Samotność pandy - długodystansowca

Ocena: 
0
Brak głosów

Co do tego nie było złudzeń: gruchotał kiedy chodził. Problem sprawiała tylna kończyna – zauważył to już kilka dni wcześniej, niedługo po przekroczeniu Cieśniny Beringa czyli jakichś osiemdziesięciu pięciu nieustępliwych kilometrów zimnej, słonej wody. Pac, pac, pac, brzdęk! Pac, pac, pac, brzdęk. Tak, to zdecydowanie biodro. Zbyt ciężki wysiłek i o wiele za dużo słonej wody.

Nie nadawał się do tego typu podróży, był raczej stworzony do leniwego przemieszczania się między bambusowymi gajami, unikając przy tym nadmiernej ilości górek i dolinek. Słyszał, jak rozmawiali o nim w laboratorium, tuż przed tym, jak go wypuścili. Nazwali go niedźwiedziem. Ailuropoda melanoleuca, biało-czarny niedźwiedź bambusowy, żywa skamielina. Powiedzieli, że jego najbliższym krewnym z rodziny niedźwiedziowatych był pochodzący z Ameryki Południowej niedźwiedź okularowy, Tremarctos ornatus. Sprawdził GPS-a, który wciąż działał mimo upływu czasu, i zamyślił się, jak to jego gatunek miał w zwyczaju. Południową Amerykę dzielił od Chin szmat drogi, bardzo długi spacer jak dla pandy, ale wiedział, że może to zrobić, jeśli tylko będzie musiał.

Minęły całe lata odkąd zostawił za sobą góry Qin Ling w górzystej prowincji Shanxi i wyruszył na poszukiwanie swojego gatunku, jednak mimo że szedł na północ, z Chin na Syberię, nie znalazł ani jednej organicznej istoty większej od karalucha, ani nikogo takiego jak on. Nie wiedział, co stało się z jego stwórcami, ale musiało się to wydarzyć bardzo dawno temu. Najwyraźniej odeszli drogą pand.

Lata temu, we wczesnym XXI wieku, Międzynarodowa Unia Ochrony Przyrody ogłosiła, że jego gatunek jest zagrożony i podlega ochronie, jednak za słowami nie nadeszło żadne działanie, aż było już za późno. Może myśleli, że wystarczy im sekwencja genomu pandy wielkiej, którą poznano w 2009 roku, jednak to było za mało, aby utrzymać cały gatunek przy życiu. Potrzeba było bambusa i jeszcze więcej bambusa, a jego zapasy malały z każdym rokiem.

Wtedy to właśnie stworzono jego i jemu podobnych. Pandy wielkie mogące żyć na świeżym powietrzu w dziczy, symbol narodowej dumy. Coś, co sprawi, że turyści zatchną się w zachwycie – idealne pod każdym względem, przynajmniej z zewnątrz. W środku natomiast ich serca były małymi reaktorami fuzyjnymi, szkielety wykonano z gąbczastego metalu, stawy z ceramiki, zaś mięśnie, skórę i futro spleciono z rozmaitych polimerów.

Miał dostęp do swojego zegara wewnętrznego, więc gdyby naprawdę chciał, mógłby się dowiedzieć, ile czasu minęło odkąd inni przestali funkcjonować. On był ostatnim przedstawicielem swojego gatunku i już niedługo nie będzie w stanie iść dalej. Pac, pac, pac – brzdęk! Co by się wtedy stało? Wyobraził sobie samego siebie, na zawsze uwięzionego w tej krainie lodowców. Jak długo wyczerpywałaby się bateria paliwowa? Zbyt długo. Zastanawiał się, czy taka istota jak on może oszaleć.

Zniszczenia na wybrzeżu Alaski sprawiły, że musiał iść jedną okrężną drogą za drugą, więc przestał sprawdzać zegar, przerażony upływem lat, w trakcie których niezmordowanie parł na południe. Zawsze na południe. Pac, pac, pac – brzdęk przez Alaskę i Kolumbię Brytyjską, aż pac, pac, pac – brzdęk stało się pac, pac, brzdęk – zgrzyt.

Musiał obejść aktywny wulkan tam, gdzie kiedyś znajdowało się Seattle. Mruczenie góry i wydobywające się z niej od czasu do czasu obłoki gryzącego dymu uaktywniły jego alarmy, a wulkaniczny pył drażnił mechanizm wysuwanych pazurów, przez co musiał robić częstsze postoje na czyszczenie i konserwację. Pac, pac, brzdęk – brzdęk przeszło w pac, pac, brzdęk – szur i był bardzo wdzięczny losowi, kiedy dotarł do łagodnych lasów Oregonu.

Dawał właśnie odpocząć silnikowi tylnej kończyny, kiedy usłyszał nad sobą jęk maszynerii i poczuł nagłe szarpnięcie holu antygrawitacyjnego. Został wciągnięty do podniebnego laboratorium. Zaskoczenie nie było jednym z preinstalowanych uczuć, a o laboratoriach wiedział wszystko – nawet tych należących do obcych ras – więc zdecydował się na nieznaczną ciekawość. Wstrzyknęli mu krio-anestetyk który – gdyby był istotą organiczną – może by zadziałał lub wręcz go zabił, ponieważ obcy, sami będący krystalicznymi kluchami, wydawali się wiedzieć o ziemskiej fizjologii tak niewiele, że nie odróżniali organizmów biologicznych od mechanicznych. A przynajmniej nie wyglądali na zainteresowanych rozebraniem go na części, by zobaczyć, jak działa.

Leżał w pełni przytomny przez dziewięćdziesiąt lat, których potrzebował ich statek-arka, by powrócić do domu, zadowolony że ten przymusowy odpoczynek dał jego zdziesiątkowanym nanorobotom czas na naprawę większości uszkodzeń w stawach biodrowych. Od czasu do czasu otwierał jedno oko i obserwował obcych, ucząc się ich systemu komunikacji, obejmującego mieszankę słyszalnych dźwięków i impulsów elektronicznych. Oni z kolei nigdy nie rozgryźli jego nagranych po mandaryńsku odpowiedzi systemowych.

W kosmicznym zoo dali mu własny wybieg, idealną replikę lasu, w którym go znaleźli, i zamontowali komunikator powtarzający wiadomość, którą odcyfrował jako „Gatunek dominujący na planecie 40698-C”. Wzruszył łapami i metodycznie usunął wszystkie zapisy GPS, robiąc miejsce na nowe informacje, i wyruszył na południe. Pac, pac, pac – brzęk.

Znalazł ją po czterech dniach, zapatrzoną, wielkooką i pełną nadziei, siedzącą na niższych gałęziach wysokiego drzewa. Przeszedł aż na północne krańce Ziemi i potem znów na południe, by znaleźć kogokolwiek ze swojego gatunku, a ona była tutaj, po drugiej stronie galaktyki, w kosmicznym zoo. Od szaty czarnego futra po jaśniejsze znaczenia wokół oczu, była idealną przedstawicielką niedźwiedzia okularowego z Ameryki Południowej.

Skinął łbem na powitanie, a ona odwzajemniła gest, po czym zsunęła się ze swojego drzewa i nieśmiało podeszła do niego. Usłyszał cichy zgrzyt jej łap, pac – brzdęk, pac, pac, i jego mały reaktor fuzyjny ukryty w piersi zrobił się jakby cieplejszy.

Przełożyła Olga „Issay” Sienkiewicz