Piekło na Ziemi

Autor: 
Ocena: 
9.28571
Average: 9.3 (7 votes)

– Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem – powiedział człowiek w doskonale skrojonym garniturze. Miarowo stukał palcami w leżący przed nim maszynopis. – Napisał pan wyjątkowo dobrą powieść.

  Siedzący po drugiej stronie biurka mężczyzna wpatrywał się w przedstawiciela wydawnictwa szeroko otwartymi oczami.

  – Przełamuje pan schematy, stosuje brawurowe zwroty akcji, język jest barwny i plastyczny, a bohaterowie żywi, jakby mieli zaraz wyskoczyć ze stron książki. Wreszcie zakończenie jest tak zaskakujące, że założę się, że żaden czytelnik nie odgadłby, kto tak naprawdę był winny. Wspaniałe połączenie powieści detektywistycznej i fantastycznej. Brawo! Stworzył pan rewelacyjną rzecz, i dlatego...

  Autor, na początku przygarbiony, z każdym słowem prostował się na krześle, promieniując dumą i satysfakcją.

  – ...i dlatego właśnie nie mogę tego wydać. Przykro mi.

  Mężczyzna w garniturze popchnął maszynopis po gładkim blacie.

  – Ale... ja nie rozumiem... – wymamrotał autor, nagle oklapły jak przekłuty balon. Nie wykonał żadnego gestu w stronę pliku kartek, który zatrzymał się na krawędzi biurka i zwisł, jakby lada chwila miał spaść. – Przecież właśnie powiedział pan, że...

  – Że to doskonała powieść, zgadza się. – Wydawca błysnął zębami w nieszczerym uśmiechu. – Ale, proszę pana, wysoka literatura nie jest chodliwa. Po prostu się nie sprzedaje i tyle. Musi się pan zdecydować, albo pisze pan dla czytelników, albo dla siebie, tertium non datur.

  Maszynopis wreszcie poddał się i z głośnym plaśnięciem spoczął na parkiecie. Wydawca odchylił się na fotelu i złożył palce w piramidkę.

  – W pana książce brak jest niestety podstawowych rzeczy – rzekł, bo czuł, że jakieś wyjaśnienie autorowi się należy. Chociaż tyle mógł dla niego zrobić. – Bohater nie ma tajemniczej i mrocznej przeszłości. Brak jest typowego czarnego charakteru. Porusza pan za głębokie problemy etyczne, poczucie humoru jest zbyt inteligentne, nie ma happy endu. Trochę seksu mogłoby wszystko ożywić, bo co to za fantastyka bez cycków? Może gdyby pan usunął elementy fantastyczne, dałoby się to opchnąć jako kryminał. Albo gdyby pan dodał trochę rozterek sercowych i zdrady... Ale nie, w tej formie nie mogę tego przyjąć.

  Autor pomału zaczynał dochodzić do siebie. Sklął się w duchu, że po raz wtóry pozwolił nadziei dojść do głosu, mimo tak wielu wcześniejszych porażek. Nagle poczuł się bardzo, bardzo stary. Powoli, jakby bolały go wszystkie stawy, zgiął się wpół i sięgnął po maszynopis.

  Który to już raz? – zastanowił się. – Będzie ze czternasty.

  – Dzisiejszy czytelnik, a już zwłaszcza czytelnik fantastyki, nie chce zaskoczeń – pouczył go na koniec wydawca. – Książce robi dobrze trochę romansu, trochę tragedii, trochę znanych, bezpiecznych rozwiązań fabularnych, trochę rąbaniny i krwi, żartów na poziomie średnio rozgarniętego przedstawiciela tłumu, musi pojawić się jakiś główny zły, no i cycki, oczywiście. A na koniec bohater musi wyjść ze wszystkich opresji cało. To się sprzedaje. Pana powieść jest świetna, ale, cóż, nieopłacalna! Mimo wszystko dziękuję, że pan do mnie przyszedł, dostarczył mi pan doskonałej lektury. A jak pan napisze coś, hm, prostszego, proszę dać mi znać. W końcu ma pan przecież talent.

  Autor zmierzył go zmęczonym spojrzeniem, otrzepał maszynopis z wyimaginowanego kurzu i podniósł się z krzesła. Uścisnął wydawcy dłoń, po czym mamrocząc smętne „do widzenia”, zniknął za drzwiami.

  Wydawca spoglądał za nim przez chwilę, rozmyślając o upadku współczesnej literatury. A potem wrócił do swoich zajęć, bo to nie na myśleniu zarabiał.

  Autor tymczasem zjechał windą do holu wielkiego biurowca i odetchnął głęboko dopiero wtedy, gdy stanął przed wejściem do budynku. Słońce świeciło jakby nigdy nic, życie płynęło zwykłym torem.

  Mężczyzna ruszył przed siebie. Kiedy znalazł stosowną plamę cienia rzucanego przez strzelistą wieżę kościoła, wstąpił w nią i rozpłynął się jak dym. Zastanawiał się, czy to możliwe, by ludzie sami sobie mogli zgotować takie Piekło na Ziemi?

  Był przekonany, że nie.

***

  – Znajdź mi tego, kto jest odpowiedzialny – zagrzmiał Lucyfer do zgiętego przed nim w ukłonie Belzebuba. – Albo tych. I to tak na wczoraj.

  Belzebub nieznacznie uniósł głowę, zerkając na ściskany przez Księcia Piekieł plik papierów. Z szefem na ogół łatwo było się dogadać, ale kiedy w grę wchodziło jego hobby...

  – Oczywiście, panie – odrzekł ostrożnie. – Zrobię, co w mojej mocy. Sprawdzę, kto zajmuje się tą dziedziną. Gorzej, jeśli to czyjś prywatny projekt... albo nie nasza robota.

  – Nie nasza robota? – warknął Lucyfer, trzaskając maszynopisem o blat biurka. Kominek za plecami Arcydemona buchnął spontanicznym płomieniem. – Robienie ludziom sieczki zamiast mózgu to nie nasza robota?! Odejdź, bo nie zdzierżę! I nie wracaj, póki nie przywleczesz mi tu winnego!

  Gdy za Belzebubem zamknęły się drzwi, Lucyfer ciężko opadł na fotel i westchnął. Kominek za jego plecami zasyczał i ucichł, skuty lodem.

– Co mi zostaje? – mruknął do siebie zniechęcony Książę Piekieł. – Self-pub?

Odpowiedzi

Bardzo, bardzo ładne.

Boże, jak ja nie lubię tekstów o przeróżnych formach męki twórczej oraz upadku czytelnictwa na świecie, i to jeszcze takich wprost. Ale powyższy tekst broni się fantastycznie, no po prostu perełka. Ode mnie dziesiątka, jak widzę po średniej, nie pierwsza.

Ale żeby nie było tak całkiem mdło, co to kurde za konstrukcja: "robienie ludziom sieczki zamiast mózgu"? Chyba "z mózgu", nie?

Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem. Napisała pani wyjątkowo dobrego szorta.
U E. jak zwykle - zacięcie teologiczne, a u Ciebie - klimaty diabelsko-anielskie z przymrużeniem oka. I oboje jesteście w formie :-)

Dziękuję wszystkim za komentarze i glosy. Niezmiernie cieszy mnie pozytywny odbiór tego szorta, bo został napisany dla czystej zabawy. Mnie ogromną przyjemność sprawiło napisanie go, cieszę się zatem, że czytelnikom sprawia przyjemność czytanie.

EDIT: Oczywiście uwaga dotycząca "sieczki z mózgu" trafna, aż mi wstyd. I korekcie też być powinno...