podróże. Ciało, brzemię przykuwające człowieka do Ziemi, miałoby zostać tutaj, w specjalnej chłodni, gotowe na powrót mózgu, który dzięki genialnym zabiegom kosmicznych istot zostałby chirurgicznie usunięty i przechowywany w specjalnym pojemniku, gwarantującym bezpieczne przetrwanie na czas podróży ku oświeceniu.

Wtajemniczeni pokazywali im te pojemniki.

Odgłos kroków powoli robił się coraz głośniejszy. Serce Tomasza waliło jak szalone. To dzisiaj był ten dzień! Skrzydlaci z Yuggoth przybyli tutaj, do Zgromadzenia! Nic nie mogło powstrzymać nadchodzącej wolności, nawet zdrada, której dopuścił się Jan. Na dzień przed ogłoszeniem wizyty Tamtych złamał najważniejsze z przykazań i wszedł do chłodni, gdzie ciała Wybranych oczekiwały na powrót mózgów. Jedynie Wtajemniczeni mieli tam wstęp.

— Uciekajmy stąd, widziałem prawdę! — Jan krzyczał i szarpał się. — Nie wierzysz mi? Musisz ujrzeć? Chodź zatem ze mną, pokażę ci prawdę!

Drzwi do sypialni otworzyły się. Tomasz podniósł wzrok.

— Bracie Tomaszu… — Głos Wtajemniczonego był kojący i przyjemny.

Wybranemu nie trzeba było powtarzać, w kilku krokach znalazł się na rozświetlonym jarzeniówkami korytarzu.

Biedny Jan, ogrom prawdy go oślepił, myślał Tomasz, idąc wraz z odzianym na biało opiekunem.

Całe szczęście, pocieszał się ostatni z Wybranych, że Tamci wyzwolili się ze zwierzęcego poczucia urazy. Wybaczyli swojemu umiłowanemu uczniowi. Jakżeby inaczej wyjaśnić fakt, że jako pierwszy dostąpił zaszczytu ekstrakcji mózgu?

— Nie ma Tamtych, nie ma Przedwiecznych — przekonywał Tomasza tamtej nocy, gdy zeszli razem do chłodni, by zobaczyć prawdę. Bzdury! Gdyby Przedwiecznych nigdy nie było, człowiek musiałby ich wymyślić.

Wtajemniczony i Wybrany zbliżali się do celu. Za ostatnimi drzwiami czekała sala ekstrakcji, tam sprawne kończyny z Yuggoth rozpoczną podróż, która zabierze Tomasza poza granicę poznania.

Stanęli przed wejściem. Tomasz spojrzał Wtajemniczonemu prosto w oczy. Były jak zawsze opiekuńcze. Przez ostatnie tygodnie tych czterech mężczyzn dbało o nich. Zapewniało najlepsze pożywienie oraz intelektualną stymulację. Tylko szaleństwo słabego umysłu widziałoby w nich tych, których zobaczył Jan.

Niwirski nie mógł opanować rosnącej w nim radości. Nareszcie odnajdzie się poza dobrem i złem, poza kobietą i mężczyzną. Holokaust ekstazy i wolności. Jan musiał się tego bać. Nie było innej możliwości. Kiedy w chłodni patrzyli na mięsne haki, musiał widzieć to, co chciał. To ten strach sprawił najpewniej, że pomylił wiszące na nich/zwisające z nich wieprzowe półtusze z ludzkimi ciałami oprawionymi sprawną ręką rzeźnika. Tomasz nie miał wtedy wątpliwości. Jeszcze tej samej nocy, kiedy został zaprowadzony do chłodni, wyznał Wtajemniczonym, że jego przyjaciel dopuścił się grzechu.

Nie było to już ważne. Wszystkim odpuszczono. Każdego obmierzono, każdego odważono, każdym obdzielono.

Drzwi otworzyły się, nagły blask, silny niczym uderzenie obuchem, oślepił Tomasza. Odpływał w nieświadomość. Zadra wróciła  po raz trzeci. Zjednoczyła ich wszystkich.

Ludzkie dłonie rozbierały go. Tomasza dorosłego, Tomasza studenta, nastolatka i dziecko. Najpierw z ubrań, lecz na tym nie poprzestały. Ostatnie chwile świadomości w tym niknącym ciele Niwirski ofiarował swoim zbawcom.

Kyrie elejson,

Cthulhu elejson,

Bramę znający, bramą będący, wieżo R’yleh, Matką Hydro!

Módlcie się za nami!