Nu, Zając

Ocena: 
0
Brak głosów

Delikatny, chłodnawy wiaterek gonił mikre fale, dopływające do brzegu jeziora i kończące swój żywot na piasku. Jednocześnie zabawiał się ze złotymi liśćmi, porywał je, przez chwilę unosił ku górze, a potem porzucał, niczym żigolak zbałamuconą dziewczynę. Słońce świeciło leniwie, pozbawione tego zacięcia i pasji, z którym ogrzewało brzuchy wczasowiczów jakiś miesiąc wcześniej.

Przyszła jesień, najbardziej melancholijna pora roku i nikt nie był w stanie nic na to poradzić. Nawet Wilk.

Siedział samotnie na molo, opakowany w szarą kurtkę, tak odmienną od różowej koszuli będącej hitem letnich dancingów, albo marynarskiego wdzianka, w którym pływał po jeziorach niczym prawdziwy, nie przymierzając, wilk morski. W ręku dzierżył zieloną butlę o grubych ściankach, z której pociągał raz za razem, krzywiąc się paskudnie. Z wargi zwisał mu kiep, złamany i jakiś taki smętny.

Przełknął ostatni łyk, po czym odruchowo cisnął flaszkę do wody i wlepił wzrok w rozchodzące się po powierzchni kółka. Gapił się na nie i rozmyślał o lecie.

Lecie, gdy niczym młody bóg śmigał na nartach wodnych, budząc podziw płci przeciwnej. Gdy dziarskim krokiem przemierzał uliczki kurortu wczasowego i prężąc pierś, wyrywał co atrakcyjniejsze laseczki. Gdy w białej, kapitańskiej czapce pruł fale nowiuteńką żaglówką, a chłodne piwko i gorąca nastolatka czekały pod pokładem.

Potem cofnął się dalej i pomyślał o wiośnie. Przed oczami miał lśniący, sportowy kabriolet, którym brawurowo ścinał zakręty, podczas gdy biuściasta blondynka z chichotem głaskała go po owłosionym torsie. Widział siebie z gitarą, czarującego śpiewem wszystkie panienki, korzystające z ciepłych wieczorów i tłumnie zbierające się przy ogniskach.

Przeskoczył jeszcze bardziej wstecz. W pięknym, zimowym krajobrazie śmigał skuterem śnieżnym, przebijając się przez zaspy, by po chwili dotrzeć do niewielkiej chatki, na podłodze której, otulone w ciepłe futra i nic poza tym, czekały na niego dwie urocze bliźniaczki. Albo wywijał piruety na łyżwach, tnąc lód lepiej niż zawodowi sportowcy, podczas gdy zachwycone kobiety piszczały na widowni.

Mrugnął i wizje zniknęły. Znów była jesień, czas rozmyślań, refleksji i trudnych decyzji.

Sięgnął za pazuchę, wydobył i odkorkował drugiego winiacza.

– „Poniewieracz Masakrator” – przeczytał na głos etykietkę, po czym łyknął porządnie. Siara zapiekła w gardło, co przyjął z niekłamaną radością. Należało mu się. Za te durne myśli. No bo kogo właściwie oszukiwał? Przecież nigdy nie śmigał żadną żaglówką. Wypożyczony samochód rozbił na pierwszym zakręcie i po dziś dzień spłaca odszkodowanie. Na pewno nie było z nim wtedy żadnej cycatej blondyny. Nie było też lasek przy ognisku, bo na gitarze rzępolił jak potłuczony. Nie było bliźniaczek ani skutera śnieżnego. Na łyżwach jeździł gorzej niż dwuletnie dziecko, a wklęsłą klatą mógł co najwyżej odstraszać.

Nie, to wszystko nie było jego, tylko Zająca. Cholernego Zająca. Wystarczyło, żeby się uśmiechnął i miał, co chciał. Dziewczyny, podziw i sympatię.

Wilk przeklął pod nosem, odpalił kolejnego kiepa i wrzucił pustą już butelkę do jeziora. Zniknęła pod powierzchnią, by po chwili wynurzyć się i podryfować w kierunku brzegu.

– Nu, Zając. Ty taki wredny nie będziesz? – zapytał, po czym pchnął leżący na skraju mola wór, który z pluskiem wpadł do wody.

Zając nie był wredny. Nie wypłynął.